Podziemny Wrocław

Kto wysysa krew w Breslau? Paranormalny kryminał hardboiled weird noir online

Podziemny Wrocław - Rozdział XV.

Rozdział XV.

Nadinspektor Wacław Gałka nie miał najmniejszych wątpliwości, że jego kariera właśnie się zakończyła.

Przed nim, na biurku, leżał raport. Obok pusta butelka po wódce. Jeszcze dalej rewolwer Gward. Chwycił broń dwiema rękami, obrócił do siebie i włożył lufę do ust, a następnie odciągnął kurek. Pomimo wypitego alkoholu, nadal brakowało mu odwagi, by pociągnąć za spust.

– Kurwa, nie dam rady…

Drżącymi rękami odłożył rewolwer do szuflady, spuszczając kciukiem kurek, a następnie wcisnął ukryty pod blatem biurka przycisk elektrozamka, który spowodował, że drzwi do gabinetu otwarły się.

– Proszę – mruknął niechętnie.

Do gabinetu wkroczył podinspektor Konrad Danielewicz, który na korytarzu czekał już od dłuższej chwili. Młody, porządny, zapięty na ostatni guzik i wyprasowany na idealny kant.

Dupowłaz i karierowicz, pomyślał Gałka.

– Siadajcie – wskazał fotel.

Danielewicz skrzywił się na widok pustej butelki po wódce.

– To dowód w sprawie. – komendant odstawił butelkę na podłogę. – No słucham.

Podinspektor kiwnął głową na raport.

– Tak, tak… proszę bardzo.

Danielewicz wziął raport i otworzył go na samym początku.

– A więc…

– Nie zaczynamy od „a więc” – poprawił go Gałka. Głównie dlatego, że lubił gnoić młodych i ambitnych. W policji liczy się cierpliwość i wytrwałość. – Proszę kontynuować. Zapewne doskonale zdaje sobie pan sprawę z tego, jak wygląda nasza sytuacja.

– Grupa dotarła do stacji metra Königsplatz – zaczął już nieco pewniej Danielewicz. – To tam doszło do tragicznego zdarzenia.

– Zgadza się, proszę dalej.

– Na pierwszy rzut oka, można by powiedzieć, że wszyscy uczestnicy operacji otworzyli jednocześnie ogień do siebie samych. Jednak to nie miałoby kompletnie żadnego sensu. To był bardzo doświadczony policjant, poważny i szanowany prokurator, emerytowany milicjant oraz emerytowany…

– No tak, tak – potwierdził Gałka. – Może warto usunąć z pańskiego raportu informację o tym, czym zajmowali się w przeszłości ci dwaj.

– Ale…

– To niczego nie wnosi sprawy. Proszę dalej.

Danielewicz zmieszał się nieco i nerwowo zawiercił się na krześle. Na jego czole zaczęły się perlić pierwsze krople potu.

– Dokładniejsza ekspertyza wykazała, że musieli zostać przez kogoś zaatakowani, a sytuacja rozwijała się bardzo szybko. Najpewniej zostali zaskoczeni i towarzyszyły temu duże emocje. – Podinspektor przewrócił kilka stron. – Jako pierwszy ogień otworzył prokurator Karol Płotka. Chmura śrucin przeleciała przez inspektora Wiesława Kulickiego, raniąc go w prawą łopatkę i ramię, a następnie ugodziła w niejakiego Lutza Frankenheimera. Paradoksalnie Niemiec miał mniej szczęścia, ponieważ otrzymał postrzał bezpośrednio na twarz i tym samym poniósł śmierć na miejscu. Kulicki wystrzelił kilka razy w kierunku Płotki, ale zadał mu jedynie powierzchowne rany. Prokurator zaczął strzelać w przeciwnym kierunku, trafiając głównie w ściany. W tym czasie otrzymał śmiertelny postrzał w serce, nabojem 8 x 18 mm Makarowa. Broń taką, wedle zeznań zbrojmistrza, posiadał niejaki Andriej Wiktorowicz Marczenko. Po tym ostatnim nie zostało ani śladu.

Gałka mruknął niewyraźnie pod nosem, po czym wykonał ręką gest, który mógł oznaczać „kontynuuj” lub „nawijanie makaronu”. Danielewicz zdecydował kontynuować.

– Inspektor Wiesław Kulicki był przytomny, gdy go odnaleziono, jednak z uwagi na zagrożenie życia, wprowadzony został w stan śpiączki farmakologicznej. Nie zdążyliśmy spisać jego zeznań.

