Rozdział VII.

Świt przywitał mnie sielsko. Wyszedłem na dwór w samych szortach, przeciągnąłem się i puściłem bąka. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, skąpa dieta i ruch bardzo mi służyły. W porównaniu z tym, co było przed Resetem, niebo a ziemia. I tak z myślą o tej zdrowotności, postanowiłem porobić sobie trochę kalisteniki. Wszak tężyzna fizyczna stała się jedną z podstaw przetrwania. Trochę pompek, przysiadów i podciągnięć. Taki trening pozwalał spożytkować energię z niewielkiej ilości spożywanych dziennie kalorii w sposób, co oczywiście procentowało.

Gdy jednak tylko zabrałem się za swoje sprawy, ujrzałem blond-piękność, która wybrała się na poranny jogging. Zawsze preferowałem brunetki, ale wiadomo, koniec świata to koniec świata, bierze się, co jest, i się nie wybrzydza. Wróciłem do hotelu po żonobijkę i obuwie, a ubrawszy się, zacząłem rozciągać mięśnie. Dziewczę biegało wokół obozu, po wewnętrznej stronie murów, więc zapewne czekało na nią pewnie jeszcze kilka okrążeń. Z zadowoleniem stwierdziłem, że zdążę jeszcze trochę za nią pobiegać i przyjrzeć się szczegółom anatomicznym.

No więc wdech i pierwsze kroki. Ruszyłem żwawo niczym gazela, dobiegłem do muru i skręciłem przeciwnie do wskazówek zegara, tak jak biegała blondyna. Od czasu do czasu widziałem ją w prześwicie pomiędzy jurtami i budynkami. Miała czarne leginsy, jakiś taki blado-seledynowy top, który czasy świetności miał już dawno za sobą, i czapkę z daszkiem przez którą przepuściła z tyłu warkocz. No cóż, była zbudowana jak należy, wszystko na swoim miejscu, proporcje mieszczące się pomiędzy dolnymi a górnym granicami. Choć wiadomo, że tak naprawdę liczy się tylko wewnętrzne piękno.

Nie miałem żadnych skonkretyzowanych planów. Ot, po prostu chciałem popatrzeć. Jak fotograf, który wybiera się na bezkrwawe łowy. Teoretycznie dopada sarnę, ale nic jej nie robi. Dziewczę jednak miało inne plany, gdyż jakby zwolniło i zrównało się ze mną.

– Cześć.

– Cześć – odparłem, żeby nie wyjść na buca. Choć muszę przyznać, że mocno wyszedłem z wprawy.

– Jesteś jednym z tych, którzy przyjechali wczoraj wieczorem? – zapytała. – Nazywam się Doryfea.

Doryfea? Cóż to za imię jest dziwaczne? Przedstawiłem się, ale przez chwilę jeszcze bezgłośnie mełłem w ustach jej imię.

– Tak, przyjechaliśmy wczoraj.

– Jesteście najemnikami? – brnęła dalej.

– Nie do końca. Mamy zespół muzyczny. Jedziemy do Łodzi na „Danza Extravaganza”. To taka impreza calypso, podobno najlepsza w Polsce.

– Szkoda.

– Szkoda, że jesteśmy przejazdem? No, ale zostaniemy tu może trochę. Musimy podładować akumulatory, zrobić zapasy…

– Szkoda, że nie jesteście najemnikami.

O co jej chodziło? To chyba prawda, że kobiety i mężczyźni są z dwóch, różnych planet. Gadają tak, jakby nie można było wprost.

– O co chodzi młoda damo? – zapytałem, przełamując wstyd żartobliwym tonem.

Tak swoją drogą to wcale nie była już taka młoda. Daleko po dwudziestce. Ale nie chciałem być niemiły. Doryfea zatrzymała się, by złapać oddech i zapewne powiedzieć nieco dłuższą kwestię, której tak na dobrą sprawę wcale nie miałem ochoty słuchać.

– Mój mąż… – zaczęła, a ja już wiedziałem, że nic z tego nie będzie – służy w zielonym plutonie. Zajmują się uprawami na zewnątrz – wyjaśniła zupełnie niepotrzebnie. – Dwa tygodnie temu uczestniczył w patrolu na pole komosy. Zostali zaatakowani przez bandytów. Do obozu wrócili wszyscy oprócz niego. Sądzę, że zwyczajnie zostawili go tam samego. – W jej oczach pojawiły się łzy. – Być może jest ranny. Odnajdź go. Dam ci wszystko, czego zażądasz. Wszystko.

