Bartosz Adamiak

dystopie, postapo i inne brednie

Władysław Zdanowicz

Władysław Zdanowicz – wywiad

Od bardzo dawna zamierzałem przeprowadzić wywiad z Władysławem Zdanowiczem. Uważam go za absolutną czołówkę polskiego self-pubu, a właściwie kogoś z pogranicza dwóch światów: self-publishingu i wydawnictw tradycyjnych. Zachowuje niezależność i trzyma się na uboczu, ale jednocześnie pisze jedne z najlepszych, polskich książek, dotyczących problematyki Polski we współczesnych konfliktach (Irak, Afganistan). Przy czym zawsze jest to spojrzenie nietuzinkowe – Leńczyk jest polskim Szwejkiem, „Młody” pracuje dla BORu a S-ki… No właśnie… S-ki to major US Army i dowódca plutonu, a tak ogólnie to ma na imię Rafał i wychował się na warszawskiej Pradze.

Bartosz Adamiak: Bardzo trudno dowiedzieć się czegokolwiek o Panu w Internecie. A jest to szczególnie intrygujące, jeżeli weźmiemy pod uwagę militarną tematykę Pańskich książek oraz dogłębną znajomość realiów pracy w Iraku czy Afganistanie. Dlaczego akurat taka tematyka i skąd czerpie Pan wiedzę?

Władysław Zdanowicz: Nie jestem pewny, czy rzeczywiście tak trudno dowiedzieć się czegokolwiek o mnie, a już szczególnie w Internecie, dzięki któremu świat się skurczył do jednej wioski. Mam tam swoją stronę ja (wladyslaw-zdanowicz.com.pl) i każda moja nowa książka, gdzie dzięki temu można znaleźć sporo dodatkowych informacji, np. zdjęcia, filmy, wykaz zaprzyjaźnionych księgarń, w których można te pozycje bez problemu kupić. Zamieszczam też wywiady ze współautorem (tak jest np. na www.relacjaborowika.pl).

Odpowiadając na pytanie o źródła mojej wiedzy, należy wskazać dwa: książki i informacje ogólnodostępne oraz relacje osobiste. Jeśli chodzi o to drugie, to proszę pozwolić mi pozostać w cieniu. Nie jestem celebrytą ani osobą, która kiedykolwiek chciałaby być w centrum zainteresowania.
A kłopot ze znalezieniem informacji o moich książkach może się wiązać z faktem, że zawsze byłem niezależny, i że nie dałem się wtłoczyć w żadne ramki. Poza tym działam od pewnego czasu poza ogólnym nurtem rynku książki, choćby przez fakt, że zdecydowałem się na samodzielne wydawanie swoich książek, we własnym, autorskim wydawnictwie. Nie powiem, żeby to była najlepsza forma wydawania. Cały czas uczę się na błędach, ale dzięki temu nie czuję się petentem u „pana Wydawcy”, mogę działać według swoich zasad, a nie poddawać się ogólnej psychozie i trendom, jakie panują na rynku książki. Mam inny pogląd na politykę wydawniczą (na ogół wydawnictwa jej nie prowadzą, bo zdecydowana większość zadowala się małpowaniem poczynań konkurencji) oraz ich politykę cenową. Nie zgadzam się na dyktat hurtowni na rynku i wysuwane przez owe hurty i pseudohurty żądania rabatowe przekraczające już 50% ceny książki. Jestem przeciwny zawyżaniu cen książek po to, by następnie zastosować rabaty dla części czytelników, ; ta praktyka uderza w niezależne księgarnie. I mógłbym o tym mówić długo, ale zapewne szybko bym wszystkich znudził, bo nikt nie chce znać realiów rynku. Za to wszyscy chcą mieć tanie książki.

Jeszcze słowo, dlaczego tak cicho jest o moich książkach. Jako niezależny autor oraz wydawca nie mam żadnych szans zaistnieć w mediach, bo tam jest miejsce tylko dla „jedynie słusznych” wydawców, czyli takich którzy inwestują w reklamę grube setki tysięcy złotych. Takiego małego gracza jak ja po prostu na to nie stać.

