Rozdział XIV. (ostatni)

Niebo na wschodzie czerwieniało, gdy Zielony szturchnął mnie w ramię.

– Idą.

Jak na Westerplatte. Wyjrzałem zza murku i dostrzegłem sylwetki poruszające się w oddali. Jeżeli tamci faceci przemyśleli choć trochę swoje postępowanie, to pewnie nie idą tylko drogą, ale także nabrzeżem, którego z naszego punktu nie mogliśmy widzieć. Ja bym tak zrobił, a przecież nie jestem jakimś Napoleonem.

– Mam półtorej magazynka – powiedziałem.

– Ja też. Weź to – wyjął z kabury Sig Sauera i podał mi wraz z trzema magazynkami. – To dodatkowe czterdzieści pięć kul, ale raczej na bliski dystans. W pierwszej kolejności używaj karabinu.

– Jasna sprawa.

– Musimy się też podzielić obszarem. Półwysep jest za szeroki. Wejdźmy do przepompowni, będziemy mieli lepszy ogląd na perymetr.

Trzeba to było zrobić wcześniej. Budynek oczywiście był zamknięty, więc musieliśmy wytłuc okna i wgramolić się do środka jak złodzieje. Nie można też było założyć, że jest to całkowicie bezpieczne i niezamieszkane miejsce. Nie zastanawialiśmy się jednak nad tym. Pobiegliśmy na górną kondygnację. Ja ustawiłem się przy oknach wychodzących bardziej na północ, Zielony na południe.

Rzut okiem na miasto nie napawał optymizmem. Wszędzie unosiły się słupy dymu i łudziłem się, że nie były one spowodowane wyłącznie przez mój fosfor. Choć pewnie po części tak. Aż mi się gorąco za uszami zrobiło, gdy wyobraziłem sobie, jak dostaję medal za odwagę, a zaraz potem kulkę w łeb za zdradę, bo zjawił się jakiś niespodziewany świadek. Co za gówno!

Nie musieliśmy czekać długo na pierwsze strzały. Padły, gdy tylko otworzyłem okno. Nad moją głową rozprysła się złuszczona farba, która zresztą naleciała mi do oczu. Zakląłem i zacząłem pocierać je brudnymi pięściami. Wiedziałem, że daję w ten sposób kutasiarzom cenne sekundy, więc chwyciłem beryla, i przez napływające do oczu łzy omiotłem swój rewir. Jebane krasnoludki dobrze się ukryły, ale nie aż tak dobrze. Ujrzałem buta wystającego zza muru. Traf chciał, że w tym samym czasie facet postanowił rozejrzeć się po okolicy. Ściągnąłem spust dwa razy. Jedna kula ewidentnie uderzyła w chodnik, bo uniósł się tam tuman kurzu, ale druga chyba sięgnęła celu. But nadal sterczał, a przecież gdyby kolesiowi nic nie było, to by się odruchowo cofnął. Ja w każdym razie bym się cofnął na jego miejscu i wpełznąłbym w najgłębszą dziurę, byle tylko zniknąć z pola ostrzału.

Za plecami usłyszałem kilka strzałów, których dźwięk wzmocniony był przez pogłos hali. To Zielony walił na swoją połowę. Cztery, pięć. Modliłem się, by każdy z tych strzałów był celny i niósł ze sobą jednego trupa. Jako komandos, Zielony miał większe doświadczenie ode mnie i znacznie większe umiejętności. Miał też broń, którą posługiwał się prawdopodobnie od samego początku swojej kariery wojskowej, co czyniło go dużo bardziej skutecznym strzelcem.

