Rozdział V.

– Można otworzyć jeszcze jedną kasę? – krzyknęła gruba baba, która właśnie podjechała z pełnym wózkiem do końcówki ogonka. – Przepraszam! Czy można otworzyć jeszcze jedną kasę?

– Nie możemy. Jest za mało osób. Przykro mi. – Młody ekspedient kasował kolejne artykuły w ekspresowym tempie, ale kolejka z każdą chwilą stawała się coraz dłuższa.

– Za mało osób – furknęło babsko. – Człowiek stał za peerelu i tak samo teraz stoi. Pół życia w kolejkach. Jak macie za mało, to zatrudnijcie więcej osób.

Niedziela. Godzina dziewiąta piętnaście. Od dwóch godzin na nogach, a już czuję się wyczerpany tym wszystkim. Dlaczego świat jest tak bardzo przepełniony idiotami? Dlaczego Bóg mnie nienawidzi? Dlaczego ludzie są tak straszliwie, niewyobrażalnie wręcz…

– Widzieliście to? – Ze snu wyrwał mnie krzyk Violet.

– Co?

Nachyliła się do przodu, by spojrzeć w lusterko pasażera.

– Co? Co jest? – spytał Gibon.

– Cholera, coś tam było.

– Co?

– Ktoś szedł poboczem.

– No i co z tego? – Włączyłem się do rozmowy przecierając oczy.

– Nie wiem, może ktoś potrzebuje podwózki albo pomocy? Kto teraz chodzi na piechotę poza miastem? Zaczyna się ściemniać.

– Mam się zatrzymać, czy co? – spytał Gibon z niepewną miną. – Jak chcesz to się zatrzymam i pójdziemy sprawdzić. Albo cofniemy się.

Violet milczała przez chwilę wpatrując się w lusterko.

– Może tak, podjedź tam. Wydaje mi się, że to było tuż przed zakrętem.

Nawróciliśmy i jadąc znacznie wolniej, obserwowaliśmy uważnie pobocze. Po obu stronach drogi był rzadki las. Proste sosny czy coś w tym rodzaju, prawie żadnych krzaków. Nie sposób się ukryć, chyba że w jakimś dole.

– To było gdzieś tutaj? – zapytałem.

– Tak, wydaje mi się, że tak.

– Ale powiedz, co dokładnie widziałaś. Co to było? Niedźwiedź? Gnom?

– Kobieta.

– Szła sama?

– No tak. Nie miała żadnych bagaży ani nic…

– Może zobaczyła, że zawracamy i schowała się w las? Zatrzymaj się Gibon na poboczu, wyjdę sprawdzić – powiedziałem i zamontowałem magazynek do kałacha.

Wóz stanął, odsunąłem boczne drzwi i wyszedłem na wilgotną trawę. Odbezpieczyłem broń, ale lufę skierowałem w dół, by kobieta się nie wystraszyła za bardzo. Jeżeli rzeczywiście istniała jakaś kobieta. Nie wykluczone przecież, że i naszej małej w końcu odwaliło. Z drugiej strony w pamięci jeszcze miałem, jak sam kiedyś dostrzegłem Violet. Czasem taki obraz uchwycony okiem przez ułamek sekundy, przebija się do świadomości, choć nie do końca wiemy, co właściwie przedstawia.

Obszedłem samochód dookoła rozglądając się po poboczu i po najbliższych drzewach. Nikt nie zdołałby się tu ukryć. No, chyba że ktoś chudszy od pnia, co nie było znowu aż tak trudne w obecnych czasach.

– Halo! Jest tam kto? – zawołałem. – Proszę się nie bać! Jesteśmy zespołem muzycznym! Gramy na weselach, bar micwach i pogrzebach…

Co za kuriozalna sytuacja: stoję po środku lasu i próbuję nawiązać kontakt z… No właśnie. Z kim? Z duchem? Cholera, nie spodziewałem się takich odpałów po Violet. Zbyt mocno stąpała po ziemi i w zasadzie była wredną suką, więc skąd niby nagle taka troska o samotnych i maluczkich, błąkających się po lesie na krawędzi szaleństwa i zagłady? Chyba rzeczywiście musiało jej odwalić.

– Tutaj nikogo nie ma – powiedziałem do Gibona przez uchylone okno kierowcy. – Lepiej się zbierajmy. Ściemnia się i robi się… No… Dziwnie się robi. Zaraz wyskoczy jakiś wilkołak i wyrucha nas w dupę.

– Ładuj się do wozu erotomanie – odparł Gibon. – Bo zaraz sam wpadniesz na pomysł, żeby przelecieć jakiegoś wilkołaka.

Już miałem się zaśmiać, gdy… zobaczyłem ją. Stała trzy metry ode mnie, po kolana w trawie, zupełnie nieruchomo. I zupełnie nie wiadomo, jak się tu znalazła, bo przecież wcześniej jej nie było. Teraz stała i wpatrywała się we mnie… Właściwie nie mogła się we mnie wpatrywać, bo jej oczy były… jakby zarośnięte. Myślałem, że się zesram ze strachu.

– Simulakra stracą wartość – powiedziała monotonnym, matowym głosem – i po kradzieży zostaną wrzucone do jeziora…
Tak…

To było jak scena z jakiegoś popierdolonego, japońskiego horroru. Zupełnie mnie sparaliżowało i zamurowało. Nie mogłem się ruszyć ani nic powiedzieć. Nie wiem, na ile był to efekt zaskoczenia i szoku, a na ile ta kobieta oddziaływała na mnie w jakiś niewytłumaczalny sposób. Poprzez jakąś siłę paranormalną czy generator szumów o określonej częstotliwości… Są takie historie!

