Rozdział XIII.

Wbrew obawom, opuściliśmy tunel bez większych przeszkód, jednak gdy tylko znaleźliśmy się na zewnątrz, dotarły do nas niepokojące odgłosy dalekich eksplozji. Początkowo spanikowaliśmy, ale później uzmysłowiliśmy sobie, że to dźwięki natarcia. To wojsko Ossowskiego atakowało zewnętrzne punkty wartownicze i umocnienia obronne.

Chodź w tunelu spędziliśmy niewiele więcej, niż piętnaście minut, niebo zasnuło się granatowym całunem. Paliły się tylko niektóre latarnie, co niewątpliwie działało na naszą korzyść. Na głównych u licach co chwilę przejeżdżały jakieś wozy na sygnałach, którymi zapewne przemieszczali się pretorianie.

Gibon bardziej wlókł, niż prowadził Violet. Jej trampki szorowały noskami po asfalcie. Podejrzewałem, że dziewczyna była już martwa, więc kazałem mu się zatrzymać i położyć ją na chodniku. Zacząłem szukać pulsu na przegubie, ale szczerze powiedziawszy nigdy nie byłem dobry w te klocki. Nie wyczułem nic. Dotknąłem jeszcze szyi. Gdzieś tam powinna znajdować się tętnica. Też nic.

– Stary, ona chyba odwaliła kitę.

Gibon patrzył nieobecnym wzrokiem. Chyba nie do końca docierało do niego to, co właśnie powiedziałem. Może nie chciał tego słyszeć. Kręcił tylko głową jak jeden z tych… niedorozwojów.

– Musimy ją zostawić – powtórzyłem. – Ona nie żyje. To nasza jedyna szansa, żeby się stąd wydostać.

– Nie możemy jej zostawić…

– Ona nie żyje Gibon! Jej tu już nie ma! To tylko trup!

Z zaułka za naszymi plecami padła seria. Rzuciliśmy się do ucieczki. Szło nam całkiem nieźle, ale potem Gibon zwolnił. Znajdowaliśmy się w zacienionym miejscu, więc nie widziałem, co się stało. Podbiegłem do niego, a on przysiadł pod ścianą.

– Idź sam – powiedział.

– Co jest? Oberwałeś?

– Idź.

Dotknąłem jego rąk, potem brzucha a potem po ciemku wymacałem głowę. Na potylicy poczułem gorącą lepkość.

– Chodź, zabiorę cię stąd.

– Uciekaj!

– To nic poważnego…

– Spierdalaj stąd, rozumiesz?

W oddali słyszałem tupot wojskowych buciorów. Nadchodzili. I było ich kilku.

– Gibon wysil się jeszcze te parę kroków – próbowałem do niego przemówić. – Musimy znaleźć jakąś kryjówkę.

Już nie odpowiedział. Wyczułem tylko pod ręką, że próbował podnieść głowę, jakby chciał na mnie spojrzeć, ale nie udało się. Jego też musiałem zostawić. Musiałem wstać i uciekać.

Wybiegłem na Świętego Mikołaja i skręciłem w kierunku placu Sulli. Od strony rynku nadjeżdżał jakiś samochód. Postawiłem kołnierz bluzy i udawałem pijanego. Wóz minął mnie, pojechał dalej, ale zatrzymał się na środku skrzyżowania. Wewnątrz był tylko kierowca, który rozglądał się wokół. Pewnie był spanikowany i szukał jakiejś sensownej drogi ucieczki. Przez chwilę pomyślałem, że może mógłbym wpakować się do wozu, wziąć go za zakładnika i zmusić, żeby mnie wywiózł z miasta. Ale był dobre sto metrów ode mnie. Nie zdążyłbym dobiec. Wlokłem się więc nadal, starając się być jak najmniej widoczny. Nad miastem niósł się huk karabinów maszynowych. Po ciemnym niebie przetaczał się ryk silników odrzutowych.
Stary mercedes cofnął się i zatrzymał tuż przy mnie. Zajrzałem do środka i pomyślałem sobie, że świat jest niewyobrażalnie mały.