Jeden z redaktorów działu literackiego dużego i znanego tygodnika opisał mi swoją przygodę, gdy po przeczytaniu książki udał się do kierownika działu literackiego z propozycją, że ją zrecenzuje. Pan kierownik miał tylko jedno pytanie: „A ile ten pana autor inwestuje w reklamy w naszym tygodniku? Bo jeśli mniej niż xxx tysięcy, to szkoda naszego trudu, bo są tacy, dzięki którym możemy się przed naszą dyrekcją wykazać zyskiem i tylko to się dla nas liczy”. Tak się skończyło moje marzenie o zaistnieniu jako autor w dużym tygodniku.

Przykład drugi dotyczy miesięcznika poświęconego wojsku. Ukazała się w nim recenzja pierwszego tomu z cyklu o szer. Leńczyku, i na tym koniec. Wszystkie kolejne książki – mimo że egzemplarze do recenzji zostały im przesłane – przemilczano. Rozumiem, że świat misji pokazywany przeze mnie różni się znacząco od tego obowiązującego w oficjalnych mediach, ale pozwólmy czytelnikowi ocenić, który obraz jest prawdziwy. Zresztą nie uważam, abym cokolwiek złośliwie konfabulował lub przeinaczał. Świat w moich powieściach jest światem prostych ludzi, którzy wskutek decyzji i rozkazów swoich przełożonych, zostali skierowani do służby, w której muszą się sprawdzić. Ja nie epatuję litrami płynącej krwi, rozbitymi głowami, okrucieństwem. Z tym wszystkim żołnierze uczestniczący w misjach mieli do czynienia i nie uważam za sensowne potęgować w nich stresu, który wtedy przeżyli. Pokazuję, że rzeczywiście (z tych czy innych powodów) było źle i niebezpiecznie, aby przeżyć trzeba było znaleźć jakąś odskocznię od tamtejszej rzeczywistości. Część szukała jej w alkoholu (zgodnie z zasadą „Polak potrafi”, szczególnie jak mu zabronią), część rozpamiętywała to wszystko i wracała ze stresem do domu, w którym nie potrafili znaleźć sobie miejsca. Ale były także sytuacje, które rozładowywały najgorszą nawet atmosferę, pozwalały roześmiać się i choć na chwilę zapomnieć o zagrożeniu. Każda wojna wyzwala u ludzi różne instynkty, każdy człowiek inaczej reaguje i my powinniśmy dbać o to, aby pokazać „misjonarzom” także ten drugi świat.

Dlaczego Irak i Afganistan? Ktoś to musiał zrobić, a większość „misjonarzy” jest nadal w służbie i nie może o tym oficjalnie pisać. A jeśli nawet ktoś o czymś napisze, taki tekst musi przejść kilka stopni akceptacji przełożonych, a jak wiadomo… o pewnych sprawach czy metodach postępowania (szczególnie osób wyższych stopniem) nie należy wspominać. Część moich znajomych, wiedząc, że jestem uparty i dociekliwy, stwierdziła, że jako ten pozostający „poza służbą”, mogę to zrobić. W założeniach książka o szer. Leńczyku miała być jednotomowa, ale po napisaniu dwóch pierwszych rozdziałów została udostępniona na forum NFoW (Niezależne Forum o Wojsku). Przez tydzień nie było żadnych komentarzy, więc spodziewałem się, że nie zyska akceptacji. Okazało się, że ruszyło ciche sprawdzanie, kim jestem i czy naprawdę jestem niezależny… a później otrzymałem tyle materiału, że już wiedziałem, że to się nie skończy na jednym tomie.

