Rozdział XVIII. (ostatni)

Aneta nie widziała niczego. Miała czarny worek na głowie. Nie mogła się także za bardzo ruszyć, bo była spętana jak baleron. Leżąc tak ciągle zastanawiała się, jakim cudem ten ktoś odnalazł ją. I jak do tej pory nie zdołała wymyślić niczego, co byłoby na tyle racjonalne, by móc to uznać za prawdziwe. Nie wiedziała też dokąd ją zabrano, choć mogła przysiąc, że było to jakieś mieszkanie w bloku z wielkiej płyty. Od samochodu do miejsca, w którym znajdowała się w tej chwili, przeszła przez schody i windę. Choć tak naprawdę równie dobrze mogła to być jakaś stara, opuszczona fabryka. A biorąc pod uwagę okoliczności, porywacz zapewne nie zabierałby jej do swojego domu.

– Wypuść mnie skurwielu bo pożałujesz – powiedziała, starając się zachowywać przy tym spokój i opanowanie, co było bardzo trudne, gdyż podejrzewała, że znajduje się w rękach Jasia Piłki. – Policja już jest na twoim tropie. Będą tu lada moment, ale możesz spróbować poprawić nieco swoje położenie. Wypuść mnie.

Porywacz nie odpowiedział. Od samego początku nie słyszała jego głosu, więc na dobrą sprawę nie mogła wykluczyć, że był to Patryk Garlikowski. W końcu on był jedną z ostatnich osób, którego ją widziały. Mógł obserwować mieszkanie Mateusza, a później śledzić ją do hostelu.

– Wiem kim jesteś – powiedziała. – I policja też wie. Powiedziałam im wszystko, co wiem.

W końcu poczuła, że ktoś się nad nią nachyla. Być może uderzyła celnie. Może właśnie on miał tego typu obawy.

– Nic o mnie nie wiesz – wyszeptał zachrypłym głosem.

Wstrzymała oddech z przerażenia. Ten głos… To na pewno nie był głos Garlikowskiego. Było w nim coś dziwnego, obcego… Teraz dopiero wystraszyła się naprawdę. Do tej pory sądziła, że to jednak jakiś żart.

– Wypuść mnie. Proszę. Dlaczego mnie przetrzymujesz? Jakim prawem?

– Jakiej właściwie odpowiedzi oczekujesz? – zapytał już normalnym głosem. – Mam ci powiedzieć, że cię zabiję? Albo że tego nie zrobię? Czy ta wiedza cokolwiek zmieni? Czy jeśli powiem ci, że jest tak lub srak, to wpadnie tu zaraz siedmiu policjantów ze spluwami?

– Tak, oni przyjdą – załkała.

– Nie oszukuj się – odparł porywacz. – Dobrze wiesz, że się oszukujesz. Robisz to nieustannie. Życie to jedna, wielka szopka. Człowiek wypruwa sobie żyły, żeby kupować rzeczy, których nie potrzebuje, żeby imponować ludziom, których nie lubi. Powiedz mała suko, czy tak nie jest?

Aneta poczuła, jakby traciła grunt pod sobą. Jakby unosiła się w mrocznej toni gęstego jeziora. Wokół robiło się coraz ciemniej i ciemniej, aż ogarnął ją całkowity mrok i zrozumiała, że nie ma już ratunku. Nie ma nadziei, że wyjdzie z tego pomieszczenia żywa. Nie chodziło o nic konkretnego. To musiał być psychopata kierujący się motywami kompletnie niezrozumiałymi dla normalnego człowieka. A skoro były kompletnie niezrozumiałe, to nie dało się z nimi w żaden sposób polemizować. On po prostu pragnął zabijać i tyle. A ona, jak jakaś głupia dupa, przyłożyła sporo starań do tego, by zniknąć z radarów policji. I teraz przyszło jej zapłacić za swoją głupotę.

– Proszę, nie rób tego – wyszeptała roniąc łzy.

– Jesteś głupią dupą – powiedział porywacz. – Wydawało ci się, że jesteś cwana, co? Że przeskoczysz innych. Suko.

