Rozdział VI.

Wszystkie graty zebraliśmy w jednym miejscu. Uwzględniwszy rzeczy osobiste Maxa i Mengele oraz zabitych bojowników, uzbierała się całkiem pokaźna kupka. Część musieliśmy po prostu zabunkrować na terenie Anorgany. Było raczej mało prawdopodobne, że kiedykolwiek byśmy po to wrócili, ale skoro już spadła na nas klątwa urodzaju, nie zamierzaliśmy niczego wyrzucać bez sensu.

Kilka rzeczy w lepszym stanie wytypowaliśmy na sprzedaż i załadowaliśmy do Subaru. Zamierzaliśmy to wszystko wymienić na złoto albo coś równie pojemnego. Rzeczy, które chcieliśmy zatrzymać dla siebie, wpakowaliśmy do busa. Sam do Steyra zdążyłem się już przywiązać, więc przewiesiłem go sobie przez ramię i wyzbierałem wszystkie pasujące magazynki. Kałach poszedł w do wozu, jako rezerwa.

Paliwa i żywności nie mieliśmy dużo, ale wystarczająco dużo, by dojechać do jakiejś większej osady, gdzie byłaby możliwość pohandlować. Zresztą, póki mieliśmy bałałajki i organy, zawsze można było coś pograć za kawał sera i miskę kaszy z omastą.

Po drodze do Łodzi, w pobliżu Kępna, znajdował się zajazd Pod poderżniętym gardłem, gdzie zdarzyło nam się wcześniej odwalić parę chałtur. Legendarne miejsce. Nie było tam może wielkich pieniędzy, ale miejscówka miała ogromną zaletę pod postacią placu targowego, gdzie można było sprzedać dosłownie wszystko. Mieściła się też niemal przy samej drodze S8, co zapewniało stałą cyrkulację klienteli.

– No, to co? Czas na nas gołąbeczki – powiedziałem puszczając oczko do Violet. – Załoga! Do wozu! Ja poprowadzę brykę Maxa. Zawsze marzyłem o byciu wojownikiem szos.

– Akurat! Ty prowadziłeś ciężarówkę! Teraz moja kolej! – Gibon też się napalił na Subaru.

– Łołoło… Momencik kurwa! Kto to wszystko zorganizował? O ile pamiętam, to chyba ja, nie? Wy chcieliście mnie zlinczować i powiesić za jajca. Więc teraz wara od mojej zdobyczy!

Giboniasty się skrzywił, ale ostatecznie dał za wygraną. Wsiadł do busa i klepnął w drzwi. Mała ruszyła, a ja udałem się w kierunku mojego nowego wozu. Lżej mi się zrobiło na duszy, gdy ujrzawszy to cacko przypomniałem sobie, że jego właściciel gryzie glebę. Pochowaliśmy ich wszystkich, gdzieś między budynkami, w niezbyt głębokich grobach. Nie zostawia się ludzi dla psów.

Odpaliłem i dałem mu trochę gazu na luzie. Ryk, który rozerwał powietrze, sprawił, że zrobiłem się mokry. Jeśli w okolicy przebywał ktoś jeszcze, to z pewnością też musiał zwilgotnieć. Ale nie dbałem o to. Mając w pamięci, jak ostatnim razem moi pobratymcy zostawili mnie w tyle, postanowiłem urządzić rewanż i zabawić się ich kosztem. Wcisnąłem gaz do podłogi, wrzuciłem jedynkę i puściłem sprzęgło. Chmura żużlu wzbiła się w powietrze, obsypując naszego busika.

– In your face debile! – krzyknąłem, choć nie mieli prawa mnie słyszeć. Nie przez ryk trzystukonnego boxera.

I już mnie nie było. To znaczy ich nie było. Ja siedziałem sobie spokojnie, wciśnięty w fotel kubełkowy i prułem leśną szosą jak w trzecim Need For Speed, który zawsze uważałem za szczytowe osiągnięcie serii. Brakowało mi tylko dynamicznej muzy, ale szybko naprawiłem ten błąd, gdyż okazało się, że ten pajac Max wmontował sobie całkiem przyzwoite audio. Z subwoofera popłynęło dudnienie, które brutalnie targało moimi jelitami. Było dobrze, albo nawet lepiej niż dobrze. Wreszcie wychodziliśmy na prostą. Ja wychodziłem na prostą. Docisnąłem gazu i wskazówka prędkościomierza szybko doskoczyła do dwustu kilometrów. Widok za oknem rozmazał się w czarno-zielony kleks. Jebać zwidy! Jebać biedę! Jebać koniec świata!