BOR-owik to pokłosie wydania „Misjonarzy z Dywanowa” – współautor stwierdził, że szkoda, aby jego zapiski trafiły do szuflady, więc przesłał je do mnie z nadzieją, że mnie one zaciekawią. Szczerze mówiąc, trudno się to czytało i z początku nie byłem optymistą, szukałem osób, które mogłyby zweryfikować w jakimś stopniu opisane wydarzenia. Potrzebowałem czasu, aby opisać tę historię w sposób na tyle interesujący, by sięgnęli po nią czytelnicy. Zdziwiłem się ostatnio, gdy okazało się, że ta książka jest polecana – jako lektura nadobowiązkowa – przez profesorów na kierunkach obronnych.

Nie przyjmuję wszystkiego za pewnik, nawet gdy opowiada mi to znajomy. Pytam wtedy: kto może to jeszcze potwierdzić? Albo znajduję znajomego, który w tym okresie przebywał w danej okolicy, i pytam czy coś wie na temat tamtych wydarzeń. Prawdę mówiąc, to ciężka praca, bo nie tylko trzeba zdobyć potwierdzenie, ale także przekazać to w taki sposób, aby nikomu nie zaszkodzić. I chyba nie jestem w tym zły, bo na początku listopada będę wydawał kolejną książkę z cyklu „Afganistan”. Tym razem jest to historia opowiedziana przez żołnierza służącego w U.S. Army.

B.A.: Książka „Afganistan – relacja BOR-owika” ukazała się także w formie audiobooka. Jak rozumiem, był to również self-publishing? Jak Pan ocenia to posunięcie? Czy można pogodzić self-publishing i audiobooki?

W.Z.: BOR-owik to cała historia. Najpierw była podpisana umowa z dużym wydawcą, który zażyczył sobie sporych skrótów (chciał książki do 12 arkuszy, a nasza propozycja dotyczyła dwukrotnie większej objętości), po czym doszedł do wniosku, iż nie wyda książki bez dodatkowych skrótów oraz pominięcia pewnych fragmentów. Skoro wydawca nie wyczuwa książki, stara się uczynić z autora petenta i wykonawcę swoich poleceń, decyzja mogła być tylko jedna. Książka ukazała się w małej oficynie, która zgłosiła się do nas, choć wcześniej nie wysyłałem im propozycji wydania. Niestety wydawca nie zrobił nic z tego, co obiecywał, więc po niecałym roku współpracy nasze drogi się rozeszły. Od dwóch lat nakład książki był wyczerpany. Kilku czytelników zwróciło naszą uwagę, że książka osiąga na Allegro cenę 80 zł, co było dużym przegięciem. Kilka telefonów i zapadła decyzja, że wznawiamy książkę w moim wydawnictwie, w formie autorskiej, czyli bez jakiejkolwiek cenzury – bo naprawdę, nie było tam nic, co można by ocenzurować. A skoro wydajemy książkę, to postanowiłem rozszerzyć ofertę o wersje elektroniczne (choć nie znoszę „złodziei” z „chomika” czy torrentów – bez względu na to, co oni sądzą). Jeden z naszych czytelników rzucił wtedy hasło audio… Byłoby miło, ale kalkulacja szybko wykazała, że przy obecnych cenach lektorów oraz innych kosztach, interes nie musi być tak dobry, jak się wydaje. Czytelnik był większym optymistą, a gdy przedstawiono mu wstępną kalkulację, stwierdził, że sam chętnie zainwestuje. Co prawda później okazało się, że kalkulacja nie była do końca właściwa, ale ów znajomy założyć specjalnie wydawnictwo, aby spełnić swoje marzenie. Z tego, co wiem, jeszcze nie odzyskał wszystkich zainwestowanych pieniędzy, ale z uporem do tego dąży.