Zorientowałem się, że ci z wozu nic nie widzą.

– Wsiadasz czy zamierzasz tu osiąść i założyć nowe państwo? – zawołał Gibon. – Kutasigród! To dobre miejsce na założenie osady…

Gdy spojrzałem znów w stronę kobiety, jej już nie było.

– Wsiadaj!

Rozejrzałem się. Nie było! Zniknęła. Lub była halucynacją. Czy to możliwe, żebym zażył coś przez przypadek? Tak, mamy burdel w samochodzie. Cały pierdolnik z apteczki wymieszał się z lodówką turystyczną. Teraz mamy kiszkiriszki z aspiryną. Jak to możliwe? Przecież zawsze byłem taki normalny i poukładany. W szkole niemalże wzorowy… No, dostateczny uczeń. Cholera jasna. Wsiadłem do wozu.

Gibon i Violet utrzymywali, że nie widzieli żadnej kobiety przy samochodzie. Według ich relacji, po prostu stałem na zewnątrz i gapiłem się we las, jakbym czegoś szukał. Nie było w tym nic podejrzanego. Wszystko prowadziło do jednej konkluzji: jeżeli komuś odwaliło, to chyba właśnie mi. Mimo że to właśnie Violet widziała ją pierwsza.

Dalej jechaliśmy w całkowitym milczeniu. Na zewnątrz zaczął kropić deszcz. Woda spływała po szybach swoimi krętymi ścieżkami, czasem porywana na bok przez pęd powietrza. Czułem, że nie rozmawiają o tym, co się wydarzyło, ponieważ boją się, że oskarżę ich o to, że mają mnie za czubka. Violet powiedziała tylko, że z tą kobietą to musiało się jej coś wydawać, albo że był to po prostu jakiś duży pies.

Jasne… Duży, wieszczący pies z popierdolonego, japońskiego horroru. Dzień jak co dzień.

***

Gdy tylko drzewa przerzedziły się, ujrzałem znajome już kominy fabryki. Minęliśmy kilka opuszczonych domów zionących pustymi oknami, a później droga zbiegła się z ogrodzeniem i wiodła wzdłuż niego aż do bramy, czy też raczej tego, co z bramy pozostało. Wjechaliśmy na teren zakładu i zaparkowaliśmy w tym samym miejscu, w którym zostawiliśmy samochód ostatnio. Była to o tyle dobra lokalizacja, że faktycznie wóz był niewidoczny. Z jednej strony zasłaniał go olbrzymi krzak, z drugiej pusty pawilon z blachy falistej.

– Przedstawię wam może pokrótce, jak ja to widzę – powiedział Gibon, gdy zgasił silnik. Deszcz nieregularnie bębnił o dach i szyby samochodu. – Prześpimy się w wozie. Jedna osoba będzie cały czas trzymała wartę. To miejsce nie budzi jakoś szczególnie mojego zaufania – dodał po chwili. – Rano ja i Violet znajdziemy sobie kryjówki, z których będziemy mogli cię osłaniać w razie ewentualnych problemów.

– Na przykład jakich? – zapytałem.

– Na przykład takich, że Max przyjedzie z uzbrojoną obstawą i przywita cię ołowianym confetti.

– W Camp Sky był z nim tylko Mengele. Nie sądzę, aby Max chciał go fatygować, bo mają dużo roboty – odparłem. – Poza tym sądzę, że mi ufa.

– Ufa albo dobrze gra. Nie wiesz tego. To tylko twoje przeczucie. Zaryzykujesz życie dla przeczucia? – zapytał Gibon odpalając papierosa i po chwili dodał – tak myślałem. W każdym razie zaproponujesz mu, żebyście poszli w jakieś bardziej osłonięte miejsce. Powinien się zgodzić, bo nikt nie lubi sterczeć na widoku jak patyk w gównie. Tym osłoniętym miejscem będzie hala, w której zaczęliśmy ostatnio szukać chemikaliów. Pamiętam, że było tam sporo gratów, które mogłyby nam się przydać.

– W porządku, i co potem?

– Potem przyjdziemy my i zaproponujemy mu, żeby się poddał.

– Tak po prostu?

– Potrzebujemy go żywego – wtrąciła się Violet.

Czasem wydawało mi się, że jej mściwość i bezwzględność przekraczała wszelkie normy. Oczywiście ja też chciałem dorwać Maxa żywcem i zadać mu mnóstwo bólu, ale ton, jakim ona wypowiedziała to zdanie… Była jak rekin, który zwietrzył krew. Chociaż nie. To złe porównanie, bo rekin to tylko zwierzę, które kieruje się wyłącznie instynktem. Zabija by przeżyć. Ona kierowała się nienawiścią i dziką rządzą zemsty.

– No dobra. Wyjdzie jak wyjdzie. Na pewno nie będzie ich więcej, niż nas – podsumowałem. – W najgorszym wypadku zrobi się ostro. Ale od czego mamy spluwy. Mogę wziąć pierwszą wartę. Po przygodzie z dużym psem raczej nie zasnę zbyt szybko.

