Podziemny Wrocław

Kto wysysa krew w Breslau? Paranormalny kryminał hardboiled weird noir online

Podziemny Wrocław - Rozdział VIII.

Rozdział VIII.

Prokurator Karol Płotka leżał na łóżku, zupełnie nagi. Jego nadgarstki były przywiązane skórzanymi rzemieniami do ramy łóżka. Podobnie sytuacja miała się ze stopami. Było to bardzo stare łóżko szpitalne, które ktoś wspaniałomyślnie kupił przy okazji jakiejś wyprzedaży mienia państwowego. Teraz pełniło ono szlachetną rolę łoża rozkoszy w jednym z ulubionych przybytków Płotki. Chadzał tam, kiedy Frau Rita nie chciała się z nim bawić. Było tam więcej dziewcząt, niż mógłby sobie wymarzyć. A wszystkie młode i świeże niczym stokrotki.

Nie musiał czekać długo. Pojawiła się zaledwie po trzech kwadransach od chwili, gdy przywiązała go do ramy. Krew wprawdzie przestała mu już krążyć w kończynach, ale był pewien, że potrafiłby wytrzymać jeszcze dłużej.

Dziewczyna miała nie więcej niż dwadzieścia lat. Pewnie była studentką, która wybrała ciemną stronę mocy. Z punktu widzenia przedstawiciela prawa, było to może niezbyt dobre, ale z punktu widzenia Karola Płotki, zepsucie w tak młodym wieku… Poczuł ciarki przebiegające wzdłuż krzyża i lędźwi.

Dziewczyna odziana była w obcisłe, lateksowe ubranie, które opinało jej ciało od stóp do głów. W rękach trzymała przyrząd, który przyprawił go niemalże o orgazm już samym swoim wyglądem – garotę. I gdyby nie to, że miał zakneblowane usta, pewnie powiedziałby może kilka miłych słów na przełamanie lodów.

Dziewczyna usiadła na nim okrakiem, celowo omijając strefy erogenne. Oplotła skórzany pas wokół jego szyi, pozaczepiała wszystkie sprzączki, pościągała wszystko, ile się dało, by mógł jeszcze przez chwilę swobodnie oddychać, a następnie, bardzo powoli, zaczęła zacieśniać.

Prokurator jęknął. Był w siódmym niebie, gdy nagle zadzwonił jego telefon. Dziewczyna przez chwilę nie wiedziała co robić. Straciła całą pewność siebie, rozluźniła przyrząd duszący, wyjęła knebel, odwiązała Karolowi jedną rękę i podała mu telefon.

– Płotka – powiedział zachrypniętym, pełnym rozczarowania głosem.

– To się wydarzyło ponownie – usłyszał w słuchawce.

***

Ciało denatki leżało twarzą do ziemi, na trawie, pośród drzew cichego lasu Pilczyckiego. Na miejscu zbrodni był już samochód techniczny, który oświetlił okolicę potężnymi reflektorami. O dziwo był tam także Kulicki, który jednak zgodnie z tradycją był mocno pijany. Awanturował się z kimś o coś. Po krótkie rozmowie Płotka dowiedział się, że Kulicki wymachiwał bronią i groził Matejce, więc starszy aspirant Lenar mu tę broń zabrał i wówczas inspektor wpadł w szał.

Płotka sam był mocno poddenerwowany. Przerwano mu sesję. Był teraz naładowany jak pistolet. Czuł dojmujący ból w jądrach i nie mógł przestać myśleć o tym czarnym, lateksowym stroju, opinającym ciasno doskonałe, dwudziestoletnie ciało studentki. I o skórzanej garocie oczywiście. Przez chwilę rozważał, czy nie lepiej byłoby pójść w las i ulżyć sobie. Jednak szybko zreflektował się, że prokurator onanizujący się na miejscu zbrodni, nieopodal ciała martwej dziewczyny, to święty Graal wszystkich dziennikarzy. Poszedł więc do Kulickiego w nadziei, że tamtemu coś jeszcze zostało w piersiówce.

– Czołem Towarzyszu.

