Rae Ragis

Rae Ragis

Rae RagisRae Ragis

data wydania: 22 czerwca 2015
ISBN: 9788394017811
kategoria: fantasy

W drugim tomie sagi Era Mroku, Paweł (znany już jako Pablo Sauromata) musi odbyć podróż na daleką północ, do opustoszałej twierdzy Rae Ragis, w której podziemiach spoczywa super-komputer strzegący planety. Jedynie jego reset może sprawić, by Sauromata mógł powrócić do domu.

Więcej informacji

pobierz pdf Zobacz inne ebooki

 

Czytaj także: Premiera listopadowa: Palladyni wina i miecza

Fragment

Musfair Kaban, zwany przez znajomych Szakalem, zbiegał zwinnie po krętych schodach prowadzących do lochu. Jego kolczuga dzwoniła przy każdym skoku, co budziło w nim irytację, jednak starał się z nią nigdy nie rozstawać. W jednej dłoni dzierżył pochodnię, drugą zaś zaciskał na przypiętym u pasa mieczu. Oręż ten podarował mu ojczym, zaś jemu dał jego ojciec. Dziadek otrzymał tę szlachetną broń, gdy rozpoczynał swoją służbę w straży Rae Ragis.

Miecz wykonany był z legendarnej, niebywale wytrzymałej stali produkowanej w twierdzy. Bardzo rzadko wymagała ona ostrzenia, zaś gdy już głownia uległa przytępieniu, ostrzyło się ją bajecznie lekko. Wystarczyło raptem kilka pociągnięć osełką i przejechanie po skórzanym pasku, by z łatwością urżnąć łeb dzikusowi z Rowling.

Przy solidnych wrotach na dole Szakal ujrzał dwóch tępawych osiłków, od których cuchnęło przetrawionym winem i brudem. Gdyby chciał, zapewne ominąłby ich bez trudu, nie dobywając nawet oręża, jednak…

– Szakal? Myślałem, że przenieśli cię do gwardii mera – powiedział jeden z dyblasów – co tutaj robisz?

– Przepuść mnie! Pilna sprawa!

– No tak. Teraz jesteś panisko i nie poznajesz dawnych kolegów ze straży, co?

Dopiero teraz Musafir dostrzegł, że rozmawiał z tym gościem ze straży… jak on się zwał? Ktośtam Black. Istotnie służyli razem, ale nie nazwałby łączącej ich relacji nawet koleżeństwem.

– Otwórz mi Black. To naprawdę pilne.

– Oczywiście jaśniepanie – odparł wartownik głosem pełnym wzgardy. – Jak pilne, to pilne. Jak widać pilniejsze, niż zapytanie kolegi o zdrowie małżonki…

Klucz przekręcił się w drzwiach i Kaban ruszył w otwierającą się przed nim ciemność. Długi tunel oświetlony był zaledwie kilkoma pochodniami rozmieszczonymi co kilkadziesiąt kroków. Panowała tam wilgoć oraz wszechobecny smród będący mieszanką aromatów pleśni, ludzkiego brudu oraz odchodów. Z oddali dobiegało niemrawe światło oraz niesione echem okrzyki przesłuchiwanego. Za sobą zaś ciągle słyszał głosy wartowników.

– Patrz pan, jak to się ludzie zmieniają jak tylko dostaną trochę więcej forsy…

– Nawet mi nie mów.

***

Jarren Forshall pracował w więziennictwie praktycznie od zawsze. Lubił tę robotę, choć niewątpliwie wymagała od niego odporności na stres, pełnej dyspozycyjności oraz zdolności interpersonalnych. Często musiał pociągnąć kogoś za język.

– Kim jesteś? Jak się nazywasz? Gadaj gnoju, bo każę wyrwać ci język!

– Już mówiłem! Już wszystko wam powiedziałem…

Mężczyzna podwieszony za wywinięte do tyłu ręce wyglądał jak siedem nieszczęść. Najwyraźniej sesja zapoznawcza trwała już kilka, czy kilkanaście
godzin. Świadczyły o tym liczne rany na całym ciele, zadane prawdopodobnie zwyczajnym batożkiem, który teraz tkwił w dłoni Forshalla.

– Skąd się wziąłeś w okolicy Howard szpiegu? I jeśli nie masz gówna zamiast mózgu, lepiej zacznij w końcu gadać prawdę!

– Przyjechałem z południa.

– Masz mnie za jakiegoś pieprzonego debila? Łżesz jak pies! Ukrywaliście się w lesie i szykowaliście zasadzkę na nasz patrol!

Do pomieszczenia wkroczył Musafir Kaban. Jarren spojrzał na niego, po czym odłożył batożek na stół, zdjął skórzane rękawice i wyciągnął dłoń do powitania.