Taaak… Zdecydowanie nie zasnę zbyt szybko. Może już nigdy, bo gdy tylko przymykałem powieki, czułem na sobie ślepe spojrzenie tej kobiety.
Dwie godziny później okazało się, że pełnienie warty w takim stanie było jeszcze gorsze niż sen. W deszczu wszędzie widziałem blaski mokrych, śliskich płaszczy przeciwdeszczowych. Zdawało mi się, że na zewnątrz łazi tłum wygłodniałych zombiaków, pętających się bez celu w swej pośmiertnej wędrówce. Uwierzyłem w to. Byłem gotów dać sobie obciąć rękę, że oni tam są. W końcu byliśmy na terenie nieczynnej fabryki. Było tu sporo masowych grobów i pojemników po chemikaliach. Groby i chemikalia. Groby i chemikalia. Gnijące zwłoki i beczki z truciznami warzonymi przez nazistów. To wystarczyło mej fantazji, bym popadł w stan stuporu i kiwał się jak debil, tuląc w objęciach odbezpieczony automat Kałasznikowa.

Gdy Gibon zbudził się, by mnie zastąpić, byłem na skraju załamania nerwowego. Nie zmrużyłem oka jeszcze przez kolejną godzinę i dopiero skrajne wyczerpanie zmusiło mnie do oddania się w objęcia Morfeusza. A i nawet wtedy budziłem się co chwilę, bo w tych snach widziałem gnijące, napuchłe ropą twarze, napierające na szybę. I wśród tego tłumu postaci stała również ślepa kobieta, powtarzając w kółko te swoje brednie…

Nad ranem byłem wrakiem człowieka. Oczywiście mówiąc rano, mam na myśli możliwie najwcześniejszą porę, o której robi się ciut jaśniej. Czyli taką nieśmiałą zapowiedź świtu, kiedy niebo na wschodzie robi się nieco bardziej błękitne. Gibon i Violet chrapali w najlepsze. Nikt nie trzymał warty. Podniosłem się i zlustrowałem okolicę. Było pusto jak wtedy, gdy byliśmy tu ostatnim razem, co było w sumie dość pocieszające. Drugą dobrą wiadomością było to, że przestało siąpić.

– Wstawajcie. – Potrząsnąłem delikatnie fotelami.

– Co jest? – wymamrotał Gibon.

– Wstawajcie słoneczka, mamy nowy dzień. A to oznacza nowe możliwości i nowe szanse. Czy to nie wspaniałe?

– Znów ochujałeś? Człowieku, która jest godzina?

– Przecież wiesz, że nie mam zegarka. I nie dbam o czas. Jestem wolnym człowiekiem i staram się czerpać z życia…

– Zamknij ryj.

Otworzyłem boczne drzwi i wciągnąłem chłód porannego powietrza głęboko do płuc. Tak smakowała… Tak smakowała apokalipsa.

Kiedyś, dawno temu, gdy byłem gówniarzem i obejrzałem Mad Maxa, wyobrażałem sobie koniec świata jako jałową pustynię, po której nie wiadomo skąd, pędziły podrasowane fury. Wiecie: smród paliwa, kosmiczne fryzury i obrzyny. Tymczasem mnie koniec świata kojarzył się właśnie z takimi chwilami: chłodny poranek, nieprzespana noc, obolały kark i ogólnie wszystkie kości. Bo najczęściej spało się w aucie.

Tak na dobrą sprawę nie jestem nawet pewien, czy możemy używać określenia „koniec świata”. Może jest ono zastrzeżona dla czegoś znacznie poważniejszego i nieco bardziej… biblijnego? Może powinniśmy mówić „przejściowe trudności” albo po prostu „kryzys”? No, bo w końcu to był kryzys. Mega-kryzys. Największy ze wszystkich, ojciec wszystkich kryzysów.

Zmęczony rozmyślaniami wyszedłem na zewnątrz, na ten cudowny, orzeźwiający chłód i rozprostowałem kości. Wszystko aż zachrzęściło, jak dawno nieużywana maszyna. Starość nie radość kurwa, pomyślałem sobie. Wyjąłem fiuta i zacząłem lać na beton, a nad moczem zaczęła unosić się majestatycznie para. Wtedy słońce nieśmiało wychyliło się zza horyzontu, oświetlając mnie w całej krasie, a pierwsze radosne promyki utworzyły wśród kropelek moczu niewielką tęczę. Czysta poezja. Dla takich chwil warto było żyć, nie ważne, jak źle było wokół.

Pospacerowałem po okolicy, by postawić porannego klocka z dala od wozu. Zdążyłem przy okazji zrobić małe rozeznanie. Kiedy wracałem, dostrzegłem Gibona odpalającego butlę, by zrobić kawy. Było to coś, czego w tej chwili najbardziej potrzebowałem, nawet jeśli była to tylko chujowa zbożówka. Poczułem się jak w domu. Ogarnął mnie całkowity spokój.

– Izery – powiedział Gibon.

– Proszę?

– Możemy pojechać w Izery. Lub w jakiekolwiek inne, względnie płaskie góry. Izery wydają mi się dość interesującą opcją, bo byłem tam nieraz i zwyczajne je lubię. W górach na pewno nie ma tylu ludzi co w miastach, bo teraz to po prostu ciężki kawałek chleba. A jeżeli rząd rozpocznie ofensywę, skupi się głównie na przejmowaniu miast, rafinerii i innych strategicznych punktów. Po ustanowieniu swoich władz lokalnych, zaczną dopiero myśleć o porządkach na poziomie powiatów i gmin. Największa rzeźnia będzie właśnie w miastach, bo tam najsilniej okopali się wszyscy separatyści.