– Wsiadaj! – zawołał Zielony. – Wywiozę cię stąd!

Nie mam pojęcia skąd wiedział. I nawet nie chciałem w to wnikać. Miałem gówniany nastrój. Straciłem rodzinę. Wsiadłem i zamknąłem drzwi.

– Jedź.

Szyba pobliskiej kamienicy rozbiła się od pocisku. Zielony wcisnął gaz i samochód wyrwał do przodu. Skręciliśmy w kierunku mostu… dawniej Sikorskiego, teraz chuj wie kogo, i dalej w stronę elektrociepłowni. Była to okolica, gdzie po zmroku można było z powodzeniem zniknąć z oczu. Albo zginąć.

– Cholera jasna. – Spojrzałem na swoje ręce i ubranie. Byłem uwalony krwią jak jakiś pierdolony rzeźnik.

Zielony oderwał na chwilę oczy od drogi i rzucił mi krótkie spojrzenie.

– Ciężki dzień, co?

Sam nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Tak kurwa, ciężki w chuj. Było też zupełnie bezsensownie. Poszliśmy ratować gościa, który wbił nas w jakieś straszne gówno, a przy okazji zginęli wszyscy oprócz mnie. Po co to wszystko? O co w ogóle w tym wszystkim chodziło?

Nie chciało mi się gadać, choć z drugiej stronie w mojej głowie roiły się pytania.

– Słuchaj… Należą ci się wyjaśnienia – zaczął Zielony. – Skoro wróciliście do Wrocławia, to zakładam, że udało wam się spotkać z moim dziadkiem.

Wyjąłem ze schowka jakąś szmatkę i zacząłem wycierać ręce.

– Ossowski to bystry facet. I uczciwy. To bardzo rzadkie połączenie w dzisiejszych czasach.

– Gówno mnie to obchodzi – odburknąłem.

– Chcąc nie chcąc, należysz teraz do Fenixa pełną gębą. Więc może chciałbyś się dowiedzieć, czym właściwie jest ta organizacja, i jakie są jej cele?

– Nie chcę. Zginęły dwie osoby, z którymi od dwóch lat jadłem, piłem i spałem.

Zielony zamknął się, a ja mogłem przez chwilę pomyśleć. Choć w zasadzie nie mogłem, bo moje myśli biegły niczym stado spłoszonych rumaków. Zostaliśmy rozegrani jak piony na szachownicy, i albo rozegrano nas źle, albo byliśmy najtańszymi, najpodlejszymi pionami, których nikomu nie było żal. A może ktoś strategicznie poświęcił nas, by odwrócić uwagę przeciwnika i odwalić jakiś numer na innym odcinku frontu? Trudno dać sobie samemu odpowiedź na takie pytania, nie znając tego, co kryło się głębiej… Nie miałem na to żadnej koncepcji i w zasadzie nie obchodziło mnie to aż tak bardzo, bo przeczuwałem, że Zielony zatroszczy się o moje braki.

– Kiedy to wszystko się zaczęło, byłem akurat we Wrocławiu na przepustce – powiedział. – Spędzałem święta z rodziną dziewczyny, no i dostałem telefon, że wszystkie przepustki odwołane i że mam się stawić w macierzystej jednostce tak szybko, jak to tylko możliwe. Musiałem dostać się do Lublińca, więc spakowałem manatki i wsiadłem w pierwszy autobus, jadący na Dworzec Główny.

Świetnie. Zebrało mu się na wspominki. Brakowało tylko „Last Christmas”, abyśmy mogli wpaść w supergejowski nastrój.

– W autobusie był straszny tłok. Kiedy ludzie dowiedzieli się o Resecie, zaczęli masowo przemieszczać się do swoich domów. Ja w mundurze i z plecakiem, musiałem za wszelką cenę wcisnąć się do autobusu.

Zielony zatrzymał auto w ciemnej uliczce przy porcie miejskim i pogasił wszystkie światła. Ale nie wysiadał. Wyciągnął zza pazuchy paczkę papierosów i jakieś tabletki. Jedną zażył sam, a jedną wyłuskał z blistra dla mnie.

