Rozdział IV.

– No pokaż się ślicznotko – powiedział Mengele lubieżnie oblizując wargi, kiedy Max wprowadził mnie do namiotu. – Rozbierzesz się sam, czy chcesz, żebym ja to zrobił. – Uśmiechnął się.

– Rozbierać? Mam ranę na głowie…

Jeżeli w momencie Resetu był na AWF`ie, to chyba musiał być wykładowcą albo woźnym. Na pewno nie studentem. Ten zwalisty facet o fizjonomii prymitywa, odzianym w biały kitel laboratoryjny, obdarzony był nieforemną głową, porośniętą właściwie z każdej strony siwą, rzadką szczeciną.

– Nie przejmuj się nim. – Max przyjacielsko poklepał mnie po plecach. – Ma specyficzne poczucie humoru. Jak to naukowcy.

Naukowcy srowcy. Poznałem się już na tych debilach.

– Jasne, nie ma problemu.

Kątem oka ujrzałem nad jednym z łóżek stary plakat z filmu „Mad Max”. Pewnie stąd wziął swoją ksywkę impresario. Nawet hodował taki trzydniowy zarost, jak Mel Gibson. Ale niestety bardziej przypominał George`a Michaela z czasów Wham! Koszmar.

– Napijesz się czegoś mocniejszego?

– Nie pogardzę, zwłaszcza jak ma boleć.

Mengele zaśmiał się nie wiadomo z czego, a Max wyciągnął trzy szklanki i butelkę najprawdziwszego Jacka Danielsa. Albo po prostu klarowanego bimbru z herbatą. Czort wie. Różne rzeczy ludzie robili, żeby wywrzeć dobre wrażenie. Po pierwszym łyku przekonałem się, że w tej kwestii nie było lipy. To był najprawdziwszy Jack Daniels. Najlepsza rzecz, jaką piłem w ciągu ostatnich trzech lat. To straszne, że takim kutasiarzom się powodzi.

– Skąd ty to masz? – zapytałem.

– Trzymaj się blisko mnie, a świat stanie się dla ciebie kopalnią możliwości – odparł wyciągając paczkę marlborasów. – Zapalisz? Fajki niestety zza wschodniej granicy.

– Też mogą być. – Wyciągnąłem sobie jednego i wystawiłem się na płomień benzynowej zapalniczki. – Nie pamiętam już, kiedy ostatnio paliłem prawdziwego papierosa.

– Przyzwyczajaj się młody! – Przechadzał się po wojskowym namiocie jak jakiś natchniony guru od biznesu. – Bez względu na to, jak brzydki jest świat, jak bardzo rzygać ci się chce każdego ranka, gdy podnosisz się z łóżka, jest on nadal taką samą kopalnią możliwości, jaką zawsze był i zawsze będzie.

W międzyczasie Mengele rozłożył na stole skórzaną saszetkę pełną rozmaitych, ostrych szydeł, skalpeli i wierteł. Wszystko to było stare, pordzewiałe i nie budziło szczególnie mojego zaufania.

– Sterylizowałeś to chociaż? – spytałem.

– Jestem profesjonalistą – odparł konował.

Przyznam, że do końca wiedziałem, co właściwie miało to oznaczać.

– Czym różnią się ludzie gnijący w obozach pracy od nas? – kontynuował Max. – Bo, wierz mi, różnią się ode mnie i od ciebie. Zaś my dwaj jesteśmy ulepieni z tej samej gliny. Wyczułem to już przy pierwszym spotkaniu. Jesteśmy inni, niż ta cała hałastra. Jesteśmy lepsi. Stanowimy elitę.

Od początku miałem przeczucie, że koleś jest mocno zaburzony. Jednak dopiero teraz zaczynało do mnie docierać, jak bardzo.

