Bartosz Adamiak

dystopie, postapo, survival i inne brednie

Prepping – cienka granica pomiędzy rozsądkiem a szaleństwem

O preppersach zwykło mawiać się jako o świrach. Jest to jednak wyłącznie punkt widzenia Kowalskiego, którego jedynym zainteresowaniem jest telewizor. Jeśli ktoś zgłębi temat bardziej, pewnie machnie ręką i powie, że Ruskie zrzucą atomówkę, i nie będzie co zbierać. Tymczasem prepping można rozumieć znacznie szerzej, w kontekście pozytywnym, ale także i negatywnym.

Ja od dawna uważam, że warto zaprzątać sobie głowę pytaniami „a co będzie jeśli”, czyli tzw. „gdybaniem”, którego tak bardzo nie lubią dzisiejsi uśmiechnięci trzydziestolatkowie uprawiający sporty ekstremalne. Co będzie jeśli będziesz pędził autostradą 140 km/h i nagle dostrzeżesz przed sobą samochód na twoim pasie, ale jadący w złym kierunku (na ciebie)? Z reguły czasu na reakcję mamy niewiele, więc może warto zawczasu dowiedzieć się, jak należy zareagować?

Bo prepping to nie tylko gromadzenie zapasów na wypadek wojny. Ja widzę to raczej jako kompleksowe zdobywanie umiejętności i kompetencji, często już dzisiaj zapomnianych np. uprawa ogródka czy majsterkowanie. Prawdopodobieństwo wybuchu wojny, choć istnieje, jest niewątpliwie w dalszym ciągu stosunkowo niewielkie. Natomiast zawirowania spowodowane przeludnieniem, zmianami klimatycznymi, migracjami, zmianami układów sił na światowej arenie (Chiny jako hegemon?), kryzysy gospodarcze…   Z tym wszystkim będziemy musieli się zmierzyć prawie NA PEWNO.

Mroczna strona

To, co mnie osobiście niepokoi, to fetysz broni wśród preppersów i survivalistów. Można by pomyśleć, że w wielu przypadkach posiadanie broni palnej jest celem samym w sobie, a cały ten prepping i survivalizm to jedynie pretekst. Że chodzi wyłącznie o poczucie siły, możliwość pochwalenia się papierami i bycia bardziej męskim. Niestety.

Świadczy o tym chociażby rosnąca popularność broni czarnoprochowej jako – uwaga – środka do samoobrony. Nie do końca rozumiem to wszystko. Tradycyjną broń palną można posiadać po załatwieniu kilku formalności. Krótko mówiąc, ktoś musi potwierdzić, że nie jesteśmy czubkami. Jednak wielu preppersów wybiera wariant czarnoprochowy, a więc kupują repliki broni historycznej np. dziewiętnastowiecznego rewolweru nie strzelającego pociskiem scalonym. W tym przypadku nie trzeba zezwolenia, ale broń taką należy zgłosić na Policji. Niełatwo dostać też proch w Polsce, więc preppersi jadą do Czech, gdzie można to załatwić bez problemu. I w końcu strzelanie – wolno tylko na strzelnicy. Nie wolno w lesie, na działce itp. To po prostu broń. Trochę starsza, ale jednak broń.

Niepokojący brak logiki w tym wszystkim widzę. Budzi skojarzenia z jakąś tajną bojówką. Ponadto zastosowanie takiej broni w samoobronie prawie na pewno nie skończy się dobrze. Broń taka jest dużo bardziej zawodna i mniej skuteczna. Jeżeli przeciwnik zobaczy rewolwer w naszych rękach, sam zostanie postawiony pod ścianą i będzie musiał wybrać pomiędzy ucieczką a walką na śmierć i życie, wszelkimi dostępnymi metodami (np. wyjmie swoją broń). Poza tym najważniejsza jest kwestia wyszkolenia. Nawet jeśli strzelamy z czarnego prochu na strzelnicy, to nie uczymy się używać tej broni pod kątem samoobrony, czyli np. sprawnego wyciągania i odbezpieczania. W sytuacji stresowej trzeba polegać na odruchach i pamięci mięśniowej. Nawet głupi gaz łzawiący może stać się zagrożeniem dla osoby napadniętej w sytuacji, gdy wpadnie ona w panikę, nie zapanuje nad nerwami itp.

Totalna głupota!

Zastanów się, po co to robisz?

Jeżeli w posiadaniu czarnoprochowca widzisz gwarancję bezpieczeństwa, to z góry możesz założyć, że jesteś w błędzie. Jeśli chcesz poszpanować, to po prostu jesteś głupi. Broń to nie zabawka. Jeżeli liczysz, że użytkując broń czarnoprochową nauczysz się czegoś i zdobędziesz doświadczenie, to też lipa. Jeżeli nie jesteś rekonstruktorem historycznym lub kolekcjonerem, jedyną lekcją, jaką powinieneś z tego wynieść, to to, że broń czarnoprochowa to również broń – szalenie zawodna, nieprecyzyjna, w niewprawnych rękach niebezpieczna, a w sytuacji zagrożenia – być może totalnie nieskuteczna. Ponadto to, że ty posiadasz rewolwer czarnoprochowy nie sprawi, że twoje dziecko wracające ze szkoły będzie bezpieczne. Kieruj swoją uwagę tam, gdzie naprawdę jest ona potrzebna.

A jeżeli już naprawdę uważasz, że posiadanie broni to jedyny sposób, by obronić swoją rodzinę, zrób sobie pozwolenie na broń, kup prawdziwy pistolet i naucz się porządnie go obsługiwać, zaczynając np. od takich szkoleń.

Ale wiedz, że istnieje jeszcze co najmniej kilkanaście czy kilkadziesiąt obszarów, w których również możesz zadbać o bezpieczeństwo rodziny, nie koniecznie bawiąc się w kowboja i lecząc się z kompleksów. Możesz przykładowo:

  • edukować siebie i swoich najbliższych, w zakresie bezpieczeństwa osobistego,
  • zadbać o to, by twoje mieszkanie/dom było bezpieczne,
  • zadbać o to, by twoje otoczenie było bezpieczne (podwórko, dzielnica – znaj swoich sąsiadów i rozmawiaj z nimi o bezpieczeństwie i zagrożeniach),
  • zadbać o to, by twój samochód był bezpieczny,
  • planować wyjazdy tak, aby były bezpieczne,
  • etc.

W następnej kolejności powinieneś zadbać o zabezpieczenie materiałowe i finansowe na przyszłość dalszą i bliższą oraz zabezpieczenie kryzysowe (zrób eksperyment i przez weekend nie wychodź z mieszkania. Ale bez wcześniejszego przygotowania. Zobacz, czy w twój mieszkaniu jest wszystko, czego potrzeba, by przetrwać weekend bez wychodzenia – pewnie nie).

I na zakończenie

Broń palna jest rejestrowana, broń czarnoprochowa zgłoszona na Policji. Ogólnie rzecz biorąc ktoś wie, że posiadasz broń. A to już samo w sobie jest zupełnie nowym zagrożeniem. Jeżeli będzie bardzo źle, ktoś może zechcieć odebrać twoją broń. Coś za coś. Może warto nauczyć się też bardzo dobrze rzucać kamieniem? To nie żart.

fot. Ron Cogswell, flickr.comCC BY 2.0

3 Udostępnień

Comments

comments

Zobacz także