Podziemny Wrocław

Kto wysysa krew w Breslau? Paranormalny kryminał hardboiled weird noir online

Podziemny Wrocław - Rozdział XII.

Rozdział XII.

W spotkaniu ścisłego, tajnego sztabu kryzysowego uczestniczył komisarz nadinspektor Wacław Gałka, inspektor Wiesław Kulicki, prokurator Karol Płotka, Bożena Kalicka, Lutz Frankenheimer oraz Andriej Wiktorowicz Marczenko.

Spotkali się późnym wieczorem w gabinecie komisarza, i na wstępie ustalono, że słowa, które padną w trakcie spotkania, nie powinny wyjść na zewnątrz. Z wyjątkiem tych, które miały, czyli komunikatów prasowych, dotyczących Jasia Piłki.

– Od tej pory, jeśli ktokolwiek z was, oprócz pani Bożenki, pojawi się z mediach, osobiście ukręcę jaja – warknął Gałka. – To dotyczy także ciebie, ciebie i ciebie. – Wskazał Płotkę, Marczenkę i Frankenheimera, którzy nawet nie byli pracownikami komendy policji. – Jedyną osobą, którą upoważniam do udzielania informacji, jest pani rzecznik, a nasza oficjalna narracja jest taka, że tropimy psychopatycznego zabójcę z piłą. Nigdy, ani przez chwilę, nie było mowy o żadnych wampirach.

Frankenheimer nerwowo zawiercił się na krześle. Wszyscy spojrzeli na niego znacząco.

– Chciałbym tylko zwrócić uwagę, że to wy przyszliście do mnie i powiedzieliście, że macie problem z wampirem.

– Milcz ścierwo! – ryknął zupełnie pijany Płotka.

– Mogłeś nas wyprowadzić z błędu jakieś dwie, trzy ofiary temu – powiedział spokojnie Kulicki. – Liczę, że pieniądze, które w międzyczasie przyjąłeś, potraktujemy jako zaliczkę na poczet dalszej współpracy?

– Panowie, bez dygresji – przerwał im Gałka. – Towarzysz… to znaczy Kulicki, stanie na czele grupy uderzeniowej, w skład której wejdzie pan Płotka, pan Marczenko i pan Frankenheimer. Mamy tutaj mieszankę osobliwych zdolności i nietypowych kompetencji. Jasnowidz, łowca wampirów, gliniarz i prokurator. Jeżeli wy czterej nie dacie rady, to już nie wiem, kto da.

W pomieszczeniu zapadła refleksyjna cisza, którą zakłócało tylko chrapanie Karola Płotki.

– Waszym zadaniem będzie przetrząśnięcie podziemi komendy, celem odnalezienia i zneutralizowania ofiary numer cztery. Pytania?

– Czy otrzymamy broń? – zapytał Płotka.

– Ten, kto ma uprawnienia, powinien mieć broń – odparł komendant.

– Dziwne, bo Kulicki powinien mieć, a nie ma. Z kolei widziałem, że ten stary fryc…

– Zejdźcie do zbrojowni i weźcie, co potrzebujecie. – Gałka sprawiał wrażenie przemęczonego. Pod jego oczami malowały się głębokie cienie. – Zajmę się formalnościami. Coś jeszcze?

– Czy dobrze zrozumiałam? – Kalicka podniosła rękę do góry. – Wydajesz tym kretynom pozwolenie na pobranie broni? Bez żadnych limitów i obostrzeń?

– To jest wojna – odparł komendant. – Czas wytrzeźwieć.

Rzeczniczka skrzywiła się. Odebrała ostatnie zdanie jako osobisty przytyk do jej osoby.

– Nie tylko ja mam problemy! – Prychnęła. – Czy to wszystko?

– Odmaszerować!

***

– Nazywam się zbrojmistrz Paweł. I tak się macie do mnie zwracać. Nie „komisarzu”, nie „proszę pana” a właśnie zbrojmistrz Paweł. Bo właśnie sprawianie pieczy nad magazynem oraz jego zawartością, jest najważniejszą rzeczą w moim życiu.

– Dobra Paweł, dosyć już tej szopki! – Kulicki machnął ręką i spróbował wejść przez otwartą kratę.

Zbrojmistrz Paweł zatrzymał go umięśnioną ręką, opartą o futrynę.

– Nie znam żadnego Pawła. Nazywam się zbrojmistrz Paweł. I jeśli komuś nie podobają się moje zasady, zapraszam do robienia karnych pompeczek. – Teraz przyjrzał im się bliżej. – Ale sądząc po średniej wieku, nie powinienem spodziewać się chyba dużego szału. Zrozumiano? Zapraszam.

