Rozdział XVI.

Podziemny Wrocław rozdział XVI.

– Kulicki, obudź się!

Głos Marczenki rozbrzmiewał w całkowitej ciemności, pozbawionej jakiejkolwiek przestrzenności. Zupełnie, jakby siedzieli w szafie.

– Andriej? Gdzie jesteś? – zapytał inspektor.

– W dupie. Nie ma mnie tu – odparł jasnowidz. – Śpicie towarzyszu. A dokładniej jesteście w śpiączce farmakologicznej. A teraz posłuchaj mnie uważnie. Musisz się obudzić. Idą po ciebie.

– Kto idzie? Jak to w śpiączce?

Usiłował się poruszyć, ale w tej ciemnej pustce jego ciało zdawało się być nieobecne. Nie potrafił niczego wymacać .

– Marczenko, co tu się dzieje? – spytał w końcu.

– Już ci powiedziałem. Jesteś w śpiączce farmakologicznej, a ja przemawiam do ciebie prosto z metra. – Głos stał się trochę mniej wyraźny.

– Skąd?

– Poczekaj, tracę zasięg. Podejdę do szybu wentylacyjnego, teraz lepiej?

– Lepiej.

– Leżysz w szpitalu, ponieważ oberwałeś od tego bęcwała prokuratorka. Odwaliło mu totalnie. Zaczął strzelać na oślep. Rozwalił Frankenheimera i zranił ciebie. Jesteś w szpitalu. Chcą cię zabić, więc musisz się przemóc, wstać i wyjść.

– Kto chce mnie zabić?

– Cyka blyat! – zaklął Maczenko. – Skup się! Mam pewien pomysł, ale szczerze powiedziawszy nigdy tego nie robiłem, i nie mam pojęcia, czy się uda. Spróbuję przejąć kontrolę nad twoim ciałem i wyprowadzić cię ze szpitala.

Po tych słowach nastała długa, pełna napięcia cisza. Kulicki nie wiedział, czy może przeszkadzać, więc po prostu milczał. Zastanawiał się, jak to możliwe, że gdy myśli o mówieniu, to mówi w myślach, a kiedy myśli w myślach, to nic nie mówi. Bo niewątpliwie cała ta rozmowa miała przebieg wewnątrz jego głowy. Zdawało się to wymykać jakiejkolwiek logice, więc postanowił zmienić temat rozmyślań na nieco bardziej przyziemny. Spróbował odtworzyć ostatnie chwile, które pamiętał.

Było tak, że szli tunelem metra. Wszędzie było pusto i cicho. Przez długi czas nie natknęli się na najmniejszy nawet ślad życia, nawet odchodów, które zwykle stanowiły niezbity i trudny do zamaskowania dowód czyjejś obecności.

W pewnym momencie, w oddali usłyszeli jakiś tajemniczy odgłos. Prokurator Karol Płotka wyrwał do przodu. Bardzo chciał strzelać, a przez długi czas nie było ku temu sposobności. W dodatku Lutz Frankenheimer strasznie działał mu na nerwy. Bardziej nawet, niż Marczenko. A właśnie…

– Marczenko, jesteś tam? – zapytał Kulicki w myślach.

– Jestem, jestem… chyba się udało.

– Co się udało?

– Idziemy – odparł jasnowidz. – Trudno mi cię prowadzić, bo nie widzę świata twoimi oczami, tylko poprzez mój astral. Strasznie to dziwne. Muszę wyrwać wenflon… zaczekaj.

Płotka wyrwał do przodu i po chwili zniknął im z oczu. Frankenheimer krzyknął coś, i zaczął też biec. Marczenko chyba stał gdzieś z tyłu. Kulicki popatrzył na niego i w tej chwili padły pierwsze strzały. Huk strzelby Płotki doskonale niósł się po tunelu o okrągłym przekroju, obłożonym blaszanymi płytami.

Inspektor też wyrwał do przodu, odbezpieczając rewolwer. Daleko przed nim mignął jakiś cień. Ale nie był w stanie określić, czy cień należał do Płotki czy Frankenheimera. A może do jeszcze kogoś…

Powietrze rozdarł przejmujący wrzask.

– Udało się – powiedział Marczenko. – Trochę się ubabraliśmy krwią, ale tak naprawdę, w tym szpitalnym łachu, to chyba bez znaczenia. I tak nie wyglądamy, jak byśmy się wybierali na bankiet w siedzibie partii.

– Wychodzisz mną na ulicę? – spytał Kulicki. – To bez sensu! Od razu ktoś mnie zobaczy i zatrzyma.

