Urzędnicy

Podziel się:

Przyszli po mnie pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie. Drzwi otworzyli swoim kluczem i rozsiedli się w salonie, przy moim śniadaniu i kawie. Przynajmniej tak ich zastałem, kiedy wyszedłem z łazienki w pidżamie, szlafroku i kapciach.

– Dzień dobry – powiedziałem.

– Dzień dobry – odpowiedział jeden z nich, nie odrywając oczu od telewizora.

Drugi kończył właśnie jeść moją zimną już jajecznicę na pomidorach, co wprawiło mnie w nieprzyjemny nastrój. Wszyscy trzej mieli na sobie nijakie, popielate garnitury i źle dobrane krawaty. Twarze mieli równie nijakie, całkowicie pozbawione wyrazu oraz jakichkolwiek cech charakterystycznych, mogących pomóc w zapamiętaniu czy choćby opisaniu ich komuś.

– Czy mogę jakoś pomóc?

– A tak, przepraszam. – Ten od jajecznicy wstał i otrzepał się z okruszków pieczywa, następnie podszedł do mnie z wyciągniętą ręką. – Łakomski moje nazwisko, a to są panowie Miler i Stec. Jesteśmy urzędnikami.

Uścisnąłem dłoń z niechęcią. O tym, że miałem do czynienia z urzędnikami, wiedziałem gdy tylko ich ujrzałem. A nawet wcześniej – kiedy otworzyli sobie drzwi do mojego apartamentu swoim kluczem, w czasie gdy ja byłem zajęty załatwianiem spraw natury fizjologicznej. Tylko oni potrafią tak wejść człowiekowi w życie z buciorami. Jednak tego, z jakim typem urzędników miałem do czynienia, mogłem się jedynie domyślać. Wszyscy oni starali się wyglądać i zachowywać jednakowo, aby przypadkiem nie spłoszyć swojej przyszłej ofiary.

– Dobrze zatem – powiedziałem. – Widzę, że już się panowie rozgościli, kawy i śniadania nie muszę proponować. Co najwyżej dolewkę. Sam też chętnie się napiję, bo jeszcze nie zdążyłem. – Spojrzałem na moją filiżankę, która w tej chwili znajdowała się w dłoni Steca.

– Oczywiście, proszę się nie krępować, to pańskie mieszkanie – odparł Łakomski. – Jest jeszcze trochę czasu, więc niech pan sobie spokojnie pozałatwia swoje sprawy.

Mój poziom niepokoju wzrósł o kilka stopni.

– Czy zechcieliby panowie pokazać mi jakieś legitymacje, nakaz czy coś w tym rodzaju? – Postanowiłem, że nie sprzedam skóry tanio. – Jaki jest cel tej nieoczekiwanej wizyty?

Łakomski uśmiechnął się tylko i zbył moje pytanie niedbałym machnięciem ręki. Nie leżałem jeszcze skuty na ziemi, więc albo był to urząd emerytalny albo skarbówka. Chociaż nie… ze skarbówki pewnie by skuli.

Poszedłem do kuchni, niby po kawę, jednak prawdziwym moim celem był kalendarz ścienny, wiszący za drzwiami. Był poniedziałek, szesnastego października. Tydzień wcześniej osiągnąłem wiek pomostowy, który uprawniał urząd emerytalny do przesunięcia mnie na spoczynek, w razie absolutnej konieczności. W praktyce siedzieli właśnie w moim salonie.

Poczułem nagłe uderzenie gorąca. Jak mogłem to przeoczyć? Przecież miałem urodziny… No tak, spędzałem je w samotności i nikt mi nie przygadywał. Jeszcze w sierpniu zastanawiałem się nad tym, co zrobię, kiedy po mnie przyjdą. Zamierzałem przygotować plecak ucieczkowy, zdobyć jakąś nielegalną broń, ratować się… Cholera jasna! Umknęło mi. Uciekło!

Wyjrzałem przez okienko kuchenne. Urzędnicy nadal gapili się w telewizor, jakby to, co gadają w śniadaniówkach, przedstawiało sobą jakąkolwiek wartość. Widocznie ci całkowicie pozbawieni osobowości ludzie potrafili w sposób naturalny, zupełnie bezmyślnie gapić się w telewizor godzinami. Albo po prostu nauczono ich tego w jakimś ośrodku szkoleniowym.