Co do self-publishingu, ja sam czuję się selfem, ale nie na 100%. Wydaję za swoje pieniądze, ale nie zlecam tego różnym podejrzanym firmom. Założyłem własne wydawnictwo i wszystko robię sam (i nadal się uczę). Łamię przestarzałą i niesłuszną opinię, że self wydają osoby, które nie przeszły weryfikacji w normalnym wydawnictwie. Owszem, jest w tym sporo prawdy, ale ten pierwszy szał selfowania już minął i każdy poważny autor wie, że bez dobrego tekstu, z dobrą redakcją, korektą oraz okładką, nie ma czego szukać na rynku. Zresztą coraz więcej znanych osób, które nie chcą być petentami u wydawców, idzie tą drogą. Oczywiście trudno nam zaistnieć w mediach, gdzie królują propozycje „jedynie słusznych” wydawców.

Czy audio można pogodzić z selfem? Można, ale to nie jest takie proste. Największy koszt w przypadku audio to lektor. Obecne stawki u znanych „czytaczy” są po prostu zaporowe. Aby to się opłacało, koszt wyprodukowania audio powinien się zamknąć w kwocie 5 tys. zł. Może trzeba pomyśleć o innej zasadzie rozliczeń z lektorami, umówić się na jakiś procent od każdego sprzedanego egzemplarza powyżej pewnej liczby. Wtedy jest szansa, że pojawi się wiele audio w systemie self… Wówczas sam byłbym tym zainteresowany, bo w końcu mam do nagrania cykl o szer. Leńczyku (na razie trzy tomy i czwarty w trakcie pisania) oraz nowy Afganistan. Ale nie może to być robione na zasadzie „jakoś to będzie”, na przykład poproszę znajomego, bez żadnego doświadczenia, bo zrobi mi nagranie za niewielkie pieniądze. Otóż nie! To musi być dobry głos, z dobrą dykcją i na rozsądnych zasadach finansowych. Od razu zaznaczę, że lektor i autor są artystami, którzy muszą mieć co włożyć do garnka, ale trzeba znaleźć jakieś rozsądne rozwiązanie.

B.A.: A gdyby nie musiał się Pan liczyć z kosztami, komu najchętniej zleciłby Pan czytanie Leńczyka?

W.Z.: To wbrew pozorom jest bardzo proste pytanie. Nie wiem i nawet się nad tym nie zastanawiam. Znajomi mówią, że powinien to być ktoś znany, np. rozpoznawalny aktor, bo wtedy panie będą kupowały dla jego głosu. Mam jednak wątpliwości, bo po co w takim razie ma jeszcze czytać moją książkę? Na poważnie, korzystam z tzw. bazy głosów i akceptuję dwa, trzy głosy, które mi pasują, nie oglądając się na ich rozpoznawalność. Często, oglądając film lub słuchając radia, dochodzimy do wniosku, że jakiś głos nam odpowiada, ale odgrywanie roli w filmie i czytanie książki to jednak dwie różne sprawy i często pierwsze wrażenie nie jest właściwe. Najprościej i najlepiej mieć do odsłuchania kilka głosów i wybrać z tego grona ten najbardziej pasujący.

B.A.: Czy audio self-publishing ma przyszłość? RW2010.pl uruchamia właśnie nową ofertę dla selfów, którzy chcieliby wejść w audiobooki.

W.Z.: Zastanawiałem się nad tym i wysłałem do nich pytanie, na jakich zasadach to ma działać. Nadal czekam na odpowiedź, ale już mam pewne wątpliwości. Podobno główną zasadą ma być nagrywanie utworu przez samego autora… I tego właśnie nie widzę. Słyszałem naście razy, jak autorzy produkowali się, czytając swoje wiersze lub prozę. Nie oszukujmy się, ale 90% tych prób należałoby pominąć milczeniem. To, że ktoś dobrze pisze, wcale nie oznacza, że jest także uzdolniony w innej dziedzinie, ma dobry i sugestywny głos, potrafi wejść w rolę opowiadacza i ma właściwą dykcję. Ja twierdzę, że nie bez powodu byłem zwalniany z lekcji muzyki w szkole. Pozostawmy to zawodowcom, czyli aktorom oraz lektorom, którzy są do tego przygotowani i gwarantują profesjonalne wykonanie. I nie zapominajmy, że nawet największe nazwiska nie gwarantują nam właściwego odtworzenia czytanej prozy.