Lepka czerń. Zapadała się coraz głębiej i głębiej. To skojarzenie z jeziorem i mułem przywołało w niej wspomnienia jej największych lęków – brodzenia w nieprzejrzystej wodzie. Nigdy nie widać, co jest na dnie. I nagle coś ociera się o twoją nogę. Coś bliżej nieokreślonego. Coś, co istnieje, pomimo nas i naszej chęci wyparcia i zaprzeczenia.

– O czym myślisz głupia suko?

Aneta przez chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią. Nie było dobrej, jednak może istniała lepsza, niż inne? Taka, która mogłaby zachwiać poczuciem pewności psychopaty… Chociaż z drugiej strony nie mogła przecież przewidzieć jego reakcji. Może wpadłby w panikę i zabił ją szybciej. Choć może lepsze to, niż śmierć w wyniku powolnego wykrwawienia…

– Zastanawiam się – powiedziała – kiedy w końcu zjawią się ci cholerni gliniarze i zrobią ci drugą dziurę w tyłku.

Chwila nerwowej ciszy i głębokie dyszenie, które zdradzało rosnącą wściekłość u porywacza. Jeśli rzeczywiście tak było, to udało się odebrać mu pełną kontrolę.

Nagle, ni stąd, ni zowąd, zdarzyło się coś zupełnie nieprzewidzianego. Aneta usłyszała strzał i dźwięk ciała padającego na podłogę. Przez chwilę zastanawiała się, co właściwie zaszło. I jedynym, co przyszło jej do głowy, było to, że porywacz palnął sobie w łeb. Ale to byłoby zbyt piękne, aby było możliwe.

– Halo? – zawołała.

Po chwili usłyszała kroki i ktoś odsłonił jej oczy. Tym kimś był…

– Mogliński?

– Pani Aneto!

Artur Mogliński! Ten prywatny detektyw, do którego zaprowadził ją Grzegorz. Wątpiła w niego. Zdawał się być tylko doskonale udającym pozerem. A jednak!

– Panie Arturze! Jak… Jak pan?

– Szczegóły operacyjne muszą pozostać tajemnicą – odparł Mogliński. – To nie są sprawy, którymi lubimy się dzielić z osobami postronnymi. Z całym szacunkiem.

– Ależ oczywiście – odrzekła Aneta Kotejuk.

Kiedy tylko Mogliński wyswobodził ją, przylgnęła do niego całym ciałem i spojrzała mu głęboko w oczy, a następnie zatopiła swoje usta w jego ustach o posmaku taniej nalewki. Teraz jednak jej to nie przeszkadzało. Teraz rozumiała, że to jedynie kamuflarz, robocza przykrywka.

– Arturze – powiedziała.

– Przeżywasz teraz bardzo głębokie emocje – odparł Mogliński. – Wydaje ci się, że jestem superbohaterem, ale ja jestem tylko zwykłym kolesiem…

– Nie – odparła. – Jesteś moim superbohaterem.

W ogóle nie zwracali uwagi na Kulickiego, który nachylił się nad charczącym porywaczem.

– Wiktor Andriejewicz, tak? – powiedział inspektor. – Tak właśnie przypuszczałem. Co mi powiesz?

– Pierdol się psie – Wiktor Andriejewicz splunął krwią. – Nie dowiesz się niczego.

– To ciekawe – odparł Kulicki i przycisnął obcasem buta mosznę porywacza.

W pomieszczeniu rozległ się przeraźliwy charkot połączony z rzężeniem.

– Aaaaaagghhhrrrrrrrrrr… kurwa! Job twoju mać!

– Co proszę?

– Co chcesz wiedzieć?

Kulicki nachylił się nad młodym Marczenką.

– Powiedz mi kurwo jedna, kto zabił tych wszystkich ludzi. Bo twój ojczulek wypuszczając ducha, nie był zbyt rozmowny. Ale ty mi wyglądasz na totalną kurwę bez honoru.

Wiktor splunął z pogardą i Kulicki musiał jeszcze raz przycisnąć jego jądra do podłogi. W końcu otworzył się.

– To oni!

– Jacy oni?

– Krew bogów!

– Jaśniej kurwa, bo będę musiał ci znieść orzeszki!

Marczenko uspokoił oddech.

– Dyhrenfurth… Filia obozu Gross-Rosen. Niemcy produkowali tam sarin i tabun, a więźniowie obozu musieli napełniać tym pociski. Prowadzono też eksperymenty.