***

Po parunastu minutach szaleńczej jazdy dotarłem do wsi, o zupełnie nieznaczącej nazwie. Jej najistotniejszą cechą było to, że droga zakręcała o dziewięćdziesiąt stopni w prawo, co wymusiło na mnie hamowanie i redukcję biegów. Byłoby głupio, gdybym się tu roztrzaskał, po tym wszystkim, co udało mi się przetrwać.

Kątem oka ujrzałem stado dzików. Zwolniłem. Bestie rozwlekały ludzkie zwłoki. Jeden wyciągał jelita, inny próbował odgryźć nogę, dwa pozostałe grzebały ryjami we wnętrznościach. Widziałem to doskonale w lusterku wstecznym i coś mnie ruszyło. Zatrzymałem się i zgasiłem silnik. Nikt nie zasługuje na taki okropny los. Nikt. Ponadto takim dzikiem to w sumie można chyba nieźle podjeść. Asterix i Obelix szamali głównie dziki i mieli mnóstwo siły.

Odbezpieczyłem Steyra i wysiadłem z auta. Ułożyłem kolbę w dołku strzeleckim, przyłożyłem oko do przyrządów celowniczych i strzeliłem. AUG jest naprawdę głośny. Dziki zerwały się do ucieczki. Jeden od razu zachwiał się i padł, wierzgając jeszcze przez chwilę racicami. Nie zamierzałem brać jeńców. Pociągnąłem za spust kolejny raz. Większość pocisków trafiła gdzieś w ziemię, tuż przed uciekającymi bestiami lub tuż za nimi. Trudno. Przynajmniej odpuściły trupa, pomyślałem i załadowałem nowy magazynek na wypadek, gdyby zdecydowały jednak wrócić na deser. Albo gdyby miał się zjawić ktoś jeszcze.

Szczątki należały do mężczyzny, na oko pięćdziesięcioletniego. Pewnie mieszkał w jednym z tych domów i wyszedł po wodę lub na polowanie. Rozejrzałem się wokół w poszukiwaniu świateł w oknach. Naturalnie niczego takiego nie było. Okna ziały martwą pustką. Nawet jeśli ktoś mnie obserwował, zapewne pogasił wszystkie świeczki i właśnie robił pod siebie ze strachu. Lub, co gorsza, brał mnie na cel.

Wkrótce nadjechał bus. Gibon zatrzymał się tuż przed Subaru i wysiadł.

– Co jest?

– Dziki zeżarły faceta – odparłem krótko i rzeczowo. – Przegoniłem je, ale myślę, że trzeba… wypada go pochować.

– Nie traćmy czasu. Zostawiliśmy łopatę w Anorganie. Mamy tylko saperkę. Jak zakopiesz go płytko, zwierzęta wykopią i rozwleką. Nie pomożesz mu w żaden sposób.

– To może chociaż spalmy go? – zaproponowałem. – To nie po chrześcijańsku tak zostawiać zmarłego na pastwę bestii.

– Dobra, ale szybko. Ktoś może siedzieć w tych domach.

Gibon wyjął z wozu kanister z ropą i obficie polał zwłoki, które wcześniej ja patykiem zebrałem mniej więcej w jedno miejsce. Trochę mi już podchodziło do gardła, a nie lubię marnować jedzenia.

– Chcesz coś powiedzieć? – spytał mój towarzysz.

– Tak. Wypada, żebym może coś powiedział. – Stanąłem nad zwłokami i zamilkłem na moment w uniesionym skupieniu. Potem słowa popłynęły same. – Nie jestem szczególnie religijnym człowiekiem. Nie modliłem się od… kilkunastu lat. Nie jestem także pewien czy wierzę. Ale w czasach, w jakich przyszło nam żyć… dzisiaj… każdy jest rozbitkiem.

