Rozdział X.

Kulicki i Płotka siedzieli przed gabinetem komendanta Wacława Gałki już dobre dwadzieścia minut. W końcu drzwi się otwarły i… to wszystko. Otwarły się i były otwarte.

– Mam wam wysłać zaproszenie? – usłyszeli z wnętrza gabinetu.

Nadinspektor Gałka miał taki brzydki zwyczaj, że otwierał drzwi i bez słowa wracał do biurka. Kulicki wiedział o tym doskonale, ale za każdym razem dawał się nabierać, jak jakiś żółtodziób. Bał się Gałki. Być może komendant był jedyną osobą na świecie, której bał się inspektor.

– Siadajcie.

Płotka nie podlegał komendantowi, jednak wykonywał wszystkie polecenia bardzo karnie. Łatwo było dostrzec, że cała ta sprawa wywarła na nim dużą presję, i że bardzo się przykładał do tego, by w jak największym stopniu pomóc.

– No i co macie mi do powiedzenia na temat tego całego Jasia Piłki? Podobno są już czwarte zwłoki, ale trzymamy to w tajemnicy. – Gałka podniósł z biurka jakieś pismo i zaczął nim wymachiwać. – Dostałem wezwanie do Komendy Głównej. Mam się stawić osobiście, celem wyjaśnienia całej sytuacji. Więc proszę bez pierdolenia! Słucham!

Kulicki nie wytrzymał, wyjął piersiówkę i przyssał się do niej jak niemowlak do piersi matki.

– Wiesiu kurwa! Mógłbyś się powstrzymać w gabinecie przełożonego!

– Przepraszam…

– …jeszcze po zawale… Przestań! Schowaj to!

Gałka wyjął z szuflady butelkę wódki Huragan i trzy szklanki.

– Polej Karol.

Prokurator posłusznie napełnił szkło.

– Mamy tu cholerny syf – mruknął już nieco spokojniej komendant. – Jeżeli tak dalej pójdzie, wypierdolą mnie tuż przed emeryturą. Was to też dotyczy towarzyszu Kulicki.

Wypili, a Gałka wyjął jeszcze słoik kiszonych ogórków.

– Częstujcie się panowie… Oczekuję, że powiecie mi teraz, co właściwie zamierzacie zrobić w tej sprawie. No słucham?

– Odnalazłem Andrieja Marczenkę – powiedział Płotka. – Zgodził się z nami współpracować.

– Nie przeceniałbym jego możliwości. – Komendant nalał drugą kolejkę. – Nie możemy stawiać wszystkiego na jedną kartę. Zwłaszcza, jeśli tą kartą jest jakiś stary guślarz.

Wypili.

– Jasna sprawa – odparł Kulicki. – Ja to w ogóle do kacapa nie mam zaufania. Robię to tylko i wyłącznie dlatego, że Karol prosił. W innym wypadku nie poświęciłbym temu zagadnieniu ani minuty.

– Marczenko powiedział mi, że jest czwarta ofiara, jeszcze zanim o tym wiedzieliśmy.

– A właśnie – Kulicki wymachiwał kiszonym ogórkiem. – Kto jest czwartą ofiarą? Przez ten cholerny szpital nie jestem na bieżąco.

– Jakiś facet. Kij z nim – powiedział prokurator. – Chodzi o sam fakt, że Marczenko to przewidział. To dowodzi temu, że jednak jakieś tam zdolności ma, prawda?

– Rozumiem, że zneutralizowaliście czwartego nieboszczyka? – Kulicki zastygł z ogórkiem w powietrzu.

– W sensie?

– No, tak jak z poprzednimi. Karol, sam asystowałeś Frankenheimerowi…

– Cholera jasna!

Mężczyźni zerwali się od stołu i rzucili się do drzwi. Nadinspektor Gałka najwolniej, bo przed wizytą podwładnych, osuszył już jedną połówkę w trakcie rozmowy telefonicznej z KGP. Teraz, zataczając się, próbował wydobyć pistolet z kabury. Na szczęście bezskutecznie.

Kulicki i Płotka zbiegali po schodach w kierunku prosektorium. Jak tornado wpadli do środka przez dwuskrzydłowe, wahadłowe drzwi i pierwszym, co zobaczyli, były nogi w policyjnym obuwiu służbowym. Kulicki odruchowo sięgnął do kieszeni płaszcza i… nie zastał tam nic. Przypomniało mu się, jak po awanturze nad Odrą Lenar odebrał mu broń, a potem zdarzył się ten zawał i jakoś broń do niego nie wróciła.