Oferta zabrzmiała więcej niż interesująco, ale… Dwa tygodnie? Musiało jej chyba siąść na głowę z tej rozpaczy. Nikt nie przeżyłby dwóch tygodni poza obozem, w sąsiedztwie dzików i bandytów. Facet jest martwy, wzięty do niewoli lub po prostu prysnął. Takie rzeczy też się zdarzały i nie można było wykluczyć takiego scenariusza. Może babeczka była ciężka w obyciu. Czort wie!

Mimo wszystko nie miałem sumienia odbierać jej nadziei. Chciałem to ująć na tyle dyplomatycznie, aby nie odebrała tego jako zdecydowanej odmowy.

– Słuchaj… no… e… Gdzie dokładnie jest to pole?

– Jakieś trzy kilometry na południowy wschód od fortu. Wątpię żebyś zbłądził, ale na wszelki wypadek narysuję ci mapę. Przyjdź do mnie przed obiadem. Mieszkam w jurcie 4C. – Wskazała obiekt, który znajdował się mniej więcej pośrodku obozu. – Czuję, że on żyje, ale jego koledzy nie chcą mi powiedzieć, co naprawdę się stało. Dla mnie to wystarczający dowód na to, że coś jest nie tak.

No tak, dowód jak w mordę strzelił. W najlepszym wypadku facet dał nogę, w najgorszym kumple dali mu w czaban, żeby dobrać się do wdówki. Wiadomo: izolacja, samotność, długie, smutne wieczory i zmniejszona podaż płci pięknej.

– Spoko. Zrobię co w mojej mocy.

Co ja wygaduję? Po śniadaniu wsiądziemy w samochody i pojedziemy sobie w cholerę.

– Dziękuję ci. Naprawdę to doceniam. Wokół tej sprawy panuje zmowa milczenia. – Łzy pociekły po policzkach. – Długo czekałam, na jakiegoś najemnika.

I wtedy na białym rumaku przyjechałem ja.

– Spokojnie… Za wcześnie, by dzielić skórę na niedźwiedziu – powiedziałem. – Nie wiadomo jeszcze, jak się to wszystko skończy. Czy masz może jakieś zdjęcie męża? Muszę wiedzieć, jak on wygląda.

– Jasne. Oczywiście, że mam. – Wyjęła z pitery fotografię przedstawiającą gościa o dość głupkowatym wyglądzie i jeszcze durniejszym uczesaniu. – Ma na imię Aleksander.

Imię też niczego sobie. Wziąłem zdjęcie i schowałem… no nie miałem jak inaczej, schowałem je do gaci.

– Dobra, posłuchaj… Moi jeszcze śpią, więc wezmę broń z depozytu i spróbuję się tam przespacerować. To nie jest zbyt daleko. Sprawdzę to poletko, spróbuję wybadać co i jak. Jeżeli rzeczywiście jest tu jakaś afera, to może uda mi się znaleźć ślady, poszlaki czy może nawet twarde dowody.

Dziewczę rozpromieniło się i rzuciło mi się do szyi. Tak, tak… jestem dobry. Albo mięknę. Tak czy siak jest to etap przejściowy pomiędzy homo post-resetum a trupem. Zastanawiałem się czy nie zostawić jakiejś wiadomości dla Gibona i Violet. W końcu są teraz moją jedyną rodziną i będą się cholernie zamartwiać. Postanowiłem przed wyjściem odnaleźć tego chłopaka, Gawrona i zostawić mu wiadomość. Jak bym nie wrócił, to mieli męczyć Doryfeę. Tyle. Co to w ogóle za imię jest?

***

Piękny dzień. Słoneczko. Cieplutko. Aż szkoda umierać, myślałem sobie. Życie jest, jakie jest, ale jest. I nie wolno go postradać ot tak, lekką ręką. Szedłem więc sobie po ugorze z odbezpieczonym Steyrem na piersi, nigdzie wokół żywej duszy, jedynie na murach wolno spacerujący wartownicy, od czasu do czasu łypiący z ciekawością. Pewnie nie często zdarzało się, by ktoś z własnej woli wychodził sam na zewnątrz, więc w ruch musiały już pójść zakłady bukmacherskie.