Zbrojmistrz usunął bryłę swego ciała na bok i wpuścił czterech desperatów do środka. Magazyn nie był może imponujący, jeżeli ktoś naoglądał się za dużo filmów, ale dla ludzi o realistycznym podejściu do życia, było w porządku. Na jednej ścianie wisiały strzelby i kilka pistoletów maszynowych. Po drugiej stronie była sekcja pistoletów. Część stała w specjalnych stojaczkach, inne leżały z boku, na stoliku. Wyglądało to tak, jakby w każdej wolnej chwili Zbrojmistrz Paweł zajmował się czyszczeniem, przeglądaniem i inwentaryzacją broni.

– Oto moje królestwo. Bierzcie, co wam się podoba. Stary powiedział, że mam wam dać wszystko, co wam się będzie podobało.

– Wszystko? – upewnił się prokurator Płotka, który zawsze marzył o tym, by posiadać broń palną. Niemal od razu rzucił się w stronę strzelb i zdjął z ramy jedną z nich.

– To Imperator. Raczej dla kolegi Niemca.

– Czy to przytyk? – zapytał Frankenheimer.

– Ależ skądże – odparł Zbrojmistrz Paweł, wciskając oręż w ręce doktora – Jeżeli o pana chodzi, od pierwszej chwili wiedziałem… – Sięgnął po inną broń, która na pierwszy rzut oka wyglądała identycznie. – To Invader. Moja osobista modyfikacja Mossberga. Wyczuwam w tobie pokrewną duszę…

Płotka chwycił Invadera w obie ręce. Strzelba była lżejsza niż się spodziewał, ale sprawiała wrażenie bardzo solidnej. Trzymając ją czuł się niezniszczalny. Wypełniało go przekonanie, że oto stał się panem życia i śmierci, człowiekiem decydującym o losie innych, a zarazem o losie całego wszechświata…

– Hello darkness my old friend… – wyszeptał. – Jest cudowna. Idealna w każdym calu.

– Proszę o nią dbać. Jest dla mnie jak córka – Zbrojmistrz pogroził palcem.

– Wróci cała i zdrowa… przysięgam.

– Teraz pan.

Marczenko pokręcił głową z uśmiechem i wyjął ze spodni Makarowa.

– Ja ufam tylko radzieckiej technice.

Frankenheimer skrzywił się kwaśno i splunął na podłogę. W tym czasie inspektor Kulicki kręcił się po zbrojowni i szukał czegoś dla siebie. Zatrzymał się przy pistoletach.

– Inspektorze? – zagadnął Zbrojmistrz Paweł.

– Mam służbowego P99, ale mi zarekwirowano. Kiedyś strzelałem z czegoś takiego. – Wskazał głową rewolwer Gward. – To była dobra broń. Miałem wersję z krótką i z długą lufą. Obie sprawdzały się świetnie na strzelnicy.

– Śmiało, proszę brać.

Kulicki trzęsącą się ręką sięgnął po broń. Czarna, oksydowana stal lśniła, jakby był to fabrycznie nowy egzemplarz. A przecież wyszły one z użycia wiele lat wcześniej. W końcu poczuł w dłoni znajomy dotyk drewnianej okładziny uchwytu. Poczuł, jakby odzyskał coś utraconego przed laty.

– Tak, wezmę tego.

– Proszę bardzo. Wydam wam amunicję. Potrzebujecie czegoś jeszcze? Kamizelek kuloodpornych? Hełmów?

– Nie, to zbędne obciążenie, które będzie nas zwalniać. Będziemy działać w nocy.

– A więc oświetlenie taktyczne! – Zbrojmistrz Pstryknął palcami. – Strzelby mają możliwość zamontowania latarek na lufie. Tysiąc lumenów chyba wystarczy. Do Gwarda i Makarowa raczej nic nie mogę zaproponować, prócz latarki do ręki. Polecam tradycyjnego Mag-Lite. Od biedy może posłużyć także jako broń obuchowa.

– W porządku, zdamy się na pana – odparł Kulicki.

Wszyscy, poza Marczenką, pobrali pełne kieszenie amunicji. Żadnych kwitów nie musieli podpisywać, bo byłby to tylko niepotrzebny ślad. Zgodnie z wytycznymi, wydania magazynowe miały trafić bezpośrednio na biurko nadinspektora Gałki, a potem, po zdaniu sprzętu, prosto do niszczarki. Nie istniało żadne logiczne uzasadnienie, by trzymać się procedur w tak niestandardowej sytuacji.