Separatyści? A my to niby kim kurwa jesteśmy?

– Myślisz, że to się uda? Że rząd odzyska kontrolę nad miastami i zaprowadzi porządek? – spytałem. – Powiem szczerze, że gdyby tak się zastanowić, to nie jestem wcale pewien, czy chciałbym wrócić do tego wszystkiego, co było dawniej. Wiesz: łażenie do pracy i tak dalej… To był straszny szajs.

Gibon poklepał mnie po plecach.

– Nie martw się. Odzyskanie kontroli nad miastami to jedno, ale przywrócenie dawnego ładu to zupełnie inna para kaloszy. To nie jest problem, który da się rozwiązać w trzy dni. Oni przejmą kontrolę militarną i ustanowią jakieś swoje kukły, ale nie odbudują społeczeństwa bez wymyślenia nowych zasad…

Nie ma to jak bezowocnie popierdolić sobie przy kawie.

***

No więc stałem sobie na placyku przed bramą i paliłem ćmika, kiedy nagle usłyszałem basowy ryk trzystu koni mechanicznych, niosący się nad lasem. Dopiero po pewnym czasie ujrzałem szpanerskie, czarne Subaru, które niemal we wszystkie zakręty wchodziło bokiem. Nie ma co, ma facet efektowne wejścia. Trzeba przyznać. Chociaż to kutas, ma efektowne wejścia. Zatrzymał się kilka metrów przede mną, zgasił silnik i wysiadł. Trudno powiedzieć czy był sam, bo samochód miał przyciemnione szyby.

– No cześć!

Max był w pełni wyluzowany, więc podejrzewałem, że ktoś tam jednak musiał być. Ilu? Jakie mieli uzbrojenie? Co zamierzali?

– No i co? Gdzie macie ten towar? Mam dziś parę spraw do załatwienia, więc nie zabawię długo. Przyjemne miejsce – powiedział rozglądając się.

– Chodź.

Odwróciłem się do niego plecami. Mógł to być największy i zarazem ostatni błąd w moim życiu. Albo rzecz, która ostatecznie uśpi jego czujność i pozwoli nam go bez przeszkód…

– Złożyliśmy wszystko w jednym z hangarów, żeby nie rzucało się w oczy. Sporo tego.

Usłyszałem za sobą trzaśnięcie drzwi. Haczyk połknięty.

– Cały tydzień robiliśmy „Rąbaninę”. Wieczór w wieczór. Jestem kompletnie wypompowany, ale sam rozumiesz, bilety schodzą jak ciepłe bułeczki – powiedział wesoło Max podążając za mną. – Zastanowiłeś się może nad moją propozycją? Mógłbyś na stałe dołączyć do mojego zespołu i zrobilibyśmy tournée za wschodnią granicą. Oni tam lubią takie rzeczy.

– Byłem w międzyczasie dość zajęty – skłamałem. – Pogadamy o tym, jak zejdziemy z widoku, ok?

– Jasna sprawa.

Drzwi do hali były zamknięte. Odchyliłem je z dość nieprzyjemnym zgrzytem, co miało być ostrzeżeniem dla moich. Wszedłem pierwszy i po kilku krokach odwróciłem się. Gibon stał tuż za drzwiami. Odczekał, aż Max znajdzie się w środku i uderzył go kolbą kałacha w plecy. W oczach sadysty pojawiło się zaskoczenie, a chwilę potem leżał już na ziemi zwijając się z bólu.

– Ja pierdolę… co kurwa…

Wyjąłem mu pistolet z kabury i wsadziłem sobie za pasek. Później skułem mu ręce i nogi plastykowymi trytkami i razem z Gibonem przenieśliśmy go na krzesło, gdzie jeszcze dodatkowo owinęliśmy go kilkanaście razy taśmą klejącą.

– Zajebię was skurwiele! – wrzasnął. – Będziecie kurwa honorowymi gośćmi mojego show i postaram się, abyście nie umarli zbyt łatwo.

– Pójdę po Violet i sprawdzimy wóz – powiedział Gibon i skierował się ku wyjściu. – Pilnuj go dobrze.

Max najwyraźniej dostrzegł swoją szansę.

– Posłuchaj, jeszcze nie jest za późno. Opamiętaj się – szeptał gorączkowo. – Uwolnij mnie. Rozwalę ich sam. Ty nie będziesz musiał nic robić. Zrobię to szybko, żeby nie cierpieli. Wiem, że czujesz wobec nich lojalność, ale uwierz mi, jeżeli chcesz wybrnąć z tego bagna…

Chlasnąłem go w ryj na odlew, żeby się trochę zamknął. Nie lubię takiego skomlenia, zwłaszcza, gdy skomle taki parszywy śmieć. Uszy więdną od tego.

– Przestań gadać.

Usłyszałem na zewnątrz wystrzały i podbiegłem do wyjścia z hali, próbując dostrzec cokolwiek. Niestety Subaru było zasłonięte przez inny budynek. Wydawało mi się jednak, że najpierw słyszałem strzały pistoletowe, później kałacha, a na końcu serię z pistoletu maszynowego.

– Twoi przyjaciele już są martwi – zaśmiał się Max. Z ust leciała mu krew. – Mengele ich załatwił. Daję ci ostatnią szansę. Rozwiąż mnie, a wszystko pójdzie w niepamięć.

Na placu pojawili się Gibon i Violet. Każde ciągnęło za jedną nogę ciało, które zostawiało na betonie smugi krwi.

– Jest Mengele – powiedziałem.

Max ożywił się i już chciał coś powiedzieć, ale wtedy do hali weszli moi towarzysze z martwym konowałem. Był totalnie zmasakrowany. Musiała go skosić ta ostatnia seria z Glauberyta. Kilka pocisków utkwiło w piersi, a gdy odrzut poderwał lufę do góry, kolejne trafiły w twarz. Żuchwa była całkowicie strzaskana, w miejscu nosa ziała wielka dziura, brakowało lewego oka oraz fragmentu czaszki na skroni. Było widać mózg. Myślałem, że się porzygam, ale przełknąłem kwaśniejącą ślinę i spojrzałem na Maxa.

– Wszystko wskazuje na to, panie kolego, że twoja sytuacja życiowa uległa drastycznemu pogorszeniu. Jesteś w czarnej dupie.

Dostrzegłem rozpacz w jego oczach.

– No co wy? Przecież parę dni temu występowaliśmy razem! Dałem wam zarobić. I to nie raz i nie dwa. Jesteście moimi dłużnikami. Jeżeli mnie wypuścicie, zapomnę o wszystkim i będę was zapraszał na wszystkie moje występy. Zarobicie krocie!

– I tu jest właśnie jest pies pogrzebany – powiedział Gibon wymieniając magazynek w AK. – A właściwie dopiero będzie pogrzebany. My nie nie za bardzo mamy ochotę zadawać się z takim ścierwem…

– Nie ma problemu. Wypuście mnie, zapomnę o wszystkim i nasze drogi się rozejdą. Nigdy mnie nie zobaczycie. Przysięgam!

– To nie jest takie proste Max. – Wyjąłem nóż i zacząłem metodycznie ścierać go na osełce diamentowej. – Nie do końca podoba nam się… profil twojej działalności.

– A więc o to chodzi? – Na jego twarzy zagościła złość. – Braliście kasę i było wszystko dobrze, a teraz nagle nie podoba wam się moja działalność, tak? Kto was nasłał? Anal Poe?

Edgar Anal Poe był największym konkurentem Maxa. Jego przedstawienia były równie bestialskie jak Maxa, choć był to nieco inny rodzaj bestialstwa. Niektórzy twierdzili, że Anal Poe był tylko miejską legendą. Mieliśmy nadzieję, że tak właśnie było.

– Zapłacę wam ile chcecie! Obiecam, że skończę z zabijaniem. Nigdy więcej o mnie nie usłyszycie. Nikt już nigdy nie zginie z mojej ręki…

Pomyślałem sobie, że to zabawne: człowiek, który traktuje życie innych jak gówno, sam tak kurczowo trzyma się swego. Zupełnie, jakby wcale nie był psychopatą. W każdym razie na pewno był straszliwym tchórzem. Było to do bólu stereotypowe, jeżeli się nad tym zastanowić, ale facet był naprawdę jebanym tchórzem bez krzty godności.

– Chcemy od ciebie tylko jednej rzeczy – powiedziałem. – Chcemy zabrać ci twoje nędzne, zasrane życie. Z a b r a ć. Nie mamy zamiaru się dogadywać, kumasz? Chcemy twoje życie.

Widziałem jak jego dolna warga zaczęła drżeć, a po policzkach spłynęły łzy.

– Błagam was. Błagam, nie zabijajcie mnie…

Przez chwilę przyszło mi na myśl, że może nie powinniśmy się nad nim znęcać. Może lepiej byłoby palnąć mu kulkę w łeb, bez zbędnych ceregieli. Wyeliminować chorą komórkę z organizmu. On nigdy nie przejawiał nawet ułamka miłosierdzia względem swoich ofiar, ale robienie takich potworności drugiemu człowiekowi, nawet jeśli było to takie ścierwo jak Max, było krzywdzące i bolesne także dla nas. Po prostu nie miałem ochoty, wewnętrznie buntowałem się przed robieniem takich rzeczy.

Dostrzegłem kałużę moczu rosnącą pod jego nogami i postanowiłem wyjść na zewnątrz z moimi towarzyszami, aby przedyskutować jeszcze ten problem. Nie zdążyłem.

– Dobry wieczór państwu!

Obejrzeliśmy się wszyscy w stronę drzwi. Stało tam trzech gości w wojskowych ciuszkach, z długą bronią. Nie chce mi się wymieniać całego szpeju, który mieli na sobie, ale wyglądali naprawdę bardzo profesjonalnie. I mieli naszywki z badziewnymi czaszkami, więc zapewne było to jedno z tych słynnych, porąbanych ugrupowań paramilitarnych. Apokaliptyczny szwadron śmierci.

– Zgaduję, że wasze milczenie związane jest z zaskoczeniem, a nie z faktem, że nie znacie języka polskiego – powiedział mężczyzna z brodą. – Tak sobie obserwowaliśmy was od pewnego czasu… – Wszedł głębiej do hali, jakby zupełnie nie przejmując się nami i naszą bronią. – Właściwie od momentu, kiedy zajebaliście naszą ciężarówkę…

O kurwa. Spojrzałem na moich. Ich wzrok mówił wszystko. Żałowali, że mnie nie ukrzyżowali, kiedy jeszcze się dało.