– Jasna cholera – zaklął.

Płotka nie miał broni. Jako prokurator nie musiał jej mieć. Parę lat wcześniej starał się o pozwolenie, jednak nie przeszedł psychotestów. Byli zatem obaj całkowicie bezbronni.

Ciało na podłodze należało do Modesta Matejki. Broni przy sobie nie miał, za to miał rozszarpane gardło i leżał w kałuży krwi. Najwyraźniej ożywiony wampir nie potrafił jeszcze kontrolować odruchów. A może po prostu Kulicki i Płotka wpadli do prosektorium w chwili, gdy bestia dopiero zaczynała się żywić i ze strachu rozbebrała jedzenie na podłodze…

Trzymając się blisko ściany, Kulicki przeszedł do kolejnego pomieszczenia. Wiedział, że wampiry mają problemy ze światłem słonecznym. W samym prosektorium nie było okien, ale gdyby udało im się jakoś wywabić upiora na zewnątrz, ten z pewnością sczezłby w płomieniach. Przynajmniej taką inspektor miał nadzieję. W innym wypadku skazani byliby na walkę wręcz z dużo silniejszą istotą.

– Płotka? – zawołał.

– Tak?

– Wychowałem się na materializmie dialektycznym, ale… Nich Bóg ma nas w swojej opiece.

Wpadł do sąsiedniego pomieszczenia jak gliniarz z filmów, z tą różnicą, że prawie zasłabł. Nie było tam nikogo. Z ziemi ział otwór otwartej klatki kanalizacyjnej, którą odprowadzane były ścieki po myciu zwłok.

– Kurwa!

Płotka również wbiegł do pomieszczenia.

– Dokąd to prowadzi?

– Nie mam zielonego pojęcia. Ten gmach postawili tu szwaby. – Kulicki podrapał się po głowie. – Zajmiemy się tym później. Teraz trzeba urżnąć łeb tamtemu, zanim ożyje.

– To wystarczy?

Inspektor zamierzał zbyć dyletanckie pytanie milczeniem, ale w ostatniej chwili rozmyślił się.

– I tak musimy spalić ciało. Nikt nie może się dowiedzieć, że czwarta ofiara ożyła, zabiła gliniarza, a potem uciekła. Tego by już było zbyt wiele…

– A co z rodziną i znajomymi policjanta?

– Zrobimy zaginięcie. Facet po prostu nie pojawił się dziś w pracy – mruknął pod nosem.

***

– Lutz! Lutz! Potrzebujemy twojej pomocy!

Drzwi otwarły się i Niemiec machnął im ręką, by szybko wchodzili do środka.

– Co jest do cholery? Jest trzecia w nocy!

Kompletnie pijani Kulicki i Płotka wtłoczyli się do ciasnego przedpokoju. Frankenheimer wyglądał może na wściekłego, ale na pewno nie na kogoś, kto właśnie został wyrwany ze snu. Miał na sobie mundur wermachtu.

– Co jest kurwa? – Płotka zaczął szukać broni, ale tylko przewrócił się na szafkę na buty i rozbił lustro.

– Co tu się do jasnej cholery dzieje? – spytał Niemiec, ignorując prokuratora.

– Uciekł nam ożywieniec! – wyjaśnił Kulicki. – Mieliśmy ofiarę numer cztery i nie dopilnowano formalności. – Mówiąc to, spojrzał złym wzrokiem na Płotkę. – Nim dotarliśmy do trupiarni, było już za późno.

– I co to ma niby wspólnego ze mną?

Kulicki wprowadził Karola Płotkę do salonu i rzucił na tapczan.

– Wampir uciekł! Przy okazji załatwił jednego z naszych. Tym samym gliniarz stał się ofiarą numer pięć. Ale o tym sza. Uprzątnęliśmy już wszystkie dowody. Teraz po mieście szaleje jeszcze jeden wampir. – Kulicki usiadł obok śpiącego prokuratora. – A poza tym, to gościnność nakazuje chyba zaproponować coś do picia.

– Coś do picia? – zapytał doktor z niedowierzaniem.