Obwieszeni jak członkowie drużyny antyterrorystycznej, udali się do piwnic gmachu, gdzie znajdowały się legendarne drzwi. Drzwi, których nigdy nie otwierał nikt. Drzwi pełne tajemnic, jak o nich mówił świętej pamięci Modest Matejko, który być może był jedyną osobą, znającą ich sekret.

– To tutaj – powiedział Kulicki.

– No i co frycu? Pewnie będziesz robił za przewodnika, co? – Płotka uniósł Invadera i dźgnął nim Frankenheimera w plecy.

Niemiec skrzywił się boleśnie, jakby wróciły jakieś wspomnienia, i rzucił spojrzenie pełne wyrzutu w stronę Marczenki. Jasnowidz zbliżył się do drzwi, dotknął ich obiema rękami i przyłożył do nich twarz.

– A ten co? – Lutz postanowił przenieść zainteresowanie ze swojej osoby na Andrieja. – Wpuszcza swój byt astralny do tunelu, by sprawdzić co tam się dzieje? Kacapskie ścierwo…

– Nie. Słucham debilu – mruknął Marczenko. – Kompletna cisza.

– A co ma być? Myśleliście, że usłyszycie, jak wampiry grają w makao? – strofował go Kulicki grzebiąc w kieszeni płaszcza w poszukiwaniu klucza. – Płotka idziesz na przedzie i oświetlasz drogę. Ja idę za tobą, a Marczenko za mną. – Spojrzał na Andrieja. – Tylko, żebyś mi żadnego numeru nie wywinął, zrozumiano?

– Ja? Numeru? To ty jesteś specjalistą od zadawania ciosów w plecy.

– Pochód zamyka Frankenheimer.

– Dlaczego on ma iść z tyłu? – oburzył się prokurator. – Przecież to on jest niby łowcą wampirów.

– Obaj macie latarki. Ktoś musi osłaniać przód, a ktoś tył. Wolę mieć cię przed sobą – odparł Kulicki. – Gałka mnie wyznaczył na przywódcę, więc ta kwestia nie podlega dyskusji. Od teraz jesteśmy na terenie wroga i każdy błąd będzie nas kosztował najwyższą cenę.

– Ku chwale ojczyzny – mruknął Marczenko z ironicznym uśmiechem.

– A słyszałeś kiedyś o firendly fire? – Niemiec przeładował swojego Lugera.

– Tak, ale jeśli myślisz o sobie, to byłoby to po prostu fire.

– Dobra, mordy w kubeł. Ruszajmy!

Inspektor włożył do zamka stary, dziwaczny klucz. Przez chwilę męczył się z mechanizmem, ale w końcu wszystko weszło na swoje miejsce i drzwi z przeraźliwym jękiem odchyliły się w ich stronę. Z ciemnego wnętrza powiało chłodem i stęchlizną.

Płotka zapalił latarkę i ruszył jako pierwszy.

– Znacie to? Polak, Rusek, Niemiec i diabeł Boruta zatrzymują się u bram piekieł…

– Zamknij się – mruknął Kulicki. – To nie jest odpowiedni moment do żartów. Zwłaszcza, że nie mamy żadnego alkoholu.

– Mów za siebie – żachnął się Marczenko.

Za drzwiami znajdował się niezbyt długi, betonowy korytarz, na końcu którego znajdowały się jeszcze jedne, na szczęście otwarte, drzwi. Dalej było niewielkie pomieszczenie, w którym wyraźnie słychać był szum wody.

– Według planów, którymi dysponujemy, za tą ścianą jest pomieszczenie, do którego prowadzi odpływ z prosektorium – powiedział inspektor Kulicki. – Jeśli pójdziemy tutaj na prawo, powinniśmy znaleźć przejście.

Płotka oświetlił po kolei wszystkie ściany. Pomieszczenie było zbudowane było z betonowych płyt. Ze ścian wisiały resztki jakiejś instalacji elektrycznej, ale prawdopodobnie była ona od lat nieaktywna. Tu i ówdzie walały się ślady szczurzej obecności.

Ostrożnie podeszli do końca ściany, by zajrzeć, co kryje się za rogiem. Było tam przejście, z którego dobiegał silniejszy szum. W następnym pomieszczeniu znajdował się kanał, a w prostej linii nad nim, w suficie usytuowany był otwór wylotowy tunelu, który zapewne prowadził do prosektorium

– Widzicie? – Płotka oświetlił najpierw sufit, a później podłogę. – Wyskoczył tędy i od razu wpadł do kanału.

Nie był to główny odpływ ścieków z budynku, a jedynie jakiś boczny tunel, więc woda nie wyglądała na głęboką.