Kolejny facet pokazał się u mnie jak chomik w jednym z tych automatów, w których uderza się młotkiem wyskakujące z dziur zwierzaki. Zdawało mi się, że był to jeden z tych strażników, którzy sprawdzali nas na checkpoincie, gdy wjeżdżaliśmy z bombą do miasta. Ten od zapalniczki Zippo. Trochę szkoda mi go było, bo w sumie okazał wtedy sporo empatii i przepuścił nas. Z dużym żalem ściągnąłem spust. Karabin kopnął, a strażnik upadł na jedno kolano i dalej przemieszczał się na czworakach. Kula przeszyła jego brzuch po lewej stronie, mniej więcej na wysokości pępka. Zostawiał obfite ślady krwi na betonie. Nie wyglądało to dobrze. Strzeliłem raz jeszcze i przewrócił się na plecy. Oddychał ciężko. Chyba nie był w stanie się poruszyć. Uznałem go za wyeliminowanego, choć widziałem później jeszcze jak usiłuje wyciągać rękę do swoich kumpli. Biedak wierzył, że zdołają go dosięgnąć.

A więc to byli chłopacy z bramy przy węźle. Musieli zacząć spierniczać na widok czołgów poprzedniego wieczora. Może czekali gdzieś na Nadodrzu, kiedy otrzymali namiary na metę w porcie. Gdyby nie byli tacy gorliwi, może siedzieliby sobie teraz w jakiejś kamienicy i zajadali kanapki z jajkiem. A tak? Znajdą tu tylko swoją śmierć. Mam nadzieję.

Po kolejnych kilku strzałach moja broń zamilkła. Wyrzuciłem pusty magazynek i załadowałem ostatni. Po chwili pojawił się Zielony z hawkiem z oksydowanej stali. Pewnie upodobanie do takiej broni było u niego rodzinne.

– Jestem bez amunicji! Będę ubezpieczał główne wejście.

– Jasne.

Byliśmy martwi.

***

Nie byliśmy jeszcze martwi. Napór wroga na północy osłabł. Zdałem sobie jednak sprawę z tego, że skoro żaden z nas nie bronił południa, prawdopodobnie fajfusy już o tym wiedziały i przesunęły ciężar natarcia na tamten kierunek. Podzieliłem się tą refleksją z Zielonym. W odpowiedzi przywołał mnie do siebie.

– Dobra, nie ma sensu sterczeć przy oknie. Ustaw się na schodach tak, żebyś widział wejście. Jak się ktoś pojawi, to…

– To go rozwalę. Bez jaj.

– Ja pójdę się rozejrzeć – powiedział.

– Odwaliło ci? Po co?

Przyznam, że trochę mnie zaskoczył. A tak naprawdę, przestraszyłem się, że planuje uciec beze mnie. To by miało sens. Jeśli ja będę tu robił raban, wszyscy skupią się na mej skromnej osobie. W tym czasie potomek Irokezów zniknie w tajemniczych okolicznościach.

– Będę ich napierdalał toporkiem. Jak który się przedrze, to go masz rozwalić, jasne?

– Jasne wodzu.

Kolesie nie byli tak do końca w ciemię bici. Obeszli przepompownię dookoła i poszukali sobie alternatywnych dróg. Bardzo szybko Zielony musiał podziałać. Usłyszałem trzask kości i mlaśnięcie krwi tryskającej na ściany i podłogę. Wkrótce zawołał mnie, a ja zbiegłem na dół i wyszliśmy jakimś innym wyjściem na plac znajdujący się za stacją pomp. Dalej była już tylko pusta przestrzeń i Odra.

– Nie pierdol – powiedziałem profilaktycznie, na wypadek, gdyby coś głupiego strzeliło mu do głowy.

– Skoro i tak nie mamy już amunicji…

– Mam jeszcze pistolet.

– Ten szmelc będzie tu bezużyteczny.

