Weirdness of Breslau #1: Obcy we Wrocławiu

– Polak, Niemiec i Rusek wchodzą do baru… Znacie to?
– Idź lepiej zobacz, co z Moglińskim – powiedział Kulicki, strzepując popiół z papierosa na podłogę. – Poszedł do kibla dwadzieścia minut temu i chyba zaginął.
Bielski zawiercił się na krześle, jakby go co w dupę uwierało.
– Dobra… Lujnę przy okazji.
Nie można było powiedzieć, że w restauracji panowały pustki. Praktycznie przy każdym stoliku siedział ktoś. Czasem ktoś samotny, czasem w parze lub w jeszcze innej, nieco bardziej skomplikowanej konfiguracji. Toteż Bielski musiał przeciskać się nieelegancko pomiędzy siedzącymi, uprawiając jednocześnie ocieractwo na masową skalę. Sam by siebie przymknął, gdyby nie fakt, że był już mocno pijany i zgubił gdzieś odznakę.
Moglińskiego w kiblu nie było.
– Przepraszam, widział pan może takiego zmarniałego człowieka? Poszedł do toalety jakiś czas temu i…
Jedyną osobą, która stałą w holu i mogła coś widzieć, był szatniarz.
– Do kibla to tłumy chodzą panie. Może był, a może nie był. Nie wiem. Przysięgać na nie będę. Śledztwo pan prowadzisz czy co?
– Być może – odparł Bielski, zamyślając się… – Być może.

W tym czasie Artur Mogliński był już daleko od rzeczonej restauracji. Konkretniej to oddalał się od restauracji, biegnąc mostem Uniwersyteckim. A tak już całkiem konkretnie, to uciekał mostem przed trzema, dziwnie wyglądającymi typami, którzy nagabywali go już kilkanaście minut wcześniej, kiedy to dyskretnie udał się na stronę, by załatwić pewną palącą potrzebę.
Z początku myślał, że to być może jacyś zboczeńcy, jednak bardzo szybko dostrzegł pewne niepokojące symptomy, mogące świadczyć o tym, że nie byli to zboczeńcy. Choć przyglądali mu się z dużym zaciekawieniem, kiedy stał przed pisuarem. Jednak ich wygląd i zachowanie sugerowało, że było z nimi coś mocno nie tak. Ich skóra miała inny odcień, niż zwykle. I wcale nie chodzi o to, że była ciemniejsza czy coś. Była jakby… zielonkawa i pokryta łuską. Ich oczy były wielkie i niepokojące. Zupełnie pozbawione życia, jak guziki albo coś. I dziwnie szemrali między sobą. Nie po ukraińsku.
Zwijając interes, Mogliński zaczął gorączkowo zastanawiać się nad tym, co właściwie powinien zrobić w takiej sytuacji. Mógłby oczywiście spróbować wyjść, jakby nigdy nic, jednak jeśli byli to przedstawiciele którejś z tajnych służb, raczej jego plan nie miał zbyt dużych szans na powodzenie.
Postawił więc wszystko na jedną kartę. Zamarł na chwilę, a potem zerwał się do gwałtownej ucieczki, ślizgając się na mokrej podłodze niczym pijany clown… No dobra. Nie jest to może najszczęśliwsze porównanie, ponieważ w istocie był pijany. Żył z zasiłku i dotacji, prowadząc działalność niezależnego blogera śledczego. A zatem był też i clownem.
Faceci przy wyjściu rzucili się na niego, co było scenariuszem zgodnym z oczekiwaniami Moglińskiego. Zamierzał zastosować jakiś cios z Krav Magi, jednak o Krav Madze wiedział tylko tyle, że pochodziła ona z Izraela. Przecisnął się więc pomiędzy napastnikami i wybiegł na salę, gdzie przy jednym ze stolików siedzieli Bielski, Kulicki i zupełnie już pijany Gałka.
Wybiegł na ulicę i skierował się w stronę mostu Uniwersyteckiego, na którym wprawdzie nie mógł być bezpieczny, jednak w każdym innym miejscu w tym mieście, także nie mógł być bezpieczny. No, może oprócz kilku met, w których zawsze mógł dostać coś ciepłego do picia i kawałek podłogi, żeby zmrużyć oko.
Napastnicy wciąż jednak byli kilka kroków za nim. I zważywszy na narastający stukot drogiego, skórzanego obuwia o chodnik, byli coraz bliżej.
– Cholera – pomyślał Mogliński. – To na bank żadne tajne służby! Gang goblinów też raczej nie!
Gorączkowo usiłował wydobyć z czeluści pamięci, komu jeszcze mógł w ostatnim czasie się narazić. I prócz kilku właścicieli lombardów, u których zostawił sporo swoich bambetli, właściwie lista kończyła się na…
– Obcy! – Wyszeptał.
Rzeczywiście interesował się w ostatnim czasie działalnością przybyszy spoza naszej planety. Zwłaszcza, że – jak donosił Wroclife – oni byli już we Wrocławiu. Mogliński wprawdzie przeczytał tylko tytuł i dość pobieżnie przeskanował cały tekst, jednak był niemalże pewien, że ci, którzy go ścigali, nie mieli stałego zameldowania na Ziemi.
Jeśli było coś, czego Mogliński się bał, to właśnie uprowadzenia przez kosmitów i tych wszystkich badań z wkładaniem… Mniejsza z tym.
Przyspieszył kroku. Oni przyspieszyli także. Wkrótce obok pojawił się jakiś wóz. Wan czy bus. Z boku otworzyły się drzwi i ktoś wciągnął Moglińskiego za ubranie do ciemnego, dusznego wnętrza.

Obudził się zlany potem i zmarznięty jednocześnie. Otaczała go nieznośna jasność, a w powietrzu unosił się dość niepokojący odór.
Rozejrzał się dookoła i dobrą chwilę zajęło, nim jego wzrok wyostrzył się na tyle, by dostrzec więcej detali – zakratowane okno, prycza, kibel…
Mogliński odetchnął z ulgą.

Był na izbie wytrzeźwień.

Comments

comments