– Amfetamina. Postawi cię na nogi – powiedział i zaczął kontynuować swoją opowieść. – Podszedł do mnie jeden facet i powiedział, żebym wysiadł z autobusu. Nie wiedziałem, o co mu chodzi i zamierzałem go olać, ale gdy autobus podjechał na przystanek, gość wyciągnął mnie na zewnątrz za plecak. No to postanowiłem spuścić mu wpierdol. Ale był zbyt duży tłum. Ludzie wpychali się do autobusu. W końcu zostaliśmy na przystanku tylko my dwaj, więc pytam, o co mu chodzi. Co to za krzywa akcja? Facet nic mi nie odpowiedział. Wskazał tylko na odjeżdżający autobus, który… wybuchł.

Spojrzałem na komandosa i zastygłem, zapewne z dość głupią miną.

– Wybuchł?

– Tamten skurwiel powiedział, że teraz wszystkie kurwy i złodziei powywieszamy na drzewach, a Polska znowu będzie wolna i suwerenna. – Strzepnął popiół na podłogę. – Kumasz? Powiedział, że zobaczył orzełka na moim berecie i musiał mnie wyciągnąć z autobusu, bo przecież mogę lepiej się przysłużyć ojczyźnie.

Urwał na chwilę, bym mógł to przetrawić.

– Reset nie był wypadkiem przy pracy. To była zaplanowana operacja, będąca elementem hybrydowej wojny piątej generacji. Zaorano wszystko oprócz tego, co należało pozostawić. I w miejsca strategiczne szybko podrzucono agentów wpływu, którzy mieli odpowiednio zarządzać sytuacją…

Zielony zaczynał gadać jak szaleniec, ale tkwiła w tym jakaś szczątkowa nuta sensu, która zasiała w mojej głowie ziarno wątpliwości.

– Kto…

– Nie istotne. Istotą hybrydowej wojny piątej generacji jest to, że ta wiedza tak naprawdę w niczym ci nie pomoże. Dużo ważniejsze jest teraz to, w jaki sposób możemy się wysupłać z tej sytuacji, co jest o tyle skomplikowane, że jej źródła tkwią gdzieś we wczesnych latach dziewięćdziesiątych. Albo i wcześniej. Wiesz, jak to jest. Historię piszą zwycięzcy. Zbytnio zajaraliśmy się wolnością, by widzieć zagrożenia, które wisiały w powietrzu. Byliśmy tylko jednym z pionów na szachownicy…

Dziwne, że użył analogii, którą jeszcze przed chwilą przywołałem sam.

– My?

– Zauważ, jak rosło natężenie podziałów społecznych, jak wykorzystywano skrzętnie każdą okazję do tego, by dzielić i rządzić. Komuś bardzo wyraźnie zależało na tym, by nasz kraj nie był jednolity i silny. Już nawet nie chodzi mi o to, czy opowiadałem się za jedną czy drugą opcją, ale o to, że te podziały rosły i były stale dokarmiane, celowo i systematycznie. Zrobiono bardzo dużo, byśmy zaczęli ze sobą walczyć. I gdy zupa była gotowa, nastąpił…

– Reset…

– Właśnie! Idealna okoliczność do tego, by ułożyć świat na nowo, po swojemu. Ponieważ jesteśmy odcięci od informacji, nie mamy pojęcia, co dzieje się poza Europą. Wiele krajów wróciło do normy w ciągu kilku pierwszych miesięcy, i jeszcze zdołało całkiem dobrze na tym wyjść. A dla nas skończyło się to wyniszczającą wojną domową. Nie tylko dla nas. Również dla naszych sąsiadów z Grupy Wyszehradzkiej. Ktoś podjął decyzję, że wszystko pomiędzy Odrą i Dnieprem należy zaorać. Ktoś znów dogadał się za naszymi plecami.