Cóż za trafna uwaga. Tkwimy tu, pośrodku bitwy o największe miasto Dolnego Śląska, odcięci od sił sprzymierzonych i w zasadzie bez najmniejszych szans na przeżycie. To dziwne, że mimo wszystko człowiek ciągle myśli o tym, jak zachować swoje własne życie, które dla ogółu nie ma właściwie żadnego znaczenia. Jeśli nas nie zabiją, będę żył gdzieś incognito, być może z jakąś skromną emeryturką. Jeśli umrę? Nikt nie zauważy. Komuś coś się nie będzie zgadzało w papierach. W ewidencji figurowałem pewnie jako jeden z licznych, tajnych współpracowników…

– Nie ma co się zastanawiać – powiedział Zielony. – Czas działa na naszą niekorzyść.

Było już zupełnie jasno. Musieliśmy przebiec spory kawałek otwartego terenu i w każdej chwili mogliśmy być zauważeni przez wroga. Później czekała nas przeprawa przez Odrę, gdzie również nie było się jak ukryć. Nurt dawał szansę na to, że bez względu na nasz wysiłek, oddalimy się od portu. Pytanie tylko, gdzie udałoby nam się wyjść z rzeki, o ile w ogóle przeżylibyśmy tę imprezę?

Ktoś zaczął strzelać. Straciłem orientację. Rozglądałem się dookoła, ale nie widziałem nikogo. Zielony złapał mnie za bluzę i zaczął ciągnąć w kierunku rzeki. Kule rykoszetowały obok nas, podrywając do góry fragmenty trawy i ziemi. W każdej sekundzie spodziewałem się poczuć ból. Organizm jakby instynktownie reagował na zagrożenie, gromadząc krew w najważniejszych organach, by w razie postrzału ubyło jej jak najmniej.

O czym tak dokładnie wtedy myślałem? Poza tym, że byłem śmiertelnie przerażony, uderzyła mnie nagła refleksja, że Zielony chce strzelić samobója. I co gorsza, ciągnie mnie ze sobą. Olśniło mnie, że on nie dopuści do tego, by ktokolwiek pojmał nas żywcem. Groźba przeciągnięcia na lince za samochodem przez pół miasta, mogłaby szybko wydobyć z nas informacje o Feniksie i planach Ossowskiego…

O Boże… On chce nas zabić, pomyślałem, już teraz jasno i klarownie.

Dalej moje myśli zagłuszył potworny hałas. Padliśmy na ziemię. Ujrzałem nad sobą śmigłowiec szturmowy Mi-24, napieprzający z działka w przepompownię, która teraz skrzyła się niczym choinka. Wszędzie wokół spadały gorące łuski. Również na nas. Ale nie miało to aż tak wielkiego znaczenia, bo wszystko wskazywało na to, że pojawiły się zupełnie nowe okoliczności.

Budynek stanął w ogniu. Jeżeli ktokolwiek był w środku, to chyba nie powinien już stanowić zagrożenia.

– Ląduj! – krzyknąłem i zamachałem rękami. – Niech on wyląduje! Wezwij ich przez radio czy coś!

– Gdybym miał radio, wezwałbym ich wcześniej – odkrzyknął Zielony. – Skoro tu podleciał, to już na pewno nas widzi.

Falę entuzjazmu przyćmiły świetliste smugi ręcznych wyrzutni granatów, które przeleciały nad płonącym budynkiem stacji pomp. Śmigłowiec przechylił się na prawo i odleciał nad rzekę. Spojrzeliśmy w stronę bramy, skąd padły strzały. Najwyraźniej przybyła odsiecz. Kilka wozów z dobrze znanym mi oznakowaniem pretorianów. Najwyraźniej znów nasza sytuacja stawała się rozpaczliwa.

Śmigłowiec ostrzelał nadjeżdżające pojazdy. Jeden z nich podskoczył rozsadzony eksplozją. Spadł na nas deszcz ludzkich szczątków. Zielony wyrwał mi pistolet i wystrzelił kilka ostatnich pocisków w stronę gwardzistów. Widziałem, że kilku z nich nie odmówiło poczęstunku, jednak broń zamilkła i zaczęliśmy się czołgać w stronę rzeki. Wokół nas, rwana pociskami darń robiła salta i wyskoki.