– Jakie eksperymenty?

– Nieśmiertelność! Krew bogów! Zamykano więźnia w szklanej komorze i wpuszczano sarin. Kiedy ten umierał, dawano mu zastrzyk, a po chwili był cały i zdrowy. Dzięki temu Hitler dożył tak sędziwego wieku…

– O czym ty do cholery mówisz? – Kulicki złapał Marczenkę za poły marynarki. – Gadaj kurwo!

Ten jednak pomału odpływał do krainy wieczności.

– Gadaj kurwo! – zdzielił Wiktora potężnym prawym sierpowym.

Ten wyszeptał jeszcze:

– Oni żyją w podziemiach…

I odszedł.

– Ja pierdolę – wymruczał Mogliński, odklejając na chwilę Anetę od swoich ust. – Co za pokręcona historia.

– Krew bogów – powiedział Kulicki. – Słyszałem już kiedyś to określenie. Ale sądziłem, że to mit, legenda.

– Co takiego? – Artur mógł w końcu mówić, bo Aneta uklękła i zaczęła dobierać się do jego rozporka.

– Rzeczywiście Niemcy mieli prowadzić jakieś eksperymenty. Są świadkowie. Właściwie byli, bo już zmarli. Podobno rzeczywiście takie eksperymenty miały miejsce. Było to mocno naciągane, nie chciałem w to wierzyć…

– Co to jest ten Dyhrenfurth? – zapytał Mogliński odchylając głowę do tyłu w przypływie rozkoszy.

– Miejscowość pod Wrocławiem. Była tam fabryka gazów bojowych oraz obóz pracy. Tak, jak mówił ten Marczenko. Więźniowie pracowali przy napełnianiu pocisków artyleryjskich i lotniczych gazami bojowymi. Tuż przed przejęciem przez Rosjan fabryka została wysadzona, co w praktyce oznacza, że wysadzono infrastrukturę na powierzchni. Ale zostały podziemia…

– Podz…

– Podziemia – kontynuował Kulicki. – Tunele, które prawdopodobnie łączyły się z metrem pod Breslau. To dlatego te… istoty… Te wszystkie zdarzenia miały miejsce w linii pomiędzy miejscowością Brzeg Dolny, czyli dawnym Dyhrenfurth, a Wrocławiem. Te tunele biegną wzdłuż Odry, łącząc dawną fabrykę sarinu, miejscowość Uraz oraz Wrocław. A te potwory…

– Potwory?

– Sądzę, że to jakieś efekty nieudanych eksperymentów, które Marczenko poznał i wykorzystał do swojego planu zemsty na mnie.

Mogliński skończył a Aneta wstała, otarła usta i przytuliła się do niego raz jeszcze.

– Frankehneimer musiał wiedzieć – mruknął Kulicki. – Może nawet krył Marczenkę… Może byli w zmowie…

– Cholera…

– Niestety tego się już nie dowiemy – powiedział inspektor. – Zabiliśmy już wszystkich, którzy mogliby nam to wyjaśnić.

– A co z tym… Garlikowskim?

– Garlikowski siedzi w areszcie – odparł Kulicki. – I lepiej, żeby tak zostało.

– Jak to?

– Tak to. Musi być jakiś sprawca zastępczy. Chcesz tłumaczyć mediom to wszystko? Chcesz opowiadać o ucinaniu głów trupom i ruskich jasnowidzach?

– No… chyba nie.

Kulicki znalazł w jakiś cudowny sposób butelkę wódki, odkręcił ją i zaczął przelewać sobie jej zawartość bezpośrednio do gardła.

– Bystry z ciebie chłopak – powiedział w końcu. – Życie to nie jest bajka. Ktoś musi być kozłem ofiarnym. Ktoś musi wziąć na siebie winę za innych. I niestety padło na tego chłopaka. Będzie musiał zgnić w pierdlu. Znalazł się w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie.

– Ale jaka jest jego prawdziwa rola? – zapytał Mogliński.

– Jebał go pies – odparł Kulicki wychodząc z mieszkania. – Jebał go pies.

KONIEC

fot. KlausHausman, pixabay.com, CC0

15 Udostępnień

Comments

comments