Spojrzałem na Gibona. Zachowywał powagę, więc ciągnąłem dalej.

– Tak… każdy jest rozbitkiem. I choć niektórym z nas udaje się utrzymać się na falach, inni giną pod powierzchnią i spadają coraz niżej i niżej. I już nie wracają. W tych mrocznych czasach ważne jak cholera jest to, byśmy mogli zatrzymać się nad drugim człowiekiem i… uczynić jakiś gest, choćby najdrobniejszy. – Zrobiłem wymowną pauzę i nabrałem powietrza, by po chwili dalej ciągnąć natchnionym, duszpasterskim głosem. – Oto jeden z nas, nasz brat, trafił już do domu Ojca. A jedyne, co możemy dla niego zrobić, to zadbać, by jego doczesna powłoka nie została tu do reszty zbezczeszczona przez te dzikie, bezbożne zwierzęta. W tym celu eeee…

– No, ciśniemy powłokę w ogień – poratował mnie Gibon.

– Tak… Ciśniemy w oczyszczający ogień. Mamy nadzieję, że nasz brat już przekroczył bramy i jest w domu ojca. Amen.

Gibon odpalił zapaliczkę benzynową Maxa i przyłożył do kałuży ropy. Płyn nie chciał się zająć, więc wyjął z kieszeni tłusty papier, w który zawinięty miał wcześniej lunch. Płomień ogarnął rozpałkę, a zaraz potem całą kupkę szczątków, które zaczęły skwierczeć i wydawać intensywny, nieprzyjemny zapach.

Staliśmy tak i patrzyliśmy jeszcze przez chwilę, starając się unikać kłębów czarnego, duszącego dymu. Violet nie wyszła z samochodu, ale byliśmy przekonani, że w głębi duszy, na swój sposób przeżywa to równie mocno jak my. Gdy zbliżyliśmy się do auta, zapytała przez uchylone okno:

– Co wy tam do cholery wyprawiacie? Słup dymu widać na pewno z wielu kilometrów!

– Spaliliśmy zwłoki tego nieszczęśnika – odparłem nie zatrzymując się. – Tak właśnie powinno się robić. Tak robią cywilizowani ludzie. Ruszajmy. Zaczyna się robić ciemno.

Jazda po zmierzchu zawsze była głupim pomysłem, przez wzgląd na konieczność używania świateł. Samochód z zapalonymi światłami jest doskonale widoczny, nawet z dużych odległości, szczególnie dla tego, kto chciał samochód dostrzec. Nie uśmiechało nam się szukanie noclegu po ciemku, na niesprawdzonym terenie. Najbliższym, przyjaznym lokum, do którego mieliśmy nadzieję bezpiecznie dotrzeć, było dawne lotnisko sportowe w Szymanowie. Po Resecie mieszkańcy okolicznych domów zebrali się tam i założyli obóz. Przez kolejne miesiące pracowicie wznosili obwarowania, improwizowane z tego, co znaleźli. Swój fort nazwali trochę górnolotnie, ale w sumie fajnie, bo Arka. Niczym ta biblijna Arka, na której Noe wraz z rodziną skrył się przed potopem. Zresztą, żeby było zabawniej, ich szef nazwał się właśnie Noe. Musiał być szurnięty.

Choć Arka znajdowała się rzut beretem od Festung Breslau, jej mieszkańcy nie czuli się szczególnie związani z twierdzą. Utrzymywali wymianę handlową, ale ideologicznie odcinali się od separatystów, co można by interpretować jako poparcie dla rządu. Ale rządu też nie popierali. Wyznawali proste zasady: dom jest święty, należy pomóc każdemu potrzebującemu. Ale jednocześnie potrzebujący musiał bezwzględnie dostosować się do wewnętrznych zasad i przejawiać głęboki szacunek dla domu. Inaczej nie było mowy o jakiejkolwiek pomocy.