– Nie pękaj tawarisz. Wygląda to na normalny spacerek. Tylko gały masz jakoś tak wywrócone do góry… jak jakiś zombiak.

– Marczenko…

– Tak?

– Czy w tunelu oprócz nas był ktoś jeszcze?

– Nie widziałem – odparł jasnowidz. – Ciemno było…

– Nie widziałeś, bo z tyłu byłeś. Uciekłeś, jak tylko zrobiło się gorąco – powiedział inspektor. – Jak wtedy, w osiemdziesiątym szóstym, kiedy ścigaliśmy wilkołaka z Leśnicy…

– Do diabła Kulicki! Bo zostawię cię na tym korytarzu! Będziesz teraz rozliczał stare dzieje?

– Sram na stare dzieje! Chcę wyjaśnić, co zaszło w metrze!

Marczenko zamilkł na chwilę. Inspektor nie był pewien, czy była to przerwa techniczna, czy po prostu szarlatan usiłował wykręcić się od odpowiedzi.

– No? – ponaglił.

– Czekaj… Jesteśmy na klatce schodowej, a z dołu idzie ten, który ma cię zabić. Chciałem zobaczyć…

– Co? Uciekaj!

– Nie… zaczekaj… to… to…

Serce Kulickiego zamarło.

– Marczenko uciekaj! Uciekaj! – krzyczał w myślach.

Wyrzut adrenaliny oraz fakt, że od pewnego czasu do jego żył nie spływał lek utrzymujący go w stanie śpiączki sprawiły, że ciemność wokół Kulickiego zaczynała się rozjaśniać. Choć wszystko było zamglone, inspektor był w stanie dostrzec jasny prostokąt okna, a po chwili także schody i barierkę.

– Marczenko… – wymamrotał, ale nie usłyszał odpowiedzi.

Chwycił się barierki i tylko dzięki temu nie runął po schodach w dół. Nagle dotarło do niego, co mówił jasnowidz – morderca szedł po schodach. Energiczne kroki rozbrzmiewały coraz głośniej. Spojrzał w dół i ujrzał rękę przeskakującą po barierce. Chciał się rzucić do ucieczki, ale był zbyt słaby. Było już nawet za późno, żeby się schować… Od mężczyzny dzieliły go już tylko jedne schody, a i ten dystans stopniał w ciągu kilku sekund. Jego oczom ukazał się…

– Bielski?

– Inspektorze Kulicki!

Podkomisarz Rafał Bielski był nie mniej zdziwiony, niż sam inspektor. Stanął jak wryty, a w jego oczach mieszało się zaskoczenie i przerażenie.

– Przyszedłem sprawdzić, jak się pan czuje… Widzę, że pana wybudzili.

– Bielski… – wymamrotał Kulicki. – Oddaj mi swoją broń.

– Słucham?

Inspektor z dużym wysiłkiem uniósł dłoń.

– Dawaj broń. To rozkaz. Jeżeli natychmiast go nie wykonacie, zostaniecie pociągnięci do odpowiedzialności, zrozumiano?

Podinspektor powoli sięgnął pod marynarkę, nie tracąc jednocześnie kontaktu wzrokowego z przełożonym.

– Szybciej kurwa! Nie mamy całego dnia!

Pistolet zmienił właściciela. Kulicki sprawdził, czy broń jest nabita, odbezpieczył i wycelował w Bielskiego.

– A teraz wyprowadzisz mnie z tego budynku i wywieziesz za miasto.

– Ale…

– Bielski kurwa, jak Boga kocham, rozwalę ci łeb.

– Ale…

Marczenki nie było. Najwyraźniej przebudzenie rozłączyło ich i teraz jasnowidz próbował ponownie nawiązać połączenie, jednak przy odzyskanej świadomości było to zapewne utrudnione.

– Nie próbuj żadnych numerów. Nawet się nie zawaham, żeby cię rozwalić. Wiem, po co tu przyszedłeś! – warknął i wepchnął Bielskiemu lufę pod żebra. – Idziemy!

Schodzili bardzo powoli. Kulicki był mocno osłabiony i opierał się na Bielskim. Jednocześnie ciągle musiał się koncentrować na tym, żeby w razie jakiegoś dziwnego manewru zareagować natychmiast. Było to o tyle trudne, że wraz z powracającą świadomością, powracało także to nieludzkie, dzikie pragnienie.

– Masz w samochodzie jakiś alkohol? – zapytał. – I fajki?

– Coś się znajdzie…

– Idźmy szybciej. – Lufa wbiła się mocniej w ciało Bielskiego, aż ten syknął z bólu.

