Weirdness of Breslau: #2 Sokół poznański

Wyczułem kłopoty swoim własnym nosem, kiedy wstałem od biurka, by rozprostować nogi. Lekki wiaterek, który dostał się do środka przez szparę pod drzwiami, przyniósł zapach kobiecych perfum. Bardzo intensywny, ale subtelny. Na pewno nie powiedziałbym, że wulgarny.
Zanim jeszcze rozległo się pukanie do drzwi, otworzyłem je i wyjrzałem na korytarz. Po raz kolejny moja intuicja okazała się mieć zupełną rację: miałem kłopoty.
– Dzień dobry – powiedziała piękna brunetka w beżowej garsonce. – Szukam biura detektywistycznego…
– Znalazła je pani – powiedziałem, odsuwając się, by zrobić przejście w drzwiach. – Samuel Spadowski. Zapraszam do środka.
Zanim jeszcze usiadła na krześle, szybko – acz dyskretnie – zdjąłem z biurka niedopitą flaszkę, nad którą pracowałem, zanim postanowiłem rozprostować nogi. Kobieta jednak musiała dostrzec mój rozpaczliwy gest, gdyż uśmiechnęła się.
– Napije się pani czegoś? – postanowiłem pozostać przy temacie picia.
– Może być wódka z tonikiem – odparła, wyciągając papierosa. – Czy mogłabym tu zapalić?
– Oczywiście. Proszę czuć się, jak u siebie w domu.
Wyszedłem na korytarz, gdzie stał automat z napojami. Dzięki Bogu była w środku jeszcze jedna puszka toniku, choć niestety o smaku pomarańczowym.
– Ma pani dziś szczęśliwy dzień – powiedziałem wracając do biura i otwierając puszkę. – Ostatnia. Co panią do mnie sprowadza?
– Skradziono mi pewien przedmiot. Figurkę – powiedziała.
– Figurkę?
– Zgadza się. Figurkę sokoła, którą przywiozłam sobie z Poznania.
Sprawa była dosyć nietypowa, więc czym prędzej nalałem wódki i toniku do dwóch szklanek. Następnie z zamrażarki wyjąłem lód i wrzuciłem do drinków po dwie kostki.
– Jaką wartość przedstawiała ta figurka panno…
– Pani. Szoniewska. Brygida Szoniewska.
Ucałowałem jej dłoń, choć w ostatnim czasie nie było to zbyt dobrze widziane. Ale postanowiłem zaryzykować. To była zbyt duża okazja, by marnować ją konwenansem.
– Figurkę kupiłam od faceta, który handlował antykami, nieopodal Malty. Sądził, że była pozłacana. Ja sądzę, że była ze złota.
– Ze złota? Ile mogła być warta?
– Sto pięćdziesiąt… sto siedemdziesiąt tysięcy.
– Złotych?
– Euro.
Wypiłem duszkiem swoją wódkę. Nalałem drugą szklankę, tym razem bez toniku i znów wypiłem. Było lepiej.
– Niezła sumka – wyszeptałem.
– Jeżeli uda się panu ją odzyskać, dostanie pan pięć procent.
Szybko obliczyłem, że byłoby to jakieś dwa tysiące, czyli na nasze osiem. A to oznaczało jedno – spłata wszystkich długów i wyjście na prostą.
– W jakich okolicznościach zaginął ten sokół maltański? – zapytałem.
– Ma ją mój mąż – odparła, wypuszczając kółka z dymu.
– Sądziłem, że był skradziony…
– Tak. Ukradł go mój mąż.
– A więc…
Szoniewska wyjęła z torebki niewielki rewolwer i położyła go na biurku.
– Chodzi o to, żeby poszedł pan pod wskazany adres i… odzyskał figurkę.
– Co pani sugeruje? – zapytałem zszokowany i nalałem sobie kolejną szklankę. – Mam go…
– Tak.
Milczałem przez dłuższą chwilę. Propozycja była niedorzeczna i nie do końca zgodna z prawem. Właściwie gdybym miał jakikolwiek dowód na to, co właśnie mi zaoferowała, powinienem był niezwłocznie zadzwonić na policję. Jednak nie miałem.
– Dziesięć procent – powiedziałem.
– Siedem!
– Dobra. Siedem.
Kłopoty to moja specjalność.

***

Szoniewski otworzył drzwi po dłuższej chwili. Podobnie jak ja, trzymał w ręku broń. Najwyraźniej spodziewał się, że żona naśle na niego jakiegoś cyngla. Na moje nieszczęście, tym cynglem byłem właśnie ja.
– Panie Szoniewski, dogadajmy się jakoś – zaproponowałem.
– Dogadać się? Co z pana za zabójca? – odburknął. – Strzelasz pan, czy mam to zrobić pierwszy? Pokaż pan jaja.
– Nie chcę do pana strzelać – powiedziałem zgodnie z prawdą. – Niech pan odda figurkę.
– Nigdy! Ja za nią zapłaciłem. To moja figurka – facet nie dawał za wygraną. – To jak będzie? Mam strzelać?
Dostrzegłem w jego oku nutkę niepewności. On chyba również nie chciał strzelać. I pewnie liczył na to, że ja zwyczajnie odpuszczę.
– Strzelę, jeżeli mnie pan do tego zmusi.
– No to na co pan czeka? – zapytał. – Na gwiazdkę? Strzelaj pan.
– Mam strzelać?
Szoniewski nie odpowiedział. W końcu, po dłuższej chwili milczenia, zdjął łańcuch z drzwi i otworzył. Wszedłem do mieszkania, a on polał wódki do dwóch szklanek. Odłożyliśmy broń i wypiliśmy w milczeniu. Potem jeszcze po jednym. I jeszcze po jednym. Kiedy w końcu zrobiło się późno, schowałem swój rewolwer do kieszeni płaszcza, pożegnałem się grzecznie i wyszedłem z mieszkania.
Noc była chłodna i przyjemna. Światła neonów zdawały się mówić do mnie, ale ja brnąłem niewzruszony przed siebie. Chciałem tylko się ukryć.

Comments

comments

Tagged with: