Rozdział IX.

Zajazd Pod poderżniętym gardłem był czymś więcej, niż tylko zwykłą karczmą przydrożną. To była mała forteca, otoczona ze wszystkich stron wałem z wraków samochodów, poustawianych jeden na drugim. Całość zajmowała teren trzykrotnie większy, niż Arka. Społeczność nie była też tak hermetyczna, bo w zasadzie obiekt stał przy ruchliwej drodze i co rusz zatrzymywali się jacyś podróżni. Tacy jak my, na ten przykład.

Na bramie ostro nas przetrzepali, ale w granicach zdrowego rozsądku. Jeden wąsaty typek przyglądał mi się z dużą podejrzliwością, jakby miał ochotę na amory. Posłałem mu jedno z moich krzywych spojrzeń i poszedł w swoją stronę. W odróżnieniu od Arki, tu nie zabrali nam broni ani wozu, co wpłynęło znacząco na pozytywną ocenę ośrodka w naszych prywatnych rankingach. Powiedzmy, że w przewodniku Apo-Calypso, zajazd mógł otrzymać nawet gwiazdkę!

Zaparkowaliśmy przed dużym budynkiem, w którym można było zjeść, wypić i przespać się. Samemu lub z kimś, jak kto wolał. A że byłem styrany jak niewolnik po całym dniu w łagrze, z czystą rozkoszą wymieniłem trochę naszego szmelcu na żetony, za które można było dokonywać wszelakich transakcji na terenie przybytku.

Zamówiliśmy skrzynkę piwa warzonego przez tutejszych browarników, misę kaszy z mięsem lub czymś, co do złudzenia przypominało mięso, oraz misę siekanych warzyw. Wszystko smakowało wybornie, co w sumie mogło wynikać z faktu, że od pewnego czasu nie mieliśmy sposobności do tego, by się dobrze najeść.

W pewnym momencie pojawił się ten wąsaty pedzio, który wcześniej lustrował mój tyłek. Sądziłem, że będzie chciał mi zaoferować pieniądze za seks, więc przełożyłem Steyra na kolana, by wyraźnie widział, że nie jestem z tych łatwych.

– Czy znasz tego człowieka? – Koleś pokazał mi zdjęcie i muszę przyznać, że trochę mi zmroziło krew. Wstałem od stołu i odszedłem z wąsaczem na stronę.

Na zdjęciu widniała podobizna szefa bojówkarzy, którego kropnąłem w Anorganie. I do którego, swoją drogą, należał wcześniej mój powszechnie zaprezentowany już Steyr. Uznałem, że nie ma sensu kłamać, bo broń jest raczej rzadka w naszych stronach. Mleko się rozlało, będzie strzelanina.

– Znam.

– Zabiłeś go?

No…

– …tak.

Na twarzy mężczyzny pojawił się najszczerszy i najbardziej serdeczny uśmiech, jaki widziałem w ostatnich miesiącach. Objął mnie – ale na miśka, żadnego pedalstwa – i zaczął dość chaotycznie tłumaczyć, że wygrał jakieś zakłady czy coś.

– To Chirurg. Zabiłeś Chirurga, a ja wygrałem dwadzieścia uncji srebra! Chodź, coś ci pokażę.

Trochę się bałem, że będzie to jakaś kolekcja zasuszonych penisów albo gałek ocznych w słoikach, ale facet zaprowadził mnie do dużej hali, w której ściany oklejone były zdjęciami, a przy każdym z nich kredą napisano jakieś liczby. Od razu skumałem, że to jakieś porządne zakłady bukmacherskie.

– Spójrz: Chirurg był tutaj. – Wskazał palcem zdjęcie z bojówkarzem, identyczne jak to, które mi pokazał wcześniej. – A ja postawiłem przeciwko niemu i teraz zgarnę swoją dolę. Nie kojarzę cię, więc pewnie nie jesteś zawodnikiem. Ale skoro sprzątnąłeś Chirurga, możesz wejść do gry. Trafisz na poziom pierwszy, a ludzie będą mogli zacząć obstawiać zakłady.

