Rozdział XII.

Byliśmy znów w siodle. Wiatr mierzwił nam włosy, opony przyjemnie szumiały na asfalcie, a ja czułem, że znów żyję, i że jestem naprawdę wolny. No… Byłbym wolny, gdyby nie ta atomówka na pokładzie.

To zabawne, że nazywali je bombami walizkowymi. Nasza wyglądała jak wielki plecak. W rzeczywistości był to duży, metalowy pojemnik, owinięty w materiał, z przymocowanymi szelkami umożliwiającymi wygody transport na plecach. Ukryliśmy ją w bagażniku wysłużonej Astry kombi, pod wieloma innymi gratami, które zabraliśmy z wioski, głównie po to, żeby zniechęcić strażników do przeszukiwania wozu. Nawet jeżeli by do tego doszło, miałem nadzieję, że te patałachy, które zwykle stoją na warcie, nie byłyby w stanie zorientować się, co właściwie mają przed oczami. Uśmiechnąłem się sam do siebie, próbując wyobrazić sobie ich bezmyślne, tępe ryje.

Violet i Gibon jak zwykle mieli focha. Zgodnie z moimi przypuszczeniami oskarżali mnie o całe zło świata. Nazwali mnie psychopatą i judaszem. Twierdzili, że sprzedałem ich za trzydzieści srebrników. Moje słowa o snajperach trzymających palce na spuście potraktowali jako nieśmieszny żart lub konfabulacje. Ale gdy zobaczyli ludzi w mundurach, trochę się zesrali i byli pewni, że zaraz dostaniemy po kulce w łeb. Nawet przez chwilę nie przyszło im do głowy, że mogę mówić prawdę, i że kupiłem im jeszcze parę dni, czy nawet parę tygodni życia. Niewdzięczne patałachy.

Odnotować w notesiku: przy najbliższej okazji pozbyć się patałachów. Żartuję, nie mam notesika. Gdybym miał, z pewnością mógłbym być bardziej pamiętliwy i mściwy. Później, kiedy już będziemy wolni i nadal żywi, pokazałbym im to wszystko mówiąc: patrzcie, zwątpiliście we mnie dziewięćdziesiąt razy. Dziewięćdziesiąt razy mówiłem wam, że musicie przestać być tępymi chujami i robić to, co wam każę, i dziewięćdziesiąt razy nazywaliście mnie judaszem i zdrajcą.

To by było super.

***

Zatrzymałem wóz w bezpiecznej strefie, to znaczy jakieś pięćdziesiąt metrów przed checkpointem. Żeby nie zrobiono z nas durszlaka. A że był już wieczór, wycelowano w nas olbrzymi reflektor. Jako breslauer, doskonale wiedziałem, jak się zachować w takiej sytuacji. Wysiadłem z samochodu unosząc dwie ręce do góry i powolnym krokiem zacząłem iść w stronę posterunku. Naprzeciw wszedł mi uzbrojony po zęby facet w ubraniu wędkarza, czy tam – wedle jego mniemania – komandosa.

– Kto jedzie i w jakim celu?

– Zespół Apo-Calypso – opowiedziałem bez chwili zawahania, która mogłaby nas kosztować życie. – Mieliśmy przesrany tydzień. Straciliśmy furę i majątek. Musimy udać się do Ludzkiego bębna, gdzie mieści się nasza baza.

– Jak rozumiem mogę tam kogoś wysłać, żeby potwierdzić waszą tożsamość?

– Naturalnie. Właścicielem lokalu jest Czarek. Zna nas i poręczy, że mówię całą prawdę i tylko prawdę.

Coś się ostatnio podejrzliwi zrobili. To chyba przez te grasujące po okolicy Rosomaki. Nie wiadomo, co wydarzyło się w czasie naszej nieobecności. O ja głupi. Zabiją nas. To koniec.

– Dobra podjedźcie. Sprawdzimy tylko wóz.

Byłem blady jak trup, ale w świetle ledowego szperacza i tak wszystko było biało-błękitne. Odwróciłem się i ruszyłem w stronę Astry. W dzień wszystko wydawało się takie proste, ale teraz, kiedy staliśmy przed rzędem luf i reflektorów, sprawy miały się nieco inaczej. Zawsze tak jest.

– Będą sprawdzać auto – powiedziałem wsiadając.

Odpowiedziało mi tylko pełne zawiści milczenie, jakże dobrze mi znane w ostatnich tygodniach. Nie ma to jak wesoła gromadka. Wrzuciłem jedynkę i powoli podjechałem do strefy zielonej, gdzie otoczyło nas trzech kolesi z latarkami. Jeden miał lusterko na kijku i z pomocą tej wysoce zaawansowanej aparatury oglądał podwozie Astry. Pozostali skupili się na wnętrzu samochodu, w tym także na nieszczęsnym bagażniku.
Wysiadłem. Nie ma co umierać na siedząco. Wyjąłem ostatniego skręta i wolnym krokiem podszedłem do otwartej klapy bagażnika. Widziałem, jak tamten szpera w ciuszkach.

– Masz może ogień dobry człowieku?

– Nie macie zapalniczki w aucie?

Hmm… No tak. Głupio wyszło.

– Jak już mówiłem, straciliśmy naszą furę. To – wskazałem brodą kombiaka – znaleźliśmy w jakiejś wiosce. Ale stare przyzwyczajenia zostały: w naszym wozie nie było zapalniczki, bo ją zgubiłem.

Nawijka nie wyszła szczególnie zgrabnie, ale facet łyknął, bo oderwał się na chwilę od grzebania, wyciągnął z kieszeni na piersi chromowaną Zippo z gołą babą i odpalił. Zaciągnąłem się solidnie, aż poczułem aromat benzyny.

– Ciężki tydzień, mówię ci.

– A to co? – Strażnik wskazał atomówkę.

Masz babo placek. By chodził do szkoły, to by nie pytał jak durak.

– Plecak ze złomem – skłamałem. Nawet powieka mi nie zadrżała, taki ze mnie patologiczny łgarz. – Zaczynamy wszystko od nowa, więc zbieramy to, co się napatoczy, na handel.

Facet uśmiechnął się i kiwnął głową ze zrozumieniem. Jako cieć ze stróżówki też pewnie za dużo nie miał. Uposażenie wynosi nie więcej niż półtora uncji srebra tygodniowo. To nic, jeżeli weźmiemy pod uwagę koszty życia w Breslau. Zamknął klapę i machnął ręką na znak, że możemy jechać. Nie protestowałem. Usadziłem dupę w wozie i ruszyłem przez wolno otwierającą się bramę z drewna, blachy falistej i drutu kolczastego. Coś takiego raczej nie zdoła powstrzymać Rosomaka, nie wspominając nawet o PT-91, pomyślałem sobie. Ci goście będą mieli przejebane, gdy zjawią się czołgi.

– Czy jesteście tak podekscytowani jak ja? – zapytałem uśmiechając się do lusterka wstecznego.

Musicie wiedzieć, że w naszej nowej Astrze nie było przedniego siedzenia pasażera. Ktoś je wymontował, bo najwyraźniej planował urządzić tam stanowisko strzeleckie. Nawet były na dachu markerem takie linie namalowane do cięcia. Ale Niemcowi (zakładam, że poprzednim właścicielem był Niemiec) już chyba czasu brakło. Przyszła śmierć i zabrała. Ja od razu pomyślałem, że można by tam lodóweczkę wstawić, żeby zawsze piwko schłodzone mieć pod ręką. Ale byłby problem z zasilaniem.

W pierwszej kolejności postanowiliśmy odwiedzić naszą Alma Mater, czyli Ludzki bęben. Czarek wprawdzie zachował się jak ostatni fiut, ale w gruncie rzeczy dobry człowiek z niego był. Od niego wszystko się zaczęło i uznaliśmy, że zasługuje na to, by ostrzec go przed nuklearną pożogą, jaką zamierzamy urządzić.

– Ale to przecież ostatni fiut! – powiedziałem nie odrywając wzroku od opustoszałej, mokrej ulicy lśniącej w świetle nielicznych latarni. – Kazał nam wypierdalać, nie pamiętasz? Użył dokładnie tych słów!

– Doskonale to pamiętam – odparł Gibon. – Kazał nam wypierdalać przez ciebie.

Do miasta wjechaliśmy bramą północną, mieszczącą się w okolicy węzła Wrocław Północ. Wybraliśmy tę trasę, ponieważ kojarzyliśmy tamtych strażników i spodziewaliśmy się, że tępaki nie przysporzą nam zbyt dużych problemów. Oczywiście zanim dotarliśmy do checkpointu, jechaliśmy z duszą na ramieniu, bo minęliśmy miejsce śmierci łosia i nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Po wkroczeniu do miasta, znaleźliśmy się na ulicy Żmigrodzkiej, z której skręciliśmy wkrótce w Bałtycką, i nim się obejrzeliśmy, mieliśmy za sobą całe Nadodrze i paskudne skrzyżowanie Pomorskiej z Dubois, na którym często napadano na podróżnych. I oczywiście Mosty Pomorskie, na których prawdopodobnie to właśnie Zielony postrzelił mnie w dupę.

– Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej – przeciągnąłem się, gdy zatrzymałem już naszą nową bryczkę pod Ludzkim bębnem.

Było już bardzo późno, ale światła w lokalu świadczyły o tym, że trwa impreza na bogato. Gdy nie było wyraźnej potrzeby, sknera Czarek palił tylko świeczki.

Baliśmy się zostawiać wóz bez opieki, a w szczególności jego zawartość, ale wszyscy umieraliśmy z głodu i pragnienia. Pułkownik nie poczęstował nawet herbatą. I swoją drogą, jakby się nad tym zastanowić, to wcale nie było aż takie dziwne. Skoro wzięto go z emerytury, a był naprawdę stary i służył w czasie II Wojny Światowej, to pewnie większą część swej służby odbył w czasach PRL. A to oznacza, że to TEGO RODZAJU pułkownik. I taki człowiek prawi kazania o moralności i zmienianiu stron? Jeżeli będę miał jeszcze okazję go spotkać, z pewnością wypomnę mu hipokryzję.

Czarek postawił sobie przy drzwiach dwóch wykidajłów. Stać go było, a pewnie po scysji z nami czuł się zagrożony. Znał nas, wiedział na co nas stać. Pewnie biedak srał pod siebie każdej nocy, spodziewając się nieoczekiwanego wjazdu na chatę.

– Czego kurwa? – zapytał jeden z inteligentnych młodzieńców.

– My do Czarka – odparłem najuprzejmiej, jak umiałem.

– Szefa nie ma dla byle kogo. – Drugi z ochroniarzy zaczął bawić się motylkiem, którego do tej pory tylko ściskał w pięści. Żuł też gumę cham jeden.

– Zatem wypierdalajcie stąd, zanim się zniecierpliwimy.

Już miałem lać w ryj, ale Gibon chwycił mnie za ramię. W sumie może i miał rację, bo ci kolesie byli przynajmniej o głowę ode mnie wyżsi i wyglądali, jakby zaczynali dzień od wiadra koksu z mlekiem, zamiast muesli. Pewnie by mnie roznieśli na butach czy coś. W każdym razie nasz plan, aby odpocząć i najeść się, był trochę jakby nieudany.

– Wrócimy później – powiedział Gibon, odciągając mnie od drzwi wejściowych. – Może w międzyczasie rozejrzymy się za miejscem, w którym moglibyśmy… no wiesz… zaparkować furę.

– Tu może stać – chciałem powiedzieć, ale w sumie nie dokończyłem, bo dostałem kuksańca i zrozumiałem, że to taka bieda-konspiracja. – Dobra, poszukajmy. Może coś przy okazji zeżremy.

Kiedy oddaliliśmy się już na bezpieczną odległość, Gibon zaczął się produkować.

– Pojebało cię? Parkujemy wóz i wynosimy się stąd. Niczego nie będę żarł. Najlepiej, żebyśmy w ogóle uciekli z miasta. Nie wiem, na jakim etapie są… twoi przyjaciele – to zapewne w bieda-konspiracji miało oznaczać wojsko i służby specjalne – ale w każdej chwili mogą zechcieć…

– Ukręcić kasztana? – Postanowiłem włączyć się do wspólnej zabawy. – Rozumiem. Boisz się, że babcia ukręci kasztana, nim zdążymy… pójść na spacer do lasu.

– O czym ty pierdolisz?

***

Pułkownik powiedział nam, że bomba jest w stanie zniszczyć wszystko w promieniu dwustu metrów. Dodatkowo wszystko, co będzie znajdowało się pięćset metrów od epicentrum, otrzyma dawkę promieniowania przekraczającą pięć grejów, co w większości wypadków jest równoznaczne z bardzo nieprzyjemną śmiercią.

By ograniczyć ilość ofiar przypadkowych, należy umieścić bombę jak najbliżej ratusza, w którym urzędował konsul oraz rada. W najbliższej okolicy ratusza zlokalizowane są również koszary pretorian – kolejny cel strategiczny. Optymalnie byłoby, gdyby bomba znajdowała się gdzieś pomiędzy ratuszem a koszarami.

Wjazd samochodem w ścisłe centrum rynku był niemożliwy, właśnie ze względów bezpieczeństwa. Patrycjusze spodziewali się zamachów bombowych, choć prawdopodobnie w swojej paranoi nie posunęli się aż tak daleko, by przewidzieć, że ktoś mógłby wwieźć na teren miasta atomówkę, więc strefa bezpieczeństwa znajdowała się tylko w ścisłym rynku. Nikt nikomu nie zabraniał wjeżdżać w sieć uliczek otaczających rynek.
Po Resecie liczba samochodów w mieście drastycznie zmalała, więc legendarne, wrocławskie problemy z parkowaniem pozostały w sferze anegdot. Po prostu przeparkowaliśmy samochód spod Ludzkiego bębna na ulicę Świętego Mikołaja, pod sam Kościół Garnizonowy, łamiąc przy okazji kilka dawnych zakazów. No, ale kto by się teraz tym przejmował? Mimo że staliśmy teraz po stronie rządu, łamanie starych przepisów nadal nas bawiło.

– To co? Jakieś piwko i knysza? – powiedziałem radosnym tonem. – Wiecie, co mówią: być we Wrocławiu i nie zjeść knyszy, to jak być w Wenecji i nie umrzeć.

– Widzę, że poczucie humoru się ciebie trzyma – odparł Gibon. – Oddalmy się stąd jak najprędzej. Nie wiesz, kiedy babcia zechce spuścić kasztana, czy coś.

Przemawiał przez niego śmierdzący tchórz. Trochę się zdziwiłem, że tak kurczowo trzyma się życia. Zupełnie jakby odzyskał nadzieję, że po wszystkim rzeczywiście zaczniemy być ludźmi, jak dawniej.

– Ej, nie ma pośpiechu – zaśmiałem się i ściszyłem nieco głos. – Jeżeli zostawimy wóz i szybko stąd uciekniemy, będzie to zbyt podejrzane. Ktoś na pewno przyjdzie i skontroluje furę. Jeżeli znajdzie… kasztana, i ustali, że auto zostawiliśmy my… A nie będzie to trudne, bo kręci się tu trochę osób, nie?

– Dobra, rozumiem.

– Chodźmy do biblioteki – zaproponowała Violet.

– Do czego? – spytałem.

– Ten moron nie umie czytać – powiedział Gibon.

– Nie, poważnie. Chodźmy coś zjeść, bo zaraz naprawdę kurwica mnie weźmie. – Zbyłem ostatnią, kąśliwą uwagę. – Mamy trochę srebrników na czarną godzinę. Wydajmy je. Jeżeli to was uspokoi, możemy się przespacerować do przejścia podziemnego pod placem Sulli, tam zawsze mieli jakieś zapieksy. Usiądziemy, zjemy i zastanowimy się na spokojnie, co robić dalej. Do tego czasu chyba nie pizgnie, co? A nawet jeśli, to nawet nas nie sięgnie…

W zasadzie istotnie należało to zrobić. Nasza sytuacja niewiele poprawiła się od momentu, gdy utraciliśmy cały majątek w tym haniebnym zamachu przeprowadzonym przez tajne służby na zlecenie Czerwonego Pułkownika (taką mu nadaliśmy ksywę… dziadek Zielonego został Czerwonym Pułkownikiem).

Używając nomenklatury tajnych służb, tkwiliśmy w centrum miasteczka osadników, wokół którego zamykał się kordon czerwonoskórych. Nigdzie już nie było ani trochę bezpiecznie. W ogólnej zawierusze ognia i ołowiu nikt nie będzie zadawał sobie trudu legitymowania nas, czy w ogóle weryfikowania naszych wymówek. Skończymy pod murem, z kulami w potylicach. Jeżeli z kolei zaczniemy głośno tłumaczyć się, że jesteśmy szpiegami i informacja ta dotrze tam, gdzie nie trzeba, to prędzej czy później i tak dopadnie nas jakiś zamaskowany mściciel. W każdym możliwym scenariuszu kończyliśmy jako trzy truchła, nad którymi unoszą się muchy, niczym niespełnione marzenia.

– Jesteś pieprzonym kretynem, ale tym razem cię posłucham – powiedział Gibon i ruszył przodem.

Chodziło się tędy nieraz przed Resetem. Niedaleko, w pasażu Niepolda, pijało się piwo. Dalej Świętego Antoniego i Pasaż Pokoyhofa to równie kultowe miejsca. Dawne czasy miały swój urok, bo na przykład nikt nie starał się usilnie cię zabić przez cały czas.

Byłem niemal pewien, że gdybyśmy kupili sobie jakiejś dobrej gorzałki i siedli nad fosą na Podwalu, to dostrzeglibyśmy grzyb. Byłaby to niewątpliwa atrakcja, zwłaszcza, że koniec świata, który stał się naszym udziałem, był raczej mało spektakularny i w sumie rozczarowujący. Ot wszystko się posypało i od ulicznych demonstracji przeszło w budowę nowego społeczeństwa, opartego o surowe zasady, znane z lekcji historii. A taki grzyb to już coś… Może pojawiłyby się w większej ilości mutasy? Jakieś artefakta? Zona?

Nie. Przyjdzie Generał, złapie wszystkich za ryje i poustawia. Rozpocznie się kolejny rozdział w historii świata i naszego kraju. Przy odrobinie szczęścia trafimy do podręczników historii, może nawet zrobią z nas bohaterów. Historię piszą zwycięzcy.

***

– Widzieliście gościa, który ogląda menu? – spytał dyskretnie Gibon, pochłaniając trzeci kawałek pizzy, czy też tego, co sprzedawano w Breslau jako pizza.

Usiedliśmy w lokalu o obiecującej nazwie Krypta 13, mieszczącym się pod dawnym placem Jana Pawła II, po Resecie przemianowanym na Lucjusza Korneliusza Sulli. Wybraliśmy Kryptę ze względu na dogodną lokalizację, i złą reputację, zapewniającą miłą dyskrecję. Tymczasem oprócz nas, w lokalu był ktoś inny. I akurat ten ktoś inny musiał nie spodobać się Gibonowi…

– Co z nim nie tak??

– Szedł za nami od pewnego czasu. Jestem pewien, że nas śledził.

Obejrzałem się, bo akurat menu znajdowało się za moimi plecami.

– Co robisz?

– No pytasz się, czy widzimy gościa, no to chciałbym go zobaczyć.

Na nieszczęście mężczyzna dostrzegł mój gest i podszedł do nas, ku niezadowoleniu moich towarzyszy.

– Czy można się przysiąść?

No tak. Bezpieka. Najwyraźniej dosłyszał naszą rozmowę i uznał, że nie ma się co czaić. Ciekawe, ile czasu zostało nam, zanim pretorianie wpadną do baru i zrobią jesień średniowiecza?

– Dobra. – Odsunąłem wolne krzesło. – Ale nie myśl, że pójdzie ci z nami tak łatwo. Tanio skóry nie oddamy.

– Zgadza się. – Gibon dla zwiększenia efektu pokazał pistolet.

Mężczyzna momentalnie zbladł jak kreda. Był wyraźnie zaskoczony naszą reakcją, co trochę kłóciło się z wizją tajniaka. I przy okazji uspokoiło mnie odrobinę. Ale dosłownie odrobinę. Cała sytuacja w dalszym ciągu była bardzo dziwna i niepokojąca. Facet miał na sobie brudny, niebieski uniform roboczy oraz kurkę upapraną błotem i wymiocinami. Wyglądał jak menel, a idę o zakład, że tak właśnie pragnie wyglądać każdy agent bezpieki.

– Słuchajcie – zaczął powoli, kładąc ręce na stole. – Jesteście znajomymi Czarka, prawda? Widziałem, że o niego pytaliście tych gości przy wejściu do Ludzkiego.

– Może tak, może nie. Co ci do tego, kurwiu? – zapytałem uprzejmie, kładąc złożony nóż obok mojego talerza.

Na jego czole pojawiły się krople potu.

– Czarek ma kłopoty. – Rozejrzał się po lokalu, w poszukiwaniu podejrzanych twarzy, ale byliśmy oczywiście sami. – Ci goście, co wystają całymi dniami pod drzwiami, pilnują, aby nikt nie dostał się do środka. To nie są ochroniarze. A przynajmniej nie zatrudniani przez Ludzki bęben. Uważamy, że Czarek jest przetrzymywany w piwnicy i poddawany torturom.

Zapadła chwila ciszy. Facet zapewne myślał, że zrobiło to na nas jakieś wrażenie, czy coś, ale szybko wyprowadziłem go z błędu.

– No i co z tego? Czarek to fiut i ostatnia menda.

– Zaraz, przecież pracujecie dla tych samych ludzi – jęknął. – Przez wiele miesięcy pełniliście funkcję emisariuszy. Zorganizował wam spotkanie z samym pułkownikiem…

Spojrzałem na Gibona i Violet, która w zasadzie nie zareagowała w żaden sposób, tylko piłowała paznokcie.

– Coś ty powiedział? – Pochyliłem się nad stołem.

Ujrzałem w jego oczach zaskoczenie i panikę.

– No przecież… Przyjechaliście tutaj z bombą.

– Co? – Nie wytrzymałem i przyłożyłem mu ostrze noża do gardła.

Gibon już wymiękł i zaczął się rozglądać dookoła. Nikt nie mógł nas zobaczyć. Za szybą chodzili jacyś przechodnie, ale cuchnący lokal omijali z daleka. Kucharz siedział na zapleczu, ale raczej nie mógł nic słyszeć.

– Stul kurwa pysk i gadaj, co wiesz i skąd!

– To mam stulić pysk czy gadać?

– Stul pysk o tym, co tu robimy i gadaj, skąd o tym wiesz!

Wokół panowała całkowita cisza, nie licząc niskiego buczenia piekarnika elektrycznego, i rozlegających się od czasu do czasu dźwięków z zaplecza.

– Wy i Czarek jesteście członkami organizacji znanej jako Fenix – zaczął powoli i niepewnie, kończąc nieśmiałym znakiem zapytania. – Porucznik… znaczy się Czarek, wysłał was do Łodzi na spotkanie z pułkownikiem. Przywieźliście do Wrocławia…

– Mniejsza o to, co przywieźliśmy. Skąd to wszystko wiesz?

– Jestem łącznikiem, jak wy…

– Stul pysk! – syknąłem. – Czyli „Danza Extravaganza”…

– Mieliście wszystkim mówić, że jedziecie na jakiś festiwal czy coś… Czarek to wymyślił, żeby było bardziej wiarygodnie. Zadbał o najmniejsze detale…

Sytuacja z minuty na minutę robiła się coraz bardziej chujowa. Zdałem sobie sprawę z tego, że Czarek jest teraz przesłuchiwany, i że jeżeli pretorianie dowiedzą się, jaką misję wykonywał i kto w niej uczestniczył, wyłapią nas szybciej, niż zdążylibyśmy się podrapać po dupie. Wyłapią i zabiją. Ale nie tak od razu. Wcześniej będą nas przesłuchiwać tak długo, aż powiemy im wszystko, co wiemy. Lub co oni myślą, że my wiemy, a o czym tak naprawdę nie mieliśmy zielonego pojęcia. Krótko mówiąc, dotarło do mnie, że mamy przejebane.

– Musimy go wyciągnąć – powiedział Gibon, przerywając ciężką, toksyczną ciszę.

Mogliśmy po prostu uciec. Nie było jeszcze za późno. Wystarczyło zorganizować jakąś furę i grzać ile fabryka dała, prosto na południe. Ale ten tępy chuj Gibon okazał się być człowiekiem honoru. Lub przynajmniej za takiego chciał uchodzić. A może po prostu miał już dosyć tego wszystkiego.
Kazał łącznikowi doprowadzić nas do sekretnego wejścia, o którym szpieg nieopacznie napomknął. Założę się, że gdybyśmy go nie zaangażowali, sam by pewnie dał nogę. Wiedział o wszystkim. Szczególnie o tykającej w rynku bombie, która już wkrótce mogła zmienić wszystko w inferno.

Wejście do tunelu mieściło się na tyłach zewnętrznego muru Arsenału. Gibon jako pierwszy zniknął z pistoletem w ciemnym tunelu. Za nim ruszył łącznik, który kazał siebie nazywać Kapłanem, na końcu zaś Violet i ja. Tunel prowadził w dół, był wilgotny i cuchnął szczynami. Nie wyglądał jak oryginalna zabudowa. Prawdopodobnie Czarek wybudował go sam, by w razie problemów ewakuować się z Ludzkiego bębna. Choć, jak widać, nie pomogło mu to ani trochę.

W pewnym momencie w tunelu zaczęło się przejaśniać. Na drodze stanęły nam opancerzone drzwi oświetlone lampą zabudowaną metalową kratką. Kapłan otworzył drzwi kluczem i kazał nam od tej pory milczeć. Prawdopodobnie zagłębialiśmy się bebechy Ludzkiego bębna. Metaforycznie rzecz ujmując, dostaliśmy się tam… „tylnym wyjściem”.

Z oddali dobiegły nas odbijające się od ścian korytarza krzyki i trzaski. Jakby ktoś trzepał dywan. Oczywiście wszyscy wiedzieliśmy, że nikt nie trzepie dywanu.

– Gadaj śmieciu!

I znów seria trzasków i krzyków. Gibon spojrzał na nas. Jego oczy przepełniała desperacja, ale i wściekłość. Uzmysłowiłem sobie, że jeżeli mieliśmy do podjęcia jakieś trudne decyzje, to on już je podjął. Uniósł lufę i zniknął za zakrętem. Ruszyliśmy za nim, a wraz z każdym przebytym metrem, odgłosy tortur były coraz głośniejsze i wyraźniejsze. Jakby dobiegały tuż zza ściany.

W końcu trafiliśmy na uchylone drzwi, za którymi mieściła się jedna z piwniczek na wino. Czarek wisiał za ręce na sznurze uczepionym powały, nagi od pasa w górę. Po jego grubym brzuchu ciekła krew. Przed nim stał oprawca w mundurze z charakterystycznymi oznaczeniami pretorian. W dłoni ściskał skórzany kańczug.

