Rozdział XI.

Gdzieś w międzyczasie chyba zamknęliśmy się na świat zewnętrzny. Żyliśmy jak jacyś cholerni hipisi, jeździliśmy busem, paliliśmy trawę i graliśmy muzykę. Zło czasem próbowało przedostać się do naszej świadomości i nas nastraszyć, ale my negowaliśmy je, a cały popaprany świat zostawiliśmy za drzwiami. Lecz pewnego dnia do drzwi rozległo się pukanie. A w zasadzie nie jakieś tam nieśmiałe pukanie, a wręcz walenie. A gdy je otworzyliśmy…

– TWARDY! – wrzasnął Gibon.

Wyrzygany z lasu PT-91 Twardy okazał się być właśnie tą brudną, ziemistą materią, która kryła się za drzwiami. Pod pancerzem reaktywnym kryło się czterdzieści sześć ton stali wyciosanej w fabrykach byłego ZSRR. Ktoś obdarzony wyjątkowym poczuciem humoru, umieścił tam kiedyś tony elektroniki, komputery i nowoczesne systemy kierowania ogniem, dzięki którym z pomocą czołgu można było polować na kaczki. Na całe stada kaczek, łosi, rosomaków i wszelkiego innego draństwa…

Mieliśmy czołg na czternastej i pędziliśmy z prędkością stu dwudziestu kilometrów na godzinę. W dodatku byliśmy uwięzieni na wielkim łuku drogi szybkiego ruchu. Usiłowałem dokonać w głowie szybkich obliczeń, ale nigdy nie byłem orłem z matmy.

– Hamuj! – krzyknął Gibon.

– Gazu! – krzyknąłem ja.

Violet przez chwilę się zawahała, ale podjęła jedyną, słuszną decyzję i docisnęła pedał gazu do podłogi. Wóz zbierał się dość powoli, bo jednak mieliśmy na pace spore zapasy, a nasza prędkość była już dość duża.

Lufa twardego rozbłysła wystrzałem. Violet pisnęła i odbiła na lewo. Za szybą dostrzegłem świetlistą smugę pocisku. Albo mała uratowała nam życie, albo załoga czołgu nie chciała nas zabić. Ostatnia możliwość, którą brałbym pod uwagę, to fakt, że komputer celowniczy pomylił się w obliczeniach i czołg po prostu spudłował. Ta machina wojenna przystosowana była do namierzania ruchomych celów, a my jechaliśmy niemal wprost na nią.
Automat przeładował armatę w ciągu zaledwie kilkunastu sekund, a naszym oczom ukazał się kolejny błysk. Tym razem trafiło w barierkę oddzielającą pasy, którą mieliśmy po naszej lewej stronie. Wyrzucona w powietrze ziemia zasłoniła nam całkowicie widoczność, a fala uderzeniowa zdestabilizowała tor jazdy. Bus stracił stabilność, zaczął chybotać się, co przy tej prędkości oznaczało…

– Kurwaaaa!!!

Obróciliśmy się bokiem do kierunku jazdy i zaczęliśmy koziołkować. Wszystko, co nie było przypięte, latało jak w jakiejś pierdolonej pralce. Ściśle rzecz biorąc, ja nie byłem przypięty i odczułem to naprawdę boleśnie. A gdy wreszcie świat się ustabilizował, nie byłem w stanie ani się podnieść, ani nawet jednoznacznie określić, gdzie znajduje się góra, a gdzie dół.

– Żyjecie? – zawołałem niewyraźnie, bo przecież chwilę wcześniej prawie odgryzłem sobie język.

Odpowiedziała mi cisza, ale widziałem z przodu ruch. Momentalnie dotarło do mnie, że gdzieś tam na zewnątrz jest czołg, więc gorączkowo uniosłem się i próbowałem zlokalizować okno. Leżeliśmy na lewym boku, kołami do twardego. Szybko podczołgałem się do tylnych drzwi i uchyliłem je lekko. Maszyna zbliżała się powoli z lufą skierowaną prosto na nas. Załoga pewnie zastanawiała się, czy ktokolwiek pozostał przy życiu. Może chcieli wziąć nas żywcem, cholera wie. W każdym razie przemieściłem się na przód i kopniakami zacząłem wybijać szybę, pokrytą misterną siateczką pęknięć.

– Co ty wyprawiasz? – mamrotała pod nosem Violet.

Chyba za mocno uderzyła się w główkę.

– Czołg! Pamiętasz czołg? Jadą tutaj!

Szyba wyleciała do przodu, nadal trzymając formę jednego, pogiętego płata. Zacząłem szarpać się z pasami, ale coś się zblokowało, więc wyciągnąłem ze schowka nóż, by je przeciąć. Najpierw dziewczyna. Gibon szybciej doszedł do siebie i wyjął swój nóż, którym też zaczął rozcinać pasy. Wkrótce wszyscy troje wydostaliśmy się na zewnątrz. Huk silnika wysokoprężnego był coraz bardziej donośny. Domyślałem się, że twardy musiał być dokładnie po przeciwnej stronie, za naszym wozem, jakieś trzydzieści metrów dalej.

– Szybko! Ruszajcie dupy! – zawołałem.

Przebiegliśmy nisko przy ziemi do barierki, przeskoczyliśmy na przeciwny pas i rzuciliśmy się do rowu biegnącego wzdłuż szosy. Po odczołganiu się na odległość kilkudziesięciu metrów, nasz pojazd zniknął w kuli ognia. Prawdopodobnie eksplodowały zapasy paliwa, które przechowywaliśmy w plastikowych kanistrach. Kula ognia uniosła się majestatycznie ku górze i wszystko poszło z dymem. Wszystko. Znów byliśmy gołodupcami, jak za dawnych, dobrych czasów. Tyle, że tym razem było gorzej, bo wszędzie panoszyły się czołgi, wozy bojowe, samoloty, śmigłowce szturmowe, bomby kasetowe i rakiety. Byliśmy w czarnej dupie.

***

Kiedy wreszcie zapadł zmrok, opuściliśmy naszą kryjówkę w wilgotnym, cuchnącym rowie i powoli zaczęliśmy przemieszczać się w kierunku lasku, mieszczącego się niemal na wyciągnięcie ręki. Domyślałem się, że pora dnia nie robi zbyt dużej różnice załodze czołgu, który wciąż stał przy szosie. Machina zapewne wyposażona była w nokto- i termowizję. Na domiar złego cały nasz misterny plan opierał się na dość niepewnym założeniu, że czołgiści będą obserwować drogę, a nie pobocze. Ostatnią rzeczą, którą chcielibyśmy usłyszeć, był terkot karabinu maszynowego.

Krok po kroku, minuta po minucie, dotarliśmy do drucianego ogrodzenia, które dawniej miało zapobiegać wbieganiu dziczyzny na szosę. Porozcinaliśmy je nożem na dole, by przejść pod spodem, ale ponieważ nie dysponowaliśmy specjalistycznym sprzętem, cały proces trwał grubo ponad kwadrans. Powoli i ostrożnie, jedno po drugim przechodziliśmy na drugą stronę. Ale nawet gdy już znaleźliśmy się pośród drzew, nie mogliśmy pozbyć się poczucia zagrożenia. Raz, że nadal znajdowaliśmy się w zasięgu skutecznego ognia z karabinu maszynowego, a dwa, że w tym lasku, jak w każdym innym, mógł sobie stać spokojnie, zamaskowany, cały pluton takich PT-91.

Posuwaliśmy się więc dalej nisko, tuż przy samej ziemi, w całkowitym milczeniu, w mroku, którego nie były w stanie rozświetlić gwiazdy, przebijające się tu i ówdzie przez chmury. Ale najgorsza była mokra po ulewie trawa. Nasze ubrania całkowicie przemokły, było nam zimno i miałem wrażenie, że to piekło nigdy się nie skończy. Ale skończyło się. A właściwie zrobiliśmy sobie chwilę przerwy, bo znaleźliśmy powalony buk i zagrzebaliśmy się w jego listowiu. W dalszym ciągu byliśmy przemoczeni do suchej nitki i nadal było nam nieprzyjemnie zimno, ale przynajmniej mogliśmy trochę odetchnąć.

– Co teraz? – zapytała Violet, która chyba po raz pierwszy, odkąd ją znałem, straciła rezon. – Wszystko przepadło. Nie mamy broni, wozu, zapasów…

Niczego! Nie mamy nawet planu B.

– Ja mam broń. – Gibon szczęknął w mroku pistoletem.

– No dobra, ale niewiele tym zdziałamy. Jedna spluwa przeciwko całemu światu.

– Sądzę – wtrąciłem się – że najważniejsze jest teraz zapewnienie sobie kilku podstawowych spraw bytowych. Musimy wysuszyć ubrania. To absolutna podstawa. Później powinniśmy rozejrzeć się za jakimś źródłem wody. Na podróż do Breslau będziemy potrzebowali czegoś, w czym przetransportujemy zapas wody. Może nabierzemy ją do tych twoich gumek…

– Nie mam już ich – odpowiedziała Violet.

Nie mogę powiedzieć, że spojrzałem na nią, bo tak naprawdę nic nie widziałem. Spojrzałem po prostu w kierunku, z którego dobiegł jej głos i dam głowę, że cała się zaczerwieniła. Niestety nie mogła dostrzec mojego srogiego spojrzenia.

– Zaraz… Nie przypominam sobie, żebyśmy ostatnio szczególnie często magazynowali wodę w gumkach. Właściwie wcale tego nie robiliśmy. Mówiłeś Gibon, że to pojemnik na wodę… Co do chuja?

– No już się tak nie denerwuj – odpowiedział głos w ciemności.

A więc jednak! Zdradliwe żmije! Ok. Nie było czasu na zwady i głupią zazdrość, bo byliśmy w czarnej dupie. I prawie nie była to metafora. Zamknąłem oczy, choć nie było takiej potrzeby, i policzyłem w myślach do dziesięciu. Potem jeszcze raz. I jeszcze raz.

– Jak już mówiłem, musimy wysuszyć ubrania. To absolutnie podstawowa kwestia. Przeczekamy to sobie do momentu, aż zacznie się robić szarówka i oddalimy się jeszcze trochę od szosy. Jeżeli wyjdzie słońce, przesuszymy trochę ciuszki.

– Tak jest kapitanie Guma.

Nie wiem, czy to Gibon powiedział podnosząc sztucznie głos, czy Violet, obniżając. Jebane dowcipnisie. Dałbym sobie jaja uciąć, że po opuszczeniu zajazdu mieli plan zlikwidować mnie, ale musieli go zmienić przez tamtych ludzi, którzy wyjechali nam naprzeciw. A teraz już nagle znów stałem się im potrzebny, bo byłem z całej paczki najbystrzejszy i najbardziej obeznany ze sztuką przetrwania.

Sprawdziłem czy w kieszeni znajduje się składany nóż, którym odcinałem pasy. Tak, szczęśliwie włożyłem go tam wcześniej i nadal był na swoim miejscu. Poczułem pod ręką chropowate okładziny w włókna węglowego i zimną stal ostrza, które lekko wystawało na zewnątrz. Znajdowała się tam dziura na palec, dzięki której można było wydobyć klingę jednym ruchem kciuka, by w razie potrzeby zadać niespodziewany i śmiertelny cios.
Przypomniałem sobie, że Gibon również ma nóż. No i pistolet. Walka w zupełnej ciemności byłaby nierówna, chyba, że wykorzystałbym zaskoczenie. Tylko czy można zaskoczyć kogoś, kto już od dłuższego czasu traktuje cię jak piąte koło u wozu i przy każdej okazji myśli, jak się ciebie pozbyć? Wątpię. Szczerze powiedziawszy spodziewałbym się prędzej, że właśnie w tej chwili, myśleli dokładnie o tym samym, co ja.

– Może zostawię was tutaj samych i poszukam sobie innego drzewa? – zaproponowałem. – Bo nie wiem czy nawet teraz się nie grzmocicie w mroku. Jak jakieś zwierzęta.

Odsunąłem się kawałek, ale liście zdradziły mój ruch i porzuciłem swe zamiary. Ta parka napawała mnie obrzydzeniem. Myślałem, że jesteśmy jak rodzina. Teraz widzę, że owszem, jesteśmy jak rodzina, ale rodzina z południa.

W końcu zmęczenie pozwoliło mi zasnąć. I śniło mi się łóżko. A właściwie kanapa. Za krótka, za miękka, z twardymi oparciami i cuchnąca starością i kocimi szczynami. Taka, na której nocowało się czasami za dawnych lat, a człowiek rano zawsze czuł się, jakby go ktoś kijem do golfa pookładał. Ile bym dał, żeby teraz przespać się w takim królewskim łożu? Spanie na gałęziach i liściach, w mokrym ubraniu, było najgorszym, co mogło mi się przytrafić. Poza śmiercią oczywiście. I jeszcze zdradą osób najbliższych.

Spałem niespokojnie i bardzo czujnie. Tuż przed świtem byłem w fazie półsnu i zrozumiawszy, że oto nadszedł czas, wybudziłem się.

– Wstawać. Wstawać bydło – wyszeptałem scenicznie.

Gibona potraktowałem z buta, bo naprawdę miałem już go dosyć.

– Czas się zbierać, bo za chwilę zrobi się zupełnie jasno i będzie nas widać jak stado murzynów na śniegu.

Odpowiedziało mi niewyraźne mamrotanie, a później wywlekliśmy się jakoś z listowia. Pojawił się nowy problem, bo nie wiedzieliśmy, w którym właściwie kierunku powinniśmy iść. Przed spotkaniem czołgu jechaliśmy na zachód, a później droga zaczęła zakręcać po łuku na południe. Wrocław był gdzieś na południowy zachód, ale też woleliśmy unikać poruszania się wzdłuż trasy S8, przy której mogło pojawić się wojsko. Uznaliśmy, że najrozsądniej byłoby przemieszczać się na południe, czyli wgłąb lasu. Zatem zgodnie z logiką, wschód słońca powinniśmy mieć po lewej. Właściwie to nawet był nie tyle wschód, co po prostu niebo zaczynało przechodzić z czerni w błękit, a tuż nad horyzontem mieniło się nawet na pomarańczowo i fioletowo.

Szliśmy zatem w tym półmroku jak drużyna duchów czy upiorów. Ja byłem na końcu, by mieć judaszów na oku. W środku szedł Gibon, bo miał pistolet. Gdyby szedł pierwszy i został zastrzelony w zasadzce, stracilibyśmy broń. Ja nie mogłem iść w środku, bo byłbym na widelcu, a gdyby pomiędzy nami szła Violet, nie miałbym pełni kontroli. W każdym razie wyszło szarmancko, bo kobita szła przodem.

W międzyczasie wyszło słońce i osuszyło nam ubranie na ciele. Nie robiliśmy już postoju, by nie tracić czasu i po dwóch godzinach niezbyt szybkiego marszu dostrzegliśmy wieś. Od razu uznaliśmy, że warto może będzie zatrzymać się i pomyszkować trochę. Jeżeli była to jedna z tych opuszczonych wsi, istniała spora szansa, że nadziejmy coś, co mogłoby się nam jakoś przydać.

– Warto spróbować – powiedział Gibon. – Wygląda bezpiecznie.

– Violet pójdzie na zwiad – wydałem rozkaz.

W odpowiedzi znów nazwano mnie kapitanem Gumą i nastąpiła nieokiełznana fala niesubordynacji. Za coś takiego powinienem im dać kulkę w łeb. Ale akurat w tej chwili nie posiadałem ani kulki, ani broni. Postanowiłem odroczyć karę i wysłać Gibona.

– Jako jedyny posiadacz broni palnej, powinienem zostać w grupie – odparł tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Ty idź.

No i ostatecznie stanęło na tym, że to ja faktycznie musiałem pójść na zwiad. Oczywiście bez gwarancji, że jakaś zbłąkana kula nie trafi mnie w plecy. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Uznałem, że jeżeli coś znajdę, to zachowam to dla siebie. A wręcz gdybym znalazł wóz, to bym po prostu odjechał i zostawił ich w piździec, na pastwę żołdaków. Ciekawe, jakby sobie wtedy radzili. Wprost umierałem z ciekawości.

***

Czołgałem się drogą, która prowadziła pomiędzy dwoma polami. Pola były opuszczone i zaniedbane, ale trawa na drodze i tak dawała lepszą zasłonę przed ciekawskim wzrokiem postronnych obserwatorów. Niestety tak już jakoś jest, że moja wyobraźnia jest bogata i cały czas pracuje, więc ciągle widziałem siebie poprzez celownik lunety snajperskiej. I przez cały czas spodziewałem się, że w kolejnej sekundzie poczuję niespodziewany ból. Jednak nic takiego się nie stało, a ja zbliżyłem się na odległość kilkunastu metrów do pierwszego gospodarstwa.

Wszystko wyglądało na opuszczone. Pewnie była to jedna z tych rozlicznych wsi, których mieszkańcy musieli uciekać przed bojówkami, lub jedna z tych, z których nie zdążyli uciec. Zostali na zawsze, w płytkich, masowych mogiłach. Zwykle w takich sytuacjach trudno było znaleźć cokolwiek wartościowego, ponieważ bojówkarze, a później szabrownicy, czyścili ziejące pustką wioski niemal do gołego gruntu. Czasem pomieszkiwali w pustych domach, tworząc tym samym jeden, wielki sracz. Domy-sracze stały się niemalże znakiem rozpoznawalnym świata post-resetowego.

Nagle, zupełnie nieoczekiwanie, usłyszałem jakieś jęki. Dochodziły z wnętrza domu z powybijanymi szybami, pierwszego z brzegu. Przez chwilę pomyślałem, że to ktoś ranny i zamierzałem tam wejść. Nim to się stało, szybko oprzytomniałem. To mogła być zasadzka, albo ktoś tu kogoś więził. Nieraz słyszało się mrożące krew w żyłach historie o psychopatycznych sadystach.

W każdym razie moja ciekawość mogła mnie bardzo szybko zaprowadzić do piachu. Zwłaszcza, że posiadałem wyłącznie nóż. Wyjąłem go i otworzyłem. Najciszej i najostrożniej jak potrafiłem, zbliżyłem się do okna i zajrzałem jednym okiem. Wewnątrz, na środku podłogi, siedział starzec i kiwał się. To w zasadzie nie były jęki, a pomruki. Czy nawet nucenie.

Przyglądałem mu się przez chwilę w całkowitym milczeniu. Wyglądał nieszkodliwie, aczkolwiek nie urodziłem się wczoraj, żeby nie wiedzieć, że to może być tylko przynęta. Gdybym był bandytą, pewnie wpadłbym na pomysł w rodzaju: skroić dziadka z czego się da i puścić go z gołą dupą w pole. To w najlepszym wypadku, bo przecież mógłbym okazać się kanibalem i zrobić sobie szaszłyk ze starzyzny.

– Wejdź. – Usłyszałem.

Nie powiem, żebym przyjął to ze spokojem, ale z drugiej strony w gacie też nie narobiłem. Tłumaczyłem to sobie tym, że facet musiał po prostu mieć szósty zmysł. Ewentualnie krótkofalówkę i snajpera na dachu. Postawiłem wszystko na jedną kartę i wlazłem do domu. Ostatecznie nie zapowiadało się na to, że czeka mnie jakieś szczególnie długie i szczęśliwe życie. Nóż schowałem w rękawie, by w razie czego użądlić przed śmiercią kogo się da.

– Usiądź młody człowieku.

Przyjrzałem mu się teraz uważniej. Mężczyzna był stary i zasuszony. Raczej nie wydawał się groźny. Nie miał też przy sobie żadnego urządzenia komunikacyjnego. Za to jego twarz miała bardzo dziwne rysy…

– Co możesz mi powiedzieć o sobie? – zapytał.

– Jestem tylko… wędrowcem – powiedziałem. – Chciałem przejść przez wieś…

– Jesteś tylko wędrowcem, tak? Chciałeś niepostrzeżenie przemknąć się i całkiem nieźle ci szło. Ale nie tyle, by przechytrzyć mnie. Ja widziałem cię już z daleka. Już od dawna wiedziałem, że nadchodzisz.

…wyglądał zupełnie jak jakiś… Indianin? Czy to możliwe, żeby był to dziadek Zielonego? Ilu Indian mogło żyć w Polsce? I jeszcze to jego dziwne gadanie. Musiałem zapytać.

– Czy jest pan Irokezem?

Stary człowiek uśmiechnął się.

– Bardzo trudno być niewidzialnym.

O czym on bredzi?

– Rozumiem, że widział pan mój tyłek w trawie, kiedy się tu zbliżałem, ale…

– Widziałem znacznie więcej, niż ci się wydaje. Widziałem jak czołg trafił wasz samochód. Widziałem jak opuszczaliście zajazd i wcześniej, jak ruszaliście w kierunku Łodzi. Widziałem co robiliście w Arce i widziałem też to, jak uwolniliście świat od Maxa. Za to ostatnie zresztą należą wam się przynajmniej podziękowania.

A więc wszystko jasne: to czarownik! Albo prorok. Ktoś kto widzi…

– Jestem pułkownikiem wywiadu. A właściwie… Byłem już od pewnego czasu na emeryturze, ale banda dupków uznała, że może sobie bezkarnie odłączyć część państwa. – Zawiesił na chwilę głos. – Pewnego dnia Ossowski zadzwonił do mnie, bo stwierdził, że jako Irokez będę idealnie nadawał się do walki z białymi osadnikami. Bo tym właśnie jesteście: białymi osadnikami, którzy zajęli naszą ziemię. Kto jak kto, ale ja wiem o walce z najeźdźcami bardzo dużo – uśmiechnął się zagadkowo. – Na długo przed puczem Ossowski utworzył specjalną komórkę, której celem była infiltracja rebeliantów oraz działania sabotażowe. Obserwuję was od roku.

Powoli docierało do mnie, co właściwie ten człowiek usiłuje mi powiedzieć. Byliśmy infiltrowani. Totalnie!

– Kto? – zapytałem przez zaciśnięte zęby.

– To teraz nie ma znaczenia – odpowiedział Indianin. – Kluczową kwestią jest to, jaką decyzję podejmiesz teraz. A skądinąd wiem, że trafne podejmowanie decyzji o dużej wadze, nie jest twoją mocną stroną. Zdarzyło ci się ostatnio podjąć kilka naprawdę kretyńskich decyzji, które prawie zaprowadziły was wszystkich do piachu.

Zielony! Nie ulegało wątpliwości, że Zielony był pieprzonym szpionem. Teraz wszystko zaczynało układać się w całość. Trzymał się nas, bo taka była jego misja. Wcisnął mi historyjkę o dziadku Irokezie, i w zasadzie nawet nie kłamał szczególnie. Po prostu przemilczał pewne fakty, przez co kłamstwo było trudniejsze do wykrycia.

– Twoi przyjaciele siedzą sobie teraz beztrosko na skraju lasu – kontynuował starzec – i ni cholery nie domyślają się, że stanowią cel dla moich snajperów. Jeden mój znak i będą gryźli glebę.

– No dobra… Rozumiem, co chcesz powiedzieć. Co musi się stać, żebyś nie musiał dawać takiego znaku? – zapytałem.

Cóż… to była kwestia kalkulacji. Czekałem, aż usłyszę propozycję, by móc rozważyć, co będzie dla mnie wygodniejsze. Mogłem teraz pozbyć się tej hołoty i zachować czyste ręce. Wiem… Straszne skurwysyństwo. Ale nasz zespół już od jakiegoś czasu chyba nie był zespołem. Trzeba było pomyśleć o sobie.

– Jak zapewne wiesz, idziemy właśnie na Wrocław. Jest godzina… – Pułkownik spojrzał na zegarek – …dziewiąta dwadzieścia. Sądzę, że najpóźniej o dziesiątej straże w mieście zobaczą pierwsze wozy bojowe. Oczywiście zaproponujemy im rozmowy, bo nie jesteśmy przecież barbarzyńcami. Ale nie będziemy jak były prezydent czekać w nieskończoność. Jeśli zaistnieje konieczność użycia siły, użyjemy jej. Z pewnością poleje się krew, choć oczywiście postaramy się wyłapać jak najwięcej żywcem, by móc ich osądzić w sprawiedliwych procesach.

Akurat, pomyślałem sobie. Urządzą jakieś procesy pokazowe, a później postawią wszystkich pod murem i rozstrzelają. Jak bojówkarze. Wszędzie gangsterzy. Świat zszedł na psy.

– Czego oczekujesz ode mnie? – Pozwoliłem sobie pominąć formę grzecznościową, bo poczułem odrazę do tego człowieka. – Mam wjechać do miasta i otworzyć wam bramę? Gdybyście nie zabili naszego busa, moglibyśmy zrobić takiego konia trojańskiego. No, ale przepadło…

– Wwieziecie do miasta walizkową bombę atomową o sile wybuchu równej dwudziestu tonom trotylu. Ukryjecie ją w okolicach rynku. Jeżeli pertraktacje zawiodą, zdetonujemy bombę zdalnie, zabijając całą elitę społeczności, i unikając tym samym wielodniowego oblężenia, bombardowań i masowego rozlewu krwi, jaki to miasto widziało w czterdziestym piątym.

– A co z …

– Damy wam nowy wóz – wszedł mi gwałtownie w słowo. – Rozumiem, że się zgadzasz?

Cóż… Trudno było jednoznacznie powiedzieć, że się zgadzam. Chyba po prostu nie miałem zbyt dużego wyboru. Gdybym odmówił, wszyscy gryźlibyśmy glebę w ciągu pięciu minut. Ale…

– Co z tego będę miał? – zapytałem. – Oczywiście poza tym, że nas nie zabijecie… Choć misja wygląda raczej na samobójczą… i są raczej małe szanse…

– Nie jesteś aż tak tępy jak sądziłem. – Indianin uśmiechnął się i wyciągnąć z torby długą, drewnianą fajkę pokoju. – Wiesz, że z tatuażami nie zdołacie uciec przed wymiarem sprawiedliwości. Wiesz, że wygramy tę wojnę, i że prędzej czy później wyłapiemy was jak bezdomne psy. Mówię ci o tym na wypadek, gdyby przyszedł ci do głowy jeszcze jakiś kretyński pomysł, na przykład porzucenie bomby i ucieczka. Znajdziemy was i oddamy pod sąd. Lub w drodze do Warszawy przydarzy wam się jakiś paskudny wypadek…

– Zatem?

– Jeżeli wykonacie misję i miasto zostanie odbite z rąk separatystów, zostaniecie objęci całkowitą amnestią. Ba, zostaniecie bohaterami i być może nawet dostaniecie ordery! – Stary rozkasłał się, wypuszczając wielkie kłęby dymu. – No… Może z tymi orderami przesadziłem. Jak na was patrzę, to mi się rzygać chce. Nie dość, że stoicie po złej stronie, to jeszcze można was kupić za byle gówno… Wasza lojalność jest mocno wątpliwa. Pojęcie honoru jest wam obce.

Co za dupek! Mógłbym mu przystawić nóż do gardła i zaproponować podobny układ – zdrada albo śmierć. Ciekawe jak on by się zachował? Kusiło. Strasznie kusiło. Nóż nawet sam wypłynął z rękawa do ręki, co jednak nie uszło uwadze starca.

– Nie radziłbym. W pokoju obok siedzi facet z karabinem półcalowym i termowizjerem. Od samego początku jesteś na muszce, a jego palec spoczywa na spuście. Gdyby miał Parkinsona, już byś leżał martwy.

Przełknąłem głośno ślinę. Blef? Wolałem nie przekonywać się empirycznie. Dom był stosunkowo nowy, a więc ściany działowe były z jakiegoś taniego gówna. Pocisk z półcalaka nawet nie zauważyłby, że przebija taką ścianę. Z tej odległości moja głowa eksplodowałaby jak arbuz i ozdobiła całą, przeciwległą ścianę malowidłem w stylu Jacksona Pollocka. A ja wybitnie nie chciałem zostać malowidłem Jacksona Pollocka.

– Jak mniemam, ubiliśmy właśnie interes – powiedziałem. – Rozumiem, że dostaniemy jakiś wóz?

Mężczyzna roześmiał się.

– Możecie wziąć jednego z naszych Honkerów, ale ja na waszym miejscu poszukałbym czegoś innego.

No tak. Wszyscy pruli do Honkerów jak do kaczek. Zdecydowanie lepszą opcją byłoby poszukanie czegoś innego. Wstałem nie zaszczyciwszy żadną reakcją jego ostatniego żarciku. W zasadzie miałem dosyć starucha i chciałem jak najszybciej mieć rozmowę z Gibonem i Violet za sobą. Jak znałem życie, tradycyjnie uznaliby, że wpakowałem ich w jakieś gówno. Na pewno jeszcze celowo i dla swoich własnych, niskich korzyści.

– Jeszcze jedno. – Indianin również wstał. – Nie miej tego za złe mojemu wnukowi. W gruncie rzeczy spośród wszystkich moich informatorów, on postarał się najmniej.

Jasne.


Zostaw opinię na lubimyczytac.pl. Każda jest dla mnie bardzo cenna!

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/3996535/reset

Polub, by dostawać informacje o nowych rozdziałach:

Polub, jeśli podobają Ci się ilustracje:

Podobało Ci się?/Nie podobało Ci się? Skomentuj. Dzięki! :)