– Aaa… Płotka – Kulicki chyba chciał mu przybić piątkę, ale zachwiał się i spadł z maski Kii. – Podnieś mnie! Pomyślą, że jestem pijany.

– Nie pomyślą – Płotka przysiadł na masce i zapalił papierosa. – Masz coś do picia?

Ręka z piersiówką uniosła się ku górze. Prokurator odkręcił nakrętkę i powąchał. Czysta. Skrzywił się i pociągnął długiego łyka.

– Kolejna ofiara… Teraz już nic nie mamy na swoje usprawiedliwienie. To już na nasze konto – mruknął. – Powinniśmy już dawno dorwać drania.

– Ale co zrobić, gdy drań się dorwać nie chce dać? – wymamrotał Kulicki.

Płotka przez chwilę analizował to zdanie, by zrozumieć jego sens. W tym czasie inspektor wstał i otrzepał się ze zgniłych liści.

– Wampiry milczą. Frankenheimer twierdzi, że nic nie wie. Jesteśmy w ślepym zaułku. W dupie. W totalnej, czarnej dupie.

– Może już czas pójść do po pomoc do niego – powiedział prokurator.

Kulicki wyrwał mu piersiówkę i wlał sobie resztkę alkoholu w gardło.

– Nie!

– Czas schować honor do kieszeni… Ile jeszcze osób musi umrzeć?

– Nie pójdę się przed nim płaszczyć!

– Ustalmy fakty!

Kulicki znów się przewrócił.

– Dwie kobiety i jeden mężczyzna zginęli śmiercią wampiryczną – Płotka zgiął jeden palec. – Żaden z trzech wrocławskich wampirów nie chce wziąć na siebie odpowiedzialności. A przecież oni nie mają powodu, by się z tym szczególnie kryć, bo i tak nic im nie zrobimy. Co najwyżej opieprzymy. – Zagiął drugi palec. – Jutro media rozerwą nas na strzępy. W mieście wybuchnie panika. Posypią się głowy…

– Potrzebuję pomocy – wymamrotał inspektor.

– Dokładnie o tym mówię!

– Nie… Potrzebuję pomocy medycznej. Chyba mam zawał. Niech ktoś wezwie pogotowie.

***

Nazajutrz media rzeczywiście miały swoje igrzyska. I to nie tylko te lokalne. Informacje o Jasiu Piłce pojawiły się na pierwszych stronach dzienników ogólnopolskich oraz w kilku dużych portalach internetowych. Dorabiano do tego wszelkiego rodzaju historie i hipotezy. Kilka gazet napisało, że Jasiu Piłka z pewnością jest uciekinierem z zakładu psychiatrycznego w Lubiążu, gdzie siedział za podobne zbrodnie, popełnione jeszcze w latach PRL. Pewna dziennikarka z Krakowa, znana w kuluarach z nimfomanii, uparcie forsowała tezę o dewiacji seksualnej i kopulacji z trupami. Nijak nie trzymało się to kupy, ale podchwyciły to tygodniki z zachodniopomorskiego i z pomorskiego. Zdaniem Bożeny Kalickiej, mieli oni po prostu niezłą bekę z tego, że to przedrukowali.

Kulicki o wszystkim dowiedział się w szpitalu. Lekarze zabronili mu czytać gazet, ale jakiś miły pacjent leżący na tej samej sali, dostarczył mu cały plik rozmaitej prasy. Człowiek ten zresztą niezdrowo fascynował się postacią Jasia Piłki i bez przerwy opowiadał o nim tak, jakby znał go osobiście.

– Pewnego dnia Jasiu Piłka przyjdzie i wymorduje tych wszystkich lekarzy – mówił przy śniadaniu. – Szczególnie te cholerne pielęgniarki, które nie pozwalają palić i klepać się po tyłkach. Cholerne świntuchy chodzą w tych swoich fartuszkach, nie dając mężczyźnie spokoju…

Kulicki wysłuchiwał tego cierpliwie, choć doskonale wiedział, że żaden Jasiu Piłka nie istnieje. Osobą najbliższą Jasiowi Piłce był on sam, przynajmniej przy pierwszych dwóch trupach. O ile się orientował, przy trzeciej neutralizacji musiał asystować Frankenheimerowi sam Płotka. Prokurator odwiedził zresztą Kulickiego już na drugi dzień.

