Bartosz Adamiak

dystopie, postapo, survival i inne brednie

Znów wydano w Polsce jeszcze więcej książek…

W 2017 roku ukazało się w Polsce ponad 36 tysięcy nowych tytułów. O 6% więcej, niż w 2016, który również był rokiem wzrostowym. Niby dobrze, ale jednak… źle.

Klęska obfitości

Nic dodać, nic ująć. Tytułów jest jakby więcej, ale nie słyszy się przez to częściej o spektakularnych sukcesach, o bestsellerach czy o coraz większej liczbie polskich autorów, którzy podbijają zachód. Jest jakby… tak samo – na zachodzie bez zmian. Książek jest więcej, ale nakłady są mniejsze. Więc z grubsza chodzi o to, że skoro wydawcy nie mogą sprzedawać więcej, to chcą chociaż sprzedawać częściej – ktoś, kto jest skłonny wydać w księgarni pieniądze 2 razy w miesiącu, zrobi to i trzeci raz, o ile tylko znajdzie się jakiś sensowny powód.

Warto przy tej okazji zaznaczyć, że np. w Czechach wydaje się mniej – w 2017 roku było to 17 tys. nowych tytułów. Dla mnie stanowi to pewien punkt odniesienia, ponieważ do Czechów i czeskiej literatury mam szczególny szacunek. W opracowaniu Biblioteki Narodowej pojawiają się także liczby względne – ilość mieszkańców na jeden nowy tytuł. W Polsce jest to 1053 na książkę. W Czechach – 593. Na Węgrzech – 776.

Co się wydaje?

Najwięcej beletrystyki, ale jest to – uwaga – zaledwie 28,3% wszystkich książek. Prawda jest taka, że – z grubsza – tak to zwykle wygląda, bo wydaje się też całą masę opracowań naukowych, podręczników, słowników, albumów itp. To, co zastanawia, to ilość książek… religijnych. W 2017 roku było ich prawie 2,4 tys., co określone zostało jako rekord. Trendy wzrostowe zanotowano praktycznie w każdej dziedzinie, oprócz jednej – fantastyki. Tu trend był spadkowy.

I na dwoje babka wróżyła – niby źle, bo mniej. Ale z drugiej strony wierzę, że mogło to przełożyć się na jakość. Chyba, że spadek wynika właśnie z braku jakości…

Konkluzja

Czytelnictwo wcale nie rośnie. Ma silną konkurencję w postaci równie ambitnych rozrywek, jakimi są np. doskonale napisane seriale (chociażby Black Mirror), które w dodatku są łatwiej dostępne i mniej angażujące czasowo.

Branża wydawnicza zdaje się walczyć o przetrwanie na rozmaite sposoby – również tak, że pomnażają ofertę na potęgę. Technologia poszła trochę do przodu, jeden grzyb, czy wydadzą 10 książek po 5000 tys. nakładu każdej, czy 50 po 1000 szt. Jest szansa na nieco większą sprzedaż, ale nie jest to tak do końca układ WIN-WIN.

W tym świecie wydaje się większą ilość autorów, ale też znacznie więcej z nich skazanych jest na porażkę w postaci mikro-sukcesu. Książka trafia do księgarni, ale piniędzy z tego za bardzo nie ma. Autor ma szansę wydać kolejną, ale musi iść tyrać, a pisać po nocach. W sumie jest to rodzaj niewolnictwa.

I jeszcze przy tej okazji pragnąłbym przypomnieć moje dwa filmy:

Photo by Eli Francis on Unsplash

2 Udostępnień

Comments

comments

Zobacz także