Nóż! Gdzie ten cholerny nóż? Wszystkie miałem zaokrąglone, jak nakazuje prawo, ale jeden miałem taki stary, był w rodzinie od lat, miał drewnianą rączkę i był tyle razy ostrzony, że głownia stała się wąska jak szpikulec. Trzymałem go, bo dziś już takich nie robią, a czasem człowiek potrzebuje coś naprawdę ukroić i…

Znalazłem na dnie szuflady z rozmaitościami. W razie kontroli, pewnie i tak by go odkryli, ale bardzo starałem się, by nigdy nie dać im pretekstu. Zawsze byłem przykładnym obywatelem. Tylko myśli miałem nieprzykładne, ale zostawiałem je dla siebie, bo tylko do nich jeszcze nie mogli się dobrać. Przynajmniej taką miałem nadzieję.

Ścisnąłem nóż w garści i stanąłem za drzwiami. Urzędnicy nadal oglądali śniadaniówkę. Tak naprawdę mogłem spróbować wybiec z mieszkania, bo do drzwi wejściowych było mniej więcej tak samo blisko, jak do salonu, jednak nie miałem koncepcji na to, co miałoby wydarzyć się dalej. Wybiegłbym na klatkę w kapciach, pidżamie i szlafroku, w dodatku z bronią w ręku i pierwszy lepszy sąsiad wezwałby policję. W ciągu kilkudziesięciu minut znalazłbym się w jeszcze głębszym szambie.

Zabicie urzędników, o ile poszłoby bez problemów, dałoby mi trochę czasu na przygotowanie ucieczki. Skoro przesunięto mnie na spoczynek, nikt nie oczekiwałby mnie w pracy. Za to ich tak. Gdyby nie pojawili się z powrotem w ciągu godziny, dwóch, pewnie ktoś zacząłby do nich wydzwaniać.

Kogo ja oszukiwałem? To się nie mogło udać.

– Wszystko w porządku? – usłyszałem głos jednego z urzędników.

– Tak, tak. Szykuję kanapki! – odparłem bez namysłu.

Nie była to może najbardziej fortunna odpowiedź, ale gdybym zbyt długo milczał, mogliby wpaść na pomysł, żeby przyjść tutaj i sprawdzić, co robię. A może to był jakiś pomysł? Może gdybym wywabił jednego z nich…

Czy mieli broń? Wychyliłem się z okienka. Nie wyglądali na uzbrojonych, choć Czort ich tam wie, co pod tymi marynarkami kryli. Stec stał przy oknie i podziwiał widok z dziesiątego piętra. Dwaj pozostali nadal wpatrzeni byli w telewizor. Dobry, duży telewizor. Może to ich tak zahipnotyzowało? Swoją drogą szkoda tego wszystkiego, tego mieszkania, mebli, sprzętu. Człowiek wije sobie gniazdko, zaharowuje się na śmierć i nagle trzeba to wszystko zostawić i wyjść.

– No, już się tak nie napychaj – powiedział niecierpliwie Łakomski. – Nie mamy całego dnia.

Teraz albo nigdy.

– Czy mógłbym prosić tutaj któregoś z panów? – zawołałem i ustawiłem się z nożem za drzwiami, licząc na łut szczęścia.

– Idź, zobacz – usłyszałem z salonu.

Kiedy drzwi uchyliły się, zadałem cios na ślepo. Miler zrobił błyskawiczny unik, wykręcił mi rękę i wytrącił nóż z taką łatwością, jakby robił to codziennie.

– Panie, co pan? – warknął. – My nie na takie interwencje chodziliśmy. Lepiej nie świruj, tylko wyskakuj z kapci i ubieraj się.

– Co jest? – do kuchni wpadł Łakomski.

– Z nożem mi tu wyskoczył – zreferował krótko urzędnik.

– Koniec żartów. Pan się ubiera i wychodzimy.

***

Na dole czekał nieoznakowany samochód. Oczywiście zupełnie pozbawiony polotu, mocno zaniedbany. W normalnych okolicznościach mógłbym pomyśleć, że to prywatne auto jednego z tych facetów. Co ciekawe, o ile o wyglądzie urzędników słyszałem sporo, o tyle kwestie samochodów raczej nigdy nie pojawiały się w relacjach świadków. Może dlatego, że na ulicy nic nie zdradzało tego, z kim tak naprawdę mieliśmy do czynienia. Ot, czterech facetów wyszło z budynku i wsiadło do auta. Normalka.

Mnie usadzili z tyłu, z Milerem. Stec i Łakomski wsiedli z przodu i zaczęli zapinać pasy, jak przykładni obywatele.

– Panowie, a może tak chociaż słówko wytłumaczenia? Co zrobiłem? O co chodzi? Kim jesteście?

– Moglibyśmy powiedzieć, ale nie mamy takiego obowiązku – uśmiechnął się Łakomski. – A tłumaczyć się, to może pan, z tego – pokazał mi worek strunowy z nożem. – Jedziemy Stec.