– Hazard to okropna i zgrubna sprawa, frajerzy – mruknąłem pod ich adresem.

Co jakiś czas napotykałem na polu ślady rozrycia przez dziki lub opony wozów terenowych. W kilku miejscach leżały łuski, znacząc stanowiska, z których ostrzeliwano nocami fort. Swoją drogą trzeba mieć nerwy ze stali, żeby mieszkać w takiej lichej konstrukcji, pośrodku pustkowia, i jeszcze mieć za sąsiadów ludzi, dla których jedynym celem egzystencji jest zabijanie. Z bojówkarzami nie szło się dogadać. Nie można im było zapłacić, żeby odeszli. To była wojna totalna, do ostatniego człowieka.

Aż mnie ciarki przeszły, gdy o tym pomyślałem. I o tym, że właśnie spaceruję sobie pośrodku wielkiego pola, a w oddali rosną sobie kępki drzew, z których każda mogłaby skrywać jeepa i kilku psycholi z bronią. Mój AUG wcale nie sprawiał, że czułem się bezpieczniej. Może zdołałbym zabić jednego czy dwóch, ale sam na pewno nie uszedłbym z życiem.

W końcu idąc tak i rozmyślając o życiu i o tym, jak łatwo mógłbym je teraz stracić, dotarłem do rzeczonej uprawy komosy, która wyglądała tak, jakby się w niej dzik wytarzał. Wszystko było połamane, wszędzie było pełno skołtunionej szczeciny, przypominającej czarno-srebrne igły. Przykucnąłem i rozejrzałem się dookoła. Teraz stało się dla mnie wysoce prawdopodobne, że Aleksander podzielił los tamtego człowieka ze wsi. Może pozostali członkowie plutonu nie przyznali się jak było naprawdę, bo zwyczajnie stchórzyli i uciekli, zostawiając rannego, wrzeszczącego i pożeranego żywcem człowieka? Było to wielce prawdopodobne.

Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, że Doryfea obiecała dać mi wszystko czego zażądam, w zamian za przyprowadzenie jej męża, ale nie doprecyzowaliśmy, czy będzie się liczyło jeśli przyniosę… nie wiem… kość udową i kawałek krocza. Widziałem już, co te cholerne dziki potrafiły zrobić z człowiekiem.

No i o… Znalazłem zakrwawione majty. Wszystko jasne. Tylko czy majty będą wystarczającym dowodem? Czy Doryfea wyhaftowała na nich inicjały męża? Zacząłem patykiem obracać bieliznę w poszukiwaniu… Sam nie wiem czego. Spokoju nie dawał mi fakt, że poza gaciami nie było nic więcej. Co z butami? Co ze spodniami, zegarkiem, kurtką i bronią? Bo na pewno musiał mieć jakiś karabin czy chociażby pistolet, nóż… Nie wiem! Mam niby uwierzyć, że z tego wszystkiego pozostały tylko majty?

Aż mi się niedobrze zrobiło.

– Ręce do góry!

No i doigrałem się. Puściłem karabin, który smętnie zawisł na tasiemce, i powoli uniosłem dłonie ku niebiosom, jak sobie tego życzył człowiek za moimi plecami. Masz babo placek. Z ruchania nici. Z „Danza Extravaganza” nici. Tylko kulka w potylicę i płytki grób. O ile w ogóle jakiś grób.

– Ale o co chodzi? – próbowałem wymacać grunt, znaleźć jakikolwiek punkt zaczepienia.

– Kim jesteś i czego się tu szwendasz?

Powiedzieć prawdę? A może nie zamykać się w pytaniu? Mógł to być ktoś z Arki, ale równie dobrze nie. Sporo tu bandziorów grasowało, a każdy liczył na łatwy łup i anihilację.

– Przyszedłem z fortu. – Postanowiłem zagrać va banque. Zbóje chyba nie robią wywiadu środowiskowego tylko od razu biorą życie. – Szukam kogoś. Właściwie chyba znalazłem. – Kiwnąłem głową na majty.

– Odwróć się. Ale powoli i bez sztuczek. Bo zrobię ci drugą dziurę w dupie.