– I co teraz? Wywalicie wielką dziurę w centrum miasta, żeby zaprowadzić pokój? – zapytałem. – Czy nie to właśnie jest nasilaniem podziałów?

– Ossowski nie zdetonuje bomby. Mówiłem, to rozsądny facet. W centrum znajdują się obozy pracy. Jeżeli negocjacje zawiodą, poinformuje konsula, że w mieście jest wiele bomb, a dla wiarygodności zdradzi lokalizację ten waszej. Pretorianie znajdą ją i będą pewni, że nie blefujemy.

– Podwójny blef.

Nad portem przeleciały z łoskotem dwa Mi-24. Pod ich pylonami rozbłysły jaskrawe płomienie i kilka iskrzących rakiet poleciało w kierunku elektrociepłowni, skąd dobiegał terkot karabinu maszynowego. Nad budynkami uniosła się kula ognia, która rozświetliła pomarańczowym blaskiem całą okolicę, a po chwili do naszych uszu dotarł niski grzmot i zatrzęsła się ziemia.

– Ładne mi negocjacje – powiedziałem. – Używacie naprawdę mocnej argumentacji.

– Tu nie jest zbyt bezpiecznie – odezwał się po chwili Zielony. – Pójdziemy w głąb portu. Mamy tam taką metę, gdzie można przeczekać niebezpieczne sytuacje.

***

Meta mieściła się w podziemiach spichlerza. Ruina od lat straszyła swoją koślawą, spękaną bryłą, a w samych piwnicach spodziewałbym się raczej miejsca schadzek dla ćpunów, niż tajnej bazy szpiegowskiej. Tajna baza nie była zresztą jakoś bardzo szczególnie tajna. Cały patent opierał się raczej na tym, że było to jedno z ostatnich miejsc, do których mógłby chcieć zajrzeć normalny człowiek. Należało bowiem zejść do podziemi znajdujących się pod ledwo stojącymi ruinami spichlerza i przebyć labirynt korytarzy pełen gówien, szczurów i zużytych strzykawek, na którego samym końcu znajdowały się dopiero blaszane drzwi z wizjerem.

Zielony wystukał jakiś skomplikowany kod, a po chwili drzwi otwarły się i ujrzeliśmy brodatego człowieka z przepaską na oku i przewieszonym przez ramię berylem. Jego kurtka khaki nadawała mu wygląd prawdziwego partyzanta.

– Cześć – odezwał się do nas.

– Przedstawiłbym was sobie, ale nie używamy tu imion ani nazwisk – powiedział Zielony i wskazał mi ręką wejście.

– Możesz mówić mi Oczko – przedstawił się brodacz.

Usiadłem na starej, przegniłej kanapie, a po chwili na stole pojawiły się kubki wypełnione czymś, co przy odrobinie dobrych chęci można było nazwać kawą. W dodatku ze śmietanką, bo za każdym razem, gdy na górze rozlegał się grzmot eksplozji, z sufitu sypał się tynk do tych kubków. Ale dywersanci zabrali się do spożywania napoju z wielką ochotą.

– Co się dzieje w okolicy? – spytał Zielony.

Oczko wyciągnął z półki pod blatem zwinięty w rulon papier i rozwinął go na stole. Była to mapa sztabowa Wrocławia i najbliższej okolicy, pochodząca zapewne jeszcze z epoki Układu Warszawskiego. Kolorowymi cienkopisami naniesiono najważniejsze aktualizacje oraz lokalizacje sił separatystów.

– Można gadać przy nim?

Zielony uśmiechnął się.

– Nie krępuj się. To jeden z nas.

– Okay, skoro tak twierdzisz. – Oczko obrzucił mnie niechętnym spojrzeniem. – Najważniejsze wydarzenie dnia dzisiejszego to rozbicie w osiedla powstałego na lotnisku w Szymanowie. Terroryści stawiali lekki opór, ale pluton czołgów zrobił tam prawdziwe piekło.

– Czy ktoś przeżył? – wtrąciłem się.

