Selfpublishing po zamknięciu Wydaje.pl (tekst archiwalny)

Tekst publikowany oryginalnie 23.10.2015. Ale jest wart uchowania, więc republikuję.

Kilka dni temu ukazała się informacja o tym, że Wydaje.pl zawiesza działalność. Dostałem propozycję uczestnictwa w dyskusji na ten temat. Udział wzięły także Marta Lasik (http://marszowickiepola.pl/) oraz Agnieszka Żak (http://agnieszkazak.com/). Obie są autorkami książek (więcej info na ich stronach). Z racji, że tekst powstał w kooperacji, publikujemy go na wszystkich trzech blogach, w tym samym czasie.

selfpublishing

W ostatnich dniach serwis Wydaje.pl ogłosił zawieszenie działalności na czas bliżej nieokreślony, co nie było niespodzianką, bo już wcześniej w tym roku na moment został zamknięty. To kazało mieć całkiem uzasadnione obawy odnośnie jego przyszłości. No i się ziściły. Wcześniej Virtualo wycofało się całkowicie z wspierania działalności selfpublishingowej, cedując swoje “udziały” w rynku na Ebookowo.pl, a poza nim niezmiennie działa RW2010.pl. Niemniej można mieć uczucie, że coś się skończyło.

Rozdział zamknięty

Marša: Nie raz przeglądałam sobie Wydaje.pl w poszukiwaniu czegoś do czytania i budziło to skojarzenia z szukaniem igły w stogu siana. Było bardzo dużo pozycji, z czego cała masa takich z 0 PLN i na trzy strony tekstu tylko w formacie PDF, przy których nie mogłam nie zadawać sobie pytania: ale czy to nie mogło pójść na jakiegoś bloga/forum/portal z opowiadaniami? Moje prywatne wrażenie jest takie, że swoista dowolność panująca na portalu działała na jego szkodę. Ambicje były na coś dużego, a statystycznie poziom nie doskakiwał. Chwilami kojarzyły mi się blogi na Mylogu.

Ag: Rzeczywiście, Wydaje.pl miało bardzo niski, nazwijmy to „próg wejścia” – nie wymagało formatów mobilnych, a te są dla selfpublishera pewnym problemem, bo albo musi je sam przygotować (co nie dla każdego jest łatwe), albo musi za nie zapłacić. Nie wymagało też limitu stron, ceny minimalnej, ani nawet okładki czy korekty. Ta dowolność spowodowała, że serwis zaroił się od krótkich opowiadań w PDF, które równie dobrze mogłyby znaleźć sobie miejsce na blogu, forum czy serwisie pisarskim.

I chyba to właśnie ten niski próg wejścia, forma pisarskiego serwisu dla każdego sprawiła, że Wydaje.pl nigdy nie stało się większe i bardziej znaczące. Czytelnik darmowych opowiadań różnej jakości szuka raczej w innych zakątkach Internetu, tak samo jak płatnych e-booków/książek. Te dwie rzeczy obok siebie chyba nie grały zbyt dobrze.

Bartek: Ja jestem stosunkowo nowy w tej branży i debiutowałem właśnie w Wydaje.pl. To był bardzo dobry serwis do tego, by zacząć, właśnie przez tę prostotę. Dla porównania w Virtualo wszystko trwało znacznie dłużej. Ktoś (albo coś?) to chyba zatwierdzał. W każdym razie musiałem czekać kilka dni, bez żadnej informacji zwrotnej. Siedziałem jak na szpilkach i codziennie zaglądałem na Virtualo, żeby zobaczyć, czy przypadkiem nie pojawił się mój e-book, a tam oczywiście cisza. W tym kontekście Wydaje.pl miało dużego plusa. Wydaje mi się, że serwis nie był aż taki zły. Polski rynek jest specyficzny. Wszyscy inni, oprócz bodajże rw2010.pl, prowadzą normalne księgarnie, a selfpublishing jest jedynie dodatkiem. W wydaje.pl selfpublishing oraz dodatkowe usługi (korekta, redkacja itp.), miały stanowić 100% dochodu. I to ich zabiło.

Marša: Według mnie to była suma czynników. To, że byli nakierowani tylko na selfpublishing i niski próg wejścia. Musieli utrzymywać jakiś zespół ludzi do ogarnięcia tego, ale podejrzewam, że naprawdę niewiele osób korzystało z opcji wydawniczych, swoją drogą świetnie tam opisanych i ze zmyślnym kalkulatorem kosztów, skoro wystarczało wrzucić PDF, a tego robi się banalnie prosto.
O opcji selfpublishingowej w Virtualo w sumie nie wiedziałam, dopóki nie przeczytałam u Bartka, że ją zlikwidowali.