Facet był nieźle zajarany. Trudno się dziwić – w końcu nie było internetu.

– A co mi to właściwie da? – spytałem.

Może jestem nienormalny, ale perspektywa bycia celem dla bandy psychopatów, nigdy nie wydawała się szczególnie pociągająca.

– Na pierwszym poziomie stawki zakładów są dość niskie, bo nikt cię jeszcze nie zna i są raczej małe szanse, że ktokolwiek na ciebie zapoluje. Ale mimo wszystko możesz inkasować jakąś jedną uncję miesięcznie za samo przeżycie. Jeżeli wrócisz tu za rok, żywy, otrzymasz dwanaście uncji srebra.

– To niezbyt dużo – odparłem dłubiąc w nosie.

– Tak. Ale, jak już mówiłem, ryzyko też nie jest zbyt duże. Mieć dwanaście uncji, a nie mieć, to chyba jest różnica, nie? Za to gdy tylko zlikwidujesz kogokolwiek innego z tej tablicy, awansujesz na poziom drugi. – Mężczyzna aż pluł z emocji przy mówieniu. – Tutaj stawki zakładów są wyższe. Możesz zgarniać nawet do trzech, czterech uncji srebra miesięcznie, w zależności od ruchu na tablicy. To daje jakieś dwadzieścia pięć uncji w skali roku!

Skrzywiłem się, bezskutecznie usiłując rozkminić w pamięci jego obliczenia.

– Na trzecim poziomie to już dziesięć uncji miesięcznie!

– Jaki jest najwyższy poziom? – zapytałem z ciekawości.

– Obecnie szósty i mamy tylko jednego zawodnika na tym poziomie. – Wskazał mi miejsce gdzieś na ścianie obok. – Ernesto. Nie pojawia się u nas od kilku miesięcy, więc nie wiemy, czy żyje. Ale póki nie ma twardych dowodów, nie możemy rozliczyć zakładu. Wisimy mu jakieś trzy kilogramy srebra.

Spojrzałem na tę kaprawą mordę. Ewidentnie była to twarz człowieka, który pierwsze szlify zdobywał w mamrze, na długo przed Resetem. Prawdziwy zawodowiec, dla którego zabójstwo to czynność konieczna ale prozaiczna, coś jak zawiązanie sznurówek.

– Nie musisz się decydować od razu. Wejdź do biura i pogadaj z szefem. – Wskazał mi przeszklone drzwi, za którymi paliło się światło. – Wiem, że nie wszyscy są zainteresowani, bo aby czerpać pełnię profitów z zakładów, należy pojawiać się u nas od czasu do czasu. To może być problematyczne.

O tak… Może być problematyczne w chwili, gdy ktoś skojarzy twoją gębę i zechce podbić swoje notowania.

– Czy ci goście tu przychodzą osobiście po kasę?

– Tak.

– I dochodzi do spotkań na terenie zajazdu?

– Wiem do czego pijesz. – Wąsacz roześmiał się. – Tak, gracze spotykają się na terenie zajazdu, ale mamy takie niepisane prawo, że nie wolno tutaj walczyć. Można zabijać jedynie poza granicami zajazdu. Zajazd to teren neutralny.

Czyli jednak jakaś namiastka cywilizacji jest w tym wszystkim. Choć oczywiście bardzo niewielka. W starożytnym Rzymie byli gladiatorzy, którzy zabijali się ku uciesze możnych. Tutaj mamy to samo: bandyci konkurują ze sobą w zbieraniu fragów. Dla świrów to idealny sposób na spędzanie wolnego czasu, a może nawet i na życie.

– To nie dla mnie – powiedziałem w końcu.

– Rozumiem. Nie mam zamiaru cię do niczego namawiać – odparł wąsacz – ale warto podejść do szefa chociażby po odbiór nagrody.

– Nagrody?

– No tak… Dywidenda to jedno, ale za każdą głowę też wypłacana jest nagroda. Chirurg był na poziomie drugim i wyceniali go bodajże na pięćdziesiąt uncji srebra.