– No dobrze…

Nadinspektor Wacław Gałka podniósł się i przemieścił w okolice okna, by jeszcze raz rzucić okiem na widok, który podziwiał od niemal czterdziestu lat.

Gdyby wszyscy zginęli, pomyślał, można by było uknuć jakąś teorię, że byli świrami, naćpali się dopalaczy z depozytu lub założyli apokaliptyczną sektę. A tak…

W chwili, gdy dowiedział się, że w podziemiach doszło do strzelaniny, i że są ranni, wrzucił do niszczarki wszystkie wydania magazynowe na broń. To było dobre, mądre posunięcie, ale nie wystarczające. Cholerny Kulicki przeżył, a Marczenko gdzieś zniknął. Przy odrobinie szczęścia został rozszarpany przez bestie i zawleczony w czeluści metra. Jednak znając swoje szczęście, Gałka mógł z góry założyć, że Marczenko jest tylko ranny, i z pewnością po kilku dniach pokazałby się żywy na powierzchni, w towarzystwie dziennikarzy.

W świetle powyższych faktów, zbrojmistrz także zapewne nie zamierzał milczeć. Pytanie o to, skąd Płotka i Frankenheimer wzięli broń musiało zostać postawione tak czy siak.

Komendant był skończony. I właściwie było tylko kwestią czasu, kiedy w jego gabinecie pojawią się funkcjonariusze mający dokonać aresztowania. Bo sprawa była tak gruba, że raczej nie pozwoliliby mu pozostać na wolności.

– No dobrze – powtórzył i wyjął chusteczkę higieniczną, by przetrzeć spocone czoło. – Proszę powiedzieć podinspektorze… Tylko szczerze. Jak to wygląda?

Danielewicz znów nerwowo zawiercił się w fotelu.

– Panie komendancie… Trudno wyobrazić sobie większy gnój.

– Czy przyjechali już z komendy głównej?

– Widziałem ich na dole.

Gałka poczuł, że nogi się pod nim uginają. Przytrzymał się parapetu, ale opadł na jedno kolano. Danielewicz szybko rzucił się w jego stronę.

– Proszę się nie martwić… Załatwi sobie pan papiery od lekarza. Można panu zrobić jakąś poważną chorobę…

– Pomóż mi usiąść.

Podinspektor przytrzymał komendanta pod pachy i ostrożnie upuścił go na podłogę.

– Może wody?

– Nie, nie… Posłuchaj mnie Konradzie… – Nigdy nie zwracał się po imieniu do podwładnych, jednak tym razem uznał, że jest to potrzebne. – W szufladzie biurka jest rewolwer. Podaj mi go.

– Po co? – zapytał podinspektor.

– Dobry z ciebie chłopak, chociaż zawsze uważałem cię za dupka. Zrób dokładnie to, o co cię proszę i pokaż, że miałem o tobie błędne mniemanie. Pokaż, że jesteś częścią watahy…

Danielewicz powoli i niepewnie zbliżył się do biurka. Otworzył wskazaną szufladę i wyjął rewolwer Gward. Była to broń, którą znaleziono przy inspektorze Kulickim. Podinspektor nie miał pojęcia, w jaki sposób trafiła ona do biurka komendanta, ale nie zamierzał zaprzątać sobie tym głowy akurat w tej chwili.

– Teraz podaj mi go.

Gałka chwycił rewolwer. Odciągnął kurek i wycelował w Danielewicza.

– Masz żonę i dziecko, prawda? – zapytał.

– Tak…

– W takim razie musisz mnie zastrzelić. Albo twoja rodzina nie zobaczy cię już inaczej, niż w trakcie okazania zwłok. – Ręka komendanta drżała w powietrzu, ale wyraźnie utrzymywał podwładnego w linii strzału. – No, dalej!

– Dlaczego?

– Jak to dlaczego? Jestem komendantem kurwa… Nie zniosę takiego upokorzenia. Jak będę martwy, mogą sobie robić ze mną co chcą. Mogą szargać moje imię do woli. Jestem ateistą i bezdzietnym rozwodnikiem. Sram na to wszystko. Ale nie zniosę ciągania mnie po sądach, przesłuchań, stawiania zarzutów, wygłaszania wyroków… No strzelaj kurwa!

Danielewicz pokręcił głową.