– Byliśmy z nią mocno związani – kontynuował brodacz. – Na tyle mocno, że do końca życia nie zdołacie się wypłacić. Może, w drodze wielkiego wyjątku, moglibyśmy ograniczyć się do zabrania wam wszystkiego, co macie i puszczenia was z gołymi dupami w las, w zamian za wyjawienie, co tu właściwie jest grane. Ale obawiam się, że aż tak bardzo mnie to nie interesuje.

Trzech na trzech. Dalibyśmy radę. Spojrzałem na Gibona, jednak dowódca najemników w mig zorientował się, co siedzi mi w głowie.

– Nie radziłbym żadnych durnych numerów. Na zewnątrz jest nas więcej. Magazyn jest otoczony, wasze samochody są pilnowane. Nie wyjdziecie stąd żywi inaczej, niż na moich warunkach.

Facet przysiadł na betonowym murku i zapalił papierosa. Prawdziwego. Kurwa, skąd oni je biorą? Ja niemal od samego początku jaram jakieś gówno.

– Ten tutaj – wskazał niedbale Maxa. – Co to za jeden i dlaczego go związaliście?

– Nazywam się Maximus Dolor – zapiszczał nasz zakładnik. – Pracuję w branży rozrywkowej. Na pewno kojarzycie mnie z takich widowisk jak „Gwiazdy spadają w dół” czy „Rąbanina”…

– Nie kojarzę cię z żadnych widowisk. Nie obchodzi mnie to. Gadaj skąd się tu wziąłeś, albo każę ci uciąć łeb.

Max znów się zlał.

– Ci troje to bandyci! Porwali mnie i chcą mnie zabić. Jeśli mnie uwolnicie, zapłacę wam. Dostaniecie dużo więcej niż wszystko, co możecie im zabrać. Dam wam tyle srebra ile sam ważę!

Bojówkarze zaśmiali się.

– Podobasz mi się Maximus Dolor.

– Przyjaciele zwracają się do mnie Max.

– Rozumiem Maximus Dolor.

Mężczyzna wstał, odbezpieczył karabin Steyr AUG i przystawił lufę do głowy Maxa.

– Sądziłem, że ta historia zainteresuje mnie na tyle, bym mógł rozważyć jakąś inną opcję, ale…

No tak… Tu droga się rozdzielała. Albo podejmiemy jakąkolwiek próbę działania, albo będzie rzeź i trupy. Cała masa trupów. Więc cóż… Po prostu odbezpieczyłem kałacha, przytuliłem kolbę do policzka, zgrałem muszkę ze szczerbinką na sylwetce kierownika wycieczki i ściągnąłem spust.

Huknęło, karabin kopnął, a facet wyglądał na zaskoczonego, ale sam jeszcze zdołał wypuścić krótką serię w twarz Maxa. Wziąłem więc na cel dwóch pozostałych, którzy nagle rozpaczliwie zaczęli szukać jakiegoś schronienia. Jednemu prawie się udało. Rzucił się na ziemię i zniknął mi z oczu, ale Viola, która stała bliżej drzwi, posłała w ślad za nim kilku ołowianych mścicieli. Krew wypływająca zza murka, utwierdziła mnie w przekonaniu, że przy nim nie będzie już co robić. Trzeci oberwał też ode mnie, gdy usiłował uciec.

Gibon podszedł do Maxa, podniósł jego zmasakrowaną głowę za włosy i przeciągnął jeszcze nożem po gardle.

– Tak na wszelki wypadek – powiedział, puszczając bezwładny czerep. – Nie chciałbym, żeby zmaterializował się po latach, jako jakiś zamaskowany mściciel.

Gdy tylko skończył, rozpętało się pandemonium. Kule waliły w blaszane drzwi hali, wpadały do środka i rykoszetowały od elementów dawnego wyposażenia. Przypadliśmy do ziemi i powoli, jak stadko kaczuszek, zaczęliśmy przemieszczać się w stronę tylnego wyjścia. Zatrzymaliśmy się nagle, gdy tuż przed nami, w blaszanych wrotach pojawiła się dziura wielkości pięciozłotówki.

– Mamy przesrane! – krzyknąłem.

– A czego się spodziewałeś? – odpowiedział mi głos Violi gdzieś za mną. Obejrzałem się. Skryła się za betonowym filarem. – Ci goście najwyraźniej uwielbiają wodę! I teraz nas zabiją.

Na zewnątrz słychać było jakieś krzyki oraz tupot ciężkich, wojskowych buciorów. Później do magazynu przez główne wejście wtoczył się granat. Nastąpił ogłuszający huk, od którego blaszany dach aż podskoczył i spadły na nas z góry jakieś drobne elementy konstrukcji. W drzwiach pojawiło się mnóstwo dziurek po odłamkach, przez które teraz, do środka wpadały promienie słoneczne, efektownie przedzierające się przez dym.

– Wszyscy cali? – zapytałem.

Pomimo pisku w uszach, ogólny sens pytania dotarł chyba do moich towarzyszy. Gibon pokazał krwawą plamę na lewym ramieniu, ale nie wyglądało to poważnie. Mógł się ruszać i strzelać. Violet miała analogiczne zadraśnięcie na lewej łopatce. W chwili wybuchu schyliła się i tylko to uratowało ją przed ostrym jak brzytwa, rozpalonym do czerwoności kawałkiem metalu. Ułamek sekundy, a miałaby to gówno pewnie gdzieś w okolicy lewej komory serca.