Wciąż jeszcze w pamięci miałem wizytę w Arce i tę dziewczynę, Doryfeę. Mocna rzecz. Ale także jakieś ciepłe uczucie, coś jakby… nutka nadziei? Cholera jasna…

– Kilkanaście osób wzięto żywcem – odparł szpieg. – Już jadą do Warszawy na rozprawę. Nie będzie to długi proces. – Przejechał znacząco palcem po szyi.

– Co jeszcze? – spytał Zielony.

– Nasze czołgi ruszyły później na południe i są nie dalej jak trzy kilometry stąd. To one tak walą. Psie Pole stoi w ogniu. Karłowice także. Na Różance terroryści stawiają szczególny opór.

– Aż tak?

– Nie wiem, jak to się stało, ale skurwysyny strzelają do nas fosforem…

Fosforem? O ja jebię! Poczułem jakby mi ktoś zrobił wjazd od tyłu. Jebani chemicy! Totalnie nas wyruchali! Ja im kurwa dam wodę! Poczułem, że moja twarz robi się czerwona i zacząłem oddychać głęboko, aby się uspokoić.

– Nie mam pojęcia skąd jebańcy wzięli fosfor! – kontynuował Oczko. – Ładują beczki na taką wielką procę i ciskają nimi na kilkaset metrów. Jest to bardzo niecelne, ale gdy taka beczka jebnie o ziemię i fosfor zostanie rozrzucony wszędzie wokół, to powstaje cholernie dużo ognia. Cała okolica staje w płomieniach.

Zielony spojrzał na mnie znacząco. Wiedziałem, że on wie. A on wiedział, że ja wiem, że on wie. Ale chyba nie zamierzał teraz tego wywlekać, bo nie było po co. Staliśmy po tej samej stronie, a Oczko zdawał się być nie do końca zrównoważony.

– Gdy tylko nasi tu dotrą – powiedział komandos – zostaniesz wywieziony z miasta, Ossowski wręczy ci twój medal i będziesz mógł przygarnąć sobie jakiś domek na wsi. Żyć nie umierać.

Pomyślałem o Violet i Gibonie. Oni już raczej nie pożyją. Może uczczę ich pamięć sadząc w ogrodzie dwa drzewa? To by był ładny gest. Chyba.

***

Przez długi czas nie działo się nic. Poza ciągłymi hukami i wystrzałami oczywiście. Wychodziliśmy z Zielonym na papierosa na zewnątrz, bo w tajnej bazie nie wolno było palić. Składowali tam chyba amunicję i materiały wybuchowe. No więc my wychodziliśmy na zewnątrz, a Oczko zostawał w środku, bo generalnie w ogóle był strasznym dziwakiem i bardzo mi się nie podobał.

Zielony zdradził mi, że facet realizował bardzo niebezpieczne misje wśród separatystów. Zdołał przejść na ich stronę i funkcjonować przez kilka miesięcy we Wrocławiu i okolicach. Podobno bywał nawet w Ludzkim bębnie i dostarczał wiadomości do Czarka, ale tak szczerze, to kompletnie go nie kojarzyłem. Może wcześniej miał oko i nie miał brody.

Około trzeciej nad ranem odgłosy bitwy nieco przycichły. Byłem wyczerpany, więc postanowiłem się trochę zdrzemnąć. Nie był to bardzo zły pomysł, choć gdy się obudziłem, trochę pożałowałem swojej lekkomyślności. Zielonego nie było, a Oczko siedział naprzeciwko mnie z berylem na kolanach i łypał spode łba.

– Mam coś na twarzy? – zapytałem i odruchowo zacząłem rozglądać się za moim kałachem. Nigdzie go nie było. – Gdzie Zielony? Gdzie moja broń?

– Spokojnie, wyluzuj – odparł szpieg. – Twój koleś poszedł na zwiady. Obiecał, że ściągnie tu kogoś, jeśli natknie się na naszych.

– Mój kałach?

– Schowałem, żeby ci coś głupiego do głowy nie przyszło.

– Niby co? – spytałem.