– Nie myślałeś może o karierze solowej? – mówił dalej. – Wszyscy najwięksi, w pewnym momencie uwalniali się z ograniczeń, jakie narzucał im zgniły kompromis konglomeratu: Lennon, Waters, Gabriel… Prawdziwy geniusz źle znosi ograniczenia…

– Nie, nie myślałem – wszedłem mu w słowo – i chyba raczej obecne czasy nie sprzyjają skrajnemu indywidualizmowi. – Wysiliłem się na mądre zdanie, bo słyszałem, że ludzie rozumieją więcej, gdy dostosowujesz się do ich sposobu mówienia.

– A widziałeś może film „Wojownik szos”? – zapytał stojąc do mnie tyłem. Każdy jego ruch wyglądał na starannie wyreżyserowany i przećwiczony. Cholerny picuś. – Max, główny bohater filmu, zasadniczo jest indywidualistą. Skrajnym, można powiedzieć.

– No tak, ale… – Syknąłem z bólu, kiedy Mengele polał moją ranę bimbrem. – Co robisz cholerny rzeźniku?

– Musiałem odkazić – powiedział. – Teraz opatrzę to jeszcze raz, ale solidniej. I czystym bandażem. Czy nie uczono was, że bandaż to rzecz jednorazowa?

– Nie kurwa. Wypraliśmy go w wybielaczu razem z tamponami.

– Napij się jeszcze. – Max polał mi drugą szklankę whisky, na co zresztą czekałem z niecierpliwością. – Mój nowy show nazywa się „Rąbanina”. Przedstawię ci pokrótce założenia. Musicie znać scenariusz pokazu, żeby wpasować się z muzyką.

– Wiadomo.

Max przeszedł się po pokoju z rękami założonymi do tyłu, jakby szukał odpowiednich słów, do wyrażenia swoich myśli.

– Zdecydowałem zrezygnować ze znanych osobistości. Coraz ciężej ich pozyskać, przez co zyskują na czarnym rynku niebagatelne sumy. Zrezygnowałem z jakości, na rzecz ilości. Kupiłem kilkoro niewolników z obozu pracy i będę wpuszczał ich po kolei na moją ścieżkę zdrowia, która składa się z maszyn skonstruowanych przez tego tutaj dżentelmena. – Skinął dłonią w stronę Menegle.

Poczułem, jak do gardła podchodzi mi zimna gula. Niewolnicy? Cywile? Gibon tym razem na pewno nie da rady. Odstrzeli łeb temu pajacowi w samym środku przedstawienia, na oczach setek, a może nawet tysięcy świadków. To już nie było to samo, co show z udziałem celebrytów, których wszyscy nienawidzili. W większości byli to ludzie, którzy pozamykali się w swoich willach, obudowali murami, karabinami maszynowymi i psami. A kiedy ktoś przyszedł błagać o pomoc, po prostu przymykali dźwiękoszczelne okna.

Nieraz słyszałem historie o tym, jak szwadrony śmierci szlachtowały cywilów, jednego po drugim, na progu domu jakiegoś bogatego panicza. Robili to, czerpiąc czystą przyjemność z faktu, że ów gwiazdor stał w oknie i nie był w stanie nic zrobić. I nie chodzi o to, że nie miał broni. Jedyne, czego im brakowało, to ludzkich odruchów. To były figury woskowe, wypełnione szampanem i truskawkami, z krwią niewinnych osób na rękach.

Ale niewolnicy to co innego. Status niewolnika mieli zwyczajni obywatele, najczęściej zbyt słabi, by się bronić, chorzy, nieposiadający żadnego majątku albo po prostu apatyczni i akceptujący swój los. Byli jak owieczki, a świat był dla nich jak zły wilk. Każdy przyzwoity człowiek powinien w tej sytuacji poczuć się jak owczarek i strzec owiec przed wilkiem. Problem jednak w tym, że tak naprawdę to nie świat był wilkiem. To ludzie, tacy jak Max byli wilkiem. Budowali swój sukces na cierpieniu innych i czerpali zysk ze śmierci…

– Zależy mi trochę na takim slapstickowym klimacie…

Ocknąłem się nagle z zamyślenia. Koleś był mocno nakręcony, więc postanowiłem go nieco przystopować.