Nie ukrywam, że wcześniej odnalazłem forum lektorów i szukając właściwego głosu, poprosiłem ich, aby przysłali mi swoje dema z nagranymi fragmentami Leńczyka (jako ciekawostkę wspomnę, że dostałem także dwa nagrania od pań). Z około dwudziestu ofert jeden głos i wykonanie były przekonujące.

Każda nowa próba niesie nadzieję i stwarza możliwość otwarcia się na nowe rynki, ale musi być wykonana profesjonalnie. W przypadku audiobooków mogą nam to zagwarantować tylko profesjonalni lektorzy i aktorzy po odpowiednim szkoleniu. Aby koszty były niższe, może trzeba zaprosić do współpracy adeptów aktorstwa, których jeszcze nie zmanierowały występy w tasiemcowych serialach.

B.A.: Czy planuje Pan w najbliższej przyszłości nagrać kolejne audiobooki (np. „Dowódcę Plutonu”?), czy ten rozdział jest zamknięty?

W.Z.: Chciałbym, ale nie na takich warunkach, jakie są obecnie na rynku. Poza kosztami produkcji, trzeba także liczyć marże dla portalów sprzedających audiobooki, które sięgają nawet 45% jego ceny. I zawsze w takich wypadkach zadaję pytanie, za co owe portale chcą 45%? Przecież otrzymują gotowy produkt, w który nic nie muszą inwestować, nie prowadzą żadnej aktywności reklamowej, a i tak chcą prawie połowę jego ceny. Dla mnie to nie jest normalne.

Podobna sytuacja jest na rynku wydawnictw elektronicznych, tzw. e-booków. Platformy chcą 50 % ich ceny, nie inwestując w ich powstanie ani złotówki. Różnica jest taka, że wyprodukowanie e-booka to koszt około 500 zł, więc jest szansa, że to się zwróci w dość krótkim czasie. Przy audio koszty wynoszą 20, 30 razy więcej, więc kiedy to się zwróci?

B.A.: Obraz ambasady w Kabulu, który przedstawił Pan w książce, nie jest zbyt pozytywny. Nie miał Pan z tego tytułu żadnych problemów? Nie zapukali do Pana smutni panowie w garniturach? 🙂

W.Z.: Nikt mnie nie odwiedził, bo i nie miał powodu. Przede wszystkim nie opisałem dokładnie ambasady, a że opisałem ją tak a nie inaczej… No, cóż. Straciłem jednego ze znajomych, który weryfikował mi dane z książki, bo co prawda potwierdził, że coś takiego miało miejsce, ale przestał ode mnie odbierać telefony. Kolejny z opisanych w książce pracowników MSZ nie zdecydował się na zapoznanie z treścią książki, choć proponowałem mu taką możliwość. Zapewne nie zdradzę zbyt wiele, ale piszę swoje książki na laptopie, który nie ma żadnej łączności z Siecią. Dzięki temu mogę na nim przechowywać wszystkie potrzebne mi dane. Choć na wszelki wypadek nie wszystkie. Te najciekawsze są przechowywane na zewnętrznym dysku, który gdzieś sobie leży. To są zabezpieczenia, do których przekonali mnie znajomi po wydaniu pierwszego tomu Leńczyka. Jak tłumaczyli – tak na wszelki wypadek, aby spokojnie spać. A mądrych ludzi warto słuchać…

B.A.: Lada dzień ukaże się Pana najnowsza książka „Afganistan. Dowódca Plutonu”, której współautorem jest emerytowany major U.S. Army Rafał Stachowski (protoplasta głównego bohatera). Może Pan powiedzieć o tej książce coś więcej? Jak doszło do współpracy z panem Majorem?