Ag: Co do Virtualo, to specjalnie nie płaczę za ich serwisem dla selfpublisherów – interfejs nie był, przynajmniej dla mnie, zbyt czytelny, tak jak zauważył Bartosz długo czekało się na jakąś informację i zatwierdzenie. Teraz do Virtualo i innych powiązanych z nią księgarni e-booki od selfów dostarcza e-bookowo.pl, z którym współpracuje mi się znacznie lepiej. Co prawda nie ma tam panelu do samodzielnego dodania e-booka jak w Virtualo czy Wydaje.pl, ale – przynajmniej w moim wypadku – dogadanie się i zatwierdzenie wszystkiego poszło znacznie szybciej, właściwie w jeden dzień.

Też uważam, że polski rynek książki jest za mały, by serwis czysto selfpublishingowy mógł się łatwo wybić. Wspomniane wyżej RW2010 też ostatecznie samym selfpublishingiem nie żyje – najpierw wyłapywało najlepsze pozycje i wydawało je w e-booku już jako wydawnictwo z nową redakcją, korektą i okładką, a potem założyło wydawnictwo papierowe Sumptibus. Powiedziałabym, że RW2010 stało się trochę „przedpolem” do wyłapywania ciekawych książek do wydawnictwa. Urządzają też konkursy na powieści, więc widać ten układ dobrze się sprawdza.

Bartek: I powiem, że to mi się właśnie w nich podoba 🙂 Mają najohydniejszy sklep w polskim internecie, ale sądzę, że na samym końcu, na placu boju zostaną właśnie oni. Duży plus za to, że za zarobione środki można kupować inne e-booki!

Marša: Ja mam tylko jedną obawę względem serwisów w stu procentach selfpublishingowych. Chodzi o to, żeby nie ukisić się we własnym sosie, aby docierać do ludzi, którzy nie zastanawiają się nad tym jak wydano daną pozycję. Tu dużo daje wymieszanie tytułów wydawanych na różnych zasadach, a tego na takich dedykowanych portalach nie ma. Tam trafia ktoś, kto szuka albo danej pozycji z polecenia, albo szuka książki selfpublisherskiej, a nie książki ogólnie. A w morzu takich na kolanie zrobionych PDFów przeciętnemu czytelnikowi łatwo się było zniechęcić w poszukiwaniach – to taki bardziej skutek wszystkiego, ale chyba też przyczyna.

I, jeny, tak bardzo zgadzam się w ocenie wyglądu RW2010 i mam cichą nadzieję, że mimo wszystko on jednak za bardzo ludzi nie odstrasza.

Ag: Wymieszanie pozycji selfpublishingowych ze zwykłymi jest przede wszystkim szalenie korzystne dla samego selfa, właśnie dlatego, że ma szansę dotrzeć do szerszego grona odbiorców – nie tylko tych, którzy szukają czegoś selfowego, ale też tych, którzy po prostu przeglądają dział z np. kryminałami i w selfa klikną właściwie przez przypadek, bo to kolejny tytuł na liście. Z tego, co widziałam, to Virtualo nie ma już kategorii “selfpublishing”, tylko wmieszało te tytuły w inne kategorie, co jest krokiem w dobrą stronę.

Bartek: Przede wszystkim sklep, który sprzedaje tylko selfpublishing nie ma szansy utrzymać się na rynku. Wiecie, kto mógłby sprzedawać selfpublishing? Na przykład cupsell. To dość szalony pomysł, ale zobaczcie – spersonalizowany sklep z subdomeną autora (np. bartoszadamiak.cupsell.pl) automatycznie sprawia, że jest to bardziej “moje” i wkładam więcej wysiłków w promowanie tego. A poza tym oni już się utrzymują z kubeczków i koszulek więc nie zbankrutowaliby. Jeżeli po publikacji tego tekstu cupsell zdecyduje się na taki krok, liczę na jakiś udział 🙂

Jaki powinien być idealny serwis

Ag: Marzy mi się polski odpowiednik amerykańskiego Smashwords, bo jestem zachwycona prostotą i wygodą tego serwisu. Po pierwsze, Smashwords wymaga od autora dostarczenia wyłącznie pliku .doc, który następnie automatycznie jest konwertowany na Mobi, ePub, PDF i kilka mniej znanych formatów. W związku z tym .doc musi być przygotowany według szczegółowej specyfikacji serwisu, ale nie jest to aż tak trudne do zrobienia, trzeba po prostu poświęcić godzinkę na formatowanie. W razie problemów serwis wysyła autorowi listę poprawek do wprowadzenia. Następnie dystrybuuje e-booka do szeregu księgarni (m.in. Apple, Barnes&Noble, Kobo), serwisów sprzedających w abonamencie (Scribd, Oyster), bibliotek. Poza Amazonem, bo ten nie chce karmić konkurencji. Wprowadzanie poprawek do opisu czy załadowanie nowego pliku jest super łatwe, można też rozdawać kody na pobranie swojego tytułu na darmo. Pieniądze mogą być przelewane PayPalem. Chciałabym mieć tak proste i wielofunkcyjne narzędzie w Polsce.