– Posłuchaj, muszę to jeszcze skonsultować zresztą zespołu. Nie jestem żadnym Lennonem ani Watersonem. Stanowimy trio. Gramy razem, jemy razem i śpimy razem – powiedziałem.

– To akurat nic złego – uśmiechnął się. – Ta mała wygląda niepozornie, ale takie są najgorsze. Potrafią niejednego wprawić w zawstydzenie…

Zacisnąłem pięść, ale udało mi się nad sobą zapanować.

– Zobaczymy się później.

Wyszedłem z namiotu i ruszyłem w stronę naszego busa.

***

Camp Sky to miejsce, które nigdy nie śpi. To jedyne, naprawdę żywe, pulsujące krwią miejsce we wszechświecie. A przynajmniej w tej części wszechświata. Sieć uliczek wokół szklanej wieży zamieniona została na wielki camping oświetlony setkami tysięcy diod LED, zasilanych potężnymi solarami i wiatrakami, osadzonymi na samym budynku. Gigantyczna część bazarowa wiła się niczym wąż, pomiędzy opustoszonymi blokami. W niej, niczym pieczarki na pryzmach kompostu, wykwitały małe królestwa kebabu. Dalej część rzemieślnicza, gdzie można było naprawić dosłownie wszystko, oprócz okaleczonej duszy i sumienia. Dragi, broń i seks na każdym rogu. Najważniejsze jednak były miejsca przeznaczone do zabawy: parkiety taneczne otoczone rozbudowanymi do absurdalnych rozmiarów sound-systemami. Ludzie po kilku godzinach zabawy tracili słuch. Trudno oszacować nawet, ile watów miały te instalacje, ale jeszcze bardziej tajemniczy był fakt, w jaki sposób to wszystko było zasilane. Bo przecież nie z elektrowni wodnej. Była za daleko i dawała za mało mocy. Solary i wiatraki też by nie dały rady. To miejsce kryło w sobie wiele zagadek.

Do strefy zabawy nie wchodziło się na trzeźwo. Biletem wstępu był zakup drinka zwanego mutantem. Nazwa brała się z tego, że po jego wypiciu usta i język też były zielone przez kilka godzin, dzięki czemu bramkarze odróżniali tych, którzy bawią się dobrze, od szumowin, które wlazły na krzywy ryj.

Specjalnym składnikiem mutanta był kwas 4-hydroksybutanowy, czyli specyfik zwany przed Resetem pigułką gwałtu. Oczywiście podany w niewielkiej dawce. Wszyscy bawili się wesoło i mieli zielone japy, które dodatkowo podświetlano od spodu lampami ukrytymi w parkiecie. A wszystko to przy dźwiękach niemiłosiernie głośnego, oldschoolowego techno-rave.

Czy tak wyobrażaliście sobie koniec świata? Bo ja nie.

***

– Zaproponował nam udział w czymś naprawdę potwornym – powiedziałem. – Co więcej, zrobi to z nami lub bez nas. I w żaden sposób mu w tym nie przeszkodzimy. Dziś o północy ten plac spłynie krwią niewinnych ludzi.

– To straszne kurewstwo – powiedział Gibon podrygując do muzyki i kołysząc swoim mutantem. – Nie dałoby rady jakoś…

– Nie – wszedłem mu w słowo. – Absolutnie nie da rady. Ma glejty na wszystko. Kupił tych niewolników. Jeżeli zrobimy mu cokolwiek na terenie Festung Breslau, przy świadkach, w najlepszym wypadku jutro sami zawiśniemy przed ratuszem.

– Skurwysyn. – Violet wykrzywiła twarz do granic możliwości. – Zakradnijmy się po prostu do jego namiotu i poderżnijmy mu gardło. Nikt się nie dowie, że to my.

Pomysł niby dobry, ale…

– Nie jest sam – odparłem. – Jest jeszcze Mengele. Poważny facet. Jeżeli nawet się nam uda załatwić ich obu, zawsze istnieje ryzyko, że ktoś nas zobaczy. To z kolei ściągnie na nas zainteresowanie władz. Nie mamy gdzie się podziać. Musielibyśmy uciec z miasta – tłumaczyłem zawiłości problemu plączącym się od alkoholu językiem. – Czy mamy jakikolwiek plan B? Oprócz tego, że pojedziemy na „Danza Extravaganza”? W dłuższej perspektywie tamten kierunek nie jest zbyt bezpieczny. Pamiętacie, co mówił komandos?