– O, witaj Szakalu. Widzę, że sam mer zainteresował się moimi gośćmi?

– Co to za jedni? – Musafir nie chciał tracić czasu na kurtuazyjne powitania.

– Drużyna kapitana Coontsa znalazła ich wczoraj w lesie, na południe od Howard. Tego z tym drugim – wskazał innego więźnia zakutego w dyby. – Był tam jeszcze jeden, którego trzymamy osobno. Chyba ich śledził. Może kontrolował. To na pewno szpiedzy z Rowling. Zaghator przysłał ich, aby zbadali nasze zabezpieczenia.

Szakal spojrzał na domniemanego szpiega. Miał nieco obwisły brzuch i był dość stary. Na oko ze sto, sto dwadzieścia lat. Nawet Zaghator nie był aż
takim kretynem, by wysyłać na przeszpiegi grubego starca.

Podzielił się tą uwagą z Jarrenem.

– Rzeczywiście – odparł Forshall.

– Hej, przynajmniej nie robię ludziom kręcenia suta rozpalonymi szczypcam.

– zaprotestował Pablo Sauromata. – Poza tym kogo nazywasz staruchem?

Jarren spojrzał na Musafira wywracając oczami i załamując ręce. Zbliżyli się do drugiego pojmanego. Ten zdecydowanie bardziej odpowiadał wyobrażeniu szpiega. Był młody i wysportowany.

– Mówiłeś, że nazywasz się jak? – zapytał Forshall starając się, aby ton jego głosu brzmiał możliwie jak najbardziej lekceważąco.

– Brot.

– Brot? Cóż za cudaczne imię. W zeszłym roku miałem lochę, którą tak nazwałem, ale sąsiad ciągle usiłował ją gwałcić, więc oddałem pod nóż. A że praktycznie udało mu się zrealizować swoje zamiary, wyrzuciłem całe mięso na gnojownik. Bo się brzydziłem.

– Do rzeczy – zniecierpliwił się Musafir. – Podobno mieliście przy sobie bardzo nowoczesną broń. Coś jakby krócica, ale nie ładowana od przodu, lecz zasilana maleńkimi ładunkami zawierającymi pocisk. Skąd to wzięliście?

– Nie mam pojęcia szefie – odpowiedział Brot. – To wszystko zabawki Pabla Sauromaty. Już wam mówiłem, że przyłączyłem się do niego tuż przed tym, jak zostaliśmy przeniesieni do tego lasu.

– Zaraz powie, że taką broń można zakupić w każdym sklepie turystycznym

– zaśmiał się Jarren – znam tych skurwieli aż za dobrze.

Szakal zignorował tę uwagę. Potarł swoją czarną jak węgiel brodę.

– Jak to przeniesieni? Użyliście czarów? – zapytał po chwili.

– Tak. Mówiłem już wszystko wcześniej koledze, który rusza ustami w czasie czytania – Brot wskazał podbródkiem Forshalla. – Gdy uciekałem z Tomwil, spotkałem Pabla Sauromatę i poprosiłem go o pomoc. Wziął mnie ze sobą pod warunkiem, że pójdę do niego na służbę.

– Na czym ta służba miała polegać?

– No na przybyciu tu, na północ. Nie zdradzał szczegółów, a ja nie pytałem, bo miałem na karku pościg. Na pustyni spotkaliśmy starca, a ten otworzył magiczny portal, po przekroczeniu którego znaleźliśmy się w waszym lesie. Trochę pobłądziliśmy, rozbiliśmy jakieś prowizoryczne obozowisko, no a później zjawili się wasi ludzie i skuli nam mordy…

Zakładając, że mówią prawdę o Tomwil – pomyślał Musafir Kaban – na pewno nie są szpiegami Zaghatora. Jednak nie wolno im ufać. Zwłaszcza, kiedy w grę wchodzą czary. Być może Pustynna Kraina także chce zaatakować północ.

– Jak nazywał się czarownik!

– Nie pamiętam. Chyba nie podawał swojego imienia. Człowieku, to był naprawdę popieprzony dzień. Chcieli mnie zlinczować.

– Co zrobiłeś? Jesteś banitą? Wywołańcem? – zapytał Jarren Forshall gładząc swój batożek z nadzieją.

Brot przełknął ślinę. Opowiadanie o poderżnięciu gardła burmistrzowi Tomwil chyba nie postawiłoby go w dobrym świetle. A najwyraźniej uczestniczył w czymś w rodzaju przesłuchania przed procesem.

– Służyłem burmistrzowi, ale wybuchły zamieszki. Hasterisk Fjutgaardt został zamordowany przez rozwścieczony tłum, a ja cudem zdołałem uciec!

pobierz pdf Zobacz inne ebooki

 

 

Czytaj także: Fantastyka książki

Photo by ROWALK.RO on Unsplash

0 Udostępnień