– Jak się trzymasz chłopie?

– Ciężko jest. Nie wolno pić ani palić – odparł policjant.

– I tak będzie już do końca.

– Żartujesz… Palnę sobie w łeb.

– Lenar napisał raport. Możliwe, że stary się wkurwi i cię zawiesi.

Prokurator wyjął z reklamówki worek mandarynek i postawił na szafce przy łóżku.

– Mandarynki ci kupiłem – powiedział.

– Co tam jeszcze masz? – Kulicki pociągnął ręką siatkę, by zajrzeć do środka, po czym niemal siłą wyrwał stamtąd półlitrówkę Huragana. – Dawaj to!

– Mam warunki! – Płotka przytrzymał butelkę. – Zadzwonisz do niego i poprosisz o pomoc.

– Zgłupiałeś? Dawaj flachę!

Prokurator wyszarpał osłabionemu gliniarzowi butelkę i schował z powrotem do siatki.

– Dam ci to, jeśli obiecasz mi, że zadzwonisz.

Kulicki długo milczał, wpatrując się w ścianę. Nie namyślał się. Po prostu był obrażony.

– Jeden telefon – namawiał go Płotka. – Jeżeli odmówi, uznam, że zrobiłeś wszystko, co w twojej mocy. Ale może zechce nam pomóc. Przez wzgląd na dawne czasy…

– Nie mam do niego numeru – powiedział w końcu Kulicki. – Daj mi tę cholerną butelkę.

Prokurator wyjął swój telefon i wyszukał coś na liście kontaktów.

– Proszę. – Wręczył telefon inspektorowi. – Wciśnij zieloną słuchawkę.

– Wiem jak się dzwoni!

Kulicki wcisnął słuchawką i po chwili usłyszał sygnał.

– Halo?

– Andriej? – zapytał.

– Nie.

– A kto mówi?

– Wiktor Andriejewicz. Syn.

– A mogę rozmawiać z Andriejem Wiktorze Andriejewiczu?

– Nie bardzo. Jest teraz… – Mężczyzna jakby szukał słowa. – Bezdomny.

– Jezu… wyrzuciłeś własnego ojca z domu w zimie?

– Sam odszedł – odparł nieco speszony Wiktor. – Obniżyli mu emeryturę. Powiedział: suka blyat! Ja pierdolu taki interes. I odszedł.

– A wiesz, gdzie go znajdziemy?

– Szukajcie na dworcach.

Mężczyzna rozłączył się.

– No i masz – powiedział Kulicki oddając telefon. – Nie ma go. Uciekł z domu, bo mu emeryturę obniżyli.

Aparat komunistyczny wykluczał wszelkie elementy nadprzyrodzone. Ale nie zawsze i nie wszędzie. Istniała pewna określona grupa specjalistów, którzy stale współpracowali z milicją, służbą bezpieczeństwa i innymi, tajnymi służbami. Do takich osób należał Andriej Wiktorowicz Marczenko, którego specjalizacją było jasnowidztwo retrokognicyjne.

Marczenko nigdy nie cieszył się szczególną estymą ani wśród przełożonych ani kolegów. Wszyscy uważali go za hochsztaplera, oszusta, a przede wszystkim kapusia. Nikt też nie dawał wiary, że Marczenko był jasnowidzem, ani tym bardziej, że zatrudniano go rzeczywiście z powodu tego typu umiejętności. Podejrzewano raczej, że donosił, co w sumie nie było aż tak dziwne, bo wtedy donosił każdy. Marczenko zresztą rzeczywiście także donosił. Ale jego nie lubiano szczególnie.

Aż pewnego dnia zjawił się młody adept, którym był Wiesiu Kulicki. Obaj panowie szybko się zaprzyjaźnili i zawiązali swego rodzaju tandem, który przez kolegów określany był rozmaitymi, niekoniecznie pozytywnymi określeniami.