Ponieważ ogólny chaos zatrzymał na chwilkę rajd pretorianów, Śmigłowiec wrócił i przysiadł nieopodal nas na trawie. To była nasza jedyna szansa. Zerwaliśmy się do biegu, Zielony przodem, nisko przy ziemi. Dopadł do maszyny i otworzył drzwi przedziału ładunkowego. Nie było to ani przyjemne, ani bezpieczne, ale znaleźliśmy się w sytuacji, w której narzekanie na komfort podróży było co najmniej nie na miejscu.

Wskoczyłem pierwszy i już miałem się odwrócić, by pomóc Zielonemu, gdy nagle maszyna poderwała się znów do góry i odbiła nad rzekę, niemal wyrzucając mnie na zewnątrz. Przez huk silników Hinda usłyszałem stukot pięćdziesiątki, którego nie da się pomylić z niczym innym. Złapałem się czegoś wystającego ze ściany i jedynie to uchroniło mnie przed wypadnięciem, bo oczywiście drzwi nadal pozostawały otwarte. Mi-24 znów otworzył ogień, ale słyszałem też wyraźnie kule rykoszetujące od pancerza śmigłowca. Piloci musieli być całkowicie obesrani, bo ciągle robili jakieś szaleńcze manewry, od których wszystko podchodziło mi do gardła. Wreszcie Mi-24 odwrócił się i odleciał na zachód, a później skręcił na północ.

– Wracajcie! – krzyknąłem. – Wracajcie chuje! Tam został Zielony!

Oczywiście nie mieli prawa mnie usłyszeć. Nie słyszeli siebie nawzajem. Korzystali z wewnętrznego systemu łączności i mikrofonów wbudowanych w hełmy. Nie było szans…

Choć trudno mi się było z tym pogodzić, zakładałem, że piloci mając na względzie zagrożenie dla maszyny, musieli podjąć świadomie decyzję o pozostawieniu Zielonego na pastwę losu. Innym wytłumaczeniem mogło być jedynie to, że zobaczyli jego śmierć i automatycznie uznali, że czas się wycofać. I ta druga opcja wydała mi się dużo bardziej wiarygodna.

Szaleńcza jazda, która powodowała wywrócenie moich flaków na lewą stronę, trwała jeszcze raptem kilka minut. Kiedy maszyna usiadła na ziemi, a ja wydostałem się na zewnątrz, okazało się, że znajdujemy się na terenie Szkoły Oficerskiej, mieszczącej się ledwie kilka kilometrów od Portu Miejskiego. Było tam mnóstwo żołnierzy, którzy rozładowywali sprzęt z ciężarówek i rozbijali namioty. Utworzyli sobie jakąś bazę, z której wojsko miało wyruszać bezpośrednio do walki. Kilkaset metrów ode mnie stał zespół namiotów, które wyglądały jak centrum łącznościowe. Tam też pewnie mieścił się sztab, w którym mógł przebywać Pułkownik a nawet i sam generał Ossowski.

Pomyślałem, że zostawię to na później i padłem na trawę, by odetchnąć nieco. Wszystkie kończyny miałem jak z gumy. Z głodu miałem zawroty głowy. W uszach piszczało mi od hałasu, w którym przebywałem przez ostatnie kilka godzin. Kutasiarze dali mi ostro w kość i gdybym przymknął oczy, pewnie zapadłbym w wielogodzinny sen, wprost na trawie. I nawet zamierzałem to właśnie uczynić, ale ujrzałem roześmianą japę. Japa okazała się być własnością jednego z pilotów Mi-24.

– No… Upiekło ci się stary, co?

– Dlaczego go zostawiliście? Był tam ze mną jeszcze jeden człowiek…

Pilot spuścił wzrok. Nie trzeba było słów. Od razu skumałem. Tam było piekło. Kule latały wszędzie. Mogliśmy zginąć wszyscy, a Zielony… Nie miał najmniejszych szans.