– Co teraz? – spytałem.

Violet wzruszyła ramionami. Gibon zaczął mocować się z zablokowanym magazynkiem. Palba na zewnątrz ucichła. Pewnie chujki pomyślały sobie, że granat nas zabił, albo przynajmniej mocno poranił, i szykują się do wejścia. O nie skurwiele, tanio skóry nie oddam. W zasadzie najchętniej w ogóle bym nie oddawał, bo jestem do niej przywiązany, ale w sytuacji bez wyjścia… Postanowiłem umrzeć jak prawdziwy bohater. Jak na filmach. Wybiec wrzeszcząc, strzelając i wyłapując kolejne pociski niczym mięsny kulochwyt. Oczywiście wszystko w zwolnionym tempie.

Podczołgałem się do Steyra, którego właścicielem był nieżyjący już brodacz. Jemu już nie będzie potrzebny, a mi się dwie pukawki przydadzą. Rzuciłem ostatnie spojrzenie moim towarzyszom i mógłbym przysiąc, że kiedy szedłem w stronę drzwi, czas rzeczywiście zwolnił. A kiedy mijałem ich zdecydowanym, powolnym krokiem, wpatrywali się we mnie. W oczach mieli… Tak, to chyba był podziw. Respekt. Szacunek. Rozbiegłem się i kopnąłem zardzewiałe drzwi, które zatrzymały się z głośnym trzaskiem dopiero na ścianie.

Miałem mniej niż sekundę. Kilka metrów ode mnie stał mocno zaskoczony bojownik z granatem w ręce. Zawleczka smętnie zwisała z palca wskazującego jego lewej dłoni. Zacząłem walić do niego z dwóch karabinów i wrzeszczeć ja opętany.
Przysięgam, że tempo było zwolnione!

Kolejne kule szarpały kolesiem, uwalniając strumienie ciemnej krwi, jakbym walił do bukłaka z winem. Odbezpieczony granat upadł mu pod nogi, a następnie eksplodował, obsypując wszystko gradem śmiercionośnych odłamków. Padłem na ziemię, czując ogień na twarzy. Powietrze wyleciało z moich płuc. Czułem się, jakby mi ktoś przyłożył młotem w pierś.

Śmierć!

Dopadnie każdego z nas. Ale mało kto zna swoje przeznaczenie, na dłużej, niż kilka sekund przed jego dopełnieniem. Nie grad kul, a granat. Deszcz śmiercionośnych odłamków. Poszarpane ciało i połamane kości! Cóż… Też dobrze. Też bohatersko. Miałem tylko nadzieję, że Violet i Gibon dadzą radę wyjść z tego cali, aby moje poświęcenie nie poszło na marne. Chociaż doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że pole walki rządzi się własnymi, surowymi prawami…

***

Dlaczego nie umierałem?

Odwróciłem się na plecy i spojrzałem w niebo. Gdzieś za budynkiem rozległa się seria z karabinu. Najwyraźniej krew uchodziła ze mnie powoli. Paskudna śmierć. Miałem nadzieję, że jednak będzie lżej. No, ale przynajmniej nie boli. Praktyczne wcale nie boli. Podniosłem się i zacząłem obmacywać brzuch i klatkę piersiową.

Spomiędzy budynków wyszedł człowiek z rękami uniesionymi do góry. Trzymał w nich Beryla i bardzo powoli zbliżał się do mnie. Przyjrzałem mu się dokładniej, bo budził jakieś takie… znajome skojarzenia.

– Zielony? – zapytałem.

– Wygląda na to, że jesteśmy na siebie skazani.

Mój zielony przyjaciel, jak go określał Gibon, opuścił broń i zbliżył się do mnie.

– Miałeś szczęście – powiedział. – Granat zaczepny. Byłeś poza zasięgiem.

– Jak to?

– Tak to. Już po sprawie. Tam na dachu siedział snajper. – Wskazał dłonią w rękawiczce. – Zdjąłem go. Oprócz niego i tego z granatem był jeszcze jeden, ale też już raczej nic nam nie zrobi.

– A co z posiłkami? Nie przyślą już jeszcze kogoś?

– Nie.

– Skąd wiesz?

– Długa historia.

Weszliśmy do magazynu, żeby odetchnąć trochę i przepłukać gardło. W ruch poszły konserwy i bimber, więc było grubo. Wkrótce nasz komandos wyluzował, odłożył broń i zabrał się do posiłku.

– A zatem? – zagaiłem. – Jak to się stało, ze uratowałeś nam tyłki? Wszyscy umieramy z ciekawości. Prawda, że wszyscy?

Moi kiwnęli posępnie głowami. Chyba mieli to w dupie, ale Zielony najwyraźniej postanowił zaspokoić moją ciekawość. Poczciwina.

– Kiedy wysadziliście mnie w Pęgowie, zaszyłem się w pierwszym lepszym domu. Chciałem trochę odsapnąć, a miejscówka wydawała się bezpieczna. Chyba nawet uciąłem sobie drzemkę. Po kilku godzinach przebudził nie warkot silnika. Zobaczyłem najpierw waszego busa, a potem ciężarówkę wyładowaną beczkami.

Spojrzałem na Gibona i Violet, aby upewnić się, że słuchają uważnie. Miałem wrażenie, że za chwilę zrobi się naprawdę ciekawie.

– Zaintrygowały mnie te beczki, więc poszedłem wzdłuż szosy w kierunku, z którego nadjechaliście i znalazłem fabrykę.

