Skowyt z gór

Podziel się:

Jan Hern leżał w trumnie bez życia. Jego blada skóra lekko połyskiwała w nikłym świetle padającym z małych, zakratowanych okienek, barwą i teksturą przypominała wosk. Arktus nachylił się nad przyjacielem i dyskretnie pociągnął nosem. Poczuł jedynie chłodną, piwniczną stęchliznę i smród szczurzych odchodów.

– Hmmm – mruknął. – Interesujące.

Przez kolejną minutę wpatrywał się w pierś Herna, wyczekując jakiegoś ruchu i był niemal pewien, że skóra ledwo zauważalnie drgała, że jednak…
Przerwało mu skrzypienie drzwi i kroki jednego z kapłanów.

– Czy pożegnałeś się? Już czas. Czeka nas długa podróż.

– Dajcie mi jeszcze chwilę – odparł Arktus.

Musiał mieć absolutną pewność. Oficjalnie Herna uznano za wampira w stanie uśpienia. Kapłani zamierzali odstawić łowczego do Majeronii, gdzie król, w akcie zemsty za dawne przewiny, pastwiłby się nad nim na różne, wymyślne sposoby. Zdecydowanie musiał mieć więc całkowitą pewność.

Kiedy kapłan wyszedł, Arktus znów nachylił się nad trupem i szepnął mu do ucha.

– Jeśli mnie słyszysz, odezwij się.

Kilka dni wcześniej…

Góra tonęła w gęstej mgle. Strome zbocza porośnięte były gęstym, prastarym lasem, zdominowanym przez wysokie sosny, gęste świerki i modrzewie. Powietrze przesycał orzeźwiający, żywiczny zapach. Było tam jednak coś jeszcze: cisza, niepokój, przebijająca zewsząd groza, którą wójt wyczuwał pozazmysłowo. Zło wisiało w powietrzu.

– Jesteś pewien, że to ta góra? – spytał Hern, przeżuwając kawałek suszonego pstrąga.

– Nie jest wystarczająco mroczna? Nie wygląda jak siedliszcze mocy piekielnych?

– Tamta też tak wygląda. – Łowczy wskazał szczyt za ich plecami. – Lepiej byłoby ustalić to teraz, póki jesteśmy na przełęczy. Nie mam zamiaru spędzić tu całego tygodnia. Ubiję to, co znajdziemy na tej. – Machnął niedbale ręką.

Arktus rozwinął mapę, którą otrzymali od smolarzy z pobliskiej kolonii. To oni zlecili Hernowi rozprawienie się ze złymi mocami. Nie była zbyt dokładna. Miejsce opanowane przez złe moce, jakiś dowcipniś oznaczył koślawym wizerunkiem męskiego członka.

– Sądzę, że to jest właściwa góra.

Dla pewności wyjął kompas i spróbował ustawić mapę zgodnie z rzeczywistymi kierunkami.

– Odwzorowali teren naprawdę kiepsko, ale jestem pewien, że to jest właśnie ta góra.

Hern wrzucił do ust kolejny kęs suszonego pstrąga.

– Zatem ruszajmy…

W kaplicy…

– Obudź się, słyszysz? – Arktus mocno trącił ramię łowczego. – Zawiozą cię do Majeronii i zabiją. Musimy uciekać.

Głucha cisza. Podobno wampiry za dnia wpadają w głęboki letarg. Robią to, by zregenerować się i uchronić przed śmiertelnie niebezpiecznym dla nich światłem dziennym. Tymczasem ten tutaj, leżał sobie jak gdyby nigdy nic. Światło było wprawdzie nikłe i blade, jednak na zewnątrz trwał piękny, słoneczny dzień.

– Janie obudź się…

Na zboczu…

Mgła wokół nich stawała się coraz gęstsza. Wąski, kamienisty szlak, widoczny był teraz na odległość góra dziesięciu kroków. Wszędzie wokół majaczyły blade pnie sosen i kosmate kępy świerków, przypominające włochate ramiona mitycznych Graygutanów.