– Przynieś no po butelce tego pszenicznego piwa dla mnie i dla mojego przyjaciela.

Frankenheimer westchnął i wykonał polecenie, jednak ze względu na chwilową niedyspozycyjność Płotki, to Kulicki zaopiekował się obydwiema butelkami.

– Sprawy zaszły za daleko – powiedział Frankenheimer, stając przy oknie i patrząc na pogrążoną w mroku nocy panoramę Wrocławia. – Czas skończyć tę maskaradę.

– O czym ty do diabła mówisz?

– O wampirach. To wszystko pic na wodę. Wampiry nie istnieją. Stworzyłem tę legendę, by zarabiać, świadcząc specjalistyczne usługi, czyli krojąc frajerów takich jak wy. – Wskazał palcem obu mężczyzn, rozwalonych na tapczanie. – Nawiasem mówiąc, twój towarzysz nie uregulował kwestii finansowych wynikających z neutralizacji ofiary numer trzy. Powiedział, że zapłacisz, jak wyjdziesz ze szpitala.

– Mogłeś mi o tym powiedzieć, zanim wyznałeś, że nas dymasz w dupę!

Lutz nawet nie drgnął.

– Może jednak w takim razie wyjaśnisz mi coś? – Inspektor wstał, odłożył pustą butelkę po piwie na stół i otworzył sobie następne. – Kim jest von Gutterstein i jego koledzy z klubu krwiopijców? Kto zabija ludzi we Wrocławiu? I jak to się stało, że ofiara numer cztery podniosła się z kostnicy i zabiła mojego najlepszego człowieka?

Doktor usiadł przy stole.

– Na dwa ostatnie pytania ci nie odpowiem. Jeśli zaś chodzi o von Guttersteina i jego kolesi, to jest to grupa rekonstrukcyjna, która bawi się w wampirów. Wychodzi im to bardzo przekonująco, ale to nie są żadne wampiry. Osobiście chodziłem po mieście i rozpowiadałem, że są…

Kulicki zasępił się. Mniej więcej w tym czasie ocknął się Płotka, który najpierw usiadł, później rozejrzał się po otoczeniu, zatrzymując wzrok na dłużej na mundurze wermachtu oraz na zdjęciu führera, oprawionym w ramkę.

– Przesłuchajmy skurwiela – mruknął, po czym wstał i przywalił Lutzowi z pięści prosto w twarz.

Nazista wrzasnął wysokim, histerycznym falsetem i wraz z krzesłem poleciał do tyłu.

– Nie bijcie!

Kulicki nie za bardzo wiedział, jaki miałby być cel tej zabawy, jednak postanowił się przyłączyć. Wydał na neutralizację nieumarłych prawie cztery tysiące złotych, a z ostatnich słów Frankenheimera wynikało, że zwyczajnie dał się oszukać. Rozbił butelkę od piwa o krawędź starego stołu, przypadł do Niemca i przyłożył mu szkło do twarzy.

– Gadaj, bo oślepię!

– Ale ja już powiedziałem wszystko, co wiedziałem! Wampiry, z którymi ja współpracuję, nie są żadnymi wampirami! Pomagają mi oszukiwać ludzi!

– Rżnij Wiesław! – zawołał prokurator. – Potnij gębę skurwielowi! Za ten mundur choćby!

– Nie! Błagam!

Kulicki odrzucił butelkę. Ale wpadł teraz na nowy pomysł.

– Które to piętro?

– Piąte – odparł Płotka.

– Dawaj go na balkon!

Zaczęli wlec wrzeszczącego nazistę za wypucowane na glanc oficerki. Stary człowiek łapał się nóg od stołu, krzeseł, ale to nic nie dawało. Meble tylko przesuwały się po podłodze, wydając przy tym okrutny hałas, który mógłby zbudzić nawet nieboszczyka, a co dopiero sąsiadów z dołu o trzeciej w nocy.

– Błagam! Zostawcie mnie!

W końcu zatrzymali się. Kulicki przysiadł przed drzwiami balkonowymi łapiąc się za serce i dysząc ciężko.

– Co? Zawał? – spytał Płotka.

Inspektor przez dłuższy czas nie odpowiadał. W końcu jednak wyjął piersiówkę i ściągnął kilka solidnych łyków.

– Nie… Ale forma już nie ta sama co dawniej.