W Arce byłem raz i najbardziej uderzyła mnie właśnie ta cześć, jaką otaczali swoją przestrzeń życiową, swoją oazę. Kazali zdejmować buty przed wejściem do jurt, które wyłożone były barwnymi dywanami, a później rozpoczynali bardzo pieczołowity rytuał parzenia herbaty i podawania jej w niskich, szerokich naczynkach, wykutych przez lokalnego kowala. Do najważniejszych budynków nie można było wchodzić z bronią. Ale dotyczyło to tylko obywateli, którzy z bronią się nie rozstawali. Goście musieli oddać broń do depozytu, podczas całego pobytu w Arce. Fort zdawał się być idealnym miejscem na spędzenie reszty życia. Choć wiedziałem, że tak mała osada nie ma szans na samodzielne przetrwanie.

Gdy dotarliśmy na miejsce, było już kompletnie ciemno i miałem stracha jak cholera. Słyszałem, że bandyci często ukrywają się niedaleko drogi dojazdowej i czyhają właśnie na takie okazje – przypadkowych podróżnych, którzy przybywają do fortu nocą. Na zupełnie nieoświetlonych, polnych drogach, konieczne było używanie świateł, a przez te wertepy jechało się bardzo powoli, więc ostrzelanie nas z kałacha lub nawet z RPG, nie stanowiło najmniejszego problemu. Co z tego, że w takich sytuacjach podnoszono alarm i wyjeżdżały łaziki patrolowe? Bandyci od razu kryli się po zaroślach, a później wracali tylko po łup. Lub napadali powracający do fortu na patrol. Podobno nieraz taka otwarta bitwa toczyła się nocą pod murami Arki i nie było za bardzo co zrobić, bo trzeba było szybko zamykać bramę. Ludzie prowadzili ostrzał z murów, a ci, którzy zostali na zewnątrz, byli skazani na śmierć lub porwanie dla okupu.

– Otwórz drzwi i wyjdź na zewnątrz! – krzyknął wartownik na wieży, celując w nas z karabinu maszynowego PKS.

Nie miałem zamiaru robić niczego głupiego. Wysiadłem z rękami uniesionymi ku górze. Steyr swobodnie wisiał na pasku. Wypięty magazynek trzymałem w dłoni, na widoku.

– Kim jesteście, skąd przyjeżdżacie i dokąd jedziecie? – zawołał drugi strażnik, chyba ktoś ważniejszy.

Powiedziałem wszystko ładnie, jak na spowiedzi, niczego nie zatajając. Koleś kazał jeszcze Gibonowi i Violet pokazać facjaty, a następnie otworzono bramę i wjechaliśmy do korytarza, na końcu którego znajdowała się druga brama. Z bocznych wejść wyszło kilku uzbrojonych typów. Nie spuszczając nas z muszek, obszukali wóz i zabrali naszą broń. Przez chwilę przestraszyłem się, że padliśmy w pułapkę, ale przecież już kiedyś przez to przechodziłem. Uspokoiłem się w myślach.

– Zostawicie samochody na parkingu zamkniętym i będziecie mogli je zabrać dopiero przy opuszczaniu fortu. To samo tyczy broni – tłumaczył dowódca strażników. – Przykro mi, ale takie są procedury. Nie ja je wymyślałem. Fort musi być bezpieczny.

– A jeśli bandyci was zaatakują? Jak mamy walczyć bez broni? – spytałem.

– Jesteście naszymi gośćmi. My was będziemy bronić – odparł szybko strażnik. – Nie będzie potrzeby, abyście sięgali po broń.

Chwilę później zjawił się urzędnik w wyświechtanej marynarce i wręczył nam przepustki.

– To obowiązuje przez dwadzieścia cztery godziny. Po tym czasie macie obowiązek pojawić się w tamtym niebieskim budynku z flagą, gdzie dostaniecie przedłużenie na kolejną dobę. Gawron zaprowadzi was do hotelu, w którym dostaniecie pokój i pełne wyżywienie. Jeżeli macie jakieś szczególne potrzeby, załatwicie to rano, po nabożeństwie. O wszystko możecie pytać ludzi z niebieskimi przepaskami na ręku. – Wskazał swoje ramię, na którym znajdowała się rzeczona przepaska. – Zachowujcie się przyzwoicie i godnie, a każdy w forcie udzieli wam pomocy, jeśli tylko o nią poprosicie.