– Paskudna okolica – powiedział Arktus.

– Nigdy jeszcze nie widziałem pięknego miejsca, zamieszkanego przez siły zła – odparł Hern.

– A więc zgadzasz się, że to jest właściwe wzgórze?

– Nie wiem. Zapytamy jakiegoś tubylca.

– Sądzisz, że ktoś mógł wybrać się w taką pogodę na grzyby?

Łowczy nie odpowiedział. Wspinali się już od dłuższego czasu, więc ich oddechy stały się głębokie i ciężkie. Po kamienistym podłożu szło się niezbyt przyjemnie, zwłaszcza w skórzanych trzewikach o miękkiej podeszwie, które idealnie sprawdzały się w lesie na polowaniu czy w ciemnej uliczce miasta, ale nie w górach. Arktus czuł, że jeśli nogi nie odpadną mu tego dnia, zrobią to następnego.

Mniej więcej w połowie drogi mgła zaczęła się przerzedzać. Można już było spokojnie dostrzec ciężkie, burzowe chmury, sunące wolno od sąsiedniego szczytu. Nad ich głowami przetoczył się huk gromu i powiało chłodem, od którego wójt dostał gęsiej skórki.

Hern przysiadł na kamieniu i zaczął grzebać w swoim tobołku. Chwilę zajęło mu dokopanie się do bukłaka z winem, w końcu jednak uniósł go tryumfalnie do góry i pociągnął kilka sążnistych łyków.

– Trzymaj. Czuję, że jesteśmy blisko celu. Musimy się trochę zregenerować.

W momencie, gdy skończył mówić, od szczytu dobiegł ich przerażający skowyt, którego nie mogła wydać z siebie żadna istota ludzka, czy też jakiekolwiek znane im zwierzę.

– Cholera, co to było? – Arktus usiłował wypatrzeć coś w półmroku, lecz bez rezultatu. – Co właściwie mieliśmy tu zastać? Wiedźmę? Wilkołaka?

– Wampira – oznajmił Hern. – Albo coś w tym rodzaju. Smolarze opowiadali mi o zabitych. Wyglądało to tak, jakby ktoś spuścił z nich całą krew. Ich twarze zastygły w niemym przerażeniu. Tak powiedział ksiądz, cytuję dokładnie.

– Na Hoga! Wampir?

Zaczęło siąpić. Najpierw delikatnie, a potem szybko zasłona deszczu zrobiła się gęsta i szara.

– I jeszcze to… – Arktus załamał ręce.

W kaplicy…

Hern uchylił jedno oko, po czym szybko zamknął je, gdy tylko Arktus spojrzał mu w twarz. Później powtórzył ten numer raz jeszcze, z podobnym rezultatem. Zabawę przerwało beknięcie o wyraźnym aromacie ryb, które wydobyło się z jego gardzieli.

– Hern?

Łowczy milczał i nadal udawał trupa.

– Już mnie nie nabierzesz. Wiem, że żyjesz. Musimy uciekać!

– Przykro mi Ark. Po ukąszeniu przez wampira, nie jestem już taki jak dawniej. Nie mogę wyjść na słońce. Pozostaje mi…

– Co ty bredzisz? – krzyknął wójt, a po chwili zreflektował się, że kapłani mogli to usłyszeć. – O czym ty mówisz? – szepnął. – Jaki wampir?

– Biedny Arktusie… Czyż nie pamiętasz? Góra. Ulewa. Chatka. Zostaliśmy napadnięci…

Chatka….

– Tam jest jakaś chatka! Szybko! – zawołał Arktus.

Hern wlókł się za nim. Nie przeszkadzał mu deszcz, ale jego buty zachowywały się jak mokre szmaty. W pewnym momencie zwolnił znacznie.

– Spokojnie, chatka nie ucieknie. Ogrzejemy się, wysuszymy, może znajdzie się jakaś strawa dla utrudzonych poszukiwaczy przygód…

– Strawa? Człowieku! Równie dobrze może właśnie to jest siedlisko bestii!