W.Z.: Poznaliśmy się z Rafałem poprzez Irak, szer. Leńczyka i polskich żołnierzy, którzy widząc amerykańskiego oficera jadącego rowerem po terenie bazy, zaczęli go pozdrawiać jak Leńczyka. Proszę sobie wyobrazić: zdezorientowany amerykański oficer zatrzymuje się i pyta praską gwarą (mieszkał tam do 18 roku życia), co im się nie podoba. Słowo do słowa i dowiedział się o istnieniu mojej książki. Napisał do mnie maila, podesłałem mu ją do przeczytania i tak to się zaczęło. Rafał od dłuższego czasu prowadził blog (http://sladamikonkwistadorow.blog.onet.pl), gdzie opisywał swoje życie w amerykańskiej armii. Próbowałem go namówić, aby złożył z tego książkę, ale jak to u młodych oficerów, nigdy nie ma dość czasu, aby wszystko zrobić. By go zachęcić podesłałem konspekt, jak ja bym to zrobił i stanęło na tym, że ja piszę, bazując na jego zapiskach, on koryguje, akceptuje lub wywala i zobaczymy, co z tego będzie…

Nie przesadzę, jeśli stwierdzę, że ta książka powstawała przez 5 lat, bo zawsze brakło Rafałowi czasu. W końcu stwierdziłem, że trzeba ją wydać.

B.A.: Po lekturze (a dokładnie po wysłuchaniu, bo kupiłem audiobooka 😉 „Relacji BORowika” zabrałem się do pisania recenzji i wpadłem w konfuzję. Skąd pomysł, że jest Pan self-publisherem, a np. Rafał Kosik (założyciel wydawnictwa Powergraph i autor) nie jest self-publisherem? Gdzie leży różnica? Czy przypadkiem nie jest to kwestia ideologiczna?

W.Z.: Ja się określam jako self trochę z przekory, bo ogólnie wrzucamy do self wszystko, co wiąże się z tzw. samofinansowaniem. Już kiedyś proponowałem, aby wprowadzić podział na poszczególne rodzaje:
– Self-publisher – autor wydający swoje książki w każdej wersji, w swoim własnym wydawnictwie. I myślę tu o takich autorach jak: Rafał Kosik, Krzysztof Koziołek, Aleksander Sowa czy ostatnio choćby Jerzy Rostkowski – książka o organizacji „Muszkieterzy” albo gen. Zacharski z „Kodami wojny”. Oczywiście także ja sam oraz nowi, którzy nadchodzą.
– Self-electronic (e-book) – wszelkie książki elektroniczne wydawane samodzielnie przez platformy typu virtualo, RW2010, e-bookowo itd.
– Self-vanity – książki wydawane przez wydawnictwa oferujące swoje usługi za gotówkę i firmujące owe pozycje swoim logo (np. rozpisani.pl czy wydacksiazke.pl itd.)

Najwięcej zła uczyniły dwie ostatnie grupy, bo wydawali swoje propozycje bez żadnej fachowej redakcji, korekty oraz opracowania wydawniczego. Skoro wszystko można wydać za pieniądze, po co to szlifować, poprawiać, dopieszczać… A firm, które puszczą wszystko, aby tylko swoje zarobić, jest coraz więcej, tak samo jak pseudoblogerów (nie mylić z tymi, co podchodzą do tego poważnie), którzy dobrze opiszą każdą książkę, bo im się z zasady podoba każda książka, a już szczególnie, gdy ją otrzyma darmowo.

Te określenia względem Rafała Kosika, to nie mój pomysł, ale kogoś innego, kto ma dużo czasu, więc wymyśla sobie, co chce. Z Rafałem różnimy się tym, że ja jestem wydawcą jednego, jedynego autora czyli siebie samego, a Rafał proponuje także książki innych autorów.

Zapewne padnie zaraz pytanie, dlaczego nie chcę wydawać innych. Odpowiedź jest prosta: nie chcę odpowiadać za marzenia i oczekiwania innych autorów. Jeśli sam czegoś nie dopilnuję, to mogę mieć pretensję wyłącznie do siebie samego, a inny autor zawsze sądzi, że wina jest po stronie wydawcy, bo mógł bardziej zadbać o reklamę, bardziej promować, więcej wydać, aby więcej zarobić. Sorry, ale wolę odpowiadać wyłącznie za siebie.

