Podziemny Wrocław - Rozdział XVII.

Rozdział XVII.

Artur Mogliński zatrzymał samochód na poboczu. Wszędzie wokół był las i robiło się coraz ciemniej. Nie zatrzymał się jednak, by nazbierać grzybów. Zatrzymał go znak „Uwaga. Ptasia grypa”. Przez drogę przeciągnięty był druciany płot. Bardzo go to wszystko zdziwiło, ponieważ nie słyszał o tym, by z powodu ptasiej grypy zamykano przejazd. Zgasił silnik, by nie marnować paliwa i wysiadł, by sprawdzić, czy przeszkoda znajdująca się na drodze jest łatwa do usunięcia. Ku swemu zadowoleniu bardzo szybko zorientował się, że konstrukcja nie służyła temu, by powstrzymać taranujący samochód. Były to po prostu drewniane stojaki, do których przyczepiono siatkę. Odsunął je na pobocze, wsiadł do swojego Forda i znów zaczął arię rzężenia i kasłania, próbując obudzić silnik do życia.

Samochód miał już swoje lata, ale dzięki temu nie posiadał żadnej elektroniki, żadnych czipów z GPS, które pomagałyby śledzić go instytucjom rządowym i korporacjom.

– No startuj kochanieńki, bo mnie tu zaraz jacyś wilcy zjedzą.

W obliczu niepowodzenia wyszedł z rezygnacją na zewnątrz. Wyjął z auta latarkę i plecak, zatrzasnął wóz i przekroczył granicę strefy zamkniętej. A przekraczając ją, poczuł bardzo nieprzyjemne ciarki, spływające wzdłuż kręgosłupa. Czuł się, jakby rzeczywiście groziło mu jakieś niebezpieczeństwo, choć był niemalże pewny, że ptasia grypa to tylko spisek bigfarmu, mający wyłudzić od ludzi grube miliony na szczepionki, które o ile w ogóle miały jakieś działanie, to trudno było powiedzieć, jakie.

Starał się nie zapalać latarki tak długo, jak to było możliwe. W pewnym momencie jednak zmrok, który go ogarnął, był całkowicie nie do przeniknięcia. Jedynie niebo odcinało się odrobinę jaśniejszą barwą, ale wszystko inne – drzewa, kamienie, rowy, korzenie – zlały się w jedną, ciemnoszarą masę, z której nie był w stanie wyłowić najmniejszej choćby przestrzenności. Musiał zapalić latarkę, by oświetlać sobie drogę. Jednak ustawił ją tak, by świeciła na czerwono.

– Zginę tu – wyszeptał. – Przyjdzie mi tu kurwa sczeznąć. Zajebią mnie. Będę kolejną ofiarą…

I tak, złorzecząc pod adresem swoim oraz czającego się w mroku nie wiadomo czego, dotarł do tabliczki „Uraz”, za którą znajdowała się jedynie kolejna porcja czarnej otchłani.

Wioska wyglądała na wysiedloną. Jeszcze raz spróbował sięgnąć do pamięci, by wyłowić choćby jedno skojarzenie, nagłówek czy strzęp informacji, mogący sugerować, że takie wydarzenie rzeczywiście miało miejsce, jednak bez powodzenia. Epidemia ptasiej grypy w Urazie pojawiła się zupełnie znikąd, bez niczyjej wiedzy, i w takich samych okolicznościach z miejscowości wynieśli się wszyscy mieszkańcy. Było to grubymi nićmi szyte, o tyle, że Garlikowski miał przecież przejeżdżać tędy dwa razy dziennie.

Mogliński zgasił latarkę. Jeśli ktoś znajdował się w którymś z tych domów, z pewnością mógł teraz obserwować Artura. Co z kolei w drugą stronę byłoby praktycznie niemożliwe.

Choć był ateistą, wydobył z kieszeni krzyżyk i zaczął odmawiać jakąś modlitwę.

– Ojcze nasz, któryś jest w niebie…

Zamilkł po chwili i zaczął wsłuchiwać się w ciszę nocy. Nieopodal musiała płynąć Odra. Słychać było, jak jej fale rozbijały się o kamienisty brzeg.
Żałował, że znalazł się w tym miejscu, jednak teraz było już za późno na żale. Zdecydował, że wejdzie do jednego z domów i postara się jakoś przetrwać do rana, by móc lepiej rozejrzeć się po miejscowości. I ta część planu nie była nawet najtrudniejsza. Ponieważ wioskę najwyraźniej ewakuowano w pośpiechu, drzwi do pierwszego domu, do którego podszedł, były otwarte. Wszedł, zamknął za sobą i… Otwarta przestrzeń, choć była przerażająca, dawała poczucie panowania nad sytuacją chociażby z tego względu, że gdyby jakiekolwiek cholerstwo próbowało się do niego zbliżył, usłyszałby je już z daleka. W domu było równie ciemno, jak na dworze, ale dodatkowo jeszcze ciasno. Co chwilę odbijał się od jakiejś ściany, potrącał jakieś przedmioty, robiące mnóstwo hałasu.

Po dłuższej chwili udało mu się usadowić w jakimś pokoju, na czymś miękkim, prawdopodobnie kanapie. Leżał jednak plecami do ściany z oczami otwartymi, niemalże do rana. Nie widział niczego, jednak nieustannie wytężał słuch. Zdawało mu się, że słyszał jakieś dźwięki na dworze. Jakieś tajemnicze szmery, odgłos drapania, raz nawet coś, co przypominało kroki. Jednak wszystkie te dźwięki były tak subtelne i krótkotrwałe, że już kilka sekund po ich ustaniu nie mógł z całą pewnością stwierdzić, czy rzeczywiście je słyszał, czy jedynie ulegał autosugestii.

Gdy zaczynało się rozjaśniać, był jednym, wielkim kłębkiem nerwów, zakopanym w pościel pachnącą starymi ludźmi. Jeszcze przed wschodem słońca zdjął buty i zrobił obchód zaanektowanego domostwa. Zaryglował wszystkie drzwi i okna, prowadzące na zewnątrz. Sprawdził kuchnię, by oszacować, kiedy ewakuowano ludzi i przy okazji zrobił sobie kanapki – na swoje nieszczęście z pieczywa tostowego i masła orzechowego.

Z talerzem kanapek i szklanką soku pomarańczowego udał się na górę, skąd miał dobry widok na wschód i na zachód. Na wschodzie miejscowość się kończyła i nie było tam niczego ciekawego do oglądania. Na zachodzie były kolejne domy, które ciągnęły się przez kilkaset metrów wzdłuż ulicy. Później ulica zakręcała. Przez mgłę widoczność nie była najlepsza.

– No to się wpakowałeś Mogliński – wyszeptał, przeżuwając jedzenie. – Bez telefonu, bez broni, bez samochodu, w odciętym od świata miejscu, gdzie dzieją się dziwne rzeczy…

Nieprzyjemny dreszcz znów wstrząsnął jego ciałem. Było mu też zimno z niewyspania, więc postanowił wspiąć się na wyżyny odwagi i zejść na dół, by zaparzyć sobie kawy. Jednak to rodziło kolejne niebezpieczeństwo – kawa to kupa. A trudno wyobrazić sobie coś bardziej przerażającego, niż siedzieć w kiblu, w opuszczonym domu, w odciętej od świata wiosce, w której dzieją się dziwne rzeczy…

– Ale kawę muszę wypić.

Wstał i niemal w tej samej chwili usłyszał dziwny dźwięk na dole. Wydawało mu się, że jego źródło mogło znajdować się w domu, ale równie dobrze na zewnątrz, ale przy samym domu. Jakby coś uderzyło w okno albo drzwi.

Po schodach schodził z duszą na ramieniu, ściskając w dłoni duży nóż kuchenny, który już wcześniej przygotował sobie na podorędziu.
Obszedł cały dom i stwierdziwszy, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, poszedł robić kawę.

– Chyba już mi odwala – mruknął tylko.

Szczęśliwie dom, który zajął, musiał być bogaty, ponieważ jego właściciele pili wyłącznie kawę rozpuszczalną. Czajnik elektryczny nie działał, ale zagotował wodę metodami tradycyjnymi, na kuchence gazowej.

Z kubkiem gorącej, aromatycznej kawy, wrócił na swoje stanowisko obserwacyjne. W jednym z pokoi znalazł lornetkę, która te obserwacje ułatwiała. W notesie zapisywał godzinę oraz swoje obserwacje. W większości przypadków była to cisza i spokój, ale kilka razy pod domy podchodziły dziki i sarny.
W końcu po południu uznał, że skoro nic się nie pokazało, to może rzeczywiście wioska po prostu została ewakuowana i nie ma powodu do obaw. Co ciekawe, nigdzie nie dostrzegł żadnego domowego ptactwa.

– Pewnie ubite – mruknął. – Nic dziwnego.

***

Podwórkami przedarł się do kolejnego gospodarstwa, które bardzo dokładnie sprawdził, i w którym zjadł skromny acz pożywny posiłek, składający się z czerstwego pieczywa, kawałka sera oraz butelki wina. Potem sprawdził jeszcze kilka kolejnych domów. W jednym z nich znalazł bardzo elegancki sztucer myśliwski oraz amunicję, co od razu wziął za dobrą kartę. Broń mogła okazać się zbędna, ale mogło też być zgoła inaczej. Zabrał więc sztucer oraz całą amunicję, notując wszystko skrzętnie na kartce, aby wiedzieć, gdzie co ma pooddawać.

W końcu dotarł do osnutego mgłą portu, który wywarł na nim bardzo ponure wrażenie. Łodzie niczym martwe wieloryby, spoczywały na brzegu, przewalone bezwładnie na jeden bok. Lód porastał nabrzeże, ale do samego nurtu wody praktycznie nie sięgał. Wszystko, bez wyjątku, pokryte było grubą warstwą szronu, ponieważ wilgoć w powietrzu była wysoka, a temperatura w nocy spadła poniżej zera. I zapewne w dalszym ciągu tam tkwiła. Mogliński jednak przywykł do mrozu i do tego, że było mu stale zimno. Potrafił zmobilizować się do wykonania tych kilku rozgrzewających ruchów, które ratowały życie.

Zdjął z pleców sztucer i zamierzał wejść do portowej restauracji, gdy nagle dobiegł go jakiś dźwięk. Zatrzymał się, by lepiej słyszeć, ale źródło dźwięku znajdowało się bardzo daleko i prawdopodobnie się przemieszczało. Mógł to być samochód, samolot albo i motorówka pędząca po Odrze.

Energicznym krokiem podszedł w stronę najbliższego schronienia, którym był stary, miniaturowy kuter motorowy. Przerzucił prawą nogę przez burtę i wdrapał się do środka, by móc oglądać wszystko z ukrycia, przez brudne szyby w kabinie.

Wewnątrz panował nieopisany bałagan. Stała tam zamarznięta woda, w której do połowy zanurzone tkwiły butelki po wódce. Mogliński przełknął głośno ślinę. Dużo by dał, by pociągnąć teraz z takiej flaszki. Niestety te były opróżnione pewnie jesienią, kiedy jeszcze kuter śmiało pruł mętne wody rzeki.

– Szlag by to – mruknął, sprawdzając po kolei wszystkie butelki.

Tymczasem dźwięk silnika narastał. Artur w dalszym ciągu nie był w stanie powiedzieć, czy był to samochód czy motorówka, jednak wiedział, że z pewnością nie był to samolot. Dźwięk niósł się nisko, przy samej ziemi, a domy dość skutecznie go tłumiły.

O broni wiedział tylko tyle, że aby ją załadować, należy odciągnąć zamek, włożyć nabój do komory i zarepetować. Zrobił to dość niezgrabnie, ponieważ palce miał na wpół zdrętwiałe z zimna. Tak na wszelki wypadek, pomyślał. Tylko jakiś skończony świr pchałby się na teren objęty kwarantanną epidemiologiczną.

I w chwili, gdy po raz kolejny zabierał się do sprawdzania pustych butelek po wódce, zza płotu wyłonił się samochód. Stary Ford Sierra, do połowy zżarty przez rdzę. Mogliński zaśmiał się w duchu, że nie tylko on jeździ czymś, co zgodnie z jakąkolwiek logiką, już dawno powinno się rozsypać, a może i nawet rozłożyć.

Wóz zatrzymał się, wypuszczając na koniec z wydechu chmurę czarnego dymu. Drzwi otwarły się, a z wnętrza wyłonił się ten stary, zapijaczony gliniarz

– Wiesław Kulicki.

– Tylko jego tu brakowało – mruknął pod nosem Artur i podniósł sztucer do ramienia.

Na broni zamontowana była luneta, dająca całkiem przyzwoite przybliżenie. Patrząc przez nią, Mogliński widział bardzo wyraźnie twarz Kulickiego, a na niej krzyż z bardzo cienkich linii.

– A gdyby tak…

Opuścił broń. Zabicie inspektora nie rozwiązałoby żadnego problemu, a wręcz stworzyłoby nowe. Gliniarze pewnie by się wściekli. Znaleziono by broń, pobrano odciski, a Mogliński musiałby się ukrywać już do końca życia, bo przecież na pewno jego odciski także mają w bazie.

Odłożył broń, wyszedł z kabiny i pomachał do Kulickiego.

– Tutaj baranie – powiedział cicho. – Może ktoś inny palnie ci w ten zapijaczony łeb.

I rzeczywiście rozległy się strzały. Nie strzelał jednak ani Mogliński, ani Kulicki. Inspektor przykucnął i zaczął biec w stronę kutra.

– Pomóż mi! – zawołał, gdy już znalazł się przy burcie.

Pociski uderzały głucho o drewno. Moglińki nie miał zamiaru się ruszać, jednak po którejś prośbie w końcu ustąpił. Uniósł się, złapał Kulickiego za rękę i pomógł mu wejść do kutra. Zaraz potem obaj przypadli do ziemi, a policjant sięgnął po sztucer.

– Ładne cacko. Masz na to pozwolenie?

– Znaleźne. Do samoobrony. Gdyby to był wolny kraj, miałbym takich dziesięć, żeby bronić swojego życia i majątku – odparł szybko Artur.

– Widziałeś skąd strzelał? – Kulicki uniósł sztucer i zaczął oglądać go ze wszystkich stron. – Ładna broń. Ciężko tak będzie bez przestrzelenia.

– Nie ma pan pistoletu czy coś?

– No jakoś tak nie – odparł inspektor. – Ale to jest nawet lepsze. Ma większy zasięg.

Gdy strzały ucichły, Kulicki wczołgał się do kabiny i wyjrzał na zewnątrz przez okienko. Miał sporo czasu, zanim agresor znów zaczął strzelać.

– To Jasiu Piłka? – zapytał Mogliński.

– Szczerze powiedziawszy nie mam zielonego pojęcia. Miałem tu przyjechać, żeby spotkać się z moim byłym partnerem. Tymczasem zastaję tutaj ciebie i kogoś, kto najwyraźniej próbuje zabić ciebie oraz wszystkich, z kim się zadasz. – Gliniarz wydobył z wewnętrznej kieszeni kurtki paczkę papierosów i poczęstował Artura. – To mówisz, że nie wiesz, kto strzela?

– Nie. Przyjechałem tu wczoraj i było cicho, do momentu, aż zjawił się pan.

– W takim razie nie mogę powiedzieć nic dobrego o tej sytuacji.

Kiedy dym papierosowy zaczął unosić się nad włazem kajuty, strzały ucichły. Najwyraźniej ten, kto strzelał, uświadomił sobie, że ci w środku zrobili sobie przerwę. A skoro zrobili sobie przerwę, to szkoda marnować amunicję.

– Strzały padały od zachodu – powiedział Kulicki po chwili. – Były tam jakieś zabudowania.

– Restauracja portowa. Zamierzałem właśnie ją sprawdzić, kiedy usłyszałem silnik pana samochodu i ukryłem się w kutrze.

– Zatem chujaszczyk siedzi w restauracji. Będziemy musieli zastosować jakiś podstęp. Mam nawet jakąś taką roboczą koncepcję, ale będzie ona wymagała twojej pełnej współpracy i zaufania. Masz więcej amunicji?

Artur wyciągnął naboje z plecaka. Było ich kilkanaście. Kilka musiało wpaść gdzieś głębiej pod ubrania, ale nie chciało mu się szukać. W końcu ileż naboi potrzeba do ukatrupienia jednego snajpera?

– Jaki to plan? – zapytał, gasząc peta na burcie kutra.

– Wyjdziesz z łodzi po drugiej stronie. Na mój znak zaczniesz biec w kierunku następnej łodzi, a ja będę cię osłaniał. Kiedy ten skurwiel się pojawi i zacznie strzelać, postaram się go zneutralizować.

– Czyli mam być żywą tarczą? Nie ma mowy!

– Masz lepszy plan? Ja biegam powoli i dobrze strzelam. Ty biegasz szybko i nie potrafisz strzelać. O zamianie ról nie ma mowy.

Artur zamyślił się nad słowami Kulickiego. Uznał, że stary rzeczywiście ma rację, jednak jakiś wewnętrzny atawistyczny lęk kazał mu mówić „nie, nie i chuj”. Z drugiej strony wiedział doskonale, że znaleźli się w totalnej beznadziei. A wszystkie te ponure sprawy, które wisiały nad nim i czekały tylko, by na niego spaść… Może lepiej zginąć jak bohater, pomyślał.

– Zgoda – mruknął niewyraźnie. – Ale mam nadzieję, że rzeczywiście strzela pan lepiej, niż tropi morderców.

– Co? – Kulickiemu aż papieros z ust wypadł.

– No, że tego Jasia Piłki to pan nie dał rady… A, nie ważne – Mogliński machnął ręką.

Zrzucił plecak i wyskoczył z łodzi.

– Powiedz, kiedy będziesz zamierzał biec – usłyszał z kajuty.

Rozejrzał się po najbliższej okolicy. Od kolejnej łodzi dzielił go dystans nie większy, niż dziesięć metrów. Zakładając, że strzelec nie spodziewał się tak głupiego zachowania, istniała całkiem spora szansa, że nie zdąży oddać nawet jednego strzału.

– Dobra, biegnę!

I wyskoczył. Pędził jak na złamanie karku, ślizgając się po zamarzniętych kałużach i pojedynczych pecynach śniegu, które nie zdążyły się jeszcze roztopić. Dobiegał już do łodzi, gdy padł pierwszy strzał, a zaraz za nim drugi, dużo bardziej donośniejszy. Musiał strzelić Kulicki, pomyślał Artur. I gdy tylko znalazł się w bezpiecznym miejscu, zaczął rozglądać się za kolejnym obiektem, za którym mógłby się skryć.

– Teraz! – krzyknął i wyskoczył z drugiej strony łodzi.

Znów padły strzały. Kilka tych cichszych oraz po pewnej chwili ten głośniejszy. Mogliński uświadomił sobie, że przecież sztucer wymaga przeładowania i sklął się w myślach za swoją lekkomyślność, która mogła kosztować go życie.

– Następnym razem daj mi trochę czasu – usłyszał z kutra.

– Dobra. Piętnaście sekund i lecę!

Zaczął odliczać w myślach. Do kolejnej łodzi musiał już biec po skosie, więc teoretycznie strzelec miał by lepsze pole widzenia. Z drugiej strony, aby dopaść Artura, musiałby się wychylić, jednocześnie nie widząc Kulickiego. I to mógł być decydujący moment, w którym wszystko mogło się rozstrzygnąć.

Kiedy ruszył, całe życie mignęło mu przed oczami, a wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Zmrożony piach uniósł się do góry, kiedy Artur wybił się z niego odświętnym laczkiem. Usłyszał strzał po swojej prawej. Potem drugi, dużo bardziej donośny. I dźwięk tłuczonego szkła.
Pokonanie tego niewielkiego odcinka drogi trwało całą wieczność. Ale kiedy już przypadł do drewnianej burty kolejnej łodzi, uświadomił sobie, że po głośniejszym strzale sztucera Kulickiego, nie usłyszał już strzału z restauracji. Nie mógł jednak niczego wykrzyknąć, bo jego płuca pracowały już na pełnych obrotach.

– Chyba dostał – wyręczył go inspektor.

Mogliński opadł na piach, twarzą do ziemi. Musiał odczekać kilka minut, by dojść do siebie.

– Chyba?

– Jedyny sposób, aby się przekonać, to spróbować przebiec dalej!

Artur wyjrzał zza łodzi. Pomiędzy nim a restauracją nie było już żadnych przeszkód, oprócz niewielkiego murka. Ale dawał on całkiem niezłą zasłonę. Nie chcąc ostrzegać strzelca, rzucił się do biegu i po chwili dotarł do ukrycia. Nie strzelał nikt.

– Co myślisz? – zapytał.

Kulicki podniósł się i zaczął gramolić się z łodzi jak stary niedźwiedź polarny. Mogliński obserwował go przez chwilę, ale kiedy jego oczom ukazał się wypięty tyłek, wystający w nieco zbyt dużym stopniu ze spodni, odwrócił wzrok w stronę Odry.

Rzeka płynęła spokojnie, jak płynęła przez wiele tysięcy lat. Ileż wody musiało w niej upłynąć, pytał w myślach. Odpowiedź na to pytanie było chyba zbyt trudna do ogarnięcia w sytuacji, w której tkwił.

Kulicki minął go powolnym krokiem, sapiąc ciężko. Wdrapał się na schody i wkroczył do restauracji, nie zachowując żadnych, nawet najbardziej elementarnych środków ostrożności. Artur zerwał się i ruszył w tym samym kierunku. A gdy już znalazł się wewnątrz budynku, ujrzał mężczyznę leżącego na podłodze, trzymającego się za szyję, z której broczyła krew. Obok niego leżał pistolet Makarow. Artur wiedział, bo wiele razy oglądał Bonda.

– Dlaczego? – zapytał Kulicki, stojączeptał ich niedoszły zabójca. – Za to wszystko, co mi zrobiłeś.

– Andriej, przecież wiesz, że czasy były trudne. Każdy starał się ratować, jak mógł. Ci z góry dogadywali się z politykami, tacy jak my, musieli kombinować…

– Szczerze mówiąc gówno mnie to obchodzi… Zawsze można spróbować nie być kurwą. Ty nawet nie spróbowałeś. Odwróciłeś się do mnie plecami. Zrobiłeś wspaniałą karierę, a ja czyściłem kible w szkołach… Bachory zakładały mi kubły na głowę i zabierały papierosy.

– Przepraszam, że przeszkadzam – wtrącił się Mogliński – ale czy mógłbym się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi? Pan go zna inspektorze? Nie powinniśmy wezwać pogotowia?

– Dzwoń – odparł Kulicki.

– Nie mam telefonu.

– Ja też nie. – Policjant przykucnął nad rannym. – To mój były partner Marczenko. Opowiem ci później. Poszukaj czegoś, co się nada na opatrunek. I jakiegoś telefonu.

Mogliński zaczął otwierać wszystkie szafki po kolei. Na wyposażeniu każdej restauracji powinna być jakaś apteczka. Przecież kucharze nieustannie obcinają sobie palce wielkimi tasakami. Znalazł butelkę wódki. Odkręcił ją i gwałtownie zaczął pić.

– To ty zabiłeś tych wszystkich ludzi? – usłyszał głos Kulickiego.

– Nie ja – powiedział Marczenko jeszcze bardziej niewyraźnie. – Ale ponieważ nie dałeś mi tej satysfakcji i nie dałeś się zastrzelić, ja też nie dam ci satysfakcji i zabiorę te tajemnicę ze sobą do grobu. Razem z informacją, gdzie przebywa Aneta Kotejuk.

Rosjanin zaśmiał się, plując krwią.

– Będziemy cię torturować! Mogliński dawaj tu tę wódkę!

Artur odjął butelkę od ust. Zostało mniej, niż połowa. Podszedł do Kulickiego, jednak w tym samym czasie Marczenko zaczął charczeć i rzęzić, aż w końcu jego ciało wyprężyło się i nagle rozluźniło. Ręce opadły na podłogę, głowa również. Z przestrzelonej szyi zaczęło lecieć coraz więcej krwi.

– Połknął język – mruknął inspektor.

– Myślałem, że tylko Chińczycy to potrafią. – Moglińśki wręczył mu butelkę.

– Był w Chinach przez jakiś czas w młodości. Musiał wtedy się nauczyć.

– Co on powiedział o Kotejuk?

– Że nie powie nam, gdzie ona jest. – Kulicki pociągnął z butelki tak mocno, że szkło niemal się zassało. Gdy skończył, była całkowicie pusta. – Jeśli on był głową tego interesu, to gdzieś muszą być jeszcze mięśnie… Może kutasiarz zabezpieczył się na okoliczność swojej śmierci i ustalił jakiś termin, w którym potwierdzi, że żyje. Ja bym tak zrobił na jego miejscu. A to oznacza, że…

– Aneta jest w niebezpieczeństwie! – powiedział Mogliński i padł na podłogę. nad rannym.

fot. WolfBlur, pixabay.com, CC0

7 Udostępnień

Comments

comments