– Ktoś na ochotnika?

– Zachowujemy ustalony szyk. – Kulicki zatrzymał się pod tunelem prowadzącym w górę i zaświecił tam latarką. – Tak, to prosektorium. Kratka jest nadal otwarta. Poznaję sufit.

– Dobrze, pójdę pierwszy – powiedział Płotka i ruszył w stronę odpływu. – Ale wiedzcie, że nie uważam was w tej chwili za prawdziwych mężczyzn.

Będąc już na dole, uniósł lufę Mossberga do policzka i oświetlając sobie w tej sposób drogę, poruszał się powoli, w głąb tunelu. Za plecami słyszał kroki pozostałych.

– Gdyby pojawiły się jakieś odnogi, informuj nas przedtem – zakomenderował Kulicki. – Warto byłoby takie odnogi sprawdzać, by niczego nie pominąć.

– Utkniemy tu na cały tydzień – zawołał z tyłu Marczenko.

– To może byś tak użył tych swoich pieprzonych supermocy i wskazał nam właściwą drogę? – Inspektor coraz bardziej żałował, że nie wziął piersiówki. Była mu teraz potrzebna, być może bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. – Byłoby o wiele łatwiej, gdybyś powiedział, gdzie mamy go szukać!

– To nie jest takie proste – odparł Andriej. – Nie tak proste, jak twoja praca. Nie wystarczy kręcić się po mieście, pić na umór i obrażać wszystkich wokół…

– Panowie? – Płotka machnął im ręką. – Coś słyszałem.

– To szczur – powiedział Marczenko. – Idź dalej i nic się nie przejmuj. Jeżeli wyczuję jakieś zakłócenia aury, ostrzegę cię.

– Wampiry nie istnieją – powiedział Frankenheimer, być może po to, by dodać sobie otuchy.

Tunel nie miał odnóg. Przez jakieś sto metrów szli prosto, w końcu dotarli do jakiejś ważniejszej żyły. Tutaj śmierdziało już zwykłymi, miastowymi ściekami. Jednak szczęśliwie, po obu stronach strugi nieczystości znajdował się betonowy chodnik, szerokości mniej więcej czterdziestu centymetrów.
Płotka z lekką niepewnością oświetlił cały tunel. Oprócz smrodu, pojawiło się także echo.

– Gdzie teraz? – zapytał prokurator.

– Na logikę, z nurtem – odparł Kulicki. – Gdybym ja był wampirem i próbował skądś uciec przez kanały, szedłbym z nurtem. W końcu będziemy musieli gdzieś dotrzeć.

– Tam są drzwi – Frankenheimer oświetlił swoją latarką metalowe drzwi z których farba odłaziła całymi płatami. Był tam duży napis szwabachą, który Niemiec odczytał z łatwością. – U-Bahn… Znaczy się metro.

– Przecież Wrocław nie ma metra – Płotka podszedł do drzwi i spróbował je otworzyć. Nie stawiały oporu, ale na ziemi widać było ślady odsuwanego gruzu. – Ktoś musiał je niedawno otwierać.

– Dobra, sprawdzimy to – Kulicki wszedł pierwszy. Zaczynał mieć dość i chciał jak najszybciej załatwić tę sprawę. – Nie stójcie tak.

Marczenko zatrzymał się w progu i złapał się za skroń.

– Co jest? – zagadnął go Płotka. – Coś czujesz?

Andriej wahał się przez chwilę. Widać było po nim, że nie jest pewien swoich odczuć. Zamknął oczy i zaczął masować skroń.

– Co za farsa – mruknął Frankenheimer wymijając ich. – Komuch wierzący w duchy. Co będzie dalej? Zagorzały myśliwy ministrem środowiska?

– Idziecie? – Inspektor był już kilkanaście metrów dalej. – Chodźcie, chodźcie! Bo się pogubimy. Ostatni niech zasunie drzwi i postawi jakiś kamyk, żebyśmy później mogli sprawdzić, czy drzwi były odsuwane.

Tym razem pochód zamykał Płotka. Zasunął drzwi, wybrał bryłkę gruzu i ustawił ją tak, by nie dało się jej nie przesunąć. Po chwili poczuł przejmujący chłód. Wsłuchał się w szum korytarzy. Miał wrażenie, że z oddali dochodziły do niego jakieś nieokreślone odgłosy. Szybko jednak zreflektował się, że słyszy także oddalające się kroki Fankenhaimera i Marczenki. Poderwał się z kolan i ruszył biegiem w kierunku, w którym poszli tamci.

fot. Comfreak, pixabay.com, CC0

Comments

comments

Powiązane posty