– To może południe? – wciął się Gibon. – Jeździliśmy w tamte strony kilka razy na koncerty i za wyjątkiem Ślęży, nigdy nie spotkało nas nic złego.

– Do wypłaty za fosfor pozostał nam tydzień. Nie mamy za dużo paliwa. Nie mamy prawie żadnych zapasów żywności, wody czy amunicji. Jeżeli sprzątniemy Maxa teraz, będziemy w absolutnie czarnej dupie.

– Masz rację – odparł Gibon. Chyba po raz pierwszy, odkąd go znam.

Milczeliśmy sącząc nasze mutanty i podrygując w rytm skocznej muzyki.

– A gdyby tak jednak zagrać? – zapytałem nieśmiało, a moi spojrzeli na mnie krzywo.

– Co masz na myśli?

– Słuchajcie, nie jesteśmy aniołkami. Swoje za uszami mamy. Gdyby tak po raz ostatni ubabrać się, wziąć to na klatę, a później…

– Co później?

Dopiłem swojego mutanta, by zaczerpnąć maksymalną ilość dostępnej mocy i odwagi do powiedzenia tego, co zamierzałem powiedzieć.

– Gdybyśmy dziś udawali jego kumpli, a potem wyrwali chwasta? Moglibyśmy umówić się z nim na spotkanie w Anorganie. Za tydzień.

– Ale po co? – wtrąciła się Violet.

– Wysłuchaj mnie! Przez ten czas zdążymy odebrać zapłatę za fosfor. Nic już nie będzie nas trzymać w Breslau. W Anorganie zrobimy to spokojnie, na zimno. Nikt nam nie przeszkodzi. Fabryka jest także poza jurysdykcją Festung Breslau, więc nawet gdyby znalazł się jakiś świadek, to będziemy na ziemi niczyjej, gdzie nie obowiązują zasady – mówiłem coraz bardziej rozgorączkowany i podniecony swoim geniuszem. – Sprzątniemy go, zbierzemy jego fanty, a później już spokojnie pojedziemy sobie na „Danza Extravaganza”. Tam zgarniemy pierwszą nagrodę, dzięki czemu uciekniemy na południe, spektakularnie unikając śmierci w nalotach bombowych.

Długo przyglądali mi się. W końcu Gibon zabrał głos.

– Plan zuchwały i głupi. Co gorsza, czyni z nas współwinnych kolejnego bestialstwa.

– Tak – przyznałem – ale i tak nie zdołamy uratować tych ludzi. Nie robiąc nic, także nie zmyjemy z siebie grzechu bierności. Ale idąc mu na rękę, zdobędziemy jego zaufanie – tłumaczyłem. – Nie będzie problemu z tym, żeby wywabić go z miasta. Załatwimy go tak, żeby czuł, że umiera. To jak? Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego?

Przyglądali mi się krytycznie, ale chyba docierało do nich, że mam rację, i że to jedyne wyjście z tej sytuacji. Prawda nie zawsze jest ładna. Z reguły bywa paskudna i przykra.

– Nie wiem, jak do tego doszło – zaczął Gibon – ale wygląda na to, że musimy przystąpić do realizacji twojego pomysłu.

***

„Rąbanina” była czymś skrajnie złym. Czymś, o czym nie można nawet opowiadać, gdyż nawet to byłoby skrajnie złe. Max wzniósł się na wyżyny bestialstwa i absolutnego zezwierzęcenia, czym ostatecznie przypieczętował swój los. Choć nie. Powiedzmy sobie wprost: on już od dawna był na drodze, z której nie było żadnego odwrotu. Po „Gwiazdy spadają w dół” nie byliśmy w stanie spojrzeć w lustro. Teraz nie byliśmy w stanie nawet myśleć o spojrzeniu w lustro, czy w oczy pozostałych. Staliśmy się udziałowcami zła i jedynym sposobem, by w jakikolwiek sposób się z tego uwolnić, było spłacenie naszych udziałów. Odpłacenie złem za zło.