Odwróciłem się powoli i bez sztuczek. Tak, jak sobie życzył. Moim oczom ukazał się Aleksander we własnej osobie. W porwanych, brudnych ciuchach. Wychudzony jak siedem nieszczęść. Ale Aleksander. Jednak.

– No dobra… Prawie się zesrałem ze strachu, ale chyba czas już wracać do żony, co? – zapytałem opuszczając ręce.

– Nie pozwoliłem opuścić rąk! – krzyknął i zamachał lufą pistoletu Heckler & Koch USP, takiego, o jakim zawsze marzyłem. – Więc przysłała cie moja żoneczka, tak?

Oho… sprawa jest nieco bardziej skomplikowana, niżby mogło się z początku wydawać. Zdaje się, że wpierdzieliłem się w środek awantury rodzinnej i być może oberwę jakimś rykoszetem, jeżeli nie zdołam się w porę wykręcić.

– Słuchaj, no taaak… Poprosiła mnie, żebym sprawdził, co z tobą. Nikt jej nie chciał udzielić żadnej informacji. Rozumiem, że twoi koledzy o wszystkim wiedzą i kryją cię. Nie widzę w tym żadnego problemu, to nie jest moja sprawa. Wrócę do fortu, powiem, że cię nie widziałem i jeszcze dziś wyruszę w dalszą drogę, w porządku?

Aleksander przez chwilę się wahał, a do mnie docierało pomału, że to czubek. Słyszałem o takich przypadkach. Gorączka kabinowa. Gdy ludzie siedzą zamknięci na małej przestrzeni, to czasami niektórym odwala. Zaczynają nacierać się swoimi odchodami albo po prostu je zjadać.
Pomyślałem sobie, że byłoby strasznie niezręcznie ginąć z rąk świra i to jeszcze w takich wspaniałych okolicznościach przyrody. Otaczały mnie łąki i pola, ćwierkały ptaki, słoneczko grzało. I na pewno zaraz pacan wymyśli coś głupiego, na przykład palnie mi w łeb. Popaprany dzień. Totalna spierdolina.

– No dobra… Co musi się stać, żebyś mnie puścił wolno? – spytałem najbardziej dyplomatycznie, jak umiałem. – Mogę ci oddać karabin.

– Nie chcę twojej broni – odparł szybko.

Uff… Chyba bym się zesrał, gdybym miał drałować po tym polu, mając za plecami szaleńca uzbrojonego w Steyra.

Swoją drogą moja broń była odbezpieczona. Gdybym w jakikolwiek sposób uzyskał przewagę jednej sekundy, mógłbym rozwalić mu łeb, nim zdążyłby ściągnąć spust. A nawet gdyby zdążył, to za chuja by nie wycelował. Poszłoby gdzieś bokiem może. No, ale pewnie czubek nie był aż tak głupi, żeby dać odwrócić swoją uwagę jakąś pierdołą.

– A czego chcesz?

Postanowiłem pociągnąć nieco temat, by zyskać na czasie. Może sam się namyśli i dojdzie do jakiegoś konstruktywnego wniosku.

– Pogadajmy otwarcie. Czego potrzebujesz? Mogę ci pomóc w wielu sprawach. Prochy? Dziwki?

Na jego czole pojawiły się krople potu. Ewidentnie bił się z myślami. I chyba przegrywał. Łapy mu się trzęsły. Cały czas z tyłu głowy miałem powiedzenie, że każda broń, raz do roku strzela sama. Miałem nadzieję, że dla tego gnata nie był to właśnie ten dzień.

– Chcę, żeby ten cały cholerny koszmar wreszcie się skończył! Chcę żyć normalnie jak człowiek! Chcę móc chodzić do sklepu i kupować jedzenie, zamiast hodować je, jak jakieś pierdolone zwierzę!

Nie zamierzałem wdawać się z nim w zbędną polemikę. Potakiwałem jak jeden z tych śmiesznych piesków, które stawia się w aucie na tylnej półce.

– Wiem, że nie jest łatwo. Nie uwierzysz, ale codziennie rano mam podobne myśli…

– Akurat! Co ty tam wiesz? Jesteś pewnie jednym z tych kolesi, którzy jeżdżą od osady do osady! Codziennie inne miejsce, inne twarze… Żyjesz. Oddychasz! Nie masz pojęcia jak to jest być zamkniętym w tej puszce! Dusimy się w swoim smrodzie! – Jego głos stawał się coraz bardziej płaczliwy i drżący. – Gówno wiesz!

Widziałem jako lufa niebezpiecznie tańczy w powietrzu.

– Słuchaj, a może pojechałbyś z nami? Doryfea nigdy się nie dowie…

– Kurwa!

I wtedy problem rozwiązał się sam. Choć oczywiście nie w sposób, który by mi jakoś szczególnie pomógł. Aleksander po prostu włożył lufę do ust i pociągnął za spust. Z utrwalonym na twarzy wyrazem rozpaczy padł na na kolana, a z dymiącej dziury na szczycie głowy wypływała wartka struga krwi. Zwiotczałe ciało osunęło się ku ziemi najprostszą, możliwą trajektorią, do tyłu, ze zgiętymi kolanami, przybierając groteskowy układ.

– Ty chuju – mruknąłem pod nosem.

Byłem trochę wstrząśnięty, ale szybko okazało się, że nie ma czasu na żal czy chociażby ewakuację ciała. W krzakach, jakiś kilometr dalej, rozbrzmiał ryk silnika wysokoprężnego, a chwilę potem w niebo wzleciała sina chmura spalin.

Cudem przemogłem ciekawość i rzuciłem się w stronę Arki. Przede mną były trzy kilometry nierównego pola, co dawało mi pewną nadzieję. Nierówne pole ma to do siebie, że jest niezbyt komfortowym podłożem dla wszelkiego rodzaju pojazdów mechanicznych. Liczyłem, że kiedy zbliżę się do murów, strażnicy otworzą ogień do ścigającego mnie pojazdu, a bandyci odpuszczą. Bardzo na to liczyłem. Gotów byłem pójść na poranne nabożeństwo, gdybym tylko dostał taką szansę od losu.

Zanim jednak to nastąpiło, musiałem biec, a szybki bieg po nierównym polu jest męczący i niebezpieczny. Szczęśliwie miałem wyższe, wojskowe buty, które dobrze trzymały kostkę. W przeciwnym razie pewnie zaraz bym ją skręcił, a ryczący potwór przerobiłby mnie na smoothie z buraka.

Rzuciłem szybkie spojrzenie przez ramię. To był jakiś wóz bojowy. Kołowy. Strasznie skakał na wertepach. Kierowca zmuszony był nieco zwolnić i w końcu zatrzymał się całkowicie, burtą do mnie, a ja rozpoznałem w nim Skota. Musieli go wydobyć z jakiegoś muzeum. Ale skąd cholerni bandyci brali wachę do tego ustrojstwa? Musiało spalać hektolitry!

Przystanąłem, by złapać oddech i pogroziłem im palcem. Po chwili znów rzuciłem się do biegu, gdy wieżyczka z działkiem zaczęła odwracać się w moją stronę. Nie otworzyli ognia. Pewnie nie mieli amunicji i chcieli mnie tylko postraszyć. A przynajmniej taką wersję przyjąłem dla własnego spokoju, bo potem jeszcze przez kilka minut drałowałem szybkim marszem, z atakiem kolki, mając za plecami stalową bestię. Niezła beka.

– Grzybów chyba nie nazbierałeś, co? – zaśmiał się jakiś fiut z murów, gdy w końcu dotarłem do Arki.

Pokazałem mu środkowy palec, ale szybko zluzowałem, bo czekała mnie jeszcze jedna trudna misja: przekazania newsa o zgonie Aleksandra współplemieńcom. Takie sprawy zawsze są przykre. I zawsze są jakieś płaczące kobiety.

– Miałeś szczęście. – Przywitał mnie w bramie dowódca straży. – Więcej szczęścia niż rozumu. Po coś się tam pchał? Życie ci niemiłe?

– Po waszego kolesia Aleksandra.

Niezbyt dobrze to rozegrałem. Powiedziałem od razu wszystko na bramie i informację o śmierci męża przekazał dziewczynie szef jakiegoś wydziału czy czegoś. Zapewne to właśnie jemu przypadła w udziale trudna misja udzielenia wsparcia moralnego i duchowego świeżo owdowiałej kobiecie.