– To by było zbyt łatwe.

Podeszli do chatki tak blisko, jak to było możliwe. Hern przysiadł na kamieniu i wylewał sobie wodę z butów, zaś Arktus obserwował domek z krzaków.
Chatka sprawiała wrażenie pustej, wójt uznał więc, że pewnie smolarze postawili ją tutaj, by móc się schronić przed deszczem i śniegiem. Jeśli tak było, faktycznie mogły się tam znajdować niewielkie zapasy żywności czy coś rozgrzewającego do picia. Szybko zapalił się do tej idei i ogarnęło go błogie poczucie bezpieczeństwa.

– Idę na zwiad – szepnął do Herna i nie czekając na odpowiedź, fiknął przez krzaki.

Wpół schylony, zbliżał się do domku, zataczając szeroki łuk, by uniknąć bezpośredniego kontaktu z oknami. Znalazłszy się przy drzwiach, pchnął je lekko. Nie były zamknięte, więc naparł odważniej i znalazł się we wnętrzu, gdzie panowały całkowite ciemności. Deszcz walący o dach zagłuszał wszystko, co mógłby usłyszeć, i to odebrało mu pewność siebie…

W kaplicy…

– Janie, nie było tam żadnych wampirów. Nie pamiętasz?

– Jak to nie było? – spytał Hern. – W takim razie co się rzuciło na mnie z zębiskami?

– Staruszka.

– Staruszka?

– Babcia, która mieszkała w domku. Trochę zdziczała. Może ogarnęło ją szaleństwo – tłumaczył Arktus. – Rzuciła się na ciebie, a wtedy wyskoczyliśmy na zewnątrz. Byłeś ranny. Spytałem ją, czy na górze mieszka jakiś wampir. Stara powiedziała, że tak, ale na tej drugiej. Rozumiesz?

Hern podrapał się po głowie.

– Pomyliliśmy te cholerne góry! – wyjaśnił Wójt. – Miałeś rację. Powinniśmy byli pójść na ten drugi szczyt. Gdy dotarło to do mnie, zniosłem cię na własnych plecach do osady smolarzy, a ci tchórze wezwali kapłanów Hoga mówiąc, że ugryzł cię wampir. Jesteśmy w poważnych kłopotach!

Hern uniósł się do pozycji siedzącej i wykrztusił plwocinę. Leżał w kaplicy już dwa dni, a było tam chłodno, brudno i czuć było grzybem.

– Dobra Ark, mam pewien plan – powiedział. – Oto co zrobimy…

Na zewnątrz…

Mnisi i kapłani niecierpliwili się. Od strony majaczących w oddali gór, dobiegł ich przejmujący skowyt, wydany ni to przez człowieka, ni to przez zwierzę.

– Co on tam tak długo robi? – zapytał jeden z nich. – Bierzmy trupa i wynośmy się z tej przeklętej okolicy. To większa kloaka niźli tereny starowierców.

– Pójdę go ponaglić padre – powiedział drugi i ruszył w kierunku masywnych drzwi kaplicy. Już wyciągał dłoń w stronę klamki, gdy drzwi otwarły się i stanął w nich sam Hern.

– Agghhrrrrrrr!

– Wielki Hogu! – wrzasnął gruby mnich. Na jego tunice wykwitła plama moczu.

– Który pierwszy, co? No który? Krwi! Potrzebuję krwii!

Poszło łatwiej, niż sądzili. Kapłani i mnisi byli uzbrojeni w noże i pałki. Jednak nie użyli ich, gdyż byli zajęci biegiem. Biegli bardzo szybko w dół zbocza, ku głównemu traktowi, prowadzącemu do Majeronii.

Hern i Arktus udali się w stronę karczmy, gdzie opróżnili wiele antałków krwisto-czerwonego wina. Na spoczynek ułożyli się na dworze, a dobiegający z gór, od czasu do czasu, nieludzki skowyt, nie zdołał zakłócić ich snów o niewiastach i winie.

fot. Pexels, pixabay.com, CC0

Podziel się:

Comments

comments