– I jak wam się podobało? – zapytał Max, kiedy już opuścił swój namiot, umyty, odświeżony i przebrany. Jego twarz zieleniała od mutanta. – Jest potencjał, nie? Mnie osobiście trudno zachować obiektywizm, ale Mengele mówi, że mógłbym popracować nad swoimi kwestiami. Można by nadać temu jakąś bardziej wysublimowaną formę…

Poczułem jak od zaciskania zębów, jeden z nich przemieścił się nieznacznie.

– Słuchaj… Max… – zacząłem, ale nie dał mi dokończyć.

– Mam wątpliwości co do niektórych maszyn. Chyba wymagają udoskonalenia. Krajalnica zabija za szybko. W zasadzie ciach i plasterki. Ta kobieta nie zdążyła nawet wrzasnąć. Wolałbym, żeby to jednak działało stopniowo, począwszy od stóp… Wtedy ofiara konałaby dopiero gdzieś na wysokości brzucha, przy odrobinie szczęścia może trochę dalej. Potrzebny byłby jakiś mechanizm, który pozwoliłby na opuszczanie ostrzy w sposób kontrolowany…

– Słuchaj Max, Pójdziemy trochę potańczyć – teraz ja mu przerwałem. – Jutro jedziemy szukać chemii dla Duce. Jakieś trzydzieści kilometrów na północny zachód, jest stara, opuszczona fabryka.

– Opuszczona fabryka? – W końcu złapał haczyk.

– Tak. Wczoraj przywieźliśmy stamtąd ciężarówkę fosforu, za którą dostaliśmy dużą zapłatę. Sądzimy, że w okolicy może być tego znacznie więcej. Szkoda by było zostawiać. Będziemy tam przez tydzień, a później jedziemy na koncert do… – Tu na chwilę straciłem rezon.

– Do Görlitz. – Poratowała mnie Violet.

– Tak… wypadła mi ta nazwa z głowy. Czy moglibyśmy się spotkać jeszcze przed naszym wyjazdem i omówić szczegóły dalszej współpracy?

– Jasne, jasne. Będę cały czas na Camp Sky. Wpadajcie, kiedy tylko zechcecie. – Wydawał się lekko zbity z tropu.

– Właśnie wolelibyśmy już nie wracać do Breslau, bo strasznie nam nie po drodze. Ale gdybyś ty podjechał do Anorgany, to moglibyśmy przekazać ci nasze znaleziska. Przywiózłbyś to do Breslau i sprzedał, a później podzielilibyśmy się fifthy-fifthy. Co ty na to? Czysty zysk, całe ryzyko po naszej stronie.

Max przyglądał mi się badawczo, jakby próbował odczytać, co kryje się za moimi oczami.

– Spotkajmy się może rano w moim namiocie i przegadajmy sprawę. Nie chciałbym robić takich ustaleń po pijaku, bo później i tak nic nie pamiętam. Ok? – Poklepał mnie przyjacielsko po ramieniu.

Pomysł nie był zły. Lepiej, żeby nie zapomniał. Jego chwiejny krok zdradzał wysoki poziom alkoholu i innych środków odurzających we krwi. Nawet największy potwór nie byłby w stanie zrobić na trzeźwo tego, co zrobił Max.

Rozeszliśmy się do swoich siedzib, a rankiem poszedłem do niego już sam, by nie generować dodatkowych spięć. Wiedziałem, że gość czegoś ode mnie chce i jest dla mnie szczególnie miły. Może był sodomitą i zamierzał złożyć mi jakąś propozycję. Na tę okazję miałem nóż. Żywcem by mnie nie wzięli. W każdym razie kazałem Gibonowi i Violet zaczekać w busie przy bramie wjazdowej do Camp Sky, a sam pobiegłem szybko do namiotu Maxa, by potwierdzić wszystkie ustalenia. I w sumie dobrze, że to zrobiłem, bo rzeczywiście nie pamiętał niczego, o czym rozmawialiśmy poprzedniego wieczora. Zaskakująco łatwo zgodził się na wszystko, zapisał sobie termin w kalendarzu, a Mengele obejrzał mój opatrunek. Powiem szczerze, że kamień spadł mi z serca, bo spodziewałem się problemów.