– Strzelaj, bo cię rozwalę! – Palec komendanta pomału ściągał spust, zbliżając się do moment, w którym iglica uwolni się i uderzy w spłonkę. – Strzelaj kurwa!

Podinspektor cofnął się. Zamierzał wskoczyć za biurko, ale Gałka wystrzelił raz i drugi. Pierwszy pocisk trafił Danielewicza w lewe ramię, drugi uderzył w blat, wzbijając w powietrze chmurę wirujących drzazg.

Z korytarza dobiegły okrzyki i tupanie butów. Ktoś wpadł do gabinetu z bronią gotową do strzału. Komendant skierował lufę na postać w drzwiach. Zamierzał wystrzelić, ale ten ktoś był szybszy. Trzy kule przeszyły pierś Wacława Gałki. Rozległ się wrzask przerażonej kobiety. Komendant poczuł, jak szybko uchodzi z niego życie. Spojrzał w dół na białą koszulę, po której spływały gęste strugi krwi.

– Inspektor Adam Walicki, Komenda Główna Policji! – Mężczyzna, który zastrzelił komendanta, wymachiwał teraz legitymacją służbową. – Niech ktoś wezwie pogotowie! Tylko migiem!

***

Nie udało się odratować komendanta Wacława Gałki. Lekarz pogotowia stwierdził zgon zaraz po przyjeździe. Udzielono pomocy Konradowi Danielewiczowi, którego rana okazała się dosyć poważna, ponieważ kula strzaskała kość ramieniową. Ciało Gałki musiało poczekać na transport, więc wyproszono wszystkich z gabinetu, w którym został tylko Walicki.

Warszawiak od razu chwycił za telefon i kazał poprosić rzeczniczkę, by na gorąco poczynić z nią jakieś ustalenia. Według wytycznych z Komendy Głównej, był teraz pełniącym obowiązki komendanta i cały ten syf spadł na jego własne barki.

Kalicka doznała poważnego ataku depresji. Usiadła na krześle i pogrążyła się w bezdennej rozpaczy. W całej swojej karierze nie spotkała się z sytuacją, choćby w połowie tak kuriozalną. Walicki szybko jednak stanął na wysokości zadania. Wyjął piersiówkę i nalał do dwóch szklanek.

– Masz. Pij – powiedział. – To łyskacz, nie jakieś gówno.

Rzeczniczka posłusznie opróżniła oba naczynia.

– Paradoksalnie – zaczął inspektor odpalając papierosa – martwy komendant będzie lepszy, niż żywy.

– Jak to? – kobieta nadal tkwiła w otępieniu.

– Być może Gałka celowo wyświadczył nam ostatnią przysługę. Już tłumaczę. Gdyby żył, zostałby postawiony w stan oskarżenia. Na pewno pojawiłby się zarzut prowadzenia działań operacyjnych w całkowitym oderwaniu od procedur. Wspomnę choćby udział osób spoza policji oraz całkowicie pozaproceduralne wydanie broni. – Strzepnął popiół bezpośrednio na biurko nieżyjącego komendanta. – To z kolei zrodziłoby sporo pytań dotyczących śledztwa w sprawie Jasia Piłki. A oboje wiemy, że to, co piszą gazety i to, co wiecie wy, to dwie różne bajki.

Chwycił ją delikatnie za brodę i uniósł ku górze, by spojrzeć w oczy.

– Czy bardzo się pomylę, ryzykując takie stwierdzenie?

– Nie – odparła wycierając smarki w rękaw.

– No widzisz… A teraz? Sprawa wygląda zupełnie inaczej. Mieliśmy do czynienia z szajką w policji. Przestępczość zorganizowana. Najciemniej jest pod latarnią. Prokurator, komendant i jeden z najlepszych gliniarzy. Ich współpracownik to człowiek z podwójnym obywatelstwem, polskim i rosyjskim. Toż to czysty kryminał.

– Ale Kulicki żyje! – Kalicka cofnęła się gwałtownie. – Co chce pan z nim zrobić?

– Inspektor Kulicki jest w stanie śpiączki farmakologicznej. Może się z niej wybudzić, ale nie jest powiedziane, że tak właśnie się stanie – odparł, po czym sam pociągnął ze swojej piersiówki. – Życie jest pełne niespodzianek. Ktoś może przecież w nagłym ataku szału wejść na oddział i po prostu rozwalić mu łeb taboretem.

– Ale to przecież…

Inspektor Walicki uśmiechnął się, ukazując złoty ząb.

– Przecież co? Woli pani tłumaczyć się z tego, co działo się tutaj wcześniej? Z obcinania głów trupom? Myśli pani, że my nie wiemy, co tu się wyprawiało? Gałka był głupi, ale bardzo lojalny!

Wstał i przeszedł się po pokoju. Stanął nad stygnącym ciałem komendanta.

– Nie śmiał nas okłamywać. Stary, dobry Wacuś. – Poklepał trupa po policzku, a potem wyjął telefon i zrobił sobie zdjęcie z ciałem.

Bożena Kalicka poczuła, że za chwilę zwymiotuje. Wstała i ruszyła w stronę drzwi, ale Walicki szybko podbiegł do niej i złapał za ramię.

– Czy mogę liczyć na twoją współpracę?

Spojrzała mu w oczy, a on spojrzał jej. Sporo o niej słyszał. Wiedział, że można z nią zrobić wszystko, jeśli tylko umiejętnie rozegra się swoje karty. Nachylił się do jej ust i… wtedy zwymiotowała.

***

Inspektor Adam Walicki czuł się niedopieszczony. Choć pochodził z małego miasteczka pod Radomiem, przyjechał do Wrocławia jako Warszawiak i tak chciał być postrzeganym. Chciał wywrzeć wrażenie człowieka konkretnego, bezwzględnego i boleśnie skutecznego. Chciał, by ludzie się go bali. Tymczasem po pierwszym dniu wszyscy zapamiętali go jako tego, któremu rzeczniczka prasowa zwymiotowała do ust. I nawet fakt, że Walicki ustrzelił komendanta, nie miał tu już zbyt wielkiego znaczenia.

Postanowił, że nie da za wygraną. Zamierzał udowodnić wszystkim, że przywiózł ze sobą ogień i furię, morderczą skuteczność, o której w tym post-niemieckim bajzlu mogli tylko marzyć. Spędził kilka godzin na dokładnym zapoznaniu się z aktami, a gdy skończył, wiedział już, co dokładnie ma zrobić. Sprawa wydawała się banalna. Wprost śmiesznie banalna.

Stanął z puszką energetyka na placu Nowy Targ i przyglądał się śmiesznemu food truckowi. Był pewien, że to właśnie Garlikowski jest mordercą. Informacja ta wprawdzie pochodziła od anonimowego informatora Kalickiej i nikt tak naprawdę jej nie zweryfikował, ale Walicki dodał dwa do dwóch i uznał, że nie ma czasu na takie bzdury. Lepiej zaryzykować kompromitację i sięgnąć po naprawdę dużą wygraną, niż sterczeć w miejscu i uśmiechać się głupio do zdjęć. Błędem, który doprowadził do zguby Gałkę, było właśnie zbytnie ociąganie się i przesadne zaufanie do podwładnych. Podwładni to zwykle bezwartościowi imbecyle, którzy bardziej szkodzą, niż pomagają, pomyślał.

Zgniótł pustą puszkę i wrzucił ją do kosza, a następnie zdecydowanym krokiem ruszył w stronę food trucka.

– Patryk Garlikowski? – zapytał z daleka.

Chłopak od kanapek spojrzał na niego z zaskoczeniem i lękiem.

– Tak, o co chodzi?

– Jest pan aresztowany pod zarzutem poczwórnego zabójstwa! – Walicki wyjął pistolet z kabury ukrytej pod marynarką i wycelował w sprzedawcę. – To ty jesteś Jasiem Piłką! – krzyknął na tyle głośno, by ludzie chodzący po placu zatrzymali się i spojrzeli w jego stronę.

– Inspektor Adam Walicki, Komenda Główna Policji! Stój bo strzelam!

Garlikowski nie zamierzał uciekać. Nadal mocno zaskoczony uniósł ręce do góry. W jednej z nich wciąż trzymał nóż do masła.

– Rzuć broń skurwysynu bo rozwalę ci łeb!

Chłopak posłusznie upuścił sztuciec, starając się nie poruszyć przy tym ani o milimetr. Wokół pomału zaczynali się zbierać gapie.

– To jest Jasio Piłka? – zapytał ktoś.

– Proszę się rozejść! Nie ma tu nic do oglądania – krzyknął Walicki, zbliżając się do ciężarówki. Nie spuszczał Garlickiego z muszki ani na chwilę. – Rusz się skurwielu, a zrobię ci z dupy pieprzony durszlak!

Wszedł do wozu i rzucił chłopaka na blat, zręcznie wykręcając mu jedną rękę do tyłu. Później wyćwiczonym ruchem schował broń i wydobył kajdanki. Te po chwili zatrzasnęły się na nadgarstkach domniemanego mordercy.

– I jak się teraz czujesz ścierwo? – szepnął mu do ucha. – Skończyła się zabawa. Teraz zabawiać się będą z tobą inni. Pod celą. I mam nadzieję, że ci się spodoba, bo z pewnością będziesz miał duże powodzenie wśród chłopaków. A uwierz mi, że są oni spragnieni bliskości.

Wokół auta gromadziło się coraz więcej gapiów, więc Walicki wyjął telefon komórkowy, wykręcił standardowy numer alarmowy i poprosił o połączenie z policją.

– Mówi inspektor Adam Walicki z Komendy Głównej Policji. Powtarzam, inspektor Adam Walicki z Komendy Głównej Policji. Tymczasowo pełnię u was od wczoraj funkcję komendanta. Dokonałem zatrzymania podejrzanego w sprawie Jasia Piłki. Proszę o przysłanie radiowozu na… Jak się nazywa to miejsce? – zapytał jednego z gapiów.

– Plac Nowy Targ.

– Na plac Nowy Targ – powiedział i nie czekając na potwierdzenie, rozłączył się. – Naprawdę. Proszę się rozejść. To nie jest żadne show! Dokonałem zatrzymania groźnego przestępcy. Może być niebezpieczny. To prawdopodobnie psychopata o tak zdegenerowanym umyśle, że mógłby próbować wszystkiego.

Ludzie odsunęli się na kilka kroków, co pozwoliło dziennikarzom na przeciśnięcie się do przodu. Aparaty poszły w ruch. Pomimo gestów sugerujących protest, Walicki współpracował z fotoreporterami, wdzięcząc się i pozując z Garlikowskim.

– Jestem niewinny! – krzyknął chłopak. – Nie wyrażam zgody na utrwalanie mojego wizerunku!

– Spokojnie, porozmawiamy sobie później. Pewnie będziesz chciał zaprosić jakiegoś adwokata, więc oszczędzaj jęzor. Jeszcze się nagadasz.

***

Radiowóz przyjechał po dwóch godzinach. W tym czasie wszyscy lokalni dziennikarze zdążyli narobić więcej zdjęć, niż przy jakimkolwiek innym aresztowaniu.

Starszy aspirant Łukasz Lenar nie krył podziwu.

– Widzę, że lepszy z pana gliniarz niż Casanova – zawołał.

– Milcz, bo cię tak urządzę, że na emeryturze będziesz wpierdalał konserwy dla psów – wysyczał Walicki. – Ta banalna sprawa pokazuje, że bardzo źle się tu u was dzieje, i że najwyższa pora zrobić z tym porządek. Gałka i Kulicki to czubek góry lodowej! Przez najbliższe tygodnie skupię się na reszcie załogi.

Lenar przełknął głośno ślinę. Przypomniał sobie o wszystkich drobnych kradzieżach policyjnego mienia, których dokonał w przeciągu ostatnich lat, o tych wszystkich lewych tankowaniach, kiedy brał paliwo do baku, by później przelać do prywatnego auta. I zrobiło mu się smutno.

– Przepraszam panie inspektorze. Ja tylko…

– Milcz głąbie! Odstaw aresztanta na komendę!

– Pan nie jedzie?

– Muszę udzielić informacji prasie.

Lenar podrapał się po głowie.

– Czy nie powinna tego zrobić pani rzecznik? – zapytał.

– Pani rzecznik już nie pełni swojej funkcji. – odparł Walicki śmiejąc się złowieszczo. – Została dziś zwolniona.

Starszy aspirant zaprowadził Garlikowskiego do Kii Ceed. Inspektora nadal oblegali dziennikarze, chcący zarejestrować choć kilka słów komentarza. Walicki upatrzył sobie jedną młodą, bardzo atrakcyjną dziennikarkę. Uśmiechnął się do niej i skinął ręką, by poszła za nim.

– To tyle na dzisiaj – krzyknął do pozostałych. – Sprawiedliwość zatryumfowała. Od tej pory wszystko w tym mieście ulegnie zmianie. Możecie być spokojni o to, że ulice Wrocławia będą bezpieczne zarówno w dzień, jak i po zmroku.

fot. pixel2013, pixabay.com, CC0

13 Udostępnień

Comments

comments

Powiązane posty