– To naprawdę jesteś autentycznym, patentowanym zielonym ludzikiem – zaśmiałem się. – Ale już nie przerywam. Mów dalej. Zainteresowałeś się moją ciężarówką i co?

– W fabryce natknąłem się na tych gości. – Zielony wskazał papierosem pokot z bojówkarzy. – Zacząłem ich obserwować, bo mi się jakoś tak nie spodobali. I miałem rację. Wkrótce zatrzymali jakiś samochód na szosie. Wyprowadzili pasażerów do lasu i rozstrzelali ich.

– Skurwiele.

– Tak! Skurwiele! W dodatku w rozmowach wielokrotnie wspominali o ukradzionej ciężarówce, więc od razu skojarzyłem ich z wami i byłem ciekaw, co z tego wyniknie. – Ściągnął solidny łyk bimbru wprost z butli. – Później zjawiliście się w fabryce, a ja widziałem, że oni już wzięli was na celownik. Postanowiłem nadzorować sytuację, by w razie potrzeby móc zareagować.

– Czyli jednym słowem postanowiłeś nam pomóc. – Moja twarz rozszerzyła się w szczerym uśmiechu. – Dlaczego?

– Jestem w jednej czwartej Irokezem.

– No bez jaj. Takim Indiańcem?

– Mój dziadek przybył do Europy, by walczyć z nazistami. Służył w 101 Dywizji Powietrznodesantowej i w Holandii poznał wielu Polaków od Sosabowskiego. Jeden z nich uratował dziadkowi życie. Po wojnie Joe postanowił odwiedzić Polskę i tak bardzo mu się tu spodobało, że osiedlił się, wziął sobie za żonę Polkę i został chyba pierwszym w historii polskim Irokezem.

– No dobra, bardzo ładna historyjka – powiedziałem ziewając. – Skoro jest tu bezpiecznie, to możemy chyba kimnąć, nie?

Spojrzałem na zmęczone twarze moich towarzyszy. Wyglądali jak siedem nieszczęść. Zwinąłem swoją bluzę, aby zrobić z niej prowizoryczny podgłówek.

– Nie bagatelizuj tego stary – dodał po chwili komandos. – Czytaj między wierszami. Wy też uratowaliście mi życie. A to według tradycji moich przodków znaczy bardzo wiele. Poza tym, uwolniliście świat od tej mendy Maxa.

– Znałeś go? – spytałem zaskoczony.

– Facet był poszukiwany listem gończym. Niech wam się nie wydaje, że jak zbuntowaliście się przeciw władzy, to nie obowiązują was żadne prawa. W całym kraju operuje siatka donosicieli. Istnieje baza listów gończych, na którą trafiają jednostki szczególnie zdemoralizowane i godne potępienia. Na przykład ci wasi patrycjusze… – Wskazał na zwłoki Maxa. – Na tym gościu ciążyły bardzo poważne zarzuty. Zresztą coś chyba o tym wiecie, co?

Spojrzał na mnie tak, że przez chwilę aż się przestraszyłem. Czyżby wiedział?

– Ponieważ władze mają ręce pełne roboty, a obecna sytuacja jest… dosyć niecodzienna, ludzi z listów gończych po prostu trzeba likwidować.

Odetchnąłem z ulgą. Ale tak dyskretnie, żeby Zielony nie zauważył.

– Jest za niego jakaś nagroda, czy coś? – zapytałem.

– Jeżeli odważycie się pojechać do stolicy, to może i coś dostaniecie – odparł Zielony. – Ale na waszym miejscu trzymałbym się z dala od Warszawy. Jeśli jesteście obywatelami Breslau, macie na pewno tatuaże.

Podwinąłem rękaw bluzy.

– Tak myślałem. Z takimi rzeczami lepiej nie obnosić się tam, po drugiej stronie.

– Jasna sprawa – odparłem. – Co się właściwie stało potem z tym twoim dziadkiem?

Zielony pogrzebał chwilkę patykiem w ogniu, milcząc refleksyjnie.

– Trudno powiedzieć. Po Resecie straciłem z nim kontakt. Jak go znam, siedzi gdzieś w lesie i zajada się grzybami, jagodami i lisami.

Uśmiechnąłem się. Chociaż historyjka kompletnie nie trzymała się kupy, to jednak była jakaś taka pogodna. Stary, doświadczony Indianin, las i wiewiórka na patyku.

Chwilę jeszcze piliśmy bimber i słuchaliśmy barwnych powieści Zielonego przy ognisku. Zupełnie jak na jakimś biwaku harcerskim. Tak… Drużynowy Zielony był pierwszorzędnym opowiadaczem i cieszyłem się bardzo, że go nie zabiłem wtedy na moście. Języki nam się plątały od bimbru i wkrótce potem, jedno po drugim, pozapadaliśmy w głęboki, pijacki sen.

Rano chciałem zapytać Zielonego o moją dziwaczną wizję ze ślepą kobietą. Skoro w jego żyłach płynęła indiańska krew, to pewno musiał znać się na takich sprawach. Niestety, okazało się, że Zielonego już nie ma. Musiał zwinąć się bladym świtem i ruszyć własną ścieżką.


Polub, by dostawać informacje o nowych rozdziałach:

Polub, jeśli podobają Ci się ilustracje:

Podobało Ci się?/Nie podobało Ci się? Skomentuj. Dzięki! :)