– Każda broń statystycznie raz do roku strzela sama – powiedział podkomisarz. – Proszę mieć to na względzie.

– Mam. I szczerze powiedziawszy, jakoś mnie to nie martwi. Takie zdradzieckie mendy należy likwidować. Kto ci kazał mnie zabić, co?

Bielski jęknął, gdy inspektor chwycił go za włosy i odciągnął głowę do tyłu.

– Gadaj, bo rozwalę cię tutaj na schodach. A wierz mi, czuję się coraz lepiej. Chyba już sam mogę iść. To Gałka?

– Gałka nie żyje. To Walicki z komendy głównej… Pełni teraz u nas obowiązki komendanta…

– I za ile się sprzedałeś, co?

– Panie inspektorze, ja… kurwa!

Bielski nie dokończył, bo rękojeść Waltera P-99 trafiła go w zęby i padł na podłogę, łapiąc się za zakrwawioną twarz. Kulicki złapał go za gardło lewą ręką, a drugą niemal wcisnął mu lufę w oko.

– Gadaj, bo rozchlapię ci mózg na tych schodach! Dlaczego ten Walicki kazał mnie sprzątnąć i ile ci zapłacił?

W tej chwili w jego głowie rozległ się jakiś szum.

– Halo? Wiesław? Tu Marczenko… miałem jakieś zakłócenia na linii. Chyba tramwaj stanął nade mną na przed skrzyżowaniem i blokował sygnał… to nie ten. Powtarzam, to nie ten. Tamten wchodził innymi schodami. Ten jest dobry.

– Co? – Kulicki zastygł. – Marczenko powtórz.

– Ten tutaj nie jest winny. Rzeczywiście zamierzał sprawdzić, jak się czujesz, a przy okazji odwiedzić ciotkę, która leży piętro wyżej. Nie otrzymał żadnych instrukcji odnośnie twojej osoby.

– Dobra Bielski… – Inspektor puścił szyję podkomisarza i wyprostował się. – Wracacie do gry. To nieporozumienie. Oto wasza broń. – Zabezpieczył pistolet i wręczył go policjantowi. – Ale nadal musisz mnie wywieźć za miasto.

***

Bez problemu wyszli ze szpitala i przeszli do samochodu. Przejście po parkingu może było nieco bardziej problematyczne, ponieważ Kulicki miał na sobie tylko koszulę szpitalną. Marczenko nawet nie założył mu kapci, a temperatura była na minusie. Bielski siadł za kierownicą i od razu zapalił silnik, by nagrzać. Kulicki wsiadł do tyłu. Wszędzie walały się puste puszki po piwie, które wprawiły go w irytację.

– Co za syf! Moglibyście trochę posprzątać w wozie! Mówiliście wcześniej coś o jakimś czymś…

– Czymś?

– No, że się znajdzie. – Kulicki podrapał się po nieogolonej brodzie z nieprzyjemnym, suchym chrzęstem. – Coś do picia. Tyle tu się wala…

– A tak. – Bielski zanurkował w dół. W nogach pasażera ukryta była wielka torba, pełna rozmaitości. – Wódka? Piwo? Wino?

– Tak, poproszę.

Aż ręce mu się trzęsły, gdy odbierał pakunek od Bielskiego. W reklamówce znajdowała się nieotwarta półlitrówka Huragana i czteropak piwa. Ilość wymarzona dla uspokojenia skołatanych nerwów, rozgrzanie i rekonwalescencję po poniesionych obrażeniach.

Dopiero teraz zorientował się, że prawa strona klatki piersiowej i ramie są obandażowane. Szczęśliwie Płotka strzelał śrutem, a Kulicki musiał znaleźć się jedynie częściowo na obszarze rażenia chmury ołowiu. W innym wypadku byłby już martwy jak Frankenheimer. O ile szwaba rzeczywiście załatwił Płotka…

Przystawił sobie butelkę, a gdy płyn zaczął parzyć w gardło, jeszcze raz cofnął się myślami do tunelu metra. Ujrzał cień przebiegający w oddali. To nie mógł być cień należący do Płotki ani tego drugiego. Marczenko z kolei zwiał. Cień niewątpliwie należał zatem to kogoś lub czegoś, co za cel wziął Płotka. Mając na uwadze to, że prokurator był człowiekiem rozważnym i z pewnością nie otwierałby ognia bez potrzeby, Kulicki mógł przyjąć za pewnik, że cień należał do wampira lub innego stwora, który grasuje w podziemiach Wrocławia i może ewentualnie stać za popełnionymi morderstwami. Lub do zbiegłej ofiary numer cztery.

– To dokąd?

Kulicki zastanawiał się przez chwilę.

– Masz jakąś bezpieczną metę, w której mógłbyś mnie przechować?

***

Altanka wyglądała gorzej, niż źle. Dach miał wiele dziur, a drzwi nie dało się zamknąć. Bielski blokował je wielkim kamieniem od zewnątrz. Gdy siedziało się w środku, były ciągle uchylone. Ale najgorsze i tak było okno – choć zakratowane, nie miało szyby. Było zaklejone folią.

– Jakiś kutafon wymyślił sobie zawody w rzucaniu cegłami – powiedział Bielski – i najwyraźniej wymyślił to sobie w chwili, gdy mijał moją działkę. Gdybym takiego spotkał na gorącym uczynku, to chyba mielibyśmy ten dzień w roku, kiedy broń wypala sama.

– Będzie w porządku – skwitował Kulicki. – Naprawdę nie chcę sprawiać kłopotu, a muszę się gdzieś podziać przez te parę dni.

– Ale to żaden kłopot – odparł podkomisarz. – Proszę się tylko nie załatwiać na grządki. Kiedyś tutaj pomieszkiwał szwagier i wszystko mi… Postaram się podrzucić jakieś zakupy…

– Będę wielce zobowiązany. Spisz proszę od razu wszystkie koszty. Oddam ci, jak tylko się to wszystko skończy.

Kiedy Bielski się oddalił, Kulicki opadł ciężko na dziurawą, cuchnącą kanapę i mozolnie zaczął wciskać na siebie kolejną warstwę przepoconych, roboczych ubrań podkomisarza. Cuchnęły, jakby nigdy nie były prane.

W międzyczasie Marczenko znów nawiązał łączność.

– Ładnie się tu urządziłeś Kulicki.

– Widzisz to?

– Tak, podpiąłem się do twoich oczu, bo bałem się, że będziesz martwy. Ale widzę, że się udało. – Ręka inspektora sama powędrowała po butelkę wódki i podniosła ją do ust. – Co za rozkosz… gdybym ja miał tu choć buteleczkę…

– Gdzie jesteś Marczenko?

Kulicki odstawił butelkę i wstał, by poprawić spodnie, które wpijały mu się w tyłek. Myśl, że tak samo wpijały się one w tyłek Bielskiego, zmroziła mu krew w żyłach.

– Jestem uwięziony w metrze. Po tym safari, które urządził sobie wasz prokuratorek, musiałem uciekać przez kilka kilometrów. Tunel, o ile zdołałem się zorientować, biegł mniej więcej wzdłuż Odry.

Głos Andrieja Wiktorowicza momentami słabnął, jakby jakieś obiekty na moment przysłaniały pole. Pewnie samochody, pomyślał Kulicki.

– Tak, to samochody… – powiedział Marczenko. – Sporo teraz tego. Pomiędzy mną a tobą jest jakieś dwadzieścia, trzydzieści metrów różnicy w pionie, ale jakieś piętnaście kilometrów w poziomie. Pole idzie względnie płasko, więc każdy samochód, czy jakikolwiek inny, ruchomy obiekt, może je zakłócać.

Gacie wpijały się bezlitośnie, pomimo wszystkich, możliwych zabiegów. Bielski był jednak chudszy, i choć udało się rozwiązać problem niedopinającego się guzika, poprzez przewiązanie spodni sznurkiem w pasie, to jednak nieprzyjemna penetracja pomiędzy pośladkami trwała w najlepsze. Kulicki wzdrygnął się i znów chwycił za wódkę.

– W każdym razie dotarłem do jakiejś stacji – kontynuował głos w jego głowie. – I wtedy mnie dopadły…

Kulicki aż opuścił butelkę z wrażenia.

– Kto cię dopadł?

– One. Nie mam pojęcia, co to za diabelskie stworzenia, ale na pewno nie żadne wampiry. Choć nie wykluczone, że żywią się krwią… Widziałem, co zrobiły ze zwłokami Płotki.

– Czy to one mogą być odpowiedzialne za zbrodnie popełniane we Wrocławiu? – spytał w końcu Kulicki, grzebiąc w gaciach i nie mogąc już dłużej wysłuchiwać tych bredni. – Powiedz mi, że istnieje choć cień prawdopodobieństwa, a będę wiedział, na czym stoję.

– Istnieje.

– Czy możesz mi powiedzieć, gdzie jesteś?

Marczenko milczał przez chwilę. W końcu jego głos znów rozbrzmiał w głowie Kulickiego.

– W Urazie.

fot. Pavlofox, pixabay.com, CC0

Comments

comments