Podziemny Wrocław

Kto wysysa krew w Breslau? Paranormalny kryminał hardboiled weird noir online

Podziemny Wrocław - Rozdział VI.

Rozdział VI.

Kulicki nigdy nie był u Frankenheimera. Nie znał nawet jego adresu. Musiał więc zlecić któremuś z młodych wilczków zdobycie tej informacji, co kosztowało go pięć dych i sporo nerwów. Teraz jednak stał przed antywłamaniowymi drzwiami, dysząc po wspinaczce na piąte piętro. Jakiś bałwan zablokował windę na samej górze. Czubek wpadł chyba na pomysł, aby wsadzić do winy tapczan. Kulicki rozważał przez chwile, czy nie wejść tam i nie spuścić entuzjaście przeprowadzek solidnego lania. Ostatecznie jednak zadyszka, którą miał już teraz, była dla niego wystarczająco zniechęcająca.

Zapukał do drzwi i czekał.

– Kto tam? – usłyszał po chwili.

– Kulicki. Otwórz Lutz.

Przez chwilę panowała cisza, jakby ten w środku zastanawiał się, co zrobić. W końcu chyba jednak doszedł do wniosku, że nie może zrobić nic, bo odkręcił zamek i otworzył drzwi.

– Wchodź, tylko szybko. Jeszcze sąsiedzi zobaczą, że z psem trzymam.

Inspektor wtoczył się zwaliście do mieszkania i zaraz drzwi zamknęły się za jego plecami.

– Co się dzieje? Skąd ma pan mój adres? – Frankenheimer był wyraźnie zaniepokojony.

– Mniejsza o to, skąd mam adres. Daj mi jakąś szklankę wody, albo lepiej piwo.

– Mam tylko weissbier.

– Trudno. Może być.

Kulicki bez większych ceregieli wpakował się do salonu w butach i usiadł ciężko na starej kanapie, wywołując serię niepokojących dźwięków. Rozejrzał się ciekawie po pokoju, który urządzony był na modłę mieszkania jego dziadków. Na ścianie pełno obrazów, na środku pokoju duży, drewniany stół i komplet krzeseł, przeszklony kredens z miliardem pierdółek z porcelany, portret führera…

– Zaraz… – Już miał wstać, ale doktor podszedł do obrazka i położył go na szafce. – Czy to…

– Proszę pokazać nakaz! – Niemiec zatrzymał go.

– To nie jest film Frankenheimer. Przyszedłem do ciebie pogadać jak kumpel z kumplem.

– Odkąd to jesteśmy kumplami? – Niemiec przysiadł przy stole. – Owszem, współpracujemy, od czasu do czasu urżniemy wspólnie łeb jakiemuś niespokojnemu nieboszczykowi, ale bruderszaftu raczej nie piliśmy…

– A propos, masz to piwo?

Lutz wstał i poszedł do kuchni. Po chwili pojawił się z dwoma butelkami schłodzonego pszeniczniaka.

– Proszę.

– Przy okazji… mam dla ciebie brakującą kasę. – Kulicki przechylił się, aby wydobyć portfel z kieszeni spodni, jednak doktor powstrzymał go gestem ręki.

– Daj spokój. Nie będę ci wypominał każdej stówki, którą mi wisisz.

– Naprawdę mam pieniądze. Mogę ci oddać jak chcesz. – Inspektor zasapał się jeszcze bardziej i łyknął sobie piwa. – Dobre. Zimne.

– Skoro już usadowiłeś się wygodnie, może w końcu raczysz mi wyjaśnić, co cię tutaj sprowadza? – Frankenheimer wrócił do swojej standardowej, srogiej miny.

Kulicki opróżnił butelkę i odłożył ją na podłogę, obok swojego buta. Miał ochotę na jeszcze coś mocniejszego, ale nie chciał nadużywać gościnności swojego gospodarza, więc sięgnął po piersióweczkę.

– Pamiętasz tę dwójkę zagryzioną przez wampira?

– Alina Nowak, lat pięćdziesiąt dwa i Andrzej Zawadzki, lat trzydzieści osiem.

– Zgadza się. – Kulicki był pod wrażeniem niezawodnej pamięci doktora, który przecież miał już swoje lata. – Pomogłeś mi ich unieszkodliwić i za to dzięki ci dobry człowieku. Ale dlaczego na Boga, nie powiedziałeś mi, kto ich tak załatwił?

– Ja?

– Wiem z pewnego źródła, że trzymasz się z wrocławskimi wampirami. Spotykacie się razem i gracie w brydża. Ich jest akurat trzech. Ty jesteś czwartym do kompletu i – co ciekawe – podajesz się za łowcę wampirów, upiorów, demonów, wilkołaków i innego tałatajstwa. Powiesz mi, o co w tym wszystkim chodzi? I najważniejsze – kto jest za to odpowiedzialny?

Po tak długiej przemowie inspektor musiał się napić, a w piersiówce nie było już nic.

– I podaj mi proszę jeszcze szklankę wody, albo lepiej drugie piwo.

Doktor wstał i wyszedł do kuchni. Kulicki sięgnął do kieszeni płaszcza, by sprawdzić, czy pistolet jest na swoim miejscu. Oczywiście był, jak zawsze. Było raczej mało prawdopodobne, że Frankenheimer spróbuje uciekać. Był stary i schorowany, więc ucieczka i pościg wyglądałyby żałośnie i odarłyby obu mężczyzn z resztek godności, jednak inspektor chciał być gotowy na wszystko.

Na szczęście okazało się to zbędne. Niemiec wrócił z nową butelką piwa.

– No tak… – westchnął. – W dzisiejszych czasach trudno liczyć na jakąkolwiek dyskrecję. – Skąd o tym wszystkim wiesz?

– Po tylu latach współpracy mógłbyś sobie zapamiętać, że ja wiem o wszystkim, co dzieje się w tym mieście – odparł Kulicki i pociągnął piwa. – Oprócz tego, kto załatwił Nowakową i Zawadzkiego. Ale liczę, że za chwilę dowiem się tego od ciebie.

Frankenheimer opadł na krzesło, które zaskrzeczało żałośnie.

– No dobra. To nie jest tak, że ja i oni jesteśmy paczką przyjaciół. Owszem, wpadam do nich na brydża i mamy taki niepisany pakt, że nie polujemy na siebie nawzajem. Inaczej już dawno byłoby po ptakach. Te spotkania mają również charakter statusowo-kontrolny. Oni mówią mi, co u nich, ja mówię im, co słychać na mieście.

– No i?

– Jeżeli którykolwiek z nich zagryzł Nowakową i Zawadzkiego, to zataił to przede mną. Temat tych dwóch ofiar pojawił się na ostatnim spotkaniu, ale przelotnie i bez większych szczegółów. Raczej jako anegdota.

– Rozumiem.

Kulicki wyjął papierosa i zapalił, wypuszczając przy tym kłąb śmierdzącego dymu. Doktor patrzył na to z nieskrywanym oburzeniem, ale nic nie powiedział. Ostatecznie jego położenie nie było najlepