Rozdział VIII.

Trudno jednoznacznie ocenić plan Pitera, z perspektywy czasu. Gibon mówił później, że to właśnie hałas jaki wytworzył cały konwój, zbudził bandytów i ściągnął ich na pole pod fortem. Violet uparcie twierdziła, że samo durne Subaru generowało taki ryk, jak cztery jeepy i dwa motocykle razem wzięte.

W każdym razie, pędząc polną drogą na północ, dostrzegłem nagle po obu flankach, wyjeżdżające z zarośli pojazdy oraz błyski, które po krótkiej analizie okazały się być ogniem wydobywającym się z luf. Jak do tego doszedłem? Dedukcja! Pociski rykoszetowały o karoserię jadącego przede mną Grand Cherokee.

– Chuje zbolałe! – rzuciłem pod nosem.

Nie sprawdziłem wcześniej, czy fura Maxa miała pancerne szyby i nieszczególnie chciałem przekonywać się o tym empirycznie. Żałowałem, że nie siedzę teraz w naszym ukochanym busie, który nie takie sytuacje potrafił przetrwać. Żałowałem szczególnie w chwili, gdy pierwszy wóz z naszego konwoju wjechał na zamontowany nocą fugas. Jeep wyskoczył na kilka metrów, a kurz i dym zasłoniły mi cały świat. Fala uderzeniowa zepchnęła mnie z drogi na ugór. Wszystko zaczęło podskakiwać, a kierownica wyskoczyła mi z rąk. Gdy tylko odzyskałem widoczność, wróciłem na ubity szlak i zwolniłem nieco, by zwiększyć dystans do prowadzącego obecnie auta, na wypadek kolejnego ładunku.

Spojrzałem w lusterko. Bus ciągle tam był. Gibon sterczał z okna i pruł do bandytów z kałacha. Violet prowadziła. Wrogie pojazdy jechały równolegle do nas, ale z powodu wertepów nie mogły rozpędzać się na równi z nami. Wkrótce wysforowaliśmy się, a oni wjechali na drogę. Mogli przyspieszyć, ale nie mieli już takiego korzystnego pola ostrzału.

Problematycznie zrobiło się, gdy wjechaliśmy w wieś i skręciliśmy o ponad dziewięćdziesiąt stopni w prawo. Widziałem pomiędzy domami, jak tamci rzucili się na szagę przez pola i posesje, by po chwili wyskakiwać na drogę pomiędzy nas, niczym polujące wilki między owce.

Przede mną pojawił się pickup z karabinem maszynowym zainstalowanym na pace. Facet z tyłu był mocno sponiewierany. Chwilę trwało, nim udało mu się podnieść i wycelować we mnie. Ja jednak nie zamierzałem dawać mu najmniejszej szansy. Docisnąłem gaz i uderzyłem pickupa w tylny zderzak. Celowniczy upadł, ale szybko wstał i zaczął coś majstrować przy taśmie amunicyjnej. Przywaliłem więc raz jeszcze. Maska Subaru wybrzuszyła się ku górze i nabrałem obaw, że mogłoby dojść do jakiegoś poważniejszego uszkodzenia. Gdyby mój wóz zdechł, raczej byłoby krucho. Dałem więc rurę i dość ryzykownym manewrem wyprzedziłem pickupa poboczem, z prawej strony.

Teraz ja znalazłem się z przodu, a więc facet z karabinem miał otwarte pole ostrzału na busa. W lusterku wstecznym widziałem, jak ustawia się i usiłuje wycelować. Zareagowałem szybko, choć zapewne lekkomyślnie. Wcisnąłem hamulec i pickup wbił się w mój bagażnik. Czułem, jak tylny zderzak ciągnie się za autem, podskakując na asfalcie.

– Cholera! Nie będzie można powiedzieć kupcowi, że niemiecki emeryt jeździł nim do kościoła – zawołałem sam do siebie.

Po chwili przednia szyba pickupa pokryła się siateczką pęknięć skupionych wokół kilkunastu dziur. Kierowca opadł na kierownicę, a wóz zjechał na pobocze i uderzył w słup wysokiego napięcia. Dostrzegłem w lusterku tryumfującego Gibona, wymachującego kałachem i prawie sam wyrżnąłem w płonący wrak kolejnego wrogiego pojazdu, stojący w poprzek drogi. Zapewne ofiara jednego z motocyklistów.

Śmignęliśmy przez Rogoż na pełnej kurwie i wypadliśmy na jakąś główną drogę. Pogięty, pomazany sprayem drogowskaz, pokazywał, że do Breslau na prawo. Więc wykonałem efektowne wejście na ręcznym i zatrzymałem się na poboczu. Prowadzący jeep wykonał nawrót i pojechał z powrotem, więc uznałem, że to chyba ten moment, kiedy mają nas opuścić. Po chwili ujrzałem Skota wyskakującego z zarośli niczym… no wielki otyły lampart. Opadł na szosę, odbijając się kołami. Miałem nadzieję, że się sam rozleci ze starości, ale jakoś wyżył. Wyhamował i zatrzymał się na środku drogi.

– Znów się spotykamy – rzekłem.

Mógłbym mu uciec lekkim chujem, gdybym tylko chciał. Jednak nie mogłem zapominać o busie, który właśnie wjeżdżał na główną drogę. Stałem w miejscu i patrzyłem, jak lufa obraca się powoli w moją stronę. I już miałem się posrać w gacie, gdy nagle zjawił się Piter na swoim enduro. Pokazał im fucka i wykonał efektowny zwrot w miejscu, obsypując pancerz wozu żwirem z pobocza. Załoga Skota musiała go dobrze znać. Czarna chmura spalin wzleciała w powietrze, gdy kierowca dodał gazu. Bestia ruszyła powoli, lecz zdecydowanie. Pędząc z rykiem, nabierała prędkości. Aż w końcu zniknęła w krzakach.

Ruszyłem z piskiem opon w stronę Festung, a moi tuż za mną. Oczywiście do samego miasta nie dotarliśmy, bo na węźle Wrocław Północ wjechaliśmy na S8, i ruszyliśmy prosto na Łódź. Los zaczynał się do nas uśmiechać.

***

Napisałem „los”? Musiało mi wciąć polski znak. Chodziło mi o łosia. Łoś się zaczynał do nas uśmiechać. Stał na środku szosy, dokładnie pomiędzy dwoma samochodami, które blokowały zewnętrzne pasy. Właściwie to nawet nie tyle uśmiechał się, co mełł coś w mordzie, a jego spojrzenie było raczej znużone i ponure.

– Co do kurwy… – krzyknąłem i zatrzymałem wóz.

Po Resecie człowiek stawiał czoła różnym wyzwaniom, ale łoś blokujący przejazd na S8 był cholernie kuriozalny. Właściwie kuriozalnie kuriozalny. Normalnie, gdyby mnie ktoś zapytał, co bym zrobił, gdybym napotkał na autostradzie łosia, to bym bez zastanowienia odpowiedział, że kulka w łeb i do gara. A i tak miałoby to zabarwienie mocno żartobliwe. Ten łoś był jakiś taki marny, wyliniały i w ogóle przypominał zombie-łosia. Nie nadawał się do gara.

– Co jest? – zapytał Gibon, który zdążył już wysiąść z busa i podejść do mojej gabloty. – Rozwalmy go i jedźmy dalej. Szkoda czasu.

– No to dawaj. Strzelaj – odparłem. – I zwlecz go z drogi. Pewnie waży z tonę, a przy tym jeszcze ma jakiegoś syfa. Złapiemy coś i będzie po nas!

– To zaproponuj coś lepszego, skoro jesteś taki mądry!

– Jasne, że zaproponuję.

Łoś niezmiennie stał na jezdni, idealnie blokując możliwość przejazdu. I ani myślał się ruszyć. Można by oczywiście spróbować go staranować, ale busa trochę szkoda bo nasz, a Subaru miało iść na sprzedaż. A przecież i tak już go obtłukłem jak jakaś dzicz. Po staranowaniu łosia trzeba będzie oddać za bezcen, o ile w ogóle będzie jeździł. Nikt się nie będzie bawił z lawetą. Zresztą, słyszałem kiedyś, że potrącenie łosia jest szalenie niebezpieczne dla kierowcy, przez wzgląd na wysoko umieszczony środek ciężkości zwierzęcia. Przy uderzeniu nogi zostają skoszone, a korpus, który jest najcięższym elementem łosia, wbija się w kabinę, miażdżąc ukrytego w niej kierowcę.

– Mamy jeszcze ten odświętny granat, co go na czarną godzinę trzymaliśmy? – zapytałem.

– No tak, ale on jest na czarną godzinę – odparł Gibon. – Trochę szkoda na łosia marnować, nie? Nie wiadomo, co tam będzie dalej. Słoń. Wieloryb.

– Tak – zgodziłem się. – Będziemy musieli cofnąć wozy. Jaki zasięg mogą mieć odłamki?

– Bo ja wiem? Cofnijmy się tak, żeby auta były bezpieczne, a sami podejdziemy na odległość celnego rzutu. Najwyżej schowamy się za wrakami.

Gibon miał zawsze fajne pomysły. Violet oczywiście stuknęła by się w głowę, gdyby usłyszała nasz plan, dlatego profilaktycznie postanowiliśmy pominąć to słabsze ogniwo w naszym żelaznym, braterskim łańcuchu. Kazaliśmy jej tylko wycofać busa nieco dalej, bez podawania przyczyny, i sami przestawiliśmy Subaru, co by lakieru nie porysować.

Chwilę później zaczailiśmy się za starą, rozjebaną Zafirą i zaczęliśmy rozkminiać granat. Zabawne, że obejrzeliśmy tysiące filmów wojennych, ale jak przyszło co do czego, to w sumie żaden nie wiedział jak się do tego zabrać. Nigdy wcześniej nie dane nam było bawić się tego rodzaju bronią. I błąd! Trzeba było się pobawić! Wypróbować. Przetestować. Zobaczyć, jak działa.

– Kto rzuca? – zapytałem.

Było to w zasadzie bez różnicy, obaj byliśmy równie niekompetentni w tej materii.

– Możesz rzucać – powiedział Gibon.

Już ja cię znam chujaszczyku, pomyślałem. Pozwolisz mi rzucić, a jak coś spieprzę, to będziesz mi to wypominał przez najbliższe pół roku. Ciągle będę słyszał tylko, jak to zmarnowałem nasz święty granat, przeznaczony na czarną godzinę.

– Ty rzucaj. – Wcisnąłem mu granat w dłoń.

Ale jak spieprzysz, będziesz miał przesrane, dodałem w myśli.

– Dobra. Jak chcesz.

Nie chciałem słuchać narzekań Gibona, że rzucam jak pizda, ale też nie miałem sumienia zabijać zwierzaka. Dzik to co innego. Nawet zdziczały pies. Ale łoś? To trochę tak, jakby zabić renifera, a te nieodmiennie kojarzyły mi się ze Świętym Mikołajem, choinką i Coca-Colą.

Pieprzony barbarzyńca z tego Gibona, nie ma co.

– Dobra. Trzy, dwa, jeden…

Chłopak nie patyczkował się. Wyciągnął zawleczkę i przerzucił granat nad wrakiem, chyba nawet w miarę celnie. Padliśmy na ziemię i… Nic. Wydawało się, że cisza trwa wiecznie. Cisza, która wręcz bolała w uszach.

Oczywiście ta wieczność była wiecznością jedynie w naszych spoconych głowach. Granat eksplodował, a karoseria Zafiry zabrzęczała dziesiątkami odłamków. W uszach piszczało, a powietrzu unosił się gryzący, ale przyjemny zapach. Delektowałem się nim jak najprawdziwszy koneser.

W końcu pierwszy wyjrzał Gibon. Ja sam się trochę bałem, ale ostatecznie dawno nic nie jadłem, więc nie było obaw, że zmarnuje kalorie. Powoli wychyliłem głowę zza wozu. W miejscu, w którym wcześniej stał łoś, leżała tylko przednia i tylna noga, połączone skrawkiem skóry. Wszędzie była krew oraz mniejsze lub większe fragmenty zwierzaka.

– Ale bajzel – wyszeptałem.

– Może znajdzie się jakiś większy kawałek, to na rosół będzie. – Gibon wstał i wyszedł zza auta, ale zaraz się schował. – Ktoś tu biegnie.

– Kto?

– Nie wiem. Jakiś facet.

Ostrożnie wyjrzałem także. Rzeczywiście, w naszą stronę biegł jakiś dziadek. Nie wyglądał groźnie.

– Co zrobiliście? Barbarzyńcy! Skurwysyny! Kutasiarze! Coście narobili!

Usłyszeliśmy brzęk kamienia na masce biednej, zlochanej Zafiry. Gość nie wyglądał na uzbrojonego w cokolwiek więcej, więc wstałem, żeby nawiązać jakiś bardziej cywilizowany kontakt.

– Ale co się tak pienisz dziadek?

– Zabiliście łosia! To był mój łoś! Żarcie dla całej rodziny na miesiąc!

– Na miesiąc? Wyglądał, jakby został mu miesiąc życia. Nawet nie, jeszcze chwila i by się przewrócił pod wpływem wiatru. Blokował nam drogę.

Szara skóra wisiała na staruszku jak… No mi się to kojarzyło wyłącznie z pomarszczoną, obwisłą moszną. Musiał mieć nieźle pod górę.

– Dogadamy się jakoś. Coś tam mamy do zaoferowania. Nie stracisz pan na tym.

– Co macie? Co takiego macie, co mogłoby mi wynagrodzić stratę łosia? No co?

Zaprosiłem uprzejmie delikwenta do Subaru i z trudem otworzyłem pogięty bagażnik, pomagając sobie prętem podniesionym z ziemi. Stary minę miał marsową, ale oglądał po kolei wszystkie przedmioty mamrocząc coś pod nosem.

– To szmelc! Sam szmelc. Za Niemca lepsze rzeczy chodziły. Po co mi to wszystko? Wiecie, jak trudno dziś dostać mięso?

– Wiemy, wiemy – odparłem. – Nie przyjechaliśmy przecież z innej planety. Ale to są cenne rzeczy, które może pan sobie wymienić na cokolwiek: mięso, wódę czy cokolwiek innego.

– Próbujecie mnie oszwabić, co? Zabiliście mi łosia i myślicie, że zatkacie mi gębę byle szajsem? Czym ja dzieci wykarmię teraz?

Spojrzeliśmy na siebie z Gibonem. Jakie kurwa dzieci? Ten staruch musiał mieć ze sto lat. Może się przejęzyczył i chodziło o wnuki? A może w ogóle mu się pomieszało w głowie od tych wszystkich nieszczęść i tragedii. Nie takie historie się słyszało.

Tak czy siak, postanowiłem zignorować jego ostatnie słowa i jednak zmotywować go do przyjęcia korzyści majątkowej z naszego bagażnika.

– Panie, znaj pan moje serce. Wybierz sobie jakąś pukawkę, a ja dorzucę amunicję i magazynki. I dam jeszcze to. – Wskazałem na zestaw baterii słonecznych połączonych z akumulatorem, z którego nigdy nie zamierzaliśmy korzystać. – Doskonały zestaw do gromadzenia energii elektrycznej. No? Piechotą nie chodzi, co? – Uśmiechnąłem się wielkopańsko.

– Synkowie!

Staruch chyba nie łyknął bakszyszu. Zza barykady wychyliły się trzy groteskowe głowy.

– Ojciec, prać? – zawołała jedna z nich.

– Prać!

No cóż… Jakiś czas temu słyszałem, że w niektórych miejscach w Czarnobylu promieniowanie jest mniejsze, niż w centrum Warszawy. Wówczas rozumiałem to tak, że tego promieniowania w Czarnobylu jest mało. Teraz jednak musiałem zrewidować swoje poglądy. Synkowie wyglądali jakby codziennie zjadali ze sto radów na śniadanie. Jak jakieś pieprzone supermutanty. Każdy liczył sobie grubo ponad dwa metry wzrostu. Obudowani byli mięśniami jak Arnold w swoich najlepszych latach, albo i lepiej. Skóra zgniło-szara, gęby tępe, porośnięte nieregularną, wyliniałą szczeciną. Uzbrojeni byli w pałki nabite gwoździami i obwiązane drutem kolczastym. Szczerze powiedziawszy, jeszcze kilka sekund po tym, jak rozpoczęli swój bieg w naszym kierunku, obaj z Gibonem nawet nie drgnęliśmy. Sytuacja była tak absurdalna, że zwyczajnie nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom.

No, ale skoro zjadali takie okazy fauny, jak ten wysadzony łoś, to nie dziwota, że się trochę zmienili, pomyślałem sobie spieprzając co sił w nogach w kierunku Subaru. Gibon władował się do mnie. Krzyknął tylko do Violet, żeby odpalała silnik. Dziewczę nieco zdezorientowane, wykonało posłusznie polecenie. Tyle dobrze. Mogła przecież zacząć stroić fochy, nie?

– Ruszaj! Ruszaj kurwa mać! – wrzasnął Gibon wprost do mojego ucha.

– Robię co mogę!

Tak, trochę spanikowaliśmy. Wrzuciłem gaz do dechy i bryka trochę zaczęła tańczyć, zanim dobrze złapała asfalt. Gumy już nawet nie były łyse. Były oskalpowane.

Jeden z troglodytów zdążył uderzyć w tylną, boczną szybę, wywołując tym samym deszcz szklistych kostek, który zbombardował Gibona i mnie.

– Kurwa! Chuj jebany! – Mój skrzydłowy złapał się za oko. – Zajebię skurwiela. – Zaczął rozpinać kaburę na udzie i wyjmować pistolet.

– Nie strzelaj jak nic nie widzisz! – zdołałem tylko krzyknąć, ale zaraz potem rozległ się ogłuszający huk i przednia szyba również rozprysnęła się na tysiące mikrych kawałeczków.

– Kurwa mać!

Wjechałem w coś i uderzyłem gwałtownie twarzą w kierownicę. Pasy bezpieczeństwa to jednak dobry wynalazek. Oczywiście pod warunkiem, że się je zapina.

Gdzieś w tyle usłyszałem kilka krótkich serii z PM`a. Wrzuciłem wsteczny i odjechałem kilka metrów, ale zaraz potem zahamowałem, bo okazało się, że też nic nie widzę. Krew zalała mi oczy. Spróbowałem rozewrzeć powieki. Piekło jak cholera, ale przez rozmazany obraz widziałem coś, co według moich przypuszczeń, mogło być wrakami, wraz z wąskim przesmykiem. Gibon wrzeszczał jak opętany. Wrzuciłem jedynkę i wjechałem w ten przesmyk, rysując przy okazji drzwi po stronie pasażera. Zatrzymałem wóz dopiero po kilkudziesięciu metrach, hamując ostro i skręcając kierownicę. Obróciło nas bokiem, dzięki czemu mogłem spojrzeć w stronę blokady. Bus, a właściwie rozmyta chmura w barwach naszego wozu, pokonała powoli przesmyk, podczas gdy troglodyci okładali go pałami.

– Szlag by to – zakląłem pod nosem, bo wyobraziłem sobie, jak będzie wyglądał lakier po takim zabiegu.

Na szczęście po chwili zaczynałem widzieć lepiej, a Violet wreszcie dogoniła nas, więc przestałem się patyczkować. Odbezpieczyłem Steyra, oparłem go sobie wygodnie o drzwi i puściłem kilka krótkich serii w stronę blokady. Synkowie momentalnie pochowali się za wraki i stwierdziłem, że raczej nic więcej z tego nie będzie. Wszystko waliło po blachach, tylko iskry sypały. Jedna kula zrykoszetowała prosto w Subaru. Zabawa robiła się niebezpieczna, więc krzyknąłem tylko kilka mocno obraźliwych epitetów pod adresem mutantów, i wbiłem pedał gazu w podłogę.

– No patrz kurwa co za kraj. Jak nie bandyci to jakieś wybryki natury pierdolone! Co to się kurwa porobiło? – Spojrzałem na Gibona, który nadal kurczowo zaciskał powieki. – Żyjesz?

– Jedź nie pierdol.

No to jechałem. Jechałem, aż dojechaliśmy do węzła Pawłowice i zrobiliśmy krótki postój na siku i opatrzenie ran. Z tej odległości nie było już prawie widać miasta. No… może poza „kuśką” i kominami elektrociepłowni. Były to zresztą widoki, które nieodmiennie informowały mnie, że już blisko dom.

Dziś jednak złapałem totalną zamułę, co w sumie nie było dla mnie stanem naturalnym. Wszyscy na dzielni wiedzieli, że nie jestem zamulatorem. Ale czułem się jak bezdomny pies, przepędzony spod śmietnika przez grupę szczyli, i wylizujący rany pod jakimś murem.

Wnętrze Subaru wyglądało jak rzeźnia: kierownica we krwi, na fotelach i podłodze potłuczone szkło. Wóz miał skasowany przód i tył, a także mocno przerysowany prawy bok. W zasadzie straciłem wiarę, że uda nam się go jakoś sensownie spylić.

Po Resecie nie wyrzucało się żadnych rzeczy. Nigdy. Ale kwestia ta nieco inaczej wyglądała w przypadku aut. Większości ludzi nie było stać na wachę, więc wozy masowo stały na gnijących oponach i łapały rdzę. W każdej chwili można było wziąć jakiegoś diesla, nalać oleju z frytek, poszaleć jak Ken Block, rozbić furę i brać następną.

Bus też był nieźle obtłuczony. Straciliśmy oba lusterka oraz wszystkie światła. Szyba przednia i boczne jakoś się uchowały, ale w tylnych drzwiach już brakło. Jak podejrzewałem, ćwoki obtłukły też mocno lakier i narobiły dziobów. W karoserii można było znaleźć sporo dziur po gwoździach, którymi nabite były dechy. Z jednej z nich ciekła woda. Musiał któryś skurwiel trafić kanister. Na szczęście mieliśmy dwa. Ogólny rozrachunek był mocno na minusie.

Zapaliłem papierosa i podszedłem do bocznych drzwi busa, gdzie Violet przemywała oczy Gibonowi. Pacan jeden spojrzał na mnie z płaczliwą miną.

– Bill… Czy jeszcze kiedykolwiek zagram na pianinie?

Nie było mi do śmiechu, więc pokazałem mu tylko środkowy palec.

– Musimy się zbierać. Tu nie jest zbyt bezpiecznie – powiedziałem. – Pakujcie się do busa, a ja pojadę kabrioletem. Violet pożyczysz mi swoje rajbany?

– Mogę ci też pożyczyć apaszkę, żebyś się much nie najadł.

– No okay. Dobra. Spierdalaj.

Przespacerowałem się jeszcze z ćmikiem wzdłuż autostrady, zrosiłem trawkę, żeby dać trochę czasu dla gołąbeczków na czułości i siadłem za kółko czegoś, co dawniej było powodem do dumy, a dziś co najwyżej nadawałoby się na materiał do tuningu typu „rat car”.

Tak właśnie wyglądał świat po Resecie: wszystko zmieniało się w gnój i złom. Wszystko zarastało pleśnią, rdzą lub patyną. Gdzie się człowiek nie obejrzał tam syf, bieda, głód, zimno, choroby i śmierć. Pewnie tym gościom z Warszawy też odwalało, jak naszym patrycjuszom. Tylko w drugą stronę. Słyszałem opowieści o dywanach z Doliny Kaszmiru, o złotych klamkach, dębowych meblach, szampanach, cygarach i białych nosach. Gdzieś tam trwała wielka biba. Gdzieś, za wieloma bramami, drutami kolczastymi, murami, ogrodzeniami pod napięciem…

No bo w końcu gdzieś się ten cały szmalec musiał podziać. Oczywiście pewnie nie w Warszawie, no ale nie wierzę, żeby ot tak po prostu zniknął. Może to po prostu wielki, światowy spisek? Słynny, legendarny „New World Order”? Cholera go wie…

Odpaliłem motor, nie ma co się mazać. Sam jak palec jestem na tym świecie. Spojrzałem w lusterko. Romeo i Julia patrzyli sobie czule w oczy. Może sprawdzała, czy nie ma odłamków. A może to jednak miłość. Wcisnąłem gaz do dechy i… Po ujechaniu kilkunastu metrów Suzuki zgasło.

Spostrzegłem, że wskaźnik paliwa jest martwy. Zupełnie sztywny, zastygły w pozycji wskazującej połowę baku. Przez ten cały czas dawałem się mamić zdrajcy, a on, nie wiadomo nawet kiedy, wziął i wyzionął ducha.

Nie pozostało mi więc nic innego, jak tylko przesiąść się do busa.

– Bak jest pusty. Wskaźnik paliwa jest zepsuty.

– Sierotom zawsze wiatr w oczy – skwitował Gibon. – Przelejemy kanister?

– Szkoda wachy – odparłem. – Ten złom jest mniej wart niż paliwo, które do niego zalejemy. Przepakujmy graty do busa i jedźmy do tego Kępna. Warto by było tam dotrzeć przed zapadnięciem zmroku.

– Chmurzy się… – powiedziała refleksyjnie Violet, spoglądając w niebo. – Będzie lało.

– Tego akurat można się było spodziewać. Powinniśmy jeszcze złapać gumę, żeby był komplet.

Wszyscy roześmialiśmy się ponuro.

– Zacznę przepakowywać pukawki. Violet podjedź bliżej.

Pomyślałem sobie, że gdyby mnie teraz tutaj zostawili, to mieliby jeden problem z głowy. Nie dałbym rady ich dogonić. Szanse na odnalezienie ich później, raczej nikłe. Mogliby swobodnie uciec do dowolnego miejsca w kraju lub zagranicą.

Przyznam, że trochę mi się zrobiło nieswojo, gdy wóz potoczył się z szumem po asfalcie.

– Tylko spróbuj – wyszeptałem.

Nie, nie poszłoby im tak łatwo. Posłałbym za nimi swoich najlepszych, ołowianych kolesi. Po oponach bym pociągnął. Wyrwałbym mu jaja i nakarmił nimi ją… Cholera, o czym ja myślę? Chyba mi odwala. Może to gorączka kabinowa. Przypomniał mi się nieszczęsny Aleksander, któremu pomogła dopiero ołowiana pigułka. Strasznie mu zmasakrowało głowę. Mózg, czaszka, krew… Wszystko.

Bus zatrzymał się przy Subaru. Podbiegłem, by przełożyć wszystkie spluwy. A oni nie odjeżdżali. To jeszcze nie był mój dzień. Jeszcze trochę…


Polub, by dostawać informacje o nowych rozdziałach:

Polub, jeśli podobają Ci się ilustracje:

Podobało Ci się?/Nie podobało Ci się? Skomentuj. Dzięki! :)