– Nie zrzucajcie mnie! Błagam! – skomlał Frankenheimer. – Pomogę wam, jak będę mógł. Mam wtyki. Znam różne osoby z półświatka, na pewno będę w stanie jakoś wam pomóc!

– Będziesz – odparł Kulicki, nadal dysząc. – Jesteś łowcą wampirów, to w takim razie złowisz nam wampira.

– Ja?

– Co się głupio pytasz? Jasne, że ty! – Płotka trzasnął Niemca z otwartej dłoni.

– Ale przecież mówiłem, że nie ma żadnych wampirów! Jestem oszustem!

– Taka odpowiedź nas nie satysfakcjonuje – odparł Inspektor. – Wyskakuj z tego gównianego munduru, ubierz się jak człowiek i spakuj sprzęt. Wyruszamy na łowy!

– Tak… I na pewno nie będą to bezkrwawe łowy – dodał prokurator Karol Płotka. – Krew będzie się lała strumieniami, więc weź leki na serce, jeśli jakieś zażywasz.

– Panowie, no co wy!

– Rusz się Niemcze, pókim dobry! – Płotka wstał i podniósł z podłogi tulipana, którego wcześniej utworzył Kulicki. – Bo jeszcze cię chlasnę po gardle jak wieprzka. I będzie na przynętę!

Frankenheimer podźwignął się na krześle, a następnie utykając udał się do łazienki, by zmyć z twarzy łzy i smarki, i przebrać się w jakieś normalne ciuchy. W tym czasie Płotka i Kulicki poszli do kuchni poszukać piwa. Potyczka wzmogła ich pragnienie. Oczywiście w lodówce nie było nic, prócz kiełbasy i piwa pszenicznego. Przetrząsając pułki kuchenne, znaleźli próżną w połowie butelczynę schnappsa, którą szybko rozlali do szklanek i osuszyli do dna.

W końcu Niemiec pojawił się w kuchni, rzeczywiście odziany w cywilne ubranie, jednak na wierzch narzucił sobie czarny, skórzany płaszcz. I choć pozbawiony był wszelakich naszywek czy insygniów, Płotka i Kulicki doskonale zdawali sobie sprawę z jego pochodzenia. Strój uzupełniał kapelusz z szerokim rondem, który krył twarz Frankenhemiera w mroku, oraz torba przewieszona przez ramię, z której wystawały naostrzone paliki. W dłoni trzymał Lugera.

– Strzela to to jeszcze? – Kulicki wskazał głową pistolet.

– Strzela. Co więcej, na potrzeby mojego biznesu, odlałem sobie spory zapas naboi ze srebra. Celność znikoma na dłuższych dystansach, bo nie potrafiłem zrobić płaszcza i pocisk się zniekształca, ale jeśli to prawda, co mówią o srebrze i wampirach, może się przydać…

– Zwłaszcza, że mi jakiś chuj gwizdnął klamkę – mruknął inspektor.

– Wiesiu, nie denerwuj się… – Płotka najwyraźniej znów miał dosyć. Jego głowa tańczyła jak u kobry. – Załatwię ci nakaz na tamtego zasrańca. Trzeba zrobić porządki w policji.

Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale osunął się na podłogę i znów utonął w pijackim letargu.

– Coś jeszcze? Woda święcona? Czosnek?

– Naprawdę nie mam pojęcia, z czym tak naprawdę mamy do czynienia. – Frankenheimer wszedł do kuchni i wyjął sobie piwo z lodówki. – Jeżeli mam być szczery, to obstawiałbym rzeczywiście jakiegoś świra. Tak, jak piszą gazety. Tylko oczywiście z pominięciem neutralizacji anty-wampirycznej. Powiedziałbym, że to ktoś, kto chciałby, aby zbrodnia wyglądała na wampira. Zastanawiałem się nawet nad tym, jak ściągnąć krew z ciała w taki sposób, jak mogliśmy zaobserwować na naszych ofiarach. W praktyce byłoby to bardzo trudne, ale nie niemożliwe.

Kulicki podrapał się po nieogolonym policzku. Wątroba ciągnęła go jak diabli, ale sięgnął po kolejne piwo.

Chcesz mieć informację o kolejnych rozdziałach? Polub na FB

Jeśli ci się podobało - udostępnij!