Udało im się razem rozpracować kilka spraw, postrzeganych w owym czasie za trudne. Ich zespół uważany był w pewien sposób za skuteczny. Specjalizowali się rozwiązywaniem tajemniczych zbrodni, a nie fabrykowaniem dowodów i typowaniem winnych. Starali się przy tym stronić od polityki, a skupiać głównie na kryminale.

Rozłam nastąpił po 1989 roku, kiedy to Kulicki poddał się fikcyjnej lustracji. On pozostał w policji i awansował, a Marczenko, jako Rosjanin, od razu wylądował na śmietniku historii. I nikt się za nim nie wstawił, nawet Kulicki. Inspektor oczywiście zawsze opowiadał to zupełnie inaczej, jednak Płotka wiedział swoje. I według jego wiedzy, to właśnie Kulicki okazał się totalną szmatą bez honoru.

Marczenko przez lata tułał się po kraju, imając się różnych, przeważnie nisko płatnych zajęć. Wywoził śmieci, sprzątał w szaletach i był konserwatorem w jakiejś szkole. W końcu poszedł na emeryturę i wrócił do Wrocławia, gdzie pomieszkiwał u rodziny syna.

Problem w tym, że tandem, choć doskonały, był obecnie rzeczywiście trwale rozłamany na dwie części. I żadna z nich nie miała najmniejszej ochoty wyciągnąć ręki do drugiej. A na na pewno nie Kulicki.

– Słuchaj… ja go odnajdę – powiedział Płotka. – Przejdę się po dworcach, popytam. On jest charakterystyczny. Ludzie będą wiedzieli, o kogo chodzi.

– Jebał go pies – odparł inspektor. – Zostaw mi tę flachę. Proszę. Ja umrę.

Prokurator wyjął z siatki butelkę i wsunął w szparę pomiędzy łóżkiem a szafką.

– Ale jak cię złapią i mnie wsypiesz, to… – Przejechał palcem po szyi w wymownym geście. – Trzymaj się stary pierdzielu. Wrócę tu z Marczenką. A wtedy on odstawi te swoje czary mary i powie, gdzie mamy szukać…

– Obyś miał rację… Obyś kurwa miał rację.

***

Prokurator Karol Płotka przespacerował się po wszystkich peronach Dworca Głównego. Przyglądał się każdemu bezdomnemu, którego udało mu się dostrzec. Niewielu ich było. Znacznie mniej, niż za jego młodości, kiedy to oblegali oni wszystkie ławki na holu głównym. Po ostatnim, dużym remoncie, zrobiło się tu bardzo porządnie i pilnowano, by element nie pętał się, i nie psuł wrażeń estetycznych podróżującym.

Napotkanych kloszardów wypytywał o Ruska, bo zakładał, że właśnie tak mówiło się o Marczence. Nikt przecież go nie legitymował, a staruszek z lubością posługiwał się polszczyzną z mocno wschodnim akcentem.

W końcu dostrzegł mężczyznę, który mniej więcej odpowiadał wizualnie wspomnieniu Marczenki. Człowiek ten miał wychudłą twarz, mocno zmierzwione, siwe włosy, wystające spod czapki oraz siwą, chropowatą szczecinę na twarzy. Odziany był w za dużą kurtkę puchową, jeansy i adidasy. Stał pod zegarami, obserwując kasy. Prokurator celowo nie podchodził. Chciał się najpierw upewnić, zobaczyć, co stary kombinuje. Jeśli by przypadkiem zamierzał coś ukraść, automatycznie dałoby to mocny argument, by zmusić go do współpracy. Albo przynajmniej spróbować.

Starzec spojrzał na zegarek, później na kasy, a później prosto na Płotkę. Rozbrzmiał sygnał dźwiękowy i kobiecy głos poinformował o odjeździe pociągu do Krakowa. Mężczyzna, który stał przy kasie numer jeden, odbiegł nagle w stronę wyjścia na perony. Zapewne spieszył się na pociąg. Niestarannie włożony do kieszeni portfel wypadł tuż pod nogi dziadka, który podniósł go, odwrócił się i wręczył prokuratorowi.

– Proszę – powiedział. – Myślałem, że pójdę na obiad, ale później zorientowałem się, że i czeka nas to spotkanie. Z góry przepraszam za zapach.