Wóz ruszył i od tej pory milczeliśmy już wszyscy. Oni, bo wykonywali swoją robotę. Ja, bo gorączkowo kombinowałem, jak wydostać się z wozu. Wiedziałem już, co Miler potrafił zrobić gołymi rękami. Skoro zajmowali się, jak to określili, interwencjami, z pewnością wszyscy byli doskonale przygotowani fizycznie. Nadal nie byłem pewien, czy posiadali przy sobie broń. Nie wiedziałem także dokąd mnie wieźli, choć widok zza okien sugerował, że jednak nie do centrum. Wręcz przeciwnie, kierowaliśmy się na przedmieścia. Może tam właśnie dla niepoznaki mieściła się ich siedziba.

– Dokąd jedziemy? – zapytałem wierząc naiwnie, że może tym razem się uda.

Nic. Jedyną reakcją było ukradkowe spojrzenie, jakie prowadzący Stec rzucił Łakomskiemu. Zauważyłem, że wraz z chwilą opuszczenia apartamentu, urzędnicy stali się mniej uprzejmi i niemal wcale się nie odzywali. Nie zależało im już na stwarzaniu pozorów. Mieli mnie i nie mogłem już nic zrobić.
Minęliśmy tablicę z przekreśloną nazwą miasta.

– Panowie, o co tu chodzi? Dokąd jedziemy?

– Proszę się nie awanturować – odparł Łakomski – bo będziemy musieli zastosować środki specjalne. Szkoda by było psuć dobrą atmosferę, którą udało nam się utrzymać aż do teraz.

– Wyjechaliśmy z miasta! Żądam wyjaśnienia! Dokąd jedziemy? – Zacząłem się szarpać i walić pięściami w zagłówek.

Stec zjechał na pobocze, Łakomski wysiadł i otworzył moje drzwi. Potem wraz z Milerem okładali mnie pięściami przez dobrą minutę. Kilka razy dostałem naprawdę solidnie w twarz i w głowę. Potem drzwi zostały zamknięte z trzaskiem i ruszyliśmy dalej.

***

Zatrzymaliśmy się przed bramą z drucianej siatki opiętej na drewnianej ramie. Na bramie wisiała tablica „Rezerwat. Nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. Łakomski wysiadł i otworzył bramę, a wtedy wjechaliśmy na teren rezerwatu.

Nie znałem tej okolicy. Nigdy nie słyszałem, aby w okolicy miasta znajdował się jakiś rezerwat. Nie miałem też żadnej koncepcji na wyjaśnienie tego, dlaczego właściwie przywieźli mnie akurat tutaj. Przez chwilę łudziłem się, że być może przyjdzie mi spędzić resztę życia na łonie natury, w lesie, w ogrodzonym rezerwacie. Ale to było zbyt piękne, by było możliwe. Zresztą byłoby to całkowicie sprzeczne z tym, jak urzędnicy postępowali ze mną do tej pory.

Przez las jechaliśmy jeszcze dobre piętnaście minut, w końcu wóz zatrzymał się przed czymś, co wyglądało na stary, pamiętający czasy PRL ośrodek wczasowy, z przeszkloną stołówko-świetlicą. Łakomski i Stec wysiedli. Miler rozpiął mi pasy, ale sam czekał w samochodzie, aż tamci dwaj podejdą do moich drzwi, aby wyciągnąć mnie na zewnątrz.

Odetchnąłem głęboko leśnym powietrzem, bardzo świeżym w porównaniu z tym, którym oddychaliśmy wszyscy w aucie przez ostatnią godzinę.

– Proszę, proszę – ponaglił mnie Łakomski, wskazując główne wejście do ośrodka. – Mirek odstaw auto, a my już zaczniemy wypełniać papiery.

A więc teraz w końcu się dowiem, o co w tym wszystkim chodzi! Może w środku czeka ktoś postawiony wyżej, kto będzie upoważniony do udzielenia mi wszelkich, niezbędnych informacji. Ucieszyłem się, bo w sumie było jasne, że zwykli urzędnicy to tylko pionki. Niczego nie mogą i do niczego nie są upoważnieni. Szybko jednak przeżyłem gorycz rozczarowania. Wprowadzono mnie na świetlicę i posadzono na krześle, następnie Łakomski usiadł przy stoliku, na którym leżała sterta papierów. Otworzył jedną z teczek. Miler usiadł przy wyjściu, po chwili pojawił się także Stec i usiadł obok.

– I oto jesteśmy – zaczął Łakomski – na ostatniej prostej.

Przewertował zawartość teczki gwiżdżąc bliżej nieokreśloną melodię. W pewnym momencie chwycił pióro leżące obok, otworzył je i podpisał coś.

– W porządku.

Stec i Miler wstali i podeszli do mnie.

– Już? Czy mogę się dowiedzieć, o co tu kurwa chodzi? – krzyknąłem. – Wywlekacie mnie z domu, bez żadnej informacji… O co tu chodzi?