– No nie wiem. Mógłbyś próbować uciec albo coś. Ja tam do takich jak ty zaufania nie mam.

– Takich jak ja? – Pomału zaczynał mnie irytować ten cały Oczko. – O co ci właściwie chodzi?

– No, że jesteś konfident. Słyszałem trochę o tobie. Gdyby nie ta historia z bombą i medalem od Ossowskiego, to bym ci sprzedał kulkę, porządnie dociążył kamieniami i wrzucił do Odry. Topić was trzeba, a nie medale dawać.

Tak. Zdecydowanie zaczął mnie irytować. Dyskomfort przerodził się w panikę. Udając, że szukam fajek, sprawdziłem, czy w kieszeni nadal mam nóż. Miałem. Choć na kolanach Oczka spoczywał odbezpieczony beryl. W każdej chwili mógł mi zrobić drugą dziurę w dupie.

– No dobra, o co ci chodzi? – Postanowiłem zagrać w otwarte karty. – Wszystko wskazuje na to, że nie mam już wpływu na nic. Zginęli moi najbliżsi przyjaciele i zostałem sam na tym pierdolonym padole… Czego ode mnie chcesz?

– Wyluzuj koleś. Zapalisz? – Oczko wyjął paczkę papierosów z kieszeni na piersi i podał mi ją.

– Przecież tu nie palicie.

– Możemy się przejść.

Akurat kurwa.

– Dzięki. Spizgany jestem. Nie będę wychodził.

Może to była jakaś metoda. Chyba nie zaryzykuje strzału w pomieszczeniu wyładowanym materiałami wybuchowymi? Z drugiej strony sprawiał wrażenie niezłego świra.

– Nie pamiętasz mnie, prawda? – zapytał. – Zajazd Pod poderżniętym gardłem. Ucieczka z oblężenia. Deszcz… Nic? – Uniósł brew. – A może mówi ci coś… Srebrna liga?

No, tu już mnie zmroziło. I jestem pewien, że Oczko to zauważył. Jego usta nieznacznie drgnęły w grymasie, który można było pewnie uznać za uśmiech. Tak… On był Pod poderżniętym gardłem. Pętał się tam i…

– Dałbym głowę, że widziałem twój ryj na tablicy. I że widziałem też ciebie samego, jak wychodziłeś z biura Boczka. Sam też trochę gram. Nic wielkiego. Kilka trupów.

Co za ironia? Przeżyć tyle, żeby zginąć teraz z rąk takiego kurwia? Takiego zera? Chujnia z makiem. To nie mogło się tak skończyć.

– Oczko, to już chyba nieaktualne jest. Tam już wszyscy są martwi – próbowałem jakoś wybrnąć. – Może nawet nie ma już tej stodoły, w której była tabela. Nic ci z tego nie przyjdzie.

– Nie przyjdzie albo przyjdzie. Zależy, jak się ułożą.

– Kto się ułoży?

Szpieg zaśmiał się.

– No chyba nie sądzisz, że tak po prostu wszystko z dnia na dzień wróci do normy? Będą rozmowy. Konsul będzie chciał wyjść z tego cało i zachować jak najwięcej dla siebie. Ossowski pewnie zaproponuje jakąś ugodę, by uniknąć zbędnego rozlewu krwi. Nie byłbym taki pewien, że zbuntowane ziemie tak od razu przejdą pod kontrolę rządu. To będzie proces, trwający być może latami. A w tym wszystkim jest szansa, że pewne rzeczy już nigdy nie wrócą do normy…

Sranie w banie. Gość najwyraźniej czuł się w tym świecie jak ryba w wodzie i nie zamierzał z niego wracać. Bo co go czekało po drugiej stronie? Bez oka byłby najwyżej rencistą. Od biedy mógłby stróżować na budowie. Codzienny kierat, ból, upokorzenia, śmiesznie niska pensja…

– Chodź zapalimy – powiedział.

– Nie – odparłem twardo.

Oczko wyjął pistolet z kabury na udzie, odbezpieczył i wycelował we mnie. Spojrzałem w gwintowaną czeluść lufy.