– Chodźcie za mną – powiedział ten, którego nazwano wcześniej Gawronem.

Chłopak miał nie więcej niż dwadzieścia lat i wyglądał na bardzo dumnego z pełnionej funkcji. Procedury sprawiały, że na terenie obozu było bezpieczniej niż w Breslau, choć sama Arka była dużo mniejsza i dysponowała mniejszą siłą ognia. Obóz miał kształt trójkąta, którego najdłuższy bok liczył nie więcej, niż półtora kilometra. Rozniesienie takiego miejsca w pył przez śmigłowce szturmowe zajęłoby moment. Z ciekawości zagaiłem o to Gawrona.

– Nie boimy się – odparł bez namysłu. – Nie mogę wam opowiedzieć o wszystkich naszych umocnieniach, bo to tajemnica, ale Arka to bardzo bezpieczne miejsce. Nic wam tu nie grozi. Oto hotel.

Budynek nie prezentował się szczególnie okazale, ale w przeciwieństwie do większości konstrukcji w forcie, rzeczywiście można go było nazwać budynkiem. Był to parterowy barak zbudowany z belek, co dawało jako taką ochronę przed odłamkami. Dach był wielomateriałowy i raczej nie budził zaufania, za to na pewno chronił przed deszczem i wiatrem, a to już było coś. Wyposażenie wnętrza trudno było nazwać luksusowym, ale przywykliśmy już do niewygód. Najbardziej komfortowe spanie mieliśmy w Ludzkim bębnie, a były to przecież zwykłe gąbki leżące na podłodze. Tutaj mieliśmy dwa niewielkie pokoiki, jeden dla facetów i osobny dla Violet. W obu były łóżka polowe oraz pościel, której czystość pozostawiała nieco do życzenia. Dla nas była super. Trochę tylko od podłoża ciągnęło, ponieważ całość konstrukcji stała na gołym klepisku.

W części sanitarnej budynku znajdowała się latryna oraz natrysk podłączony do zbiornika z deszczówką, ogrzewaną małą instalacją na baterie słoneczne. Do tego wszystkiego była jeszcze niewielka jadalnia.

– O dwudziestej podadzą kolację – powiedział Gawron szykując się do wyjścia. – Oprócz was w hotelu są jeszcze dwie osoby. Prosiłbym, byście dbali o ich komfort. Oni także nie będą wam przeszkadzać. O dwudziestej drugiej gasimy światło i od tego momentu obowiązuje cisza nocna.

– Tak jest sierżancie! – Zasalutowałem dla jaj. Nikt się nie zaśmiał. Nie lubię takich chwil.

Czuliśmy się jak głodne, zmarznięte dzieci, które ktoś przygarnął i nakarmił. Z watahy wilków walczących o przetrwanie staliśmy się gośćmi w klasztorze, gdzie trzeba myć ręce przed jedzeniem, a w nocy trzymać je na kołderce. Choć rozbrojono nas, rzeczywiście poczuliśmy się przez chwilę zupełnie bezpiecznie. Tacy z nas byli anarchiści.

Po szybkim odświeżeniu się, poszliśmy do tej świetlicy, żeby się trochę napchać. Stół już czekał, zastawiony skromnie, jednak wszystko wyglądało bardzo apetycznie i było przygotowane z wielkim pietyzmem. W forcie nie hodowano zwierząt, więc mięsa było niewiele. Słyszałem, że mieszkańcy handlowali z Festung, i z innymi okolicznymi koloniami, ale głównym źródłem jedzenia były uprawy roślinne. Część znajdowała się na terenie Arki, było też sporo takich, które ukryto na łąkach otaczających lotnisko. Z tych drugich nie zawsze coś się dawało odzyskać, bo część zjadały lub niszczyły dziki. Wszystko, co udało się zebrać, sumiennie wykorzystywano w kuchni obozowej, do przygotowywania względnie zróżnicowanych i wyważonych posiłków.

Człowiek zarządzający kuchnią, nazywany był po prostu Bratem. Na oko pod czterdziestkę, włosy przyprószone siwizną. Widziałem, że w dzień kręcił się za nim jakiś terminator.