B.A.: W dniu dzisiejszym Wydaje.pl ogłosiło, że od 1 listopada ich serwis zostaje zamknięty. Całkiem niedawno z self-publishingu zrezygnowało virtualo (teoretycznie znaleźli kogoś, kto miał to robić w ramach outsourcingu, ale w gruncie rzeczy jest to jednoznaczne z rezygnacją). Jak właściwie postrzega Pan polski self-publishing? Czy to już zmierzch self-publishingu (w takim szerokim rozumieniu), czy tak naprawdę nigdy w Polsce się on na dobre nie wykształcił? A może właśnie teraz, gdy self-electronic jest w odwrocie, oddzieli się ziarno od plew i zostaną tylko najlepsi?

W.Z.: Można mieć taką nadzieję, że minął już szał wydawania oraz przekonanie, iż wszystko, co się napisało można łatwo wydać w formie elektronicznej, najczęściej bez redakcji i korekty, ponieważ TO JA NAPISAŁEM, a poza tym podobało się mojej dziewczynie/chłopakowi oraz kumplom, więc na pewno jestem BEST. Obawiam się, że na miejsce tych, co rezygnują zaraz pojawią się nowi, którzy może na mniejszą skalę, ale zajmą ich miejsce, mając nadzieję, że się jeszcze załapią na jakąś kasę. Dopóki w Polsce panuje wiara, że napisanie książki pozwala żyć na w miarę wysokiej stopie, łapać się na tzw. ścianki oraz zaliczyć się do celebrytów, to zawsze znajdzie się iluś chętnych do kariery, bo się ani się nie narobi, ani tym bardziej narobi.

Patrząc na wysyp książek obyczajowych pisanych na tzw. jedno kopyto, nie przewiduję, aby nastąpił jakiś regres w self-vanity. Jeśli chodzi o self-electronic, to zapewne decydującą sprawą jest zrozumienie, że sprzedaż e-booków w naszym kraju jest nadal minimalna. Wielu czytelników i tak kradnie, co może poprzez „chomika” lub torrenty. Choć oni twierdzą, że tylko ściągają, aby sprawdzić, czy warto kupić. Czasami przekornie w dyskusjach proponuję owym dyskutantom, że umówię się z ich żoną, dziewczyna, aby sprawdzić czy „warto się nią na dłużej zainteresować” i wtedy – z niezrozumiałych powodów okazuje się, że to co ich nie można ruszać. Dla mnie korzystanie z chomika oraz torrenty to jest to rzeczywista kradzież. No bo kto z nich potem kupi, skoro już przeczytał?

Ci autorzy, którzy są rozczarowani postawą wydawców, którzy chcą mieć wpływ na swoją książkę, a także poszukują własnej drogi i jednocześnie reprezentują jakiś poziom, zapewne zostaną w self. Choć jeśli im się trafi okazja, skorzystają także z propozycji wydawców. Z tym, że wydawcy muszą zejść z piedestału i zacząć traktować nas jako partnerów, a nie petentów, którzy do nich przychodzą z prośbą. Nie chcemy być „chłopcami do bicia”, bo często wydawcy, chcąc zmniejszyć wydatki, oszczędzają na redakcji, korekcie, grafice oraz na tantiemach dla autorów. A to wszystko odbija się na jakości.

Panowie wydawcy, wbrew panującej wśród was teorii, autor nie żyje z powietrza i coś musi do garnka włożyć, a tantiemy płacone po wielkich bojach dwa razy do roku mogą okazać się niewystarczające. I proszę nam nie wmawiać, że wszyscy tak mają, bo celebrytom i gwiazdkom telewizyjnym znanych z tego, że są znani, płacicie prawie od ręki i na wiele lepszych warunkach. Zamiast walczyć z nami, walczcie z hurtowniami, ich żądaniami upustów sięgających już przeszło 50% ceny książek, terminów płatności dochodzących pół roku, oraz dosyłaniu książek do ich magazynów, chociaż one nie zapłaciły jeszcze za książki sprzedane dawno temu. Bardzo przepraszam, ale pomyliły się wam pryncypia i pora przywrócić właściwe proporcje.