– Chodź kurwa, bo rozwalę cię tutaj! Mi to nie robi zbyt dużej różnicy, ale jak wróci tamten, to pewnie się wkurzy. I jeśli nie uwierzy mi, że mnie zaatakowałeś, jego też będę musiał kropnąć. Dwa trupy zamiast jednego.

– Ty kurwiu pustyni!

Zerwałem się na nogi. Padł strzał. Ciało osunęło się na podłogę. Ale nie moje. Oczko leżał martwy, a w drzwiach stał Zielony z dymiącym jeszcze Sig Sauerem.

– Musimy się zrywać – powiedział. – Ktoś nas najwyraźniej sypnął. Do portu wjechały właśnie cztery pickupy wyładowane piechotą.

Chwyciłem beryla, który ostał się po jednookim bandycie. Miałem pełny magazynek i jeszcze cztery w zapasie. Łącznie sto dwadzieścia naboi. Nieźle, ale też bez szczególnej rewelacji. Przełączyłem w tryb ognia pojedynczego, bo już mnie życie przyzwyczaiło do tego, że nie warto zawsze pruć na chama seriami.

– Celuj dobrze. Nie wiadomo, jak długo przyjdzie nam się tu bronić.

Spichlerz znajdował się na cypelku, który z każdej strony otoczony był wodą, oprócz wschodu, gdzie znajdował się wjazd do portu. Mogliśmy próbować przepłynąć po ciemku na drugi brzeg, ale musielibyśmy wyrzucić broń, bo była ciężka, a po zamoczeniu i tak na nic by się nie przydała. Bez broni w tej części Breslau szybko byśmy zginęli.

Plan Zielonego zakładał więc, że będziemy się powoli cofali, ostrzeliwując napastników. Dałoby nam to trochę czasu, a moglibyśmy się tak cofać przez jakiś kilometr. Istniał cień szansy, że w tym czasie wybijemy ich wszystkich lub nadejdzie odsiecz.

– Kto sypnął? Jak to możliwe? – zapytałem. – Przecież to była podobno strasznie tajna baza, o której nikt nie miał wiedzieć.

– Niestety, jak widzisz, takie rzeczy często zawodzą. Nie trzeba szukać daleko: Oczko, na ten przykład, okazał się niegodny zaufania.

W oddali usłyszeliśmy krzyki i odgłosy ciężkich buciorów tłukących o chodnik. Ci kolesie byli totalnie bezmyślni i podejrzewałem, że rozprawienie się z nimi nie przysporzy nam większego trudu. Miałem okazję widzieć, jak Zielony strzela. Ba, postrzelił mnie. I zrobił to pierwszorzędnie. Ja też nieźle sobie radziłem.

– Nie strzelaj, dopóki ci nie powiem. – Zielony padł na ziemię i odbezpieczył broń. Poszedłem w jego ślady. – Może zaczną od przeszukania budynków, a wtedy my wycofamy się po cichu i przeczekamy do rana.

Nie zaczęli przeszukiwać budynków. Ruszyli prosto na nas. Domyśliliśmy się, że jeden z nich musiał mieć celownik termowizyjny, bo zaczął do nas strzelać zanim w ogóle normalnie by nas dostrzegł. Na szczęście okazał się być patałachem i zezolem. Kule uderzały w różne, dziwne miejsca, tylko nie w nas. Strzeliłem też, i oczywiście też spudłowałem, bo broń nie moja i nie wstrzelony byłem. Przestawiłem szczerbinkę, a w tym czasie bojówkarze skrócili dystans do stu pięćdziesięciu metrów i dalej strzelali do nas tyleż intensywnie, co nieskutecznie. Przeturlałem się za pobliskie drzewo, które mogło zapewnić mi dodatkową osłonę.

Tamci walili prawie na oślep, jakby mieli nieskończoną amunicję. I to mnie trochę pocieszyło, bo raczej na pewno nie były to doborowe oddziały pretorianów. Najwyżej jacyś strażnicy cofający się z checkpointu, którzy dostali cynk, że mają zajechać do portu. Może nawet nie zdawali sobie sprawy, co ich tu czekało.