– Pięćdziesiąt uncji!

Pożegnałem się z wąsaczem krótkim, wymownym milczeniem i ruszyłem w stronę przeszklonych drzwi. Gość, który siedział za biurkiem, nie wyglądał na diabła wcielonego. Przypominał mi trochę Danny`ego DeVito: niski, pulchny, łysy i pocieszny. Rękawy przepoconej koszuli miał zakasane do połowy owłosionych przedramion. Na biurku leżał kalkulator, dużo jednouncjowych, srebrnych monet i rewolwer z długą, nieprzyjemnie wyglądającą lufą.

– W czym mogę pomóc? – zapytał nie racząc mnie nawet spojrzeniem.

– Sprzątnąłem Chirurga

Dopiero teraz uniósł wzrok.

– Ma głowę?

– Nie wiedziałem, że trzeba przynieść. Mam jego broń i szpej. Oraz broń jego towarzyszy z bandy. Zabiłem go kilka dni temu na terenie Anorgany Kolonii.

– Mów mi Boczek. – Wyciągnął dłoń, która w dotyku rzeczywiście przypominała surowy boczek. – Słuchaj… zwykle tego nie robię, ale widzę cię po raz pierwszy. Dostaniesz te swoje dwadzieścia uncji…

– Wąsacz mówił…

– On ma gówno zamiast mózgu. Za dużo ćpa. Dorzucę ci dychę jak się zarejestrujesz. – Wyjął spod biurka butelkę burbona i rozlał do dwóch szklaneczek. – Moja wątroba już ledwo zipie, ale niech mnie chujem ochrzczą, jak się z tobą nie napiję, młody człowieku.

Wychyliliśmy po szklance, a on nalał zaraz następną kolejkę i zaczął odliczać srebrne monety, głównie amerykańskie z orłem.

– Broń, paliwo, leki… Wszystko jest dobre, nie mówię, że nie. Ale za takie monety w naszej kantynie, dostaniesz znacznie więcej żarcia i picia, niż za jakikolwiek szmelc – powiedział, przyglądając się jednej z monet. – Piękne, prawda? Wyższa forma pieniądza, w sam raz dla cywilizowanych ludzi.

No i tak jakoś od słowa do słowa zostałem zawodnikiem, o czym oczywiście nie zamierzałem informować swoich towarzyszy. Wróciłem do kantyny z workiem pełnym siana.

– Co tak długo robiliście? – zapytał Gibon. – Chyba nie ciągnęliście sobie lasek, co? Za długo cię nie było.

– Wal się. Pokazywał mi tylko towar.

Uznałem, że nie ma sensu chwalić się, że gość, którego zabiłem, był paladynem levelu trzeciego, ale musiałem jakoś wytłumaczyć się ze srebra.

– Sprzedałem mu trochę zbędnych gratów. Frajer łyknął jak pelikan. Wziął najgorszy szmelc i zapłacił mi czystym srebrem. – Położyłem na stole trzydzieści srebrników.

– No pięknie. To chyba dziś zaszalejemy, co? – Gibon aż odjechał z krzesłem od stołu z wrażenia. – Ten dzień był naprawdę przesrany.

A który nie był?

– Pewnie… nie żałujmy sobie. – Spojrzałem na Violet. Spała. – Może najpierw wynajmę jakąś jamę i położymy małą, co? A później się porządnie napijemy. Do oporu.

– Do porzygania jeden krok… – zanucił Gibon.

***

W zajeździe praktykowano dwie dyscypliny sportowe. Poza walkami gladiatorów, były jeszcze… walki gladiatorów. Tylko takie bardziej tradycyjne. Był krąg i każdy kto chciał, mógł wziąć udział w walce. Oczywiście tylko do pierwszej krwi.