– Beze mnie zdechną z głodu – zaśmiał się kucharz. – Serio. To nie jest tak, że wyjmujesz z lodówki jajka i smażysz jajecznicę. Wykorzystuję całą masę składników, które w ogóle nie przyszłyby wam do głowy. Dużo chwastów, dzikie białko…

– Dzikie białko? – zapytał Gibon.

– Robaki. Mam hodowle kilku gatunków. Suszę je i używam w formie sproszkowanej, więc raczej nie zobaczycie ich w jedzeniu. Bardzo dbam o to, by nie było ich widać.

Nie była to informacja, którą człowiek pragnie usłyszeć przy kolacji, ale też trudno było nie doceniać wysiłków tego wielce utalentowanego człowieka.

– Nie krzywcie się tak. To nic nowego. Nie macie pojęcia, co kiedyś zjadaliście. Czerwony barwnik E120, który występował kiedyś w wielu produktach, to też były robaki.

Dwoje pozostałych mieszkańców hotelu okazało się być starszym małżeństwem. Kobieta prawie się nie odzywała. Mężczyzna pokrótce opowiedział, co ich spotkało. Pochodzili z Zajączkowa i uciekli do fortu przed szwadronami śmierci. W Arce mieszkali od siedmiu miesięcy i było im strasznie niezręcznie z tego powodu. Brat szybko utwierdził ich w przekonaniu, że zasady fortu są jasne i przejrzyste: każdy, kto jest gościem, ma prawo przebywać na terenie fortu i korzystać z wszystkich jego dobrodziejstw.

– Jesteśmy tylko bezproduktywnymi gębami do wykarmienia – zrzędził starszy mężczyzna spuszczając głowę.

– Panie Zygmuncie, jeśli to pana pocieszy, to jesteście moimi najwybitniejszymi krytykami. To dzięki wam moja kuchnia stale się rozwija, a mieszkańcy fortu jeszcze mnie nie zlinczowali. Pełnią państwo niezwykle istotną rolę.

To miło, że starał się ich jakoś pocieszyć, bo rzeczywiście byli darmozjadami. W Festung Breslau zapewne od razu poszliby w niewolę i musieliby harować od rana do wieczora, aż by im kręgosłupy popękały.

– Mają państwo jakąś rodzinę? – zapytałem z ciekawości. – Dzieci? Wnuków?

Mężczyzna obdarzył mnie spojrzeniem przepełnionym goryczą.

– Mamy syna i on ma dwoje dorosłych dzieci. Ale nie mamy z nimi żadnego kontaktu od momentu wybuchu kryzysu. Mieszkali wszyscy we Wrocławiu.

– To pewnie nadal tam są – powiedziałem. – W mieście nie było większych rozruchów. Trochę na początku się prali, ale bardzo szybko się uspokoiło i nim się obejrzeliśmy, mieliśmy nowy ordnung, z patrycjuszami i Duce na czele.

– Mam taką nadzieję – odparł starszy pan.

W jego oczach zakręciły się łzy. Rozumiałem go na swój sposób. Sam nie miałem żony, dzieci, ani nawet dziewczyny. No, ale miałem rodziców i braci. Cholera wie, gdzie oni wszyscy byli. Kiedyś próbowałem ich odszukać, ale bezskutecznie. Ewidencjonowani są tylko obywatele, a wśród nich, nie znalazłem swoich krewnych. Co w sumie może oznaczać, że albo trafili do obozów pracy, albo opuścili Breslau zaraz po Resecie.

Odpuściłem sobie te wszystkie myśli o rodzinie. Skupiłem się na „tu i teraz”, gdzie siedzieliśmy sobie przy świecach w miłym towarzystwie. Mieliśmy coś, co od biedy można było nazwać jedzeniem i byliśmy bezpieczni, więc należało się wyluzować i czerpać z tego jak najwięcej. Gawron zostawił nam światło i siedzieliśmy jeszcze długo po północy, rozmawiając, śmiejąc się i żartując. Najwyraźniej chłopak uznał, że na takie chwile warto zużywać cenne paliwo do agregatów. Może już tylko na takie.