Mężczyzna stał nieruchomo, tyłem do nas, z lekko rozstawionymi nogami. Gdy po podłodze zaczęła płynąć struga pieniącej się cieczy zrozumiałem, że odlewa się na Czarka. Podbiegłem, zarzuciłem mu ramię na szyje i przewróciłem na plecy. Gibon natychmiast przyłożył mu spluwę do skroni, a ja zatkałem mu usta dłonią.

– Ilu was tu jest? Pokaż na palcach – wyszeptałem.

Pretorianin uniósł dłoń i pokazał mi jednego palca – środkowego. Pomyślałem sobie, że to trochę dziwne: wiedzieć, że za chwilę się zginie i jeszcze celowo pogarszać swoją sytuację. Czy oni byli czymś naćpani? Czy aż tak bardzo wierzyli w tę swoją utopię, że bez trudu byli w stanie oddać za nią życie? To było chore! Z pewnością byli naćpani.

Zacząłem wpychać całą pięść do jego ust. Pretorianin szarpał się, ale siedziałem na nim okrakiem, a Kapłan uklęknął na jego rękach. Nie powiem. Ciężko było wcisnąć mu pięść do gardła, ale jeszcze trudniej było ją wyjąć, choć facet już się nie rzucał. Jego oczy zastygły w niemym przerażeniu.
W tym czasie Violet uwolniła moim nożem Czarka. Nasz przyjaciel niestety nie był szczególnie przytomny. Osunął się na ziemię, a szybkie oględziny utwierdziły nas w przekonaniu, że odbiliśmy trupa.

– Spierdalamy stąd! To bez sensu! – krzyknąłem.

Nagle do pomieszczenia wszedł drugi pretorianin. Spojrzał na nas i na swojego martwego kolegę. Uniósł kałacha i nacisnął spust. W tym samym czasie wystrzelił Gibon. Mężczyzna padł na kolana chwytając się za przestrzelone gardło, z którego z bulgotem wydobywała się krew. Już miałem wydać okrzyk tryumfu, gdy spostrzegłem, że Violet podpiera się o ścianę, kurczowo przyciskając dłoń do brzucha. Spomiędzy palców obficie wypływała ciemna krew.

– Idźcie – wyszeptała osuwając się po ścianie.

– Nie zostawimy cię – powiedziałem i przypadłem do niej. – Gibon, pomóż mi.

Nie zauważyliśmy nawet, że Kapłan też oberwał. Leżał martwy, ale akurat najmniej nas w tej chwili obchodził. Violet była blada jak śmierć. Jej wzrok patrzył gdzieś w dal. Oddychała ciężko i z ust również puściła jej się strużka krwi.

– Pomóż mi do kurwy nędzy! – krzyknąłem w kierunku Gibona.

– Ktoś idzie!

Wyjrzał na korytarz i oddał trzy strzały. Odbezpieczyłem swój pistolet i też wypadłem z pomieszczenia. Gdzieś na końcu, za zakrętem, zamajaczyła mi lufa. Złapałem za leżącego na ziemi kałacha. Cały lepił się od krwi. Przyłożyłem go do ramienia, zgrałem muszkę ze szczerbinką i czekałem.

– Pomóż jej wstać – wyszeptałem. – Będę was osłaniał.

Gdy tylko Gibon podszedł do Violet, facet zza rogu wychylił samą broń i puścił serię na oślep. Ja też wystrzeliłem, ale z równie miernym skutkiem.

– Pospiesz się!

– Robię co mogę. Jest cholernie ciężka jak na tak niską osobę.

Dziewczyna zwisała z jego ramienia zupełnie bezwładnie. Miałem wątpliwość czy ma to w ogóle jakikolwiek sens. Puściłem jeszcze serię zaporową, by tamtemu nie przyszło czasem do głowy strzelać, gdy Gibon będzie opuszczał korytarz. Jeżeli będziemy mieli pecha, przy wyjściu i tak pewnie trafimy na jeszcze jedną grupę.

A więc tak ma wyglądać koniec: zapędzeni w kozi róg, zupełnie bez sensu, w przegranej sprawie. Dla trupa?