No więc gdy już wynajęliśmy pokój i położyliśmy Violet do łóżka, poszliśmy się napić do kantyny i zachciało nam się zwiedzać. Wiecie jak to jest, jak człowiek się już nażłopie tyle piwa, że więcej nie może. Zaczyna mieć potrzebę spacerowania i posikiwania to tu, to tam. Przed Resetem zdarzały mi się takie beztroskie wypady z przyjaciółmi. Później było już trudniej, bo choć na samym początku piwo było, to później bardzo szybko zniknęło z półek i dopiero po pewnym czasie pojawiły się małe browary, które produkowały i sprzedawały dobre, rzemieślnicze piwo w swoich lokalach.

No więc wyszliśmy sobie na świeże powietrze i zaczęliśmy spacerować, aż dospacerowaliśmy do hali, w której znajdował się właśnie taki krąg walki. Od razu po wejściu uderzyła nas fala duchoty będącej połączeniem smrodu potu, dymu papierosowego, kiszonej kapusty oraz brudnego, zaszczanego kibla.

Tłuści brodacze w przepoconych, flanelowych koszulach, przekrzykiwali się, wymachując uniesionymi do góry garściami pieniędzy. Przyjrzałem się dokładniej, bo odniosłem wrażenie, że mnie wzrok myli. Ale nie. Były to pieniądze z jakiejś gry. Prawdopodobnie tak jak w kantynie, tutaj nie płacono bezpośrednio twardą walutą. Istniało zbyt duże ryzyko, że przy dokonywaniu transakcji dojdzie do próby oszustwa lub kradzieży. Mało kto był na tyle trzeźwy, by wszystkiego dopilnować. Należało więc wcześniej wymienić srebro lub inne zasoby na banknoty z gry i dopiero nimi obstawiać zakłady.

– Obstawiać czy bić? – zapytał wykidajło o cuchnącym gównem oddechu.

– Pić!

Nie usłyszałem go zbyt dobrze przez ten hałas, a nie chciałem wdawać się w zbyt długą rozmowę. Tłuścioch machnął ręką do kogoś w głębi sali, tamten mu odmachał.

– Idźcie do niego – krzyknął.

I nagle, nie wiadomo jak, znaleźliśmy się w śmierdzącej szatni, a jakiś złamas instruował nas na temat zasad zachowania się w ringu i bezpieczeństwa.

– Wszystko dozwolone, ale gdy jeden z was uzna, że ma dość, musi poklepać ziemię trzy razy. To będzie znak, że się poddaje.

Dopiero wtedy dotarło do nas, że mamy ze sobą walczyć. Spojrzałem na Gibona a on na mnie. Uśmiechnął się tylko. W jego oczach widziałem coś takiego… dziwnego. Chyba spodobała mu się ta zabawa i uznał, że wreszcie będzie mógł bezkarnie spuścić mi wpierdol. Ja też nie protestowałem jakoś szczególnie. Było fajnie i wesoło, byliśmy pijani, a wokół nas kręciło się sporo półnagich dup ze szmalem w rękach i koksem pod nosem. Gościu na ringu wykrzykiwał ciągle jakieś bzdury, chyba nasze zmyślone biografie.

– W prawym narożniku pan Gibon wprost z zetlałej stolicy zepsucia i rozpusty, przybył dziś by zemścić się na swym odwiecznym arcywrogu! Tylko dziś! Walka stulecia!

Oszołomił mnie wrzask dziesiątek gardeł. Na chwilę straciłem orientację i zacząłem rozglądać się dookoła. W tłumie mignęła mi twarz kobiety z lasu. Wydawało mi się, że widziałem też Zielonego, choć doskonale wiedziałem, że to nie mogła być prawda.

Rozebraliśmy się od pasa w górę. Obaj mieliśmy tatuaże z Breslau, które były w zajeździe dość pospolitym widokiem. Trudno tutaj opowiadać coś o grającej muskulaturze. Byliśmy raczej chudzi, bo i nie było na czym zbudować masy. Z reguły spalało się więcej kalorii, niż się przyjmowało, chyba, że była gruba biba.

Nie dali nam żadnej broni, choć widziałem, że we wcześniejszej walce goście mieli takie fajne, krótkie pałki. Miałem już nawet o to zapytać, ale w tej chwili zabrzmiał gong.