W okolicach południa dwa dżipy zwiozły z pola ciało. Choć dla mnie sprawa była całkowicie jasna, znalazł się oczywiście dupek, który musiał dopatrzeć się w tym wszystkim zamachu. Balistyk od siedmiu boleści obejrzał trupa i stwierdził, że to nie możliwe, by Aleksander strzelił sobie w ryj pod takim kątem, i że raczej konieczny był w tym wszystkim udział osób trzecich. Osoba trzecia była w tej sytuacji tylko jedna, mianowicie ja, w związku z czym zabrano mnie na posterunek lokalnej milicji, bym złożył wyjaśnienia. Wylądowałem w areszcie, który na moje nieszczęście był chyba jedynym, naprawdę solidnym budynkiem w całej Arce.

Sama cela nie miała okien, ani żadnego innego źródła światła. Była tak ciasna, że można w niej było tylko stać, ewentualnie złożyć się jak scyzoryk, zapierając o ściany. Po kilkudziesięciu minutach wszystko bolało jak cholera. W takich warunkach trzymali mnie bez jedzenia i picia, przez kilka lub kilkanaście godzin. Sam nie wiem, bo w tej ciemności kompletnie straciłem poczucie czasu.

Kiedy zaklekotała zasuwa otwieranych drzwi, była noc. Dwóch kolesi w kominiarkach wywlekło mnie z celi i brutalnie rzuciło na podłogę.

– Napływowy śmieć! – krzyknął ktoś za moimi plecami.

Przed moim nosem pojawiły się ubłocone, ciężkie buciory.

– Prawo jest prawem i istnieje po to, by go przestrzegać. Takie ludzkie ścierwo jak ty chyba nigdy nie pojmie nawet tak prostych zasad.

Spojrzałem w górę, ale zgodnie z moimi podejrzeniami, zobaczyłem tylko kominiarkę i parę ciemnych oczu. Facet ubrany był w kombinezon maskujący i kamizelkę taktyczną, przez co wyglądał jak jakiś czeczeński bojownik.

– No i jak? Dlaczego zabiłeś biednego Aleksandra?

– Nie zabił…

Nie skończyłem, ponieważ ciężki bucior spoczął na mojej głowie, wciskając twarz w mokry od szczyn i krwi beton.

– Posłuchaj śmieciu! – warknął mężczyzna. – Nie mam ochoty słuchać kłamstw. Wyciągnę z ciebie prawdę, choćbym miał ją wydobyć z twojej głowy przy pomocy młotka!

– Nie zawiłem go – wymamrotałem niewyraźnie. – Palnął sowie w łew.

– Jasne. Szkoda tylko, że nie masz na to żadnych świadków.

Potem dostałem kilkanaście razy pałą po całym ciele i znów zamknięto mnie w celi. Do tej pory siedzenie w niej było potwornym koszmarem. Z tymi wszystkimi siniakami i puchnącymi obtłuczeniami, to był horror w najczystszej postaci. Skóra paliła mnie żywym ogniem i myślałem, że umrę z samego tylko bólu. Do tego jeszcze nieludzkie pragnienie oraz niemożność zaśnięcia. Wyczerpanie sprawiało, że zamykałem powieki i odpływałem na chwilkę, lecz rzeczywistość wracała z każdym bolesnym ruchem. I tak trwało to i trwało w nieskończoność.

***

Skurwielom niemal udało się mnie złamać. Nie jestem jakimś gigantem, super-szpiegiem wyszkolonym do tego, by za żadne skarby nie puścić pary z ust. Przed Resetem wykonywałem jakąś na wpół fikcyjną pracę biurową. Potem wiele razy pragnąłem umrzeć, widząc to, co się działo i nie odczuwając nawet krzty nadziei na poprawę. Nie byłem zahartowanym twardzielem. Raczej pozerem, któremu przypadkiem udało się parę razy trafić w cel. To wszystko.

Zapragnąłem, by koszmar skończył się. Jak najszybciej. Teraz. Nawet jeśli mieli mi zafundować jakąś wymyślną, pokazową egzekucję.
Kiedy otworzyły się drzwi, byłem już na wpół oszalały i gotowy do wyznania win, jednak z moich ust płynął tylko bełkot i ślina. Nikt o nic nie pytał, ani nie oczekiwał żadnych odpowiedzi. Wywlekli mnie na zewnątrz i wtedy dotarło do mnie, że koniec jest bliski. Właśnie tak się to miało odbyć: brutalne przesłuchanie, fikcyjny proces bez mojej obecności i wyrok. Surowa kara. Egzekucja. No trudno…

– Czy zabiłeś Aleksandra? – usłyszałem zachrypnięty głos, należący do kogoś dużo starszego, niż moi oprawcy.