Zdjąłem dwóch z jednego magazynka. Słabo. Dużo łatwiej byłoby w dzień. Choć pocieszałem się, że ich statystyki były znacznie gorsze. Nie zdołali trafić choćby metr od nas. Ciągle siali gdzieś po drzewach i płotach.

– Cofamy się! – zawołał Zielony. – Ja kładę ogień zaporowy, ty biegniesz. Potem zmiana.

– Jasna sprawa.

Poszło kilka strzałów, rzuciłem się do biegu. I wszystko byłoby okay, ale nie ustaliliśmy w sumie, na ile miałem odskoczyć. Dwadzieścia metrów? Pięćdziesiąt? Dobrze by było tak, by móc później efektywnie ostrzelać tamtych i umożliwić Zielonemu skok. No to padłem na piach, odwróciłem się i zacząłem strzelać. Za daleko pobiegłem. Nie widziałem dobrze strażników i pozostało mi tylko mieć nadzieję, że mój partner jakoś sobie poradzi. W oddali błyskały kule ognia u wylotów luf przeciwnika.

– Dalej kurwa, dalej – mruknąłem pod nosem. Nie łudziłem się nawet, że zdołam przekrzyczeć nieodległą palbę.

Zielony podniósł się i ruszył w moją stronę, trzymając się prawej strony drogi. Biegł nisko przy ziemi, bardzo profesjonalnie. Ale coś utykał na lewą nogę.

– Szybciej! Oberwałeś?

– Za daleko pobiegłeś! – zawołał i gdy przypadł do mnie dodał – przećwiczmy to jeszcze raz. Ja strzelam, ty odskakujesz. Ale tak, żebyś ich mógł dobrze ostrzelać, rozumiesz?

Tym razem poszło lepiej. Gorzej tylko, że ładowałem już trzeci magazynek, co oznaczało, że wystrzelałem już pięćdziesiąt procent amunicji. U Zielonego też było krucho. Strzelał mniej, ale za to celniej. Przy czym już na samym początku miał o jeden magazynek mniej. W międzyczasie udało nam się uśmiercić pięciu na pewno i dwóch prawdopodobnie. Liczebność przeciwnika wynosiła na oko ze dwadzieścia osób, więc świat nie malował się w jasnych barwach. Co gorsza, kończył nam się też cypelek za plecami. Dobiegliśmy do jakiegoś budynku, za którym był już tylko duży plac, kawał trawnika i Odra.

– Co teraz? – zapytałem.

– Cofnijmy się do stacji pomp, a później się zobaczy.

Nie do końca taką odpowiedź pragnąłem usłyszeć, choć oczywiście doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że sytuacja jest mocno złożona. To były wrocławskie Termopile, a my mogliśmy się już właściwie uważać za martwych.

I wtedy wydarzyło się coś niezwykłego. Natarcie stanęło. Widzieliśmy, jak ci kolesie odbiegają kilkadziesiąt metrów dalej, a na pierwszej linii zostaje jeden, może dwóch. Pomyślałem, że przegrupowują się. Być może nie wiedzieli, ilu nas tu było. Uznali, że jest nas więcej i należy wezwać posiłki. Nie… To dość głupie. Przecież widzieli wyraźnie, że było nas dwóch. Musiało być inne wytłumaczenie.

– Wiedzą, że nie uciekniemy – powiedział Zielony. – Widzą też, że nam w obronie idzie lepiej, niż im w ataku. Więc zaczekają. Co im szkodzi?

Zawsze istnieje jakiś czarny scenariusz, który ma więcej sensu niż wszystkie inne.


Zostaw opinię na lubimyczytac.pl. Każda jest dla mnie bardzo cenna!

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/3996535/reset

Polub, by dostawać informacje o nowych rozdziałach:

Polub, jeśli podobają Ci się ilustracje:

Podobało Ci się?/Nie podobało Ci się? Skomentuj. Dzięki! :)