No, to zobaczymy chujaszczyku, na co cię naprawdę stać, pomyślałem. To była nasza pierwsza walka od słynnej bitwy o bramę, którą stoczyliśmy na samym początku naszej znajomości. Ale wtedy walczyliśmy na broń ostrą, jak gentlemani, a nie jakieś szczury portowe, na gołe pięści.

Miałem mu krzyknąć, żeby zaczynał, bo się robi późno, ale Gibon uprzedził mnie: podbiegł i przywalił mi z prawego sierpowego prosto w kinol. Nikt nie oczekiwał tutaj fair play. Im brudniej, tym lepiej. Opadłem na barierkę i profilaktycznie wystawiłem nogę. Nacierający Gibon nadział się i został odbity jak piłeczka, a ja przeszedłem do błyskawicznego kontrataku, rzucając się na niego z pięściami. Ciosy nie były bardzo mocne, ale było ich na tyle dużo, że patafian nie dał rady podjąć żadnej, sensownej akcji. Ciągle tylko zasłaniał się jak baba.

Bijąc wściekle, rozkładałem w sobie na czynniki pierwsze emocje, związane z naszym trójkącikiem. Nie w rozumieniu erotycznym oczywiście. Choć może trochę. Ciężko dzielić z kimś życie i ani przez chwilę nie pomyśleć czegoś dziwacznego. W większości były to myśli zawierające wściekłość i gniew. Ale czasem pojawiał się jakiś kosmaty pierwiastek. A wiedziałem, że te padalce coś razem knują. Byłem o tym przekonany i to mnie wkurwiało.

W końcu Gibon zrzucił mnie z siebie i odpełznął gdzieś na bok, by pozbierać się do kupy. Krew puściła mu się z łuku brwiowego, ale nie chciał się poddać. Zgrywał twardziela, jak zawsze.

Dobrze kurwa, uśmiechnąłem się obnażając pokrwawione zęby, walcz chuju. Musimy być twardzi. My kontra świat. Pokaż mi, jak bardzo mogę na tobie polegać. Kiwnąłem mu pięścią, by zaczynał, gdy będzie gotów. I znów uderzył znienacka, zrzucając na mnie szybki grad ciosów. Mój refleks okazał się słabszy, nie nadążałem z blokowaniem kolejnych uderzeń, znalazłem się na ziemi i zarobiłem jeszcze kilka kopniaków. Poczułem w ustach piach i krew.

– Dość! Dość już kurwa! – Poklepałem trzy razy ziemię.

Pojedynek był zbyt krótki jak na gusta tubylców. Ale co się dziwić? Mój przeciwnik był szybszy ode mnie, wyższy i miał dłuższe łapy. Ksywa do czegoś zobowiązywała. Chłopak był po prostu zbudowany jak gibon. I facjatę miał jak zdjętą z gibona. Te smutne oczęta jak u psa Droopy`ego. Zupełnie jakby pytał, gdzie jest banan, którego ktoś mu chwilę wcześniej pokazywał przez kraty.

Dwóch rosłych karłów pomogło mi się zwlec do szatni. Ktoś mnie opluł, bo przegrał trochę szmalu. No takie jest życie. Czy ja winię cały świat za to, że Czarek kazał nam wypierdalać z Ludzkiego bębna? Gówno chodzi po ludziach.

– Przegrywać trzeba umieć, bo nie zawsze się wygrywa – wymamrotałem bez sensu i wyplułem kawałek ukruszonego zęba.

Wreszcie drzwi szatni się zamknęły i zapanował względny spokój. Zostaliśmy my dwaj i jakiś goguś, który zaczął odliczać dla nas flotę.

– Nie popisaliście się chłopcy, no ale swoje dostaniecie. Pod poderżniętym gardłem nikt was nie wyrucha. Nie na mojej wachcie. – Wręczył Gibonowi gruby plik kolorowych banknotów. – Wymieńcie to na srebro i idźcie się porządnie napić. Na tyle sobie zasłużyliście.