Ostatkiem sił uniosłem głowę. Wśród otaczających mnie ludzi, ujrzałem zalaną łzami Doryfeę, pogrążonego w smutku Gawrona i moich towarzyszy. Mężczyzna, który stał przede mną, nie był tym, który przesłuchiwał mnie poprzednim razem. Był to chyba sam Noe, który w Arce pełnił funkcję przywódcy. Stary, żylasty i surowy.

– Nie – powiedziałem z wielkim trudem, słabym głosem.

Wokół rozległ się szmer. Posypały się bluzgi i żądania mojej głowy.

– Cisza! – krzyknął Noe. – Nasz dom nie może być domem bezprawia! Nie jesteśmy barbarzyńcami jak tamci! – Wskazał ręką bliżej nieokreślony kierunek. – Dlatego kierować się musimy starą, dobrą zasadą, która mówi, że bez dowodów podejrzany jest niewinny! I dopóki ktoś nie udowodni mi, że jest inaczej, nie pozwolę skrzywdzić tego człowieka!

Szmer przerodził się w gwar. Najwyraźniej ludziom nie spodobały się słowa ich szefa, a ja instynktownie skuliłem się w sobie, by uchronić się przed nadlatującymi kamieniami. Nie ulegało wątpliwości, że jeśli sytuacja nie zostanie opanowana, dojdzie do linczu. Patrzyłem w ziemię, nie mogąc utrzymać głowy i czekałem. Szczęśliwie znalazł się ktoś, kto zachował przytomność i wyprowadził mnie z placu. Nie miałem pojęcia, co się ze mną dzieje. Byłem wleczony po ziemi. A kiedy wreszcie znalazłem się pod dachem, okazało się, że trafiłem do jurty samego szefa.

Noe był wysokim, niezdrowo wychudzonym starcem. Na szyi zawieszony miał złoty łańcuch z wielkim, zdobionym ornamentami krzyżem. Chyba był pastorem albo kimś takim.

– Nie widziałem cię dziś rano na nabożeństwie…

Tak, był pastorem.

– Chciałem pomóc tej dziewczynie odszukać jej męża…

– No tak, tak. To już wiemy. – Noe usiadł za biurkiem i położył suchą, kościstą dłoń na biblii. – Jestem ci bardzo wdzięczny za to, co zrobiłeś. Choć oczywiście cała sprawa nie zakończyła się zbyt szczęśliwie dla nikogo. W szczególności dla Aleksandra i tej biednej dziewczyny. Jak rozumiem, odebrał sobie życie sam.

– Chyba nie sądzi pan…

– Oczywiście, że nie sądzę. Od sądzenia jest Pan – żachnął się Noe. – Ja jestem tylko jego skromnym sługą, który usiłuje przeprowadzić owieczki przez dolinę ciemności.

Podsunął mi kubek z wodą, a ja szybko i łapczywie opróżniłem naczynie.

– Facet był mocno zestresowany. – Mówienie nadal przychodziło mi z trudem, ale zdawałem sobie sprawę z tego, że właśnie teraz jest najlepszy moment. – Myślę, że zamknięcie bardzo mu zaszkodziło. Słyszał pan o gorączce kabinowej?

– Jakiś wynalazek lewaków? – Uśmiechnął się tak, że nie wiedziałem czy żartuje, czy mówi serio. – Wierzę, że problem tkwił gdzie indziej. Rzadko ostatnio widywałem go w kościele. Dawniej był to człowiek wielkiej wiary, ale w ostatnich miesiącach…

Ach tak?

– Nie chciałbym się wypowiadać w kwestii wiary, bo się nie za bardzo znam – powiedziałem zgodnie z prawdą – niemniej jednak wszystko było tak, jak opowiedziałem tamtemu strażnikowi. Aleksander trzymał mnie na muszce i nijak nie mogłem mu zrobić krzywdy, bo gdybym tylko się ruszył, rozwaliłby mnie. No, a później palnął sobie w garnek i finito.