Ale, tak jak już zostało powiedziane, serwisowi skupionemu tylko na selfpublishingu byłoby w Polsce zbyt ciężko.

Bartek: No właśnie! Sieć dystrybucji. W Polsce to duży problem. Wydaje.pl chyba kiedyś dystrybuowało e-booki gdzieś na zewnątrz, ale odkąd ja tam byłem, opcja ta była już nieaktywna. Poza siecią dystrybucji, idealny serwis powinien – moim zdaniem – posiadać możliwość tworzenia własnego, spersonalizowanego sklepu. Być może fajne byłyby też jakieś funkcje społecznościowe typu mikroblog, obserwowanie, komentowanie. Bardzo ważny byłby też system oceniania i rekomendacji książek (podobna tematyka, podobne oceny lub “klienci którzy kupili ten produkt kupili również”). No i narzędzia do promowania. Wydaje.pl dawało taki bannerek, który można sobie było wkleić na swoją stronkę. Myślę, że w tym temacie można zrobić dużo więcej np. taki mini-sklep w okienku, który można wkleić bezpośrednio na stronę itp. Albo system rabatowy – autor generuje kod rabatowy np. 10% (które jest odbierane z jego części zysku) i może sobie rozdawać komu chce. Pytanie również, jaka powinna być marża serwisu? Standard to 50%, ale to z jednej strony bardzo dużo (zważywszy, że nie ponoszą żadnego kosztu w związku z powstaniem produktu), ale z drugiej strony nie, bo ceny selfpublishingowanych e-booków zwykle są niskie (maksymalnie paręnaście złotych), więc ciężko przy takich stawkach zapewnić rentowność sklepu.

Marša: personalizacja i mikroblog jako opcje brzmią ciekawie. Trochę to nawiązuje do tego, jak ludzie sprzedają swoje rękodzieło na portalach typu DaWanda czy Pakamera. Fajna rzecz, trochę zbliża autora do czytelnika.
Za to sieć dystrybucji zwykle wiąże się z kosztami, ale jeśli byłaby możliwość samodzielnego podjęcia decyzji, że jeśli chce się, aby e-book był dostępny także gdzieś poza portalem źródłowym, to kosztuje to tyle a tyle procent zysków, to byłoby to ciekawe. Nie znam szczegółów umów między dystrybutorami, acz nie ma nic za darmo, ale taka opcja mogłaby nieco filtrować pozycje i odsiewać te, które w zasadzie bardziej są tekstami na bloga/forum, od tych, gdzie ktoś naprawdę chciał napisać książkę i wydać ją tak a nie inaczej. Bo to jest duży problem: jak czytelnik ma coś znaleźć, żeby nie wyglądał jak graciarnia. Idealny system, to oceny i komentarze, ale wiemy ile osób je wystawia i pisze.

Bartek: No właśnie. To kwestia priorytetów i rozłożenia akcentów. Gdyby był system zdobywania punktów np. za komentarze, a później możliwość zamiany ich na rabat, to też byłaby inna rozmowa. A co sądzicie o “print on demand”?

Marša: Druk zawsze wychodzi drożej od wersji elektronicznej i tym bardziej wydaje mi się czymś bardziej ryzykownym niż e-book. W sensie: mniejsze szanse, że ktoś wyda pieniądze. Za to punkty za komentarze itd.: kojarzy mi się to z systemem opowiadania.pl na przykład, co prawda to inny typ portalu, ale zdecydowanie byłaby to fajna opcja pozwalająca nieco nakręcić biznes.
Zastanowiłabym się też nad minimalną objętością.

Ag: Wydać samemu książkę drukowaną to już wyższa szkoła jazdy, ale prawdziwy selfpublisher nie powinien się takiego wyzwania bać 😉 Wydaje.pl umożliwiało wydruk, trochę szkoda, że więcej tego nie będzie. Niewątpliwie jeśli już zlecamy druk, na pewno musimy się więcej napracować nad promocją i kanałami sprzedaży, żeby to się opłacało. Najwygodniejsza opcja jest oczywiście taka, że egzemplarz książki jest drukowany dopiero w momencie zamówienia go przez czytelnika. W Polsce tak działa Wyczerpane.pl, choć nie wiem, czy dogadują się bezpośrednio z autorami, czy tylko z wydawnictwami.