Ja miałem już dość picia. No… może szklankę czegoś mocniejszego. Tak, żeby odkazić rany. Nigdy nie wiadomo, co w tym piachu leżało.

Ogarnęliśmy się trochę i wróciliśmy do kantyny. W całkowitym milczeniu zamówiliśmy i już po chwili, przed każdym z nas, stanęło sto gramów mocno zmrożonej czystej.

– Za udany wieczór. – Ująłem szkło w dłoń.

– Za udany!

Przechyliliśmy i całkowicie padnięci, udaliśmy się do naszego pokoju, by oddać się w objęcia snu.

Kolejny porąbany dzień został spędzony jak należy.

***

Rano w kantynie ludzie dziwnie się na mnie gapili. Dyskretnie dowiedziałem się, że poszły już pierwsze zakłady o moją głowę w Srebrnej lidze, ale raczej nikt nie dawał mi zbyt wielkich szans. W głównej mierze obstawiano przeciw mnie. Co bardziej wnikliwi pytali, gdzie się wybieramy, a gdy słyszeli, że obieramy kierunek na Łódź, szybko szli dorzucić coś jeszcze do puli. Przyznam szczerze, że nie było to szczególnie budujące.

A poza tym, męczył mnie kac jak chuj.

– Cholera, co wy wczoraj robiliście? – zapytała Violet, przyglądając się naszym gębom. – Wdaliście się w bójkę, czy co? Lokal wyglądał na spokojny.

Ustaliliśmy wcześniej, że sprawa walki pozostanie między nami, żeby nie denerwować dziewczyny.

– Wzięliśmy udział w walce na pieniądze, ja przeciwko Gibonowi – powiedziałem.

– Morony. Mam nadzieję, że chociaż coś z tego macie?

– Mieliśmy, ale przepiliśmy.

– Słuchajcie, a może dałoby się tutaj zagrać jakąś chałturę? – spytał Gibon. – Mieliśmy bardzo dobry start po wykończeniu tego dupka, ale nasze zasoby kurczą się w zastraszającym tempie. Powinniśmy chyba się tym jednak przejąć…

A tak się dobrze wczoraj bił, pomyślałem. Nikt nie jest doskonały.

– Jebać to. Sprzedajmy, co mamy do sprzedania i ruszamy dalej – rzuciłem. – Do „Danza Extravaganza” został tydzień, a Łódź jeszcze daleko. Nie chcę straszyć, ale chyba po drodze mijamy Łask, gdzie stacjonują te nasze F-16, o ile nie przenieśli ich gdzieś indziej. Ale jeśli nie, to będzie to bardzo pilnie strzeżona baza, a co za tym idzie, będziemy mieli przesrane.

– No dobra, dobra… masz rację. Moglibyśmy pojechać sobie spokojnie naokoło przez Wieluń, Bełchatów i Piotrków.

– Przepraszam, czy mogę się wtrącić? – Do stołu podszedł wąsacz, który wkręcił mnie w Srebrną ligę. Puścił mi oczko, co nie umknęło uwadze Gibona. – Przypadkiem usłyszałem, że zmierzacie do miasta Łódź. Być może zaoszczędzę wam problemu: Łódź zatonęła.

Przez chwilę pogrążyliśmy się w refleksyjnym milczeniu, które przerwała Violet.

– Czyli że co?

– Czyli, że nie macie tam po co jechać. Siły rządowe zajęły już miasto.

– Głupoty gada! – krzyknął gościu z jednym okiem. – Jest tu taki jeden, co wczoraj wieczorem z Łodzi przyjechał. Mówił, że miasto nadal jest wolne!

– No to pokaż mi go! – Wąsacz wyraźne się spienił. – Pewno jaki podżegacz! Mówi, że bezpiecznie, tak? Że wojsko opuściło bazę w Łasku? Już ja słyszałem nieraz takie bzdury!