Miler szarpnął mnie za ucho, aż musiałem wstać. Wskazał mi ręką wyjście. Chciałem nawet rzucić się biegiem, ale wciąż miałem nadzieję, że cokolwiek w tej sprawie się wyjaśni. Może jednak nie byli z emerytalnego, może doszło do jakiejś fatalnej pomyłki?

Ruszyłem w stronę korytarza, w którym stara tapeta odłaziła całymi płatami od ścian. W moim rodzinnym domu też była taka tapeta, gdy byłem mały, jeszcze za komuny. Później stało się to objawem wyjątkowo złego gustu. Gdybym miał obstawiać, ośrodek musiał być oryginalny, peerelowski. Pewnie rządowy.

– Jesteście z urzędu emerytalnego, tak? To jedyne, co choć trochę trzyma się kupy.

Urzędnicy milczeli. Szli dwa kroki za mną. Przede mną pojawiły się schody w dół i okno wyglądające na las. Wyszliśmy na werandę na tyłach budynku, otoczoną niskim, metalowym płotkiem. Dalej znajdowały się przerdzewiałe pozostałości placu zabaw i leśna ścieżka wśród wysokich sosen, pokryta igliwiem i szyszkami.

– W referendum poparłem reformę systemu emerytalnego. Wydawało mi się to sensownym wyjściem – powiedziałem, bardziej do siebie. – Co pożyłem, to moje. Jak rozumiem, moim największym przewinieniem jest bezdzietność. Jedno dziecko daje przywilej emerytalny jednemu rodzicowi. Dwójka pozwala egzystować obojgu…

Las był cichy. Od czasu do czasu ciszę tę przerywało jedynie stukanie dzięcioła, które niosło się pogłosem. Pomyślałem sobie, że mógłbym tutaj zostać. Nawet pożałowałem, że nigdy wcześniej nie bywałem w takich miejscach. Pomimo całej tej stresującej sytuacji, udało mi się osiągnąć niemal całkowity spokój. Miałem przeczucie, że jednak jest jeszcze szansa na jakieś pozytywne zakończenie.

– Nie mam nic przeciwko dzieciom. Po prostu jakoś tak się nie złożyło – mówiłem dalej. – Ciągle odkładałem nawiązanie jakiegoś poważniejszego związku… Chyba zbyt dobrze mi szło w życiu.

W końcu ujrzałem kres naszej drogi. Stanąłem jak wryty. Dół głęboki na półtora metra, o wymiarach zbliżonych do wymiarów dorosłego człowieka. Pomyślałem, że za chwilę kula rozerwie moją potylicę, ale nie działo się nic. Odwróciłem się. Stec i Miler trzymali w dłoniach maczety.

– Tu się rozstaniemy – powiedział któryś z nich. Nie odnotowałem nawet który, bo nagły skok ciśnienia przyćmił moją świadomość. Słyszałem swój puls w skroniach. Wzrok zmętniał, w ustach zrobiło się sucho, nie czułem ciała. Całkowite odrętwienie, duszność i zawroty głowy.

Zaczęli jednocześnie. Ciosy spadły na obojczyk i ramię. Siła była tak duża, że padłem na kolana. Poczułem potworny ból i niemal odpłynąłem. Kolejne ciosy odbierałem już bardziej jak szarpnięcia, gdy ostrza wyszarpywane były z ciała. Widziałem na ziemi mnóstwo własnej krwi. W końcu znalazłem się w dole i przysypywała mnie ziemia. Pragnąłem tylko, by to się skończyło, ale ja żyłem nadal. Spadała na mnie ziemia i nie mogłem się nawet poruszyć. Gdy otwierałem usta, ziemia sypała mi się do przełyku. Straciłem dech i… Wreszcie gehenna ustała.

***

Otworzyłem oczy. Znajdowałem się w świetlicy ośrodka, przywiązany do krzesła. Łakomski, Miler i Stec przyglądali mi się uważnie. W końcu jeden z nich podszedł i zaświecił mi latarką do oczu. W dłoni trzymał pustą strzykawkę. Musieli mnie czymś naszprycować…

– Zaczynamy od nowa – powiedział Łakomski. – Skąd miałeś ten cholerny nóż?

Milczałem. Nie mogłem dość do siebie. Miler przywalił mi otwartą dłonią w twarz, abym oprzytomniał.

Worek strunowy z nożem przypomniał mi interwencję i mój nieudany atak. Worek z nożem… No tak! Odetchnąłem z ulgą. To nie był urząd emerytalny… To tylko tajna policja.

fot. deejayqueue, flickr.comCC BY-SA 2.0

 

Podziel się:

Comments

comments