Reset: suchego przestwór oceanu

Podziel się:

Czarna flaga złowieszczo załopotała na wietrze. Potrzebowałem dobrych kilkunastu sekund, by odzyskać świadomość po tym jakże nieprzyjemnym uderzeniu w skroń. Nadal niewyraźnie i trochę podwójnie, ujrzałem trupią czachę i dwa piszczele – piraci. Skurwysyńskie nasienie, pomyślałem.

– Gadaj jak cię zwą, bo rekinom każę rzucić.

Zachrypnięty głos należał do człowieka, którego wszyscy traktowali z ogromnym szacunkiem. Niewątpliwie musiał on być kapitanem tej krypy. A właściwie ciężarówki. Okrętem tych kolesi była wielka ciężarówka z przyczepą, na której ubzdurali sobie oni rabować, palić, gwałcić i dokonywać abordaży.

– Brajan. Nazywam się Brajan – wymamrotałem, wypluwając krew i zęby.

– A zatem Brajanie… – Kapitan przyłożył mi nóż do gardła. – Masz do wyboru dwie drogi. Albo zaciągasz się na służbę i odpracowujesz swoją wolność,

albo… – przejechał po gardle palcem. – Wybieraj! Nie mamy czasu.

Wybór był żaden.

– Wygląda, że jednak to pierwsze…

– Dobrze – kapitan wyszczerzył resztki zębów. – Dobrze kurwa! To mi się podoba!

Życie po resecie było przejebane…

Trzy lata później

Noc była niespokojna. Drzewa skrzypiały, gięte na wietrze niczym trawy. Deszcz siekł po wszystkim bezlitośnie, a chaos ten dodatkowo potęgowały rozlegające się od czasu do czasu grzmoty.

Nie chcąc drażnić Posejdona, skryliśmy się w jaskini, która dawała nam schronienie wielokrotnie, w podobnych sytuacjach. Okręt zaparkowano tyłem, zgodnie z moimi instrukcjami. Kapitan spał pijany w swej kajucie, a ja spacerowałem wśród stalagnatów, napawając się chwilą spokoju.

Decyzje zapadły i nie było już odwołania. Dwaj najbardziej zaufani – Sznyta i Szkorbut – zbudzili Czterolistnego i przyprowadzili go do mnie siłą. Kapitan wyglądał na oszołomionego, ale szybko otrzeźwiał, kiedy ujrzał mnie w otoczeniu pozostałych marynarzy.

– Bunt? – ryknął wściekle.

Milczałem tylko, przyglądając mu się. Chciałem, by trochę zmiękł, zaczął błagać o litość, skomleć…

– Panie Basiura, co to wszystko ma znaczyć? Sznyta, Szkorbut, puszczajcie natychmiast!

Co czuł? Z pewnością utracił sporą część pewności siebie, która była jego głównym motorem napędowym. Sam bym się tak czuł, gdybym ujrzał szereg zimnych, kamiennych twarzy.

– Czy mogę usłyszeć jakieś wyjaśnienie?

– Dobrze – odparłem. – Nie ma powodu trzymać pana dłużej w niepewności. Tak, to jest bunt. Od tej chwili nie jest już pan kapitanem. Ja przejmuję dowodzenie, a pan…

W jego oczach pojawił się strach.

– Brajan, ale… ocaliłem cię! Przygarnąłem cię i wychowałem jak własnego syna.

Dobre sobie. Na mojej twarzy prawie pojawił się cień uśmiechu, ale sądzę, że był zbyt subtelny, by Czterolistny mógł go dostrzec.

– Tamtej nocy… – zaczął, ale nie dałem mu dokończyć.

– Tamtej nocy zabiliście mojego ojca i matkę, podobnie jak zresztą wszystkich pozostałych mieszkańców Arki. I sądzę, że ja również podzieliłbym ich los, gdyby nie przypadek…

Na spodniach kapitana wykwitła ciemna plama moczu.

– Dałem ci szansę. To niesprawiedliwe – powiedział niemal szeptem. – Ty powinieneś dać ją i mnie.

– Mógłbym – odparłem, z mściwą satysfakcją przygotowując się do wypowiedzenia drugiej części myśli – ale uznałem, że rozsądniej będzie nie popełniać tego błędu, który popełnił pan. Nie pozwolę panu żyć.

Czterolistny był już blady jak ściana i zastanawiałem się, jakich jeszcze reakcji psychosomatycznych możemy się spodziewać, gdy ujrzy to, co dla niego przygotowaliśmy. Spodziewałem się najgorszego.

– Mamy dla pana pal.

Kapitan wzdrygnął się. Wpadł w panikę i zaczął się szarpać.

– Nie! Na Posejdona, nie!

– Proszę się uspokoić. Już nic panu nie pomoże. Jaki żywot, taka śmierć.