Bartek: Jak tak sobie myślę, to wydaje mi się, że siłą rzeczy selfpublishing w Polsce jest osłabiony także przez fakt, że sama branża wydawnicza w naszym kraju jest pełna patologii. I to widać szczególnie przy druku. Zgadzam się z Agnieszką, że selfpublisher nie powinien się bać druku, ale prawda jest taka, że będzie to czysto hobbystyczne wyrzucanie pieniędzy w błoto. Chyba, że pisze się poradniki w stylu “Jak być szczęśliwym, sukcesywnym i dobrze zarabiającym blogerem”. Przyszłość to chyba jednak digital.

Ag: Ja jednak pozostanę przy twierdzeniu, że digital jest prostszy, więc umożliwia autorom łatwiejszy start, a papier po prostu wymaga ciężkiej pracy. Są tacy autorzy, którym się udało i sprzedają papier – Aleksander Sowa (który jednak robi to przez swoje własne wydawnictwo, wtedy pewnie jest trochę łatwiej), Jacek Borowiak, Jason Hunt a.k.a. Kominek. Trzeba sobie albo wyrobić markę, albo się mocno wypromować.

Co dalej?

Ag: Naprawdę ciężko mi powiedzieć. Ostatnio odczuwam zniechęcenie do selfpublishingu i nie wiem, czy czeka go ambitna przyszłość w tym kraju. Brakuje nam czegoś na miarę “Marsjanina”, czegoś co zaczynałoby jako wpisy na blogu/e-book i zdobyło taką popularność, by zostać bestsellerem, a dalej – trafić do wydawnictwa, być tłumaczonym, mieć ekranizację… No, może nie aż tyle. Ale brakuje nam tytułu, który pokazałby, że selfpublisher też potrafi pisać, który by się przebił do głównego nurtu. Na razie niestety pokutuje – częściowo zresztą słuszne – przekonanie, że self to grafoman. Ciężko, żeby jakikolwiek serwis mógł się wybić na samym selfpublishingu, gdy publika nie jest zjawisku przychylna.

Marša: Pesymistycznie sądzę, że nawet wtedy traktowano by to jako wyjątek od reguły, ale może faktycznie nieco ociepliłoby to stosunek do selfpublishingu. Również gdyby częściej było słychać, o tym, że ktoś wybrał selfpublishing z określonych powodów, to mogłoby to wpłynąć na jego wizerunek. Obecnie obok posądzenia o grafomanię, często też uważa się, że jak selfpublishing, to znaczy, że wydawnictwa powiedziały nie. Tymczasem są ludzie, którzy nawet nie próbowali wydawać inaczej, bo chcieli mieć tę kontrolę, jaką można mieć tylko w selfpublishingu – zarówno papierowym jak i e-bookach. A że w kupie raźniej, to dobrze zorganizowana platforma i/lub grupa selfpublisherska mogłaby tu wiele zdziałać. Tylko tu wchodzi to, o czym już rozmawialiśmy: jak to zrobić, aby wilk był syty i owca cała. 🙂 Idee są.

Bartek: Poza niesprzyjającym klimatem w naszym kraju, dostrzegam także sporo winy po stronie samych autorów. Owszem – są tacy, którym nie chciało się pofatygować do wydawnictwa. Albo jak ja – robią to dla zabawy. Ale ogólnie strasznie dużo jest rzeczy słabych. Myślę, że jeżeli zaczną powstawać naprawdę dobre książki samopublikowane, pojawią się naprawdę dobrzy autorzy i będą oni na tyle rozgarnięci, by poradzić sobie w tym dzikim biznesie, to się przebiją. Zresztą takimi autorami są Aleksander Sowa czy Władysław Zdanowicz. Ale sądzę, że nie bez znaczenia jest także wątek ekonomiczny i dążenie do tego, żeby jednak pewne rzeczy spinały się finansowo. A zatem stawiam na e-booki, ale takie w wersji premium – z redakcją i profesjonalną oprawą graficzną. To jest podstawowa sprawa. No a w drugiej kolejności właśnie taka super-platforma do sprzedaży tych e-booków.

Konkluzja

Zamknięcie Wydaje.pl to wydarzenie, które wśród selfpublisherów nie przejdzie bez echa, ale nie jest ono znakiem rychłego końca. Istnieją inne miejsca, istnieją również pomysły na uczynienie tych miejsc lepszymi oraz poprawienie wizerunku selfpublishingu, a przede wszystkim istnieją powody, żeby wybierać selfpublishing zamiast bardziej tradycyjnej formy wydawania. Teraz pozostaje działać.

fot. theglassdesk, pixabay.com, CC0

Comments

comments