Reset powieść post apo

Reset (powieść post apo)

Reset - powieść postapoReset

data wydania: listopad 2016 (data przybliżona)
ISBN: 9788394017835
kategoria: fantastyka postapokaliptyczna

War… War never… tfu… chciałem powiedzieć, że świat bardzo zmienił się po Resecie. Czym dokładnie był Reset? Tego nie wie chyba nikt. A przynajmniej nikt oficjalnie nie przyzna się, że wie. Pewnego dnia system zawalił się, a świat utonął w chaosie. W ludziach odezwały się najgorsze instynkty…

pobierz pdf Zobacz inne ebooki

 

Zobacz także inne w kategorii: fantastyka książki

Fragment

Na pierwszy rzut oka wydawało się, że bramy nie pilnuje nikt. Takie założenie było jednak bardzo zgubne. Wystarczyło poczekać dłuższą chwilę, by zaobserwować znamiona życia. Po prawej stronie, zza podziobanego kulami betonowego słupa, wyłoniła się na chwilę lufa zakończona charakterystyczną muszką AK-74. Za wyżartym przez rdzę otworem na samym środku bramy mignął jakiś cień. Kolejny po lewej w krzakach za siatką. W sumie przynajmniej trzech, prawdopodobnie dobrze uzbrojonych ludzi, którzy nie mieliby skrupułów przed otwarciem ognia do obcego.

– Gibon, pomału do przodu. Violet flaga – zakomenderowałem szeptem.

Zupełnie niepotrzebnie, bo z tej odległości nie mogli nas usłyszeć. Zresztą i tak chcieliśmy, żeby nas zobaczyli. Im wcześniej, tym lepiej.

Przez kolejne dwie minuty wóz wolno toczył się po betonowych płytach, spomiędzy których pięły się ku niebu bujne chwasty. Wystawiona przez okno biała flaga łopotała na suchym wietrze. Czułem, jak krople potu spływają mi po plecach, częściowo z upału, częściowo z nerwów. Przecież nie mogliśmy mieć pewności, że tamci nie otworzą ognia i nie zmienią naszego busa w durszlak. Kiedy jednak znaleźliśmy się jakieś piętnaście metrów od bramy, pojawił się wartownik, ubrany jedynie w szorty i japonki. Tylko kałach przewieszony przez ramię nadawał mu odrobiny urzędowej powagi.

– W czym mogę pomóc? – zapytał, gdy zatrzymaliśmy się obok niego.

– Szukamy… eee… – Spojrzałem na zmięty świstek, na którym zapisałem sobie rano wszystkie informacje. – …Gwiazdy spadają w dół. Wie pan, gdzie to jest?

Strażnik wsadził głowę do samochodu i zlustrował nasz artystyczny bajzel.

– Jesteście kapelą, tak? Spóźniliście się. – Jego twarz skrzywiła się w dziwacznym uśmiechu. – Zaczekajcie. Otworzę bramę. Pojedziecie prosto, główną uliczką aż do samego końca. Trudno się tu zgubić.

– Jasne – odparłem. – Dzięki.

– Aha, i witamy w Granitowym mieście.

Mężczyzna otworzył jedno skrzydło blaszanej bramy, a później usunął się z drogi. Gdy mijaliśmy go, pomachał nam wesoło. Okazało się, że za bramą było ich tam nawet z dziesięciu, w różnym stopniu roznegliżowanych i uzbrojonych w rozmaite pukawki. Siedzieli w kółku i popijali czaj albo inne gówno. Nasz bus z wymalowaną na burcie nazwą zespołu Apo-Calypso wjechał na ogrodzony płotem teren i tocząc się powoli po zakurzonej gruntówce, wniknął pomiędzy ogromne chaszcze, porastające oba pobocza. Nie były niestety na tyle wysokie, by zapewnić choć odrobinę cienia w tym bezlitośnie palącym słońcu.

Jakieś dwieście metrów dalej musieliśmy się zatrzymać, bo przejazd zagrodził nam tłum półnagich ludzi. Ktoś podszedł do nas i wskazał dróżkę odbijającą na bok. Gibon ruszył. Pomalutku, trąbiąc co chwilę, przedzieraliśmy się przez kolejne metry morza ludzkiej masy.

– Całkiem spory tłumek – mruknąłem. – Skąd oni nas znają?

– Nie przyszli na nas, tylko na Gwiazdy spadają w dół – odparł Gibon.

Nie wiedzieliśmy, czym dokładnie miała być ta impreza. Nasz menedżer Czarek z grubsza przekazał nam ustalenia poczynione tydzień wcześniej z wysłannikiem z Granitowego miasta. Dostałem jakiś taki pokreślony szkic scenariusza, na który naniesiono czerwonym cienkopisem momenty z muzyką, nastrój utworów oraz szacunkowy czas. To i tak dobrze, bo często nie dostawaliśmy nic i szliśmy na żywioł.

Tłum się przerzedzał. Niby nadal gruntowa droga, ale teraz rozszerzała się, by płynnie przejść w plac zewsząd otoczony zielskiem. Po kolejnych kilkunastu metrach naszym oczom ukazał się drewniany podest przypominający scenę. Byliśmy w miejscu będącym odpowiednikiem bakstejdżu. Zatrzymaliśmy się i wyszliśmy, by rozprostować kości. Natychmiast podbiegł do nas facet w starym, wypłowiałym garniturze, noszącym ślady wielu napraw.

– Nareszcie! Coście się tak ociągali? Wycieczkę krajoznawczą sobie urządziliście?

Z pewnością musiał być to facet, którego szukaliśmy.

– Rozkładajcie klamoty, zaraz zaczynamy. Przyszło całkiem sporo ludzi, więc musicie dać z siebie absolutnie wszystko. Rozumiecie?

– Zawsze dajemy z siebie wszystko pszepana – odparłem zgodnie z prawdą.

Drewniana platforma została oparta na krawędzi urwiska, będącego jedną ze ścian, głębokiego na sto dwadzieścia metrów kamieniołomu. Ludzie ulokowali się na przeciwnej ścianie, po bokach od sceny, oraz – jak się chwilę później okazało – w dole. Obserwowali nas rozmawiając głośno. Rozmowy te tworzyły szum, który odbijał się echem od ścian wyrobiska. Wrażenie było potworne i fascynujące zarazem. Dotarł do mnie fakt, z którego nigdy wcześniej nie zdawałem sobie sprawy: bałem się wysokości. Jak cholera. A ta drewniana, licha konstrukcja, nie sprawiała wrażenia szczególnie solidnej. No, ale czego nie robi się dla kasy? Musiałem zacisnąć poślady i wziąć się do roboty. Za stanie nam przecież nie płacili.

Czytaj dalej

pobierz pdf Zobacz inne ebooki

 

 

Photo by Jake Lucifer on Unsplash

0 Udostępnień