– Dokąd teraz pojedziemy? – zapytał Gibon, gdy zamknąłem za sobą drzwi. – Zdaje się, że nie powinniśmy rzucać się w oczy w Festung, ale musimy też podjechać za kilka dni do chemików, a później jeszcze do kwatermistrzostwa. Byłoby dobrze, gdybyśmy nie natknęli się na Maxa ani tego jego przydupasa. Do Ludzkiego bębna też raczej nie mamy co wracać.

Cholerna racja. Nie mieliśmy się gdzie podziać. W zasadzie moglibyśmy poświęcić ten czas faktycznie na gruntowne przeszukanie Anorgany, ale staliśmy słabo z paliwem i nie mogliśmy sobie pozwolić na zbyt odległe wojaże.

– Może odwiedzimy nasze stare śmieci? – zaproponowałem. – Możemy tam kimać. Może coś się jeszcze z ogródka ukopie, a jak nie, to ktoś wyskoczy przynieść jakiś fast food. Do czwartku wyżyjemy.

– Jasne, o ile nasza jama jeszcze stoi – odparł Gibon.

Z braku innych możliwości tak właśnie zrobiliśmy. I nie powiem, przeżyliśmy dość duże zaskoczenie, gdy zajechaliśmy pod nasz magazyn i ujrzeliśmy szyld z napisem: Trupia farma. Wszystko wskazywało na to, że pod naszą nieobecność jakiś kutasiarz zaanektował nasze lokum na pub. Takie życie. Jednak nie wszystko było stracone. Przyszło mi na myśl, by wykorzystać tę nadarzającą się okazję i pograć przez kilka wieczorów za wikt i opierunek. Moi jedyni prawdziwi przyjaciele natychmiast storpedowali ten pomysł posiłkując się argumentem, że Max może gdzieś usłyszeć, że w Trupie farmie grają Apo-Calypso i całą intrygę chuj strzeli. Mieli rację. Ale ja po swojej stronie miałem siłę intelektu. Zauważyłem, że na ścianach wisi więcej flag konfederacji, niż w Ludzkim bębnie i zaproponowałem, byśmy podali się za zespół bluegrassowy o nazwie Caleb Banjo & The Bullets. Widziałem kiedyś podobny numer w moim ulubionym filmie z lat osiemdziesiątych, Blues Brothers czy jakoś tak. Wąsaty właściciel łyknął wszystko bez większych zastrzeżeń, jakby średnio raz w tygodniu zgłaszał się do niego jakiś zespół bluegrass. Musieliśmy tylko dla bezpieczeństwa przemalować logo na burcie naszego pojazdu, aby żaden postronny obserwator nie zoczył nas i nie doniósł, gdzie trzeba. Wprawdzie mogliśmy też ukryć busa w jakiejś bocznej uliczce, ale woleliśmy go mieć cały czas na oku, gdyż licho nie śpi.

W trakcie malowania, dwadzieścia metrów nad naszymi głowami, przeleciały dwa wojskowe Mi-24. Wszyscy prawie się posraliśmy ze strachu.

– Skurwiele droczą się z nami – powiedział Gibon.

– Kiedy tu jechaliśmy, widziałem na placu Orląt Lwowskich, jak obudowują pięćdziesiątkę workami z piaskiem. Trochę mnie to zastanowiło, ale teraz wszystko staje się jasne. – Potrząsnąłem energicznie kolejną puszką z lakierem i rzuciłem Violet. Była najbardziej uzdolniona plastycznie z nas trzech. – Mam nadzieję, że zdążymy zrealizować wszystkie nasze plany przed ofensywą. Ładowanie się do Łodzi to beznadziejnie głupi pomysł.

