Bartosz Adamiak

dystopie, postapo, survival i inne brednie

Vanity press

Vanity press jest jak van z materacem mokrym od łez…

Artykuł jest archiwalny. Pierwotnie opublikowany w grudniu 2015 roku. Przypominam go, bo jedno z wydawnictw vanity przysłało mi propozycję przystąpienia do programu partnerskiego – 500 zł za „łebka”. Wiecie, o co chodzi?

Znam dwóch gości, którzy zdecydowali się na wydanie ze współfinansowaniem. Trudno mi powiedzieć, co dokładnie skłoniło ich do podjęcia akurat takiej decyzji i jak naprawdę na tym wyszli. Jednak na temat vanity press mam swoje zdanie. I nie jest ono najlepsze…

Będąc młodym, początkującym pisarzem, często rozważasz różne możliwości wydania książki. Zastanawiasz się, czy pójść w tradycyjne wydawnictwo czy raczej w self publishing. Szukasz informacji w internecie, radzisz się znajomych, być może masz już nawet za sobą pierwsze odmowne maile od wydawców.

Nagle zjawia się miły pan, który ma dla ciebie wspaniałą propozycję. Wprost idealną. Zakrojoną do twoich SZCZEGÓLNYCH potrzeb. Przecież jesteś WYJĄTKOWY. Nikt wprawdzie jeszcze nie poznał się na twoim talencie, ale już lada dzień, jeżeli tylko trochę pomożesz swemu losowi, z pewnością wypłyniesz na szerokie wody i zostaniesz PRAWDZIWYM PISARZEM!

Miły pan zaprasza cię do czarnego vana, który okazuje się być – oczywiście metaforycznie! – bang busem z zainstalowanymi kamerkami spiętymi bezpośrednio z internetem.

Jak działa vanity press

Z mojej perspektywy wygląda to tak, że owe firmy intensywnie reklamują się kontekstowo dla wyszukiwań na hasła „self publishing” czy „jak wydać książkę”. Wystarczy jeden klik, by trafić na listę remarketingową AdWords i być nękanym słodkimi obietnicami jeszcze przez długi, długi czas. Później, w odpowiednim czasie, korzystamy z „darmowej kalkulacji” (zostawiając obowiązkowo swoje dane) wydruku lub wysyłamy zapytanie. Aspirujący pisarz wysyła swój manuskrypt i dostaje odpowiedź, że „oczywiście książka jest wspaniała i z przyjemnością ją wydamy”, ale później, gdzieś w międzyczasie, okazuje się, że konieczne jest współfinansowanie itp.

Nakłady w takich wydawnictwach nie przekraczają 500 egzemplarzy, więc na druk idzie może maksymalnie z 2000 złotych (w zależności od gramatury papieru i fajerwerków). Koszt korekty i redakcji jest niski albo zerowy, bo zrobi go praktykantka/studentka/właściciel jednoosobowej DG. Skład i design też zrobi właściciel w gimpie, wykorzystując fotki z darmowego stocka. Koszt marketingu, logistyki? Nie ma żadnej logistyki i marketingu. Książki trafiają do zaprzyjaźnionej księgarni w Szamocinie i… To już wszystkie wydatki. Oczywiście hipotetycznie! Ok… może trochę generalizuję i przerysowuję, ale w przypadku niektórych „wydawnictw” zapewne nie mylę się znowu aż tak bardzo.

Pomnik twardszy, niźli ze spiżu

Oczywiście wydawca (który posiada także sieć lumpeksów i kantor) może powiedzieć: „no, ale to od pisarza zależy przecież, co chce zrobić ze swoją książką. Nie każdy myśli tylko o pieniądzach! Dla niektórych ważna jest wartość jaką niesie możliwość potrzymania w rękach swojego własnego dzieła na papierze (który jak wiadomo jest jedyną słuszną formą książki, milion razy lepszą niż heretycki e-book)… Zbudowanie pomnika twardszego niż ze spiżu!”

Cóż, twardość TAKIEGO pomnika jest mocno dyskusyjna. Gdybym ja chciał potrzymać swoją książkę w formie papierowej, to zamówiłbym jakiś mikronakładowy cyfrodruk (4-5 sztuk). Byłoby to brzydkie i amatorskie, ale przecież chodzi tylko o wartość z pomacania i możliwość zamknięcia się sam na sam z własną książką w toalecie. Zresztą po vanity press też nie ma sensu spodziewać się nie wiadomo czego…

Decyzja jest Twoja!

Oczywiście nie mam zamiaru nikomu mówić, że ma nie korzystać z vanity press. Bez wątpienia jest to jedna z możliwości. Jeżeli masz za dużo niepotrzebnych biletów NBP, droga wolna – nikt bogatemu nie zabroni. Zanim jednak to zrobisz, zapoznaj się z tym tekstem. Paweł Pollak zrobił kiedyś prowokację. Spreparował naprawdę kiepską powieść i porozsyłał ją do wydawnictw specjalizujących się we współfinansowaniu. Odpowiedzi, które otrzymał, były zaskakujące. Dla niewielu wydawnictw vanity press problemem nie było to, że książka była totalnie do bani, ale wysokość „wkładu własnego” autora, wynikająca z oceny ryzyka.

Krótko mówiąc: zamiast powiedzieć, że książka jest do dupy, mówią, ile trzeba dopłacić.

Zaryzykuję stwierdzenie, że jeżeli zrobisz SAM dokładnie to, co robią vanity press, czyli zrobisz klasyczny self-publishing, zapłacisz mniej, a osiągniesz podobny, albo nawet lepszy efekt.

Nie wszystkie wydawnictwa typu vanity press są gangsterskie. Niektóre z nich zapewne stosują do norm i nie myślą wyłącznie o swoim zysku, bez względu na to, co stanie się z autorem. Jednak można odnieść wrażenie, że niektórzy wydawcy „vanishing press” nie uwzględniają w swojej działalności samej sprzedaży książek, co pozwoliłoby zarobić także autorowi. Warto zatem przemyśleć sprawę, rozważyć wszystkie za i przeciw. Może lepiej spróbować wysłać swój manuskrypt do tradycyjnego wydawnictwa? Jeżeli książka dobrze rokuje, to jest szansa na znalezienie wydawcy. Jeżeli nie, szkoda płacić za możliwość życia w ułudzie jeszcze przez kilka miesięcy. Warto także rozważyć ujmę na honorze, jaką jest digital self-publishing (wydanie książki w postaci e-booka). Efekt może być równie rozczarowujący, ale o jakieś 10 000 puszek pasztetu za 99 groszy tańszy!

Photo by Kyle Szegedi on Unsplash

1 Udostępnień

Comments

comments

Zobacz także