Kilku marynarzy roześmiało się posępnie. W końcu dwóch najbardziej rosłych przytargało naostrzoną belkę, którą ułożyli na ziemi, zapierając ją o solidną skałę.

– Wykonać! – warknąłem krótko i odsunąłem się na kilka kroków, by z bezpiecznej odległości obserwować to makabryczne przedstawienie.

Czterolistny oczywiście szarpał się, ale zabroniłem moim ludziom pozbawiać go przytomności. Chciałem, by czuł, że umiera. Spętali mu tylko ręce z tyłu, a sądząc po dźwiękach, być może i wyłamali co nieco. Sznyta „nie lubił patyczkować się z ludkami”. Gdy już ułożył wciąż wierzgającego kapitana na ziemi, najcięższy z całego towarzystwa Borsuk, musiał przysiąść na nim, by inni mogli przywiązać liny do obu nóg.

Przez chwilę rozważałem nawet, czy by nie odwołać się do godności kapitańskiej i nie poprosić Czterolistnego, by jednak umarł jak mężczyzna. Ostatecznie jednak postanowiłem ograniczyć się do lakonicznego pytania:

– Jakieś ostatnie słowo?

Z tego szarpania się, był już cały czerwony na twarzy i zlany potem. Oddychał głęboko i szybko. Bałem się, że odpłynie od tego tlenu.

– Błagam cię chłopcze!

– To pańskie ostatnie słowo?

– Dobra… Dobra… – spróbował się nieco uspokoić, ale widziałem, że cały drży. – Myślisz, że właśnie się mścisz za śmierć swoich bliskich, tak? To ci powiem! Gówno wiesz! Jesteś mikry jak robal! Żaden z ciebie kapitan…

– Chce mnie pan zwyzywać przed śmiercią? – spytałem spokojnie. – Powiem szczerze, że spodziewałem się tego…

– Milcz marny robaku! Gówno wiesz! I nigdy nie wyjdziesz z tego szamba! Nigdy nie ogarniesz niczego ponad to, co masz tuż przed swoim nosem. To nie był mój pomysł, by zaatakować Arkę. To było zlecenie, konkretna robota, rozumiesz? Ktoś zapłacił nam za to, by wszyscy mieszkańcy Arki zginęli.

I tutaj rzeczywiście mnie zaskoczył.

– Ale wiesz, co ci powiem? Ode mnie nie dowiesz się już nic! – Próbował splunąć w moją stronę, ale opluł sobie tylko brodę.

Przez chwilę wahałem się. Wiedziałem, że zapewne mówił prawdę. Zarówno w kwestii tego zlecenia, jak i faktu, że nie wyciągnę z niego nic. Taki już był. Zacięty, uparty i głupi. Życia i tak by nie ocalił. A na lżejszą śmierć nie miał co liczyć. Poza tym, coś mi podpowiadało, że nie był on jedyną osobą z załogi, która mogła mi tę informację wyjawić. Rozejrzałem się po twarzach moich ludzi. Jedyne, co w nich zobaczyłem to oczekiwanie.

– Zaczynamy – powiedziałem.

Gwidon odpalił silnik naszego okrętu. Dostał dyspozycję, by nie robić tego zbyt szybko, więc wypuścił kilka kłębów czarnego dymu, dla własnej uciechy, a następnie tak delikatnie, jak tylko on potrafił, puścił sprzęgło i ruszył.

Czterolistny darł się, jakby pal wchodził już w niego, choć od ostrego czuba dzielił go cały metr. Wierzgał się jak wściekła bestia, rycząc i rzucając przekleństwami. Jego spodnie nabrały przy tym brązowego odcienia, co potwierdziło jedynie moje przypuszczenie, że w obliczu śmierci człowiek ten nie będzie potrafił zachować się godnie.

Pilnie obserwowałem twarze zgromadzonych. Żaden z nich nie okazywał najmniejszego współczucia. Żaden nie odwracał wzroku, ani nie przejawiał najmniejszych objawów strachu. W kilku przypadkach dostrzegłem coś, co zidentyfikowałem jako ciekawość. Wszak przy całym okrucieństwie piratów trzeba uczciwie przyznać, że do takiej potworności chyba nigdy się nie posunęli.

Gdy krocze Czterolistnego znajdowało się pół metra od zaostrzonego pala, pomyślałem, że może się nie udać, jeśli będzie się tak szarpał. Skinąłem na chłopaków, by go jednak przytrzymali. Oni wzdrygnęli się i niechętnie złapali za ramiona, przyciskając wleczone ciało do ziemi. Powodem tej niechęci był zapewne smród gówna, który roztaczał się wokół kapitana. Zwieracze puściły mu całkowicie, ale w sumie trudno się było dziwić. Człowiek traci panowanie nad sobą w obliczu świadomości zbliżającego się, nieludzkiego cierpienia.

Jego ryk stawał się coraz bardziej zwierzęcy. Widziałem krew, która sączyła się z dziąseł i spływała wąskimi stróżkami po policzkach. Spinał się każdą częścią swego ciała, jakby to cokolwiek mogło zmienić, ale chyba nie myślał już racjonalnie. To były odruchy bezwarunkowe.

W końcu gdy drewno zaczęło wpijać się w ciało, otworzył szeroko oczy i usta, a ryk przerodził się we wrzask przerażenia, bo chyba jeszcze nie bólu. Szpikulec w końcu jednak pokonał opór, jaki stawiały obsrane spodnie i skóra. Nogi ścisnęły się w bolesnym skurczu, oplatając pal udami. Gdzieś pojawiła się krew i rozbrzmiało jakieś nieprzyjemne mlaśnięcie, a potem jeszcze chrupnięcie. Spodnie bardzo szybko zmieniły barwę na czerwoną. Korpus zabijanego wyprężył się jak struna, odrzucając na boki dwóch rosłych piratów, którzy przytrzymywali kapitana. Ciężarówka zwolniła, jakby nabijanie ciała na pal stanowiło dla niej jakiś problem. Choć nie mogłem oderwać oczu od tego widowiska, szybko spojrzałem w stronę szoferki. Z rur buchnęły kłęby czarnego dymu i ciągnik szarpnął lekko do przodu, wbijając pal o dobre dwadzieścia centymetrów.

Czterolistny już się nie prężył. Raczej dygotał jak ryba z u ciętą głową. Może już nie żył. Może mięśnie same drgały. Tak myślałem do momentu, gdy uświadomiłem sobie, że on jednak w dalszym ciągu wrzeszczy, choć wrzask ten już nie przypomina odgłosu wydawanego przez dorosłego mężczyznę, a raczej przez coś bliżej nieokreślonego, podobnego najbardziej chyba do zarzynanego prosiaka.

Wokół było mnóstwo krwi. Zdziwiło mnie nawet, że tak wiele krwi uwolniło się w procesie nabijania ciała na pal. Wcześniej sądziłem, że wsuwająca się w ciało belka zatamuje wszelkie krwotoki, tymczasem ciecz musiała znaleźć sobie jakieś ujście. Najwyraźniej ciśnienie było duże, albo miażdżone kości wyszły na zewnątrz, tworząc dla krwi naturalne drogi odpływu. Krew mogła także wydostawać się przez odbyt, który zresztą w tej chwili był pewnie całkowicie zmasakrowany.

Nie wiem nawet kiedy, ale ciężarówka zatrzymała się. Sznyta, Szkorbut i Borsuk założyli rękawice robocze i unieśli kapitana wraz z palem w stronę wcześniej wykopanego dołu, u wylotu jaskini. Belka osadzona w dziurze stała idealnie, a Czterolistny wisiał posępnie i nieruchomo, na tle nieba, rozświetlanego od czasu do czasu błyskawicami.

– No i po robocie – powiedział Gwidon, wyskakując z szoferki.

Nikt więcej się nie odzywał. Ja też milczałem, bo nie chciało mi się gadać. Choć wiedziałem, że czekało mnie wiele rozmów z moją załogą.

– Podpalić – powiedziałem tylko.

Ktoś skoczył po wcześniej przygotowany kanister z benzyną. Niedbale pochlapał kapitana tu i ówdzie i odstawił blaszany pojemnik kilka metrów dalej. Gwidon odpalił swoją nieśmiertelną zapalniczkę i przystawił do ubrania, które niemal natychmiast buchnęło gwałtownymi płomieniami. Czarny dym uniósł się ku niebu.

Byłem przekonany, że Czterolistny nie żyje, jednak mógłbym przysiąc, że gdy stanął w płomieniach, jego ciało jeszcze się poruszało, a żuchwa drgała, jakby próbował coś powiedzieć. Może to była autosugestia, ale przez huk płomieni dosłyszałem jakieś pojedyncze odgłosy, jakby westchnienia.

– Pan się nie martwi kapitanie – mruknął Borsuk. – To powietrze ucieka z płuc. Żaden duch nie ośmieli się pana prześladować. – Roześmiał się i poklepał mnie po plecach.

To, co płonęło u wylotu jaskini, już nie bardzo przypominało człowieka. A przynajmniej nie na pierwszy rzut oka. Bo jak by się dokładniej przyjrzeć, można było dostrzec twarz czy stopy.

Czterolistny zakończył swój żywot. I zakończył go niezbyt szczęśliwie. Choć jak zapewne się domyślacie, jego przydomek wziął się właśnie od szczęścia, które od lat nie odstępowało go na krok. Właściwie poza kilkoma, drobnymi wpadkami, na dobre opuściło go dopiero teraz, w dzień moich dwudziestych trzecich urodzin.

fot. dimitrisvetsikas1969, pixabay.com, CC0

Podziel się:

Comments

comments