– Usłyszeć coś takiego w twoich ustach? Bezcenne – mamrotał pod nosem złośliwy goblin.

***

Tydzień udawania rednecków zleciał nam zaskakująco szybko i przyjemnie. Dawaliśmy koncert każdego wieczora, a później piliśmy i graliśmy w bilarda do późnej nocy. Rano wstawaliśmy i zaczynaliśmy dzień od piwka, żeby potem trochę poleżakować w ogrodzie i popatrzeć, jak rośnie trawa. Zwykle koło południa nasz wąsaty przyjaciel wynosił grill, mięso i skrzynkę piwa, byśmy mogli posilić się przed wieczornym koncertem. I tak w kółko.

Pokochaliśmy naszego nowego gospodarza bardziej, niż tego zdradliwego grubasa Czarka. Aż szkoda nam było opuszczać Trupią farmę. Ale cóż było zrobić? Obowiązki wzywały. Trzeba było dokopać pewnemu kurwiowi. A któż mógł to zrobić lepiej niż my? Raczej nikt. Dlatego zapakowaliśmy dupy do busa i pojechaliśmy do centrum, żeby odebrać, co nasze. I oczywiście modląc się, by przy okazji nie napatoczył nam się Max czy jego kumpel Mengele.

Zaparkowaliśmy w bocznej uliczce, niedaleko gmachu chemików. Wyskoczyłem szybko i rozglądając się niczym zbok w parku, pokonałem truchtem ten kawałek, który dzielił nas od bramy głównej. Szczęśliwie pogoda nie nastrajała do spacerów. Nad miastem unosiły się ciężkie, szare chmury, które nie zwiastowały nic dobrego. To znaczy dla nas, miałem nadzieję, że jednak tak, bo nie po to urabialiśmy sobie ręce po pachy przez cały tydzień, żeby teraz odchodzić z niczym.

Na wejściu pokazywałem kwity każdemu napotkanemu człowiekowi, aż w końcu ktoś zlitował się nade mną i zawołał magistra.

– A witam, witam. – Oczom mym ukazał się znany mi już jajogłowy. – Pan fosforek, tak? Wszystko już się wyjaśniło, wszystko wiemy. Proszę za mną.

Ten to tylko by kazał ludziom łazić za nim. Pewnie czerpał satysfakcję seksualną ze świadomości, że ktoś musi patrzeć na jego tyłek. Zbok jeden. Ale jakie życie może mieć jajogłowy? Każdemu coś się należy.

– Przebadaliśmy bardzo dokładnie wszystkie beczki, które pan dostarczył. Dwanaście beczek, zgadza się?

– No to świetnie, że się udało – odparłem, ignorując ostatnie pytanie. – Wezmę kwity i muszę lecieć do kwatermistrza. Sam pan rozumie, mam dziś dość dość napięty grafik…

– Nie tak prędko. – Magister uśmiechnął się przebiegle. – Są pewne problemy z pańskimi beczkami.

Cóż… Zwykle kiedy coś układało się zbyt dobrze, nadchodził moment, by padły słowa: „są pewne problemy”. Nie inaczej było tym razem.

– Przebadaliśmy zawartość beczek i wychodzi na to, że ich zawartość stanowi woda.

– Woda?

– H2O. Tlenek wodoru. Niech mnie piorun trafi, jeśli te pojemniki zawierały kiedykolwiek fosfor. Nie znaleźliśmy nawet pojedynczych cząsteczek. Ta woda jest niemal tak czysta, że można ją pić. Chociaż osobiście bym nie zalecał. Ktoś musiał je tak opisać dla jaj, albo zamierzał dopiero wypełnić je fosforem.

– No dobra, ale co pan chce przez to powiedzieć? – Czułem, że zaraz wybuchnę, bo kutasiarz nieprzerwanie uśmiechał się głupio jak pederasta.