– Andriej Wiktorowicz Marczenko, jak mniemam – Płotka wziął portfel i schował do kieszeni swojego płaszcza.

– A pan, to zapewne prokurator Płotka we własnej osobie? – Starzec uścisnął wyciągniętą dłoń. – Jak on się czuje?

Karol Płotka nie od razu zrozumiał, że chodzi o Kulickiego. Dotarło to do niego po chwili.

– Nie najlepiej – powiedział. – Zawał nie był poważny, ale lekarzy bardzo martwi jego tryb życia. Mówią, że przy takim tempie wykończy się w ciągu kilku lat, o ile wcześniej nie palnie sobie w łeb.

– Zatem chodźmy na kebaba – Andriej wskazał kierunek. – Dziś nikt z nas się nie zatruje, a facet, który go przyrządza, wyleczył się ostatnio z opryszczki.

– A jakie to ma znaczenie?

– Nie ważne. Nawet pan nie wie, jakie brzemię dźwigam na swoich barkach.

Zamówili jedzenie i zapłacili za nie pieniędzmi ze znalezionego portfela. Następnie przysiedli na schodkach, by zjeść w spokoju i pogadać.

– Po co panu to wszystko? Ten dworzec, bezdomność… – zaczął Płotka.

– Jaka bezdomność? Jestem wagabundą – zbulwersował się staruszek. – A tak po prawdzie, to wiedziałem, co się święci i chciałem ułatwić wam życie.

Mój syn Wiktor nienawidzi wszystkiego, co związane z policją oraz moją przeszłością. Szczególnie nie lubi, gdy korzystam ze swojego talentu. Gdybyśmy teraz siedzieli u mnie w domu, pewnie wyrzuciłby pana za drzwi…

– A więc przewidział pan, że będziemy chcieli współpracować i dlatego przeprowadził się pan na dworzec?

– Tak.

– Dlaczego nie zgłosił się pan do nas sam?

– Z powodu Wiesia. On nie chce ze mną pracować. Teraz, po czwartym morderstwie się przekona.

Prokurator zamarł.

– Było troje zabitych.

– Oprócz dziewczyny, którą znaleźliście wczoraj, jest jeszcze ten chłopak. Ciało leży w tym samym lesie, ale bardziej na wschód. Bliżej starego zimowiska barek.

– Skąd pan wie?

– Spodziewałem się, że zada pan to pytanie – uśmiechnął się Marczenko. – pomimo że zna pan moje umiejętności. To zabawne.

– No tak. Jest pan jasnowidzem. Czyli teraz wszystko pójdzie z górki, tak? Pan wskaże zabójcę, a my go zastrzelimy, tak?

– Nie do końca. Mój dar to przede wszystkim retrokognicja, czyli widzenie przeszłości, tego co się już wydarzyło. Prekognicja jest u mnie dosyć powierzchowna. Widzę zarys postaci, ale ciężko mi dostrzec istotniejsze detale. W tej sprawie pojawia się sporo osób. Niektóre z nich także posiadają zdolności parapsychiczne…

– A więc?

– A więc oczywiście mogę. Ale nie powinien się pan nastawiać na jakiś cud.

Mężczyzna wstał, zawinął kebab w papier i schował do kieszeni kurtki.

– Zjawię się u pana za trzy dni. W tym czasie Kulicki powinien już dość do siebie, a czwarta ofiara przysporzy wam tyle problemów, że Wiesiu otworzy się na współpracę.

– Dziękuję. – Prokurator wstał i uścisnął rękę jasnowidzowi. – Dziękuję za wszystko. Czy może mi pan chociaż powiedzieć, czy złapiemy winnego?

– Jakiegoś na pewno – odparł Marczenko i odszedł w stronę wyjścia na perony.

Płotka z obrzydzeniem wyrzucił resztę niedojedzonego kebaba do kosza, wyjął z kieszeni chusteczki nasączane i dokładnie wytarł nimi ręce. Wagabunda czy nie, cholera wie, czego dotykał, pomyślał sobie.

fot. mecelis, pixabay.com, CC0

Comments

comments

Powiązane posty