Rozdział X.

Popełnili kardynalny błąd, że nie sprzątnęli mnie od razu po opuszczeniu zajazdu. Przejechaliśmy niecałe trzydzieści kilometrów, gdy natknęliśmy się na konwój pojazdów zmierzających w przeciwnym kierunku. Grupa składała się z dwóch autokarów wypełnionych cywilami, dużej ciężarówki i trzech jeepów eskortujących. Nadjechali od strony Wielunia. Gdy tylko nas dostrzegli, zatrzymali się i na czoło wyjechał jeden z wozów eskorty.

– Idź z nim pogadaj – powiedziałem do Gibona.

– Dlaczego ja?

– A co? Również ja mam się tym zająć? Już nie chcecie mnie za kółkiem?

– No dobra, dobra. – Z ociąganiem wysiadł z samochodu i uniósł do góry ręce z bronią, by tamci dobrze go widzieli. Powolnym krokiem ruszył w stronę jeepa.

– Jak go rozwalą, spierdalamy – powiedziałem do Violet, żeby nie było potem żadnych nieporozumień. Wzruszyła tylko ramionami, że niby ją to nie obchodzi.

Gibon dotarł do jeepa po dłuższej chwili. Naprawdę trwało to całą wieczność. Z wozu wyszedł facet w wojskowym swetrze i zaczęli rozmawiać. Gość coś tam mu pokazywał na mapie, a Gibon potakiwał jak debil, spoglądając co chwilę w naszą stronę. Później z kolei Gibon zaczął gadać, a facet z konwoju potakiwał. Zupełna paranoja. Jakby postawić naprzeciw siebie dwa pieski chiuaua. Scena niby urocza, ale niczego nie wnosi. Zaczynałem się denerwować, szczególnie, że nie miałem broni. W końcu jednak Gibon wrócił do nas z bardzo poważną, wręcz srogą miną.

– Musimy zawrócić. Dalej nie ma przejazdu.

– Jak to zawrócić? A „Danza Extravaganza”? – oburzyłem się.

– Włącz radio.

– Przecież nikt niczego nie nadaje.

– Włącz to pieprzone radio. Tutaj powinniśmy odbierać!

Włączyłem. Nie będę się przecież z pieprzonym szajbusem sprzeczał. Dobrze wiedziałem, że nikt niczego nie nadawał, no bo i jak. Włączyłem i … nagle usłyszałem głos spikera.

– … przypominamy, że dziś rano, o godzinie dziesiątej pięćdziesiąt, budynki sejmu zostały otoczone wojskowym kordonem. Wszyscy obecni tam posłowie zostali internowani. Wojsko odwiedziło także biura oraz mieszkania prywatne ministrów. Aresztowany został prezydent Michał Gołkowski, który przez opozycję oskarżany był o zbyt mało zdecydowane działania wobec separatystów i buntowników. Na czele puczu wojskowego stanął generał dywizji Antoni Ossowski. Siły stacjonujące dotychczas w okolicach punktów o dużym znaczeniu dla bezpieczeństwa energetycznego, a znajdujących się pod kontrolą separatystów, otrzymały dziś nowe rozkazy…

– Ja pierdolę – mruknąłem pod nosem.

– Ci ludzie to uchodźcy z Bełchatowa. Podobna sytuacja jest w Kozienicach i w Płocku. Mówi się, że ofensywa, która była planowana już od kilku miesięcy, właśnie wystartowała, i że jest grubo.

– To co robimy? – zapytała Violet wyrwana z zamyślenia.

– Moglibyśmy odbić na południe, ale Górny Śląsk też chyba nie będzie zbyt bezpieczny – odparł Gibon.

A ten co? Jedna, krótka rozmowa z jakimś typem, co nawet nie wiadomo kim jest, i już nagle pełen obraz sytuacyjny zna? A jeśli to podżegacze, którym zależy, byśmy zawrócili i siali panikę? Może to piąta kolumna, która ma po kolei wykańczać psychicznie wszystkich wolnych ludzi? Albo spędzać ich w jedno miejsce, by łatwiej ich było zbombardować dronami?

– Nie pozostaje nam nic innego, jak cofać się – podrzuciłem. – Przyłączmy się do tego konwoju. Podróżowanie razem będzie bezpieczniejsze.

Moi towarzysze przytaknęli niechętnie, ale wydawało się to jedynym, w miarę rozsądnym rozwiązaniem. Zgodnie z tradycją cały nasz wysiłek poszedł psu w dupę, no ale tak właśnie wyglądał świat po Resecie. Zdążyliśmy już przywyknąć.

Pozwoliłem Gibonowi wsiąść i zacząłem nawracać wóz. Zatrzymałem się przy prowadzącym jeepie.

– Pojedziemy z wami!

Kierowca pokazał mi tylko uniesiony kciuk i ruszył, a my ustawiliśmy się tuż za nim, by być w czołówce konwoju. Ale nie na samym przedzie. Wciąż w pamięci miałem obraz jeepa z Arki, który wyskoczył wysoko w powietrze, na ukrytym przy drodze fugasie. Licho nie śpi.

– No to co właściwie zamierzamy? – Ktoś musiał zadać to pytanie. No i padło na mnie. – Pojedziemy tak po prostu do Breslau? Sprawa Maxa chyba się już przedawniła, nie? Może ktoś zgłosił zaginięcie, ale szerze mówiąc sam w to wątpię.

– Dokładnie tak zrobimy – odparł Gibon. – Wrócimy do festung i zadekujemy się w jakiejś ciepłej norce, dopóki najgorsze nie przeminie.

– A co jeśli twierdza padnie? Albo zostanie okrążona? Albo zbombardowana w pizdu?

– Będziemy trzymali rękę na pulsie. Jak już będzie wiadomo, że robi się kiepsko, spierdolimy do Czech albo coś. Kiedyś w końcu musi się uspokoić.

Kątem oka dostrzegłem na niebie, po prawej stronie dwa czarne punkciki.

– Sądzisz, że jest choćby najmniejsza szansa, że wyniesiemy głowy na karku?

– A nie? Zawsze się nam udawało.

– No tak, ale teraz zaczyna się robić wyjątkowo paskudnie. A my mamy tatuaże, które kwalifikują nas jako separatystów i bandziorów. – Starałem się patrzeć na drogę, ale ciekawość była silniejsza, więc zerkałem też na niebo. – W zasadzie nie będziemy mieli nawet jak się bronić. W najlepszym wypadku wsadzą nas do pierdla na wiele, wiele lat. Hej, czy to nie są samoloty?

Punkciki przeleciały na drugą półkulę nieboskłonu, a następnie zatoczyły krąg nad konwojem. Widziałem jak operator karabinu maszynowego na jeepie obraca się z lornetką, próbując zlokalizować i zidentyfikować obiekty. Coś krzyknął do siedzących w kabinie, po czym jeep zjechał na pobocze i cały konwój się zatrzymał. Facet wyskoczył z wozu i zaczął biec na tyły.

– Co się stało? – zapytałem, kiedy nas mijał.

– Migi-29. Może to tylko patrol, ale bezpieczniej będzie, jeżeli opuścimy pojazdy i skryjemy się z dala od szosy.

Spojrzałem na moich towarzyszy i uśmiechnąłem się pobłażliwie.

– Przecież nie będą strzelać do cywilów. Nie, żeby zabić. Najwyżej postraszą, nie?

Wyjrzałem na zewnątrz. Z autokarów wysypywali się ludzie. Całe rodziny z dziećmi. Facet z jeepa koordynował ewakuację, a tłum przekraczał barierki i rozbiegał się w stronę rosnącego nieopodal lasku.

– Nie byłbym tego pewien – odparł Gibon. – Ten Ossowski to podobno niezły psychol i pieniacz.

– To zwykły zwiad. Jedźmy. Szkoda czasu.

Wcisnąłem gaz, a moi nie protestowali szczególnie mocno. Albo im już wszystko jedno było, albo podzielali mój pogląd. Gibon tylko zbliżył się do okna i zaczął wypatrywać Migów na niebie. Nie odjechaliśmy dalej jak pół kilometra, jak gdzieś z tyłu, za nami, coś głośno pierdolnęło. Odruchowo chciałem spojrzeć w lusterko wsteczne, no ale go już nie było, więc wychyliłem się przez okno i ujrzałem słup czarnego dymu. Aż mi się ręce zaczęły trząść.

– Dobrze, że tracą amunicję na puste autokary – powiedziałem. – Teraz się wystrzelają, a potem braknie im na Breslau. Pewnie z paliwem też kuso stoją.

– Nie gadaj tylko jedź – popędzała mnie Violet. – Bo zaraz zaczną tracić amunicję na nas.

Przygazowałem. Nie to, żebym się bał, ale jakoś ten dzień nie wydawał mi się dobry na śmierć. Pogoda nie taka. Pochmurnie, ale bez deszczu. Zawsze wyobrażałem sobie, że kiedy już nadejdzie ten moment, że trzeba będzie pożegnać się z życiem, to będzie lało. I że będzie noc. Albo przynajmniej wieczór.

W milczeniu dotarliśmy do zajazdu Pod poderżniętym gardłem. Zatrzymaliśmy się przed bramą i te wszystkie dupki zaczęły z nas brechtać, że kilka godzin wcześniej ruszyliśmy na Łódź i już wracamy. To ja im tłumaczę, że był pucz, i że ruszyła ofensywa. To oni, że się nie boją i wyjechali na szosę pickupem z zamontowanym działkiem, które wyglądało, jakby je żywcem z samolotu zajebali. Pojawił się też spychacz, który powoli, acz metodycznie, zaczął przesuwać wraki samochodów na jedno miejsce, tworząc coś na kształt barykady.

– Mogą nas cmoknąć w chuj – powiedział siwy, krótko ostrzyżony facet, który ściskał w dłoniach sztucer myśliwski. – Nie rzucim ziemi skąd nasz ród!

 

– No okay, jak tam sobie chcecie. My chyba jednak tym razem nie skorzystamy z gościny – powiedziałem.

Oczywiście w złą godzinę, gdyż okazało się, że lewa przednia opona była przebita. Strasznie się wkurwiłem. Gość, który nam sprzedawał te opony, zarzekał się na śmierć, że one są pancerne i niezniszczalne. Miałem wrażenie, że nas wyruchał prosto w kakao, a my mu jeszcze podziękowaliśmy.

No więc znów byliśmy unieruchomieni, i to w dodatku w takim krytycznym momencie. Musieliśmy się zatrzymać i naprawić usterkę. Wjechaliśmy na teren zajazdu i zabraliśmy się do mozolnego procesu zdejmowania koła. Śruby się zapiekły i konieczne okazało się wezwanie lokalnego majstra, żeby je rozwiercił. Grubas w śmierdzącym, przepoconym kombinezonie pojawił się po dobrej godzinie i zaczął pracować, prezentując nam przy tym dolną połowę pleców, czyli generalnie dupę. Potem opona poszła do wulkanizacji, a my siedzieliśmy i gapiliśmy się, jak powstaje barykada.

W międzyczasie pojawił się wąsacz, który wcześniej wprowadził mnie do Srebrnej ligi. Dowiedziałem się, że ma na imię Marian. Całkiem normalnie. Marian. Spodziewałem się czegoś w rodzaju… bo ja wiem… Skyhawk albo Bulleye. Takie ksywy sobie nadawali kolesie po Resecie, jak chcieli być prawdziwymi kolesiami. No dobra… nigdy nie spotkałem nikogo o ksywie Skyhawk czy Bulleye, ale nie jest powiedziane, że nikt się tak nie nazwał!

– Słuchaj, na twoim miejscu nie siedziałbym tak na widoku – szepnął do mnie konspiracyjnie.

– Słucham?

Zaskoczył mnie. Nie wiedziałem, że rozmawiamy.

– Sporo ludzi się przewija teraz przez zajazd. Uciekają na zachód przed wojskiem. – Marian przysiadł się obok mnie i wyjął srebrną papierośnicę ze skrętami. – Zapalisz?

– Czemu nie. Na raka chyba już nie zdążę umrzeć.

Odpalił mi i sobie, a potem przez chwilę paliliśmy w milczeniu obserwując Violet nachylającą się nad kołem. W gruncie rzeczy nie był to aż tak zły widok, jak zawsze uważałem. Oczy mi nie wypłynęły. W kamień się nie zamieniłem.

– Widziałem kilka znajomych twarzy – powiedział Marian. – Jeżeli wiesz, co mam na myśli. Większość z nich zajmuje się przygotowaniami do obrony, ale kilku poszło do stodoły zobaczyć tabelę. Szkoda im czasu na pierdoły.

– No, ale sam mówiłeś, że na terenie zajazdu się nie walczy – powiedziałem.

– No tak, niby się nie walczy, ale…

– Ale co?

– Takie są zasady. Ale większość z tych kolesi nie uznaje żadnych zasad. To banda kryminalistów, totalny margines społeczny. Chaos to ich chleb powszedni, dobra okazja, żeby ugrać coś na swoje konto. – Uśmiechnął się niewinnie. – Słuchaj młody, dobrze ci z oczu patrzy. Weź zejdź z widoku. Postaram się mieć uszy i oczy otwarte.

No tak… Pewnie postawił na mnie kasę i teraz nagle poczuł swąd palonego dupska. Przespacerowałem się więc do wulkanizatora, żeby trochę się ukryć i przy okazji dowiedzieć się, jak idą postępy.

– Człowieku pospiesz się!

– Co się mam kurwa śpieszyć? – Facet był gruby i zarośnięty jak małpa. Żuł w ustach grubego skręta. – Pali się, czy co? To jest prawdziwa sztuka a nie jakieś tam brzdąkanie na fortepianie. Opona może pancerna nie była, ale teraz już będzie.

Ja pierdolę, pomyślałem sobie i wyjrzałem na zewnątrz. Wszędzie kręcili się ludzie w zielonych barwach, kamizelkach taktycznych lub rybackich, i z bronią. Wszędzie widziałem cholernie dużo broni. Zapewne niektórzy z nich mogli faktycznie być gladiatorami Srebrnej ligi. Rozglądali się w poszukiwaniu jakiejś ofiary. Sprawdziłem swojego Steyra. Broń wydawała się być w porządku, ale zauważyłem brak kabury na udzie. No tak… oddałem ją wraz z pistoletem Gibonowi, a później nie odebrałem przez to całe zamieszanie z Migami.

– To kiedy ta opona będzie do odbioru? – zapytałem nie odrywając wzroku od szeroko otwartych drzwi.

– Jak zrobię, to będzie do odbioru. Teraz już niech nie przeszkadza, bo się skupić nie mogę. Jak będzie patrzeć na ręce, to wszystko potrwa dłużej.

Usłuchałem posłusznie, obrzuciłem go brzydkim słowem i rzeczywiście wyszedłem. Na zewnątrz panowało duże poruszenie. Grupa ludzi otoczyła stojący na placu motocykl zwiadowczy. Kierowca zdjął hełm i tłumaczył coś pozostałym wskazując na północ. Podszedłem bliżej, żeby posłuchać.

– Widziałem jednego Rosomaka, ale to raczej mało prawdopodobne, żeby był tylko jeden! – mówił zwiadowca.

– No raczej – krzyknął ktoś z tłumu. Ściślej, mój kumpel Marian.

– Zatrzymałem się przy drodze na Kliny i z krzaków ich obserwowałem, przez lornetkę. Na pewno jakiś zwiad!

– Jezu Chryste!

– A czołgi? Widziałeś czołgi? – zapytał ktoś.

– Przecież mówię: widziałem jednego Rosomaka. Stał częściowo ukryty w lesie. Ledwo go zobaczyłem. Na bank coś tam jeszcze było.

– Jak był transporter, będą i czołgi! – powiedział zasuszony staruszek. – Tak samo było w trzydziestym dziewiątym!

Jakiś mężczyzna podszedł do mnie i złapał mnie za ramię.

– To koniec… to już koniec. Mówiłem, że tak będzie! – powiedział i oddalił się w pośpiechu.

Postanowiłem odszukać Gibona i Violet, by ustalić, co robimy dalej. Majstrowali coś przy wozie. Chyba kupili od kogoś inną oponę, bo zakładali ją właśnie na naszą felgę. Gibon spocony i czerwony na twarzy obrzucił mnie wiązanką przekleństw, ja mu odpowiedziałem w podobnym stylu. I generalnie już miała się zacząć jazda, gdy nagle usłyszeliśmy krzyki dobiegające z północnej części obozu.

– Coś się dzieje – powiedziałem. – Pójdę to sprawdzić.

Nagle, ogłuszającym hukiem zagrało działo. Odbezpieczyłem mojego Steyra i pobiegłem do barykady, gdzie oczywiście stał już Marian z lornetką. Ktoś polewał wódkę.

– Ile wozów? – zapytałem i przyjąłem do połowy napełnioną szklankę.

– Z lasu wyjeżdżają Rosomaki! – Marian dał mi lornetkę. – Spójrz tam. Siedem wozów po lewej stronie drogi i jeszcze cztery po drugiej. W sumie naliczyłem jedenaście, ale może ich być więcej.

– Nie sądzisz, że jeśli ich ostrzelacie, to oni odpowiedzą ogniem?

Póki co Rosomaki tylko jechały, ale każdy z nich miał zamontowaną imponującą armatę, którą z łatwością można było zrównać z ziemią cały ten bajzel.

– Może lepiej najpierw z nimi pogadać?

– Już był czas na gadanie. Nie chcieli przystać na nasze warunki – Marian splunął z pogardą. Chciał pewnie wyglądać jak John Wayne w Alamo, ale ślina była gęsta i opadła mu na bluzę. – Teraz znajdą tu tylko swoją śmierć.

Siwy ze sztucerem wszedł na barykadę. Odwrócił się twarzą do nas i zaczął przemawiać.

– Ludzie! Jadą na nas! Za chwilę rozpocznie się bitwa! Bitwa, od której zależeć będzie nasze jutro, nasz styl życia i nasza wolność! Jeżeli chcecie zachować godność białego człowieka, musicie dać z siebie wszystko i nie liczyć na zbyt wiele. Lepiej umrzeć na stojąco, niż żyć na kolanach! Czy jakoś tak…

Gość na bank musiał być na dopalaczach, bo wenę miał nieziemską i oczy rozbiegane jak u jakiegoś szczurka. Przeładował sztucer, wycelował w jednego z Rosomaków i wypalił. Tak na oko, to poszło gdzieś w pole, ale dziadek uniósł pięść w geście tryumfu i trzęsącymi się rękoma zaczął repetować broń. Ja bym tam na jego miejscu tak nie stał na widoku, ale nikt nawet nie próbował mu do rozsądku przemówić. Na pewno nie ja, bo byłem zajęty biegiem w stronę naszego busa.

– Słuchajcie, jest syf! – zawołałem pakując się za kierownicę. – Macie już to koło?

– Wysiądź z wozu i pomóż nam założyć!

Rosomaki zaśpiewały. Pociski z ich działek przebijały wszystko, co napotykały na swej drodze. Ale póki co, ostrzał prowadzony był na obrzeża zajazdu oraz ponad głowami tłumu. Jeszcze nie zamierzali zabijać.

– Obywatele! Poddajcie się! Zostaniecie przewiezieni do Warszawy i osądzeni za swoje zbrodnie w uczciwych procesach.

Gatling separatystów rzygnął ogniem i jedna z wrogich maszyn stanęła w płomieniach. Pozostałe Rosomaki natychmiast przeniosły swoją uwagę na pick`upa z działkiem. Z operatora niewiele zostało. Gdy pył opadł, na ziemi leżał bezgłowy i bezręki tors, z którego wypływały powoli jelita. Niczym olbrzymie, czarne ślimaki. Wystarczyło mi kilka sekund takiego widoku, bym puścił pawia.

– Odpalaj! – Usłyszałem krzyk Gibona i wskoczyłem do wozu.

Silnik rzęził przez chwilę, jakby chciał nam powiedzieć: „cha cha cha… i co teraz zrobicie skurwysyny? Kto jest najważniejszym członkiem drużyny? No kto? Cha cha cha”. Po dłuższej chwili jednak zaskoczył i wszyscy zajęli miejsca. Do tyłu władowało się na krzywy ryj również kilkoro nieproszonych gości.

– Jedźcie! Szybko! – zawołał ktoś.

– Kim wy do cholery jesteście? – spytał Gibon.

– Wywiedźcie nas kawałek stąd, a później uciekniemy do lasu – powiedział jednooki facet, ostrzyżony na zero. – Zaraz tu będzie rzeźnia.

– Nie sądzę. Trzeba po prostu poddać obóz. Kto tu rządzi? – zapytałem.

– Waldek! – Jednooki wskazał siwego mężczyznę ze sztucerem.

No tak… Gość, który powinien tu być najrozsądniejszy, i w którego gestii leżało to, by nie polało się za dużo krwi, stoi teraz na barykadzie i strzela ze sztucera myśliwskiego w czołgi. Historia na pewno go zapamięta, chociaż trudno przewidzieć, w jaki sposób.

Pomyślałem sobie, że czas najwyższy spadać i zacząłem manewrować po placu. Ciężko było, bo wszędzie wokół biegał chaotycznie rozhisteryzowany tłum. Ludzie wymachiwali rękami i wrzeszczeli. Swoją drogą, skąd oni wszyscy się tu wzięli? Gdy byliśmy tu wczoraj, można było odnieść wrażenie, że w zajeździe znajduje się nie więcej jak sto osób. A teraz nagle w cudowny sposób objawiło się co najmniej dwa, trzy razy tyle.

– Z drogi ludzie! Z drogi bo rozjadę! – Zacząłem trąbić, ale oni mi się zaczęli uwieszać na drzwiach. – Gibon, zrób coś!

– Co mam ci kurwa zrobić! Mam ich postraszyć bronią, czy co? Jedź po prostu.

Skierowałem się na bramę wyjazdową. Oczywiście była zamknięta, a na posterunku nie został już żaden wartownik, bo wszyscy uciekli, lub poszli strzelać do Rosomaków, ślepo wierząc, że cokolwiek zdziałają kałachami. Brama była obita kawałkami blachy i pospawana w wielu miejscach, więc może dałoby rady ją od biedy staranować, ale nie teraz, kiedy wóz obwieszony był ludźmi i nawet nie mógł się porządnie rozpędzić.

– Otwórzcie bramę! – krzyknąłem przez okno, ale nikt nie usłuchał.

Ratować się to każdy by chciał, ale bramy żaden nie otworzy, pomyślałem i zatrzymałem wóz.

– Violet przejmij kółko, a ja wychodzę otworzyć bramę!

– Nie uda ci się!

– Inaczej stąd nie wyjedziemy. Zostaniemy otoczeni!

Wysiadłem i zacząłem przeciskać się przez tłum. W większości byli to nieuzbrojeni cywile, którzy chcieli, żeby ich zabrać do wozu. Gibon zaczął im tłumaczyć, że nie ma miejsca. Za nami zaczęły też ustawiać się następne pojazdy i część tłuszczy pobiegła prosić o pomoc tamtych. Rezultat był podobny, tylko że ci następni nie patyczkowali się zbytnio i od razu zaczęli strzelać w niebo.

Brama była oczywiście zamknięta na kłódkę, która spinała dwa kawałki wielkiego łańcucha. Z braku lepszego pomysłu puściłem serię w łańcuch i muszę przyznać, że nie było to najmądrzejsze posunięcie, gdyż rykoszetujące pociski latały dosłownie wszędzie. Jeden z nich trafił przednią szybę naszego wozu, ale na szczęście pod takim kątem, że nic się nie stało. Łańcuch tylko lekko ukruszył się w jednym miejscu, więc przywaliłem w niego jeszcze parę razy kolbą, równie bezskutecznie.

Obok budki strażniczej zauważyłem stalowy pręt. Włożyłem go w naruszone ogniwo i zacząłem kręcić. Skręcałem, aż opór zrobił się naprawdę duży. Wówczas zawiesiłem na pręcie cały swój ciężar, i w końcu ogniwo najpierw odkształciło się, a później zmęczony materiał puścił. Łańcuch opadł bezwładnie i mogłem rozchylić skrzydła bramy. Uciekający ludzie prawie staranowali mnie. Z trudem odsunąłem się na bok i zaczekałem, aż nasz bang-bus znajdzie się na mojej wysokości.

– Ruszaj! – zawołałem, gdy tylko wskoczyłem do środka.

***

Wpłynęliśmy na suchego przestwór oceanu. Spojrzałem w okno i spostrzegłem piechotę wysypującą się masowo z Rosomaków. Ktoś znów krzyczał przez megafon.

– Poddajcie się! Zostaniecie przewiezieni do Warszawy i osądzeni za swoje zbrodnie!

Kordon pomału zamykał się wokół obozu, ale my byliśmy już na zewnątrz i pędziliśmy, ile fabryka dała. W sumie wóz był mocno obciążony, ale i tak jechaliśmy szybko. Wciąż jeszcze istniała spora szansa, że dosięgnie nas jakiś zbłąkany pocisk. Jednak z każdą sekundą perspektywa ta stawała się coraz bardziej odległa i mglista.

Odetchnąłem z ulgą.

– Ty, jak ty się nazywasz? – zapytał jeden z ludzi, których wzięliśmy do wozu.

Odwróciłem się i spojrzałem na gościa. Oczywiście z wyglądu zabijaka. Czule tulił w ramionach SWD owinięty jakimś śmieciem robiącym za maskowanie. Nie spodobał mi się i nie zamierzałem wdawać się z nim w dyskusje.

– Tyler Durden. A co ci kurwa do tego? – odparłem kulturalnie.

– Zdawało mi się, że gdzieś już widziałem twoją facjatę. Nie bierzesz przypadkiem udziału w rozgrywkach Srebrnej ligi? – zapytał nieznajomy.

– Srebrnej ligi? Pierwsze słyszę. Jak ci się nie podoba moja facjata, to zawsze możesz wysiąść i dymać z buta. Nikt cię tutaj na siłę nie trzyma, nie?

Gość zamilkł, choć jeszcze przez długi czas nie spuszczał mnie z oka. Tylko tego mi brakowało, żeby ktoś zaczął strzelać w naszej jeżdżącej świątyni pokoju. Tyle serca włożyłem w obijanie wnętrza wykładziną, żeby było przytulnie i wygodnie w podróży. Byłoby szkoda, gdyby to wszystko teraz się zapaćkało krwią. Szczególnie moją. Jestem mocno przywiązany do każdego jej mililitra.

W wozie było ciasno i duszno, a ja przez cały czas kombinowałem, jak się pozbyć tych wszystkich obcych ludzi. Zużycie paliwa nam wzrosło i nie mogliśmy ich wieść do samego Breslau. W końcu za szybą mignął mi znak.

– No… stacja Syców Główny. Tutaj chyba pozwolimy państwu wysiąść – powiedziałem. – Bardzo chcielibyśmy was zawieść aż do samej twierdzy, ale… sami rozumiecie…

Uchodźcy niechętnie przytaknęli, ktoś zaklął pod nosem, ktoś inny splunął na wykładzinę jak dzicz jakaś. Powinni się cieszyć, że nie wzięliśmy od nich hajsu za podwózkę. W normalnych warunkach, gdybyśmy nie byli pod ostrzałem, chętnie zczarczowałbym hołotę. Błota tylko nanieśli i nawet głupiego „dziękuję” nie usłyszeliśmy. Dzicz.

– No! Wypierdalać! – ponagliłem.

Moi spojrzeli na mnie niepewnie, ale ja tylko otworzyłem boczne drzwi i gestem wskazałem cały świat znajdujący się poza naszym pojazdem.

Patrzyłem przez chwilę, jak szli w pole gęsiego w rzęsistej ulewie, próbując zasłonić się czym kto miał. Prawie by mi ich było szkoda, gdyby nie ten kowboj z SWD, który chciał urządzać mi pojedynki w wozie. Świat zszedł na psy.

– Robimy dobrze? – zapytał Gibon wpatrując się w okno.

– Najlepiej jak się da – odpowiedziałem szybko. – Nasz wóz to potencjalny cel dla artylerii, lotnictwa, czołgów i rakiet balistycznych. W każdej chwili możemy zginąć na milion barwnych sposobów.

– Nie przesadzaj!

– Widzieliście przecież, co się stało z tamtym konwojem! Wszyscy jesteśmy teraz w niebezpieczeństwie. W lesie będzie im łatwiej, lepiej, przyjemniej i będą mieli tyle świeżego powietrza, ile zdołają wciągnąć do płuc.


Zostaw opinię na lubimyczytac.pl. Każda jest dla mnie bardzo cenna!

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/3996535/reset

Polub, by dostawać informacje o nowych rozdziałach:

Polub, jeśli podobają Ci się ilustracje:

Podobało Ci się?/Nie podobało Ci się? Skomentuj. Dzięki! :)