I jak tu podjąć decyzję? Wycofaliśmy się cichcem i ożeniliśmy szybko zbędne graty w jakiejś bocznej uliczce. Dokupiliśmy trochę benzyny i żarcia, wypiliśmy kawkę, zrobiliśmy siusiu i zasiedliśmy na swoich miejscach w aucie. Ja z tyłu. Najchętniej jeżdżę z tyłu, bo wtedy dobrze widzę jednocześnie i Bonny, i Clyde`a. Widzę ich broń, jestem spokojny i wiem, że nic nie kombinują. Od pewnego czasu unikałem zasiadania za kierownicą. Jedno, szybkie zarzucenie garoty na szyję i byłoby po mnie. Chociaż oczywiście starałbym się zabrać jak najwięcej ze sobą. Wpakowałbym wóz w mur, czy coś. No… nie zawsze na pustej drodze jest mur. Ale już ja bym się postarał, żeby stała im się krzywda. Z kolei wątpię, by chcieli ryzykować strzelanie w samochodzie, siedząc tyłem do mnie. To by było samobójstwo.

Czasem w tajemnicy przed moimi towarzyszami, odbezpieczałem broń i trzymałem palec na spuście, celując w fotel jednego z nich. Gdyby coś im strzeliło do tych popapranych łbów, przeszyłbym pociskami jedno, a drugie nie miałoby nawet jak zareagować.

No… dość tych czarnych myśli.

– Komu w drogę, temu…

– …chuj w dupę. – Dokończyła za mnie Violet.

– Jak zwykle subtelna i urocza. – Splunąłem z pogardą. – Kto prowadzi?

– Może dziś ty? – Gibon już zamierzał wpakować się do tyłu, gdy zablokowałem mu ręką drogę. – No co? Jakoś dawno już nie prowadziłeś. A mieliśmy się zmieniać przecież, nie?

– To prawda, mieliśmy się zmieniać – powiedziałem – ale już od dłuższego czasu nie dajecie mi prowadzić, więc uznałem, że jestem zwolniony z tego przykrego obowiązku.

– No teraz to już się trochę zagalopowałeś – włączyła się Violet. – Nie dajemy ci prowadzić? Przecież jeździłeś tym cholernym Subaru! A my zmieniamy się rzadziej i musimy dłużej siedzieć za kółkiem. No daj spokój! Prowadź, nie pierdol!

Nie no, teraz nagle im przyszło do głowy, żeby mnie za kierownicą sadzać? No akurat! Grubą nicią szyte! I to po tym wszystkim, co razem przeszliśmy? Ludzkość spadła na psy. Nikomu nie można ufać. Nikomu! Nawet przyszywanemu rodzeństwu.

– No dobra – powiedziałem. – Dobra. Rozumiem.

– Świetnie… dzięki!

– Chcecie, żebym oddał broń?

– Nie przyda ci się w czasie jazdy – odparł Gibon. – Potrzymam ci.

Oddałem mu Steyr`a i odpiąłem kaburę z pistoletem. Gdybym miał pas, pewnie też bym go zdjął. Miałem tylko pasek do spodni, ale on mi trzymał portki. Trochę ostatnio mi ubyło i… sami wiecie. Gacie mogłyby mi zrobić jakiś nieoczekiwany dowcip, kiedy będę szedł wśród drzew z rękami założonymi na kark. To by był zupełny slapstick. Słyszałem, że czasem w momencie śmierci, zwieracze puszczają. Gdybym był bez gaci i… Nawet nie chcę o tym myśleć. Mogą odebrać mi życie, ale nie zabiorą mi godności.

– W porządku. – Wsiadłem za kierownicę. – Chciałem tylko powiedzieć, że w sumie… pomimo wszystkiego złego, co się między nami wydarzyło gdzieś w międzyczasie, to jesteście dla mnie jak brat i siostra. Rozumiem waszą decyzję i nie potępiam was. Sam bym tak zrobił Gibon, gdybym był na twoim miejscu.

– Na moim miejscu? Co ty pierdolisz?


Polub, by dostawać informacje o nowych rozdziałach:

Polub, jeśli podobają Ci się ilustracje:

Podobało Ci się?/Nie podobało Ci się? Skomentuj. Dzięki! :)