B.A.: W zasadzie jestem Pana młodszym i dużo mniej doświadczonym kolegą po fachu. Wydaje mi się, że mojego bloga mogą czytać również młodzi, początkujący pisarze. Czy miałby Pan jakąś szczególną radę dla osób, które zaczynają swoją przygodę z pisaniem?

W.Z.: Nie bez przyczyny mówi się, że „dobrymi radami wybrukowany jest przedsionek piekła”. Kłopot ze mną polega na tym, że nie wierzę w żadne cudowne kursy pisania, bo po takim kursie można zostać schematycznym autorem „bajek dla kobiet, koniecznie ze szczęśliwym zakończeniem”. Nikt nie musi się ze mną zgadzać, ale uważam, że to się „w sobie ma, lub nie”. Aby wszystko było jasne, wcale nie uważam się za pomazańca i nie aspiruję na niego. Piszę bo tak się to ułożyło i nie aspiruję do światka artystycznego i nie jest on moim celem.

Drugi sposób na karierę na rynku książki, to lans za wszelką cenę. Jeśli mogę coś poradzić, to omijajcie wszelkie ścianki, pokazy i zloty ludzi znanych z tego, że są znani, bo szkoda na to naszego czasu. Sto razy zdrowiej wyjść na spacer do lasu, bo chociaż pooddychasz zdrowym powietrzem, a nie będziesz się musiał do każdego uśmiechać i wciskać się w drogie ubrania, które mają jak najwięcej pokazać twojego ciała.

A na poważnie: czytać, czytać, czytać! Z drugiej strony, pisanie to bardzo ciężki i przede wszystkim stresujący kawałek chleba i nie każdy może – choćby bardzo chciał – w tym zaistnieć. O tym się nie mówi, bo to nie jest medialne, ale taka jest prawda. Mało kto, poza wyjątkami, robi prawdziwą karierę poprzez pisanie. Można zaistnieć, zabłysnąć na krótki okres a później walczyć o to aby na nim pozostać. Tylko, czy to ma sens? Czy rzeczywiście warto rozmieniać się na drobne, godzić na pewne układy, uśmiechać się na siłę do ludzi których się nie szanuje, być na każde skinięcie wydawców, pokornie znosić humory redaktorów i pisać „pod schemat” to on się sprzedaje. Pisanie, bycie rozpoznawalnym w światku autorskim – choćby na krótko – to nie tylko blichtr i uznanie, ale przede wszystkim stres i walka z samym sobą. Nie bez powodu tylu autorów ma problemu z sobą, oraz swoim zachowanie.

Dlatego, jeśli mogę cokolwiek radzić, jeżeli nie musisz, jest tyle fajnych rzeczy, które można robić, zamiast siedzieć przed monitorem i klepać w klawiaturę. A jeżeli spotkasz osoby które piszą z powodu misji, chęci ratowania świata, uciekaj jak najdalej i nie daj się wtłoczyć w schemat. Pisanie nie ma nic wspólnego z obrazem jaki próbują nam sprzedać media, to ciężki i w większości schizofreniczny świat, gdzie uśmiech nie jest uśmiechem, a opinia o twojej książce jest zależna od osoby, z którą się akurat rozmawia. I nie liczcie na pieniądze z pisania, które wam pozwolą wygodnie żyć. Piszących są tysiące, osoby które na tym sporo zarabiają to jednostki, więc nie licz, że to akurat nią będziesz.

Pozdrawiam marudnie…

B.A.: Dziękuję bardzo.

Photo by Thought Catalog on Unsplash

Comments

comments

Zobacz także