– Nikt cię o nic nie oskarża synu. Dziękuję ci za to, co zrobiłeś. Aleksander zgrzeszył odbierając sobie życie, a jego dusza skazana jest na wieczne potępienie, ale wszyscy będziemy się modlić za niego.

Wyglądało na to, że Noe wszystko traktował śmiertelnie poważnie.

– No dobra… cóż… nie ma za co – powiedziałem i odwróciłem się do drzwi.

– Zaczekaj jeszcze. – Pastor wstał, zbliżył się do mnie niedźwiedziowatym krokiem i położył mi obie dłonie na ramionach. – Codziennie oglądamy koniec świata. Słońce zachodzi, ludzie opuszczają nas… Czasem spotyka nas inne nieszczęście jak śmiertelna choroba… – Westchnął. – Sam jestem śmiertelnie chory.

– Przykro mi.

– Nie szukam współczucia. Mówię o tym, bo chcę, żebyś zrozumiał. W obliczu wszechogarniającego nieszczęścia, pokazałeś czym jest braterstwo. To jest w życiu najważniejsze. Nie opuściłeś swojej siostry i brata w potrzebie. Chwyciłeś za broń i stawiłeś czoła własnym lękom. Dzięki tobie wstało słońce dla wielu z nas, choćby na krótką chwilę. Albowiem żyjemy w mroku.

– Dziękuję raz jeszcze.

Nie ma co. Facet nie ma równo pod czaszką. Choć jego słowa, pomimo oczywistej absurdalności, w jakimś stopniu docierały do mnie, poruszając jakąś ukrytą głęboko strunę. Noe nie mógł znać moich prawdziwych intencji, które nie były aż tak szlachetne. Ale wewnętrznie czułem, że jego słowa to była znacznie grubsza sprawa.

Głupio mi się zrobiło, więc pożegnałem się i wyszedłem. Obolały i skatowany, przemykałem bokiem, by nie rzucać się w oczy. Wróciłem do hotelu, gdzie pod czułą opieką moich towarzyszy odespałem nieco. A gdy wstałem, Brat postawił przede mną talerz strawy i sto gramów czystej, którą wbrew zakazom zbunkrował w swoim siedliszczu.

***

– To jest Piter, dowódca czerwonych.

Piter uścisnął dłoń każdemu z nas, po kolei. Był drobny, dość niepozorny jak na dowódcę drużyny szybkiego reagowania. Ale Gawron ręczył za niego, a to była dla nas wystarczająca rekomendacja.

– Kiedy otworzymy bramę, w pierwszej kolejności wyjadą nasze dwa jeepy – zaczął bez zbędnych ceregieli. – Ruszycie od razu za nimi. Konwój będą zamykały jeszcze dwa wozy. Do tego ja i Bosman na motocyklach. Jedziemy na północ, później skręcamy na Rogożę. Odeskortujemy was aż do drogi E261, a później już pojedziecie sobie, gdzie chcecie.

Piter miał na sobie kompletny ubiór moro oraz ochraniacze na kolana, łokcie i golenie. W swoim enduro zamontował na kierownicy zmodyfikowanego Beryla z elektrospustem, który podłączony był do przycisku żelowego na manetce. Mógł strzelać nie odrywając dłoni od kierownicy i prawdopodobnie był w tym zabójczo dobry.

– Okay, fajny plan – powiedziałem, przeżuwając kawałek suszonego… czegoś – ale właśnie gdzieś tam, na polach była ta ich piekielna machina – powiedziałem.

– Postaramy się ją wywabić i odciągnąć w innym kierunku. Ważne jest, byście przez cały czas trwania operacji mieli dobre zorientowanie w tym co się dzieje wokół. Musicie wykorzystać odpowiedni moment, by wysforować się i zniknąć im z oczu.

– Jabol Obermajsterfujar!

Zaryczały silniki, zapachniało spalinami i szczęknęła broń. Wrota rozwarły się i dwa pierwsze jeepy opuściły Arkę z potwornym hałasem.


Zostaw opinię na lubimyczytac.pl. Każda jest dla mnie bardzo cenna!

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/3996535/reset

Polub, by dostawać informacje o nowych rozdziałach:

Polub, jeśli podobają Ci się ilustracje:

Podobało Ci się?/Nie podobało Ci się? Skomentuj. Dzięki! :)