Bartosz Adamiak

dystopie, postapo, survival i inne brednie

Zagubieni w kosmosie

Zagubieni w kosmosie – a miało być tak pięknie…

To właściwie garść refleksji po obejrzeniu pierwszego odcinka nowego serialu Netflix „Zagubieni w kosmosie”. I wiem, co powiecie – że jakim prawem feruję wyroki po obejrzeniu JEDNEGO TYLKO ODCINKA??? JAKIM PRAWEM??? NO JAKIM KU*****!?!?!?!?! Spieszę z wyjaśnieniami.

Słuchajcie… Może to jest tak, że ja się po prostu bardzo na ten serial nakręciłem. Już jakiś czas temu widziałem trailer i pomyślałem „Tak! To jest to! To jest to, co tygrysy lubią najbardziej!!!”. Bo trailer pokazał głównie to, że film jest piękny. I mówiąc piękny, nie mam na myśli „piękny jak Anihilacja„, która wygląda jakby im nie stykło na efekty. Nie! To nie sarkazm!

Zagubieni w komosie to wizualny majstersztyk

Zobaczycie tam naprawdę wszystko to, co najbardziej efektowne we współczesnym kinie – niesamowite efekty specjalne, przepiękne krajobrazy – zwłaszcza te zaśnieżone z początku. Wszystko przepiękne! Zresztą zobaczcie sami:

Ale tutaj kończą się zalety serialu.

Co sprawia, że nie mogę tego oglądać?

Czasem film jest tak kiepski, że nie jest w stanie niczym zaskoczyć – przewidywalny do bólu, zero inwencji twórczej i tak dalej. Zupełnie, jakby scenarzysta napisał coś na kolanie w przerwie pomiędzy jednym a drugim odwykiem. W przypadku serialu „Zagubieni w kosmosie” tak nie jest.

Tutaj mamy scenariusz, nad którym pracował ktoś naprawdę ambitny. Są to konkretnie dwaj panowie: Matt Sazama i Burk Sharples. Obaj napisali wcześniej scenariusze do filmów: Bogowie Egiptu, Łowca czarownic oraz Dracula: historia nieznana. Szczerze powiedziawszy nie widziałem żadnego z tych filmów, ale sądząc po opisach i ocenach, nie jest to kino, którego jestem fanem.

No, ale to żadna zbrodnia przecież. Tylko dlaczego zabrali się za remake klasycznej space opery z lat 60-tych???

Zagubieni w sztuczkach

Oglądając pierwszy odcinek „Zagubionych w kosmosie” wprost nie mogłem uwolnić się od myśli, że goście pisali ten scenariusz z poradnikami pisania w rękach. Najprawdopodobniej wyciągnęli w nioski z trzech poprzednich filmów (że im to pisanie nie idzie) i sięgnęli po wiedzę ekspercką – poradniki.

Baj de łej…

Niemalże każdy element brzmi, jak żywcem wyciągnięty z poradnika. Ojciec jest komandosem, ale jak na komandosa jest strasznie pipowaty. Okazuje się, że on sam niewiele zdziała, ale kiedy połączy siły z genialnym synkiem, to razem im się uda. W ogóle dzieci są geniuszami. Judy ma kilkanaście lat, ale już potrafi zdalnie, spod lodu, przeprowadzić zabieg chirurgiczny, rękami swojej siostry.

Ale jednocześnie jak John i jego syn wymyślili już, że pójdą po magnez, by uwolnić Judy z lodu, to co się dzieje? Gówniak poślizgnął się na lodzie i wpadł do dziury, a ojciec musi decydować, które dziecko ratować.

SŁABE!

Ten kosmita jest dobry jak E.T., ale potem nagle okazuje się, że to on rozwalił statek macierzysty, którym lecieli Robinsonowie. Czyli taki twist. Pewnie później okaże się, że jednak nie był zły, a winna była doktor Smith.

Też zupełnie nagle dowiadujemy się, że John praktycznie rzecz biorąc opuścił rodzinę przed wyjazdem. Przynajmniej jego żona tak uważała, bo był w jakimś Iraku czy innym Afganistanie. Więc chciała, żeby jej oddał dzieci. No ok…   dramat rodzinny czy coś. Ale przedstawiony został skrajnie niesubtelnie – z byka, kawa na ławę. W „Atypowym” był podobny wątek ojca, który kiedyś porzucił rodzinę i w po latach ten wstydliwy epizod wychodzi na jaw. Ale było to obudowane szeregiem zabiegów – ta córka coś tam przypadkiem odkryła, zaczęła dochodzić prawdy i w końcu ją poznała. Wystarczyło zapytać autystycznego brata, ale jednak trochę to trwało. A nie, że retrospekcja i „chcesz mi zabrać dzieci???”.

No i niestety to psuje cały efekt i strasznie wkurza.

Photo by Francisco Moreno on Unsplash

 

5 Udostępnień

Comments

comments

Zobacz także