– Oczywiście zapłacimy wam za tę wodę. Woda zawsze się przydaje – powiedział w końcu. – Pewnie mniej niż za fosfor. Raczej znacznie mniej. Ale możemy przyjąć także ciężarówkę, chyba, że chce pan ją zatrzymać. Pojazd sprawny. Nam się przyda.

Nie chciałem ciężarówki, więc jajogłowy magister wypisał mi weksel. Następnie kwit wcisnąłem sobie w kieszeń i nie żegnając się, ruszyłem do wyjścia. Nie tak to sobie wyobrażałem. Miało spłynąć na nas bogactwo i miał zapanować dobrobyt. Tak to już jest, kiedy zadajesz się z pachołkami systemu. Zawsze cię wyruchają, albo przynajmniej zginą próbując.

– Zapraszamy ponownie – krzyknął jeszcze za mną magister, ale nawet się nie odwróciłem.

Po powrocie do wozu powiedziałem jak jest i pojechaliśmy do kwatermistrzostwa, żeby się wyposażyć. Kupiliśmy trochę paliwa, zapasów żywności i wody. Wzięliśmy także trochę klamotów na miarę naszej epoki: kałacha dla Gibona i pistolet maszynowy Glauberyt dla Violet. Wydawał nam się sensowniejszym wyborem niż karabin szturmowy, który sporo przecież ważył. Dobraliśmy amunicję do broni długiej i krótkiej, zapasowe magazynki i środki do konserwacji. Ja wziąłem sobie jednopunktowe zawieszenie taktyczne, które pozwalało bardzo szybko przekładać broń z przodu na tył i z powrotem, oraz kaburę udową na pistolet. Gibon też dobrał jakiś szpej i w końcu wyglądaliśmy jak prawdziwi komandosi z krwi i kości. Pozostało napić się kawy, siknąć i wsiadać do wozu.

No nie… Nie było tak różowo. Z racji tego, że w beczkach nie było fosforu, wszystkiego kupiliśmy trochę po biedaku, w nadziei, że po Maxie zostanie nam jakiś spadek. Paliwa na przykład nie mieliśmy na tyle, żeby do Łodzi dojechać, więc mieliśmy w sumie nóż na gardle. Gdyby coś nie wypaliło, gdyby wujek Max się nie pojawił, bylibyśmy w totalnie czarnej dupie. Biznes by się nie spiął. A do spotkania zostało już w sumie niewiele czasu, bo byliśmy umówieni następnego dnia rano. Pozostało jeszcze zastanowić się nad strategią, ewentualnymi zagrożeniami oraz innymi niuansami, takimi jak chociażby znalezienie pomieszczenia, w którym moglibyśmy spokojnie torturować i wykończyć tę mendę. Musieliśmy wymyślić sposób, w jaki Max rozstanie się z tym światem. Nie mogło to być byle co, bo przecież tyle zła, co narobił on, to nie narobił nikt inny.

Gibon optował za powieszeniem. Violet, jak to baba, okazała się znacznie bardziej okrutna, bo zaproponowała obdarcie ze skóry. Zagrała mi na ambicji, więc skupiłem się w sobie i wymyśliłem utopienie we krwi. Specjalnie dla Maxa: podwieszamy go za nogi, nakładamy mu worek na głowę i ramiona, a później podrzynamy mu gardło. Gdyby worek był wystarczająco ciasny, ilość krwi, która by się w nim zebrała, wystarczyłaby do utopienia skurwiela. Ostatecznie jednak mieliśmy wątpliwości, czy zgon nastąpiłby w wyniku utopienia, gwałtownego wykrwawienia czy samego poderżnięcia gardła. Ten ostatni wariant wydawał nam się zbyt litościwy.

Co do jednej kwestii byliśmy jednomyślni: nie pozwolimy Maxowi zbyt łatwo rozstać się z tym światem. Nie po tym, co my sami musieliśmy zrobić, by umożliwić sobie dorwanie go.


Polub, by dostawać informacje o nowych rozdziałach:

Polub, jeśli podobają Ci się ilustracje:

Podobało Ci się?/Nie podobało Ci się? Skomentuj. Dzięki! :)