– Mimo wszystko dzięki. Gdyby nie wy, miałbym w dupie drugi otwór. – Uścisnąłem dłoń pilota. – Gdzie tu można opierdolić coś na ciepło?

Wiedziałem, że to nie jest najodpowiedniejsza chwila. Ale wiedziałem też, że jeszcze kilka minut, a nie doszedłbym nigdzie o własnych siłach. Pilot wskazał mi kierunek, więc poklepałem go jeszcze raz po ramieniu i pokuśtykałem na michę, rezygnując z wcześniejszych planów drzemki. Dopiero teraz dostrzegłem, że cała moja nogawka jest we krwi. Na zewnętrznej stornie uda ziała w materiale dziura. Wyglądało to jedynie na zadraśnięcie, ale doświadczenie podpowiadało mi, że lepiej nie bagatelizować takich rzeczy. Postanowiłem, że gdy tylko napcham się do oporu, poszukam jakiegoś konowała, żeby poskładał mnie do kupy.

***

W kantynie odnalazł mnie Czerwony Pułkownik. Pajac przysiadł się bez pytania, wyciągnął zza pazuchy piersiówkę i podał mi. Gdy już ściągnąłem kilka solidnych łyków bimbru, byłem gotów, żeby wysłuchać jego kłamliwej propagandy.

– Spisaliście się świetnie. Miasto w dalszym ciągu się broni, ale przypuszczamy, że to już ostatnie podrygi. Gdy tylko zechcą z nami zamienić słówko, poinformujemy ich o tym, że przegrali, i że w każdej chwili możemy ich wyjebać w kosmos.

– To gdzie mój medal? – zapytałem z ustami pełnymi grochówy.

Pułkownik uśmiechnął się i pociągnął z piersiówki.

– Nagroda cię nie ominie. My nie zapominamy o tych, którzy się przysłużyli. – Teraz wyjął najprawdziwsze marlborasy i poczęstował mnie. – Oczywiście nie możemy tak oficjalnie. Sami rozumiecie… Macie trochę nasrane w aktach. Zrobimy to po swojemu: dyskretnie, ale z klasą.

– Czyli z medalu nici?

Cóż… Nie byłem aż tak bardzo rozczarowany. W sumie miałem w dupie medale. Bardziej zależało mi na jakiejś korzyści majątkowej. Najlepiej w postaci kawałka ziemi z dachem i dożywotniej emeryturki. Miałem plany. Gdzieś pod drodze wymyśliłem, że założę pasiekę i będę produkował miód. To byłby naprawdę fantastyczny sposób na życie. Przede wszystkim na życie po tym wszystkim, co mi się przytrafiło. Miałem też zasadzić dwa drzewa ku pamięci… W zasadzie to trzy drzewa.

– Czy wie pan, że Zielony nie przeżył? – spytałem. W końcu był to wnuk pułkownika i być może informacja ta mogła mieć jakieś znaczenie.
Indianin spojrzał w foliowe okno namiotu.

– Każda wojna zabiera życia wielu młodych ludzi. Zazwyczaj tych najlepszych. Liczyłem się z tym od samego początku, ale… Tam skąd pochodzę, wodzowie nie zabraniają wojownikom iść na wojnę tylko dlatego, że boją się straty. Nie ma znaczenia czy to twój syn, wnuk, czy syn twojego brata. Wszyscy wojownicy w plemieniu są braćmi krwi i wszyscy mają taką samą szansę walczyć i zginąć lub zwyciężyć. On udowodnił swoją wartość i trafił do miejsca, do którego idą tylko najlepsi.

No tak… Indiańskie pierdolenie. To jego odpowiedź na całe to kurewstwo, które nas otacza. Można i tak. Nie przeczę. Jedni wybierają chlanie, inni religię, a jeszcze inni zostają psychopatycznymi zabójcami i czują się z tym jak ryby w wodzie.

– Będzie teraz niezły burdel do uprzątnięcia – powiedziałem.

– Zawsze istnieje praca, którą należy wykonać.

***

Kiedy najadłem się i opatrzono moje ciężkie rany, Pułkownik kazał odwieźć mnie prosto do mojego nowego domu, który mieścić się miał w miejscowości Pasikurowice.

Kiedy opuszczałem Breslau, walki dobiegły już końca. Widziałem jak Ossowski przyjmował emisariuszy od konsula, a później wszyscy najważniejsi dowódcy ładują się ko konwoju i wyjeżdżają do miasta na pertraktacje. Dokładnie tak, jak zapowiadał pułkownik. Uspokoiłem się więc, bo w jakiś wewnętrzny sposób wiedziałem, że to już koniec, że pertraktacje zakończą się sukcesem i nastanie pokój.

Mój nowy dom był stary i wybudowany jeszcze przez Niemców. Ale to dobrze, bo Niemcy budowali lepiej, solidniej. Ich stary dom był lepszy niż nowe, wybudowane przez nas. Ktoś opuścił go w dużym pośpiechu. Później koczowało tu stado bezdomnych, więc lokal wymagał naprawdę dużej pracy. Ale wystawiono mi papier, że jest to moja własność, na którym widniała pieczęć kancelarii Ossowskiego. Zgodnie z prawem, które miało tu lada chwila nastać, każdy mógł mnie cmoknąć w dupę. Zresztą, wedle ściśle tajnych papierów, których nikt mi nie chciał pokazać, poprzedni właściciele domu gryźli glebę już od dawna, a jedyny spadkobierca był poszukiwanym listem gończym przestępcą, który służył teraz w oddziałach pretorianów. Jeśli jeszcze żył, prawdopodobnie wkrótce trafiłby do więzienia na bardzo długi czas, a jego majątek i tak zostałby zarekwirowany przez państwo.

Żandarmeria zostawiła mi zapasy żarcia i wody, niezbędne do przetrwania najbliższych dwóch tygodni. Tyle dokładnie miało potrwać doprowadzenie wszystkiego do względnego porządku, umożliwiającego funkcjonowanie kraju. Zostawili mi też pistolet, bo po locie śmigłowcem okazałem się całkowicie nieuzbrojony, a w okolicy mogli się jeszcze kręcić jacyś maruderzy. No i żetony powiedziały, że wrócą do mnie, jak tylko będą mogły. Tak na wszelki wypadek. Nie wiedziałem, o co im chodzi, ale z radością zatrzasnąłem za nimi drzwi.

Napaliłem w kominku, zasiadłem w swoim nowym fotelu, zdjąłem buty i zacząłem suszyć stopy. Rozkoszowałem się ciszą, którą przerywały jedynie dochodzące z oddali, głuche dudnienia eksplozji.

***

W sumie chyba nie skończyło się aż tak źle. Zginęli wszyscy, o których zdarzało mi się dobrze myśleć: Czarek, Violet, Gibon, Zielony… Pewnie Doryfea też i Noe… Ja sam jakoś przez to przebrnąłem. Sam nie wiem jak. Wydarzyło się tak wiele cudów, że trudno nazwać to przypadkiem. A teraz dostałem dom z posesją, i mogłem rozpocząć zupełnie nowe życie. Być może za jakiś czas sprowadzą się tu jacyś sąsiedzi, może poznam jakąś kobietę i stworzymy rodzinę… Cholera, jeszcze jakiś czas temu nie przypuszczałem, że w ogóle mogłoby do tego dojść.

Zupełna sielanka.

No dobra… Był jeden zgrzyt. Nawet dość poważny zgrzyt. Niby nic takiego, ale… Głupia sprawa, jeśli się nad tym głębiej zastanowić.
Otóż jeszcze tego samego dnia po południu rozległo się pukanie do drzwi. Obudziłem się i chwilę mi zajęło, zanim przypomniałem sobie gdzie jestem i co tu robię. A uwierzcie mi, nie było to wcale takie proste. No, ale pukanie rozległo się znów.

Wstałem, choć kości i mięśnie odmawiały mi posłuszeństwa. Jakoś tak głupio, bezmyślnie poszedłem otworzyć te drzwi. Sam nie wiem, co tak uśpiło moją czujność. Chyba właśnie ta zasrana sielanka. Zostawiłem pistolet na stoliku i poszedłem otworzyć te cholerne drzwi. Za nimi stał człowiek, którego widziałem pierwszy raz w życiu. Tak mi się przynajmniej zdawało. No… Może trochę ta zakazana gęba coś mi przypominała.
Facet uśmiechnął się i podniósł dłoń. Nie od razu zorientowałem się, że trzyma w niej pistolet.

– Mam na imię Ernesto – powiedział i pociągnął za spust.

Ernesto? Nie znam żadnego Ernesto.

Kula kaliber dziewięć milimetrów opuściła gwintowaną lufę z jakąś kosmiczną prędkością i pokonała dzielącą nas odległość w niewyobrażalnie krótkim czasie. Następnie… No cóż… Naruszyła spójność mojej tkanki i zagłębiła się w klatce piersiowej, przebijając prawą komorę serca.

No tak… Ernesto. Najwyżej stojący zawodnik w Srebrnej lidze. Ale jak on mnie do cholery wyśledził? Nikt spoza wierchuszki nie miał prawa wiedzieć, że tu jestem. No i jeszcze poza żandarmerią…

Nastąpił intensywny krwotok wewnętrzny, który znalazł ujście w otworze wlotowym. Krew zaczęła wyciekać niczym wino z odszpuntowanego antałka, prosto na moje ubranie, na podłogę i moje stopy. Zrobiło mi się strasznie słabo. Nogi ugięły się pode mną i opadłem na kolana, opierając się na futrynie.

Zacięty skurwysyn. Zadał sobie tyle trudu, żeby mnie odnaleźć, wyczekać, aż będę sam, zapukać do mych drzwi i wpakować mi kulkę… Właściwie po co ja się do tej Srebrnej ligi zapisałem? Cholera… W ogóle nie mogę sobie przypomnieć. Chyba mój mózg… Strasznie ciężko mi się oddycha.

Kula musiała wejść też w płuco.

Mam mroczki przed oczami, ale jeszcze widzę jak Ernesto oddala się i wsiada do… Honkera. Skurwiel. To żołnierz! Jebany żołnierz!

Zanim mój świat pochłania całkowita ciemność, widzę jeszcze jeden widok, który przebija się do mojej świadomości i pobudza synapsy: oślepiający błysk na horyzoncie, który po chwili przeradza się w atomowy grzyb, unoszący się nad Breslau…

***

Ossowski podniósł oczy znad dokumentów po tym, jak kierowca krzyknął coś niezrozumiałego. Zdążył jeszcze dostrzec idącą prosto na nich falę uderzeniową, która wcisnęła szybę do wnętrza Humvee i cisnęła pojazdem, jakby to była plastikowa zabawka. Świat zawirował, a w chwilę później Ossowski był już całkowicie martwy. To samo zresztą spotkało pułkownika, który jechał w drugim samochodzie, oraz wszystkich innych oficerów, którzy załapali się na pertraktacje z konsulem.

Sam konsul wyparował dużo wcześniej, wraz z całą swoją świtą. Budynek ratusza zawalił się jak domek z kart i stanął w płomieniach. Taki sam los spotkał większość zabudowań w ścisłym rynku, w tym także koszary pretorianów oraz dwa największe obozy pracy. Zawalił się Ludzki bęben, w którym ciągle jeszcze leżały zwłoki Czarka, Violet i Kapłana. Zwłoki Gibona zapaliły się w mocnym podmuchu fali uderzeniowej, uległy zwęgleniu i wtopiły w ścianę. W płomieniach zginęli także wszyscy chemicy.

Zabudowania na placu Sulli stały w płomieniach. Krypta 13 prawie przetrwała, ale nieszczęsny kucharz, jak na ironię, ugotował się żywcem. Śmierć poniosła także bardzo dużą ilość zupełnie niewinnych, postronnych osób, która tamtego dnia znajdowała się w okolicach rynku.

Chmura radioaktywnego pyłu rozprzestrzeniła się na południe, a później na wschód. Częściowemu napromieniowaniu uległ Camp Sky, w którym trwała w najlepsze impreza taneczna. Największą ilość promieniowania przyjęli ci, którzy przebywali na nieosłoniętych parkietach tanecznych. Już po kilkudziesięciu minutach zaczęli wymiotować. Ludzie, którzy przebywali w namiotach, żyli jeszcze długo, choć niektórzy z nich zapadli później na choroby nowotworowe.

***

Ernesto widział eksplozję w lusterku wstecznym. Docisnął gaz do podłogi, a po chwili wrzucił jeszcze najwyższy, piąty bieg. Tuż przed wsią Siedlec znajdował się zakręt, który dostrzegł dopiero w ostatniej chwili. Honker wypadł z drogi przy pełnej prędkości, zahaczył o drzewo, następnie przewalił się na bok, wykonał kilka koziołków i wylądował w stawie, na dachu. Zabójca nie miał najmniejszych szans, aby wyjść z wypadku w jednym kawałku.

***

Na szczycie Ślęży stał zakapturzony mężczyzna i obserwował grzyb atomowy przez lornetkę. Po chwili wyjął telefon satelitarny i wykonał połączenie.

– Mów – odezwał się głos w słuchawce.

– Pieczeń gotowa – powiedział mężczyzna, rozłączył się i schował telefon do kieszeni kamizelki taktycznej.

***

Po kilku dniach prezydent Gołkowski oraz członkowie rządu zostali uwolnieni. Z pomocą kilku generałów zostały dokonane czystki w armii. Jedyni zbuntowani żołnierze, którzy nie zostali aresztowani, wycofywali się właśnie spod bram Festung Breslau. Odbywało się to w wielkim chaosie, bez żadnego planu oraz jakiegokolwiek zwierzchnictwa. Ciężki sprzęt został porzucony, a po kilku dniach zlały go strugi radioaktywnego deszczu. Później teren szkoły oficerskiej został zbombardowany przez lotnictwo.

Gołkowskiemu nie dane było nacieszyć się urzędem. Po pięciu dniach od opuszczenia aresztu, jego prezydenturę zakończył pocisk wystrzelony przez snajpera. W stolicy znów rozpoczęły się zamieszki. Ulice spłynęły krwią, a latarnie, dźwigi i mosty, przyozdobiono wisielcami. Chaos znów ogarnął Rzeczpospolitą.

***

W okolicach zimowiska barek, z Odry wygramolił się jakiś człowiek. Był już wieczór, ale pożary w mieście tworzyły łunę, która rozświetlała mroki na kilka kilometrów. Mężczyzna spojrzał w stronę miasta, dysząc ciężko. Odłożył Sig Sauera, którego nieświadomie ściskał w dłoni od kilku godzin, choć już dawno nie było w nim amunicji. Przysiadł na trawie i zaczął zdejmować z siebie przemoczone, wojskowe ubrania. W końcu, w samej bieliźnie, położył się na plecach. Leżał tak, oddychając płytko i wpatrując się w niebo. Leżał długo. Do rana.

Wiedział, że to jeszcze nie koniec. Właściwie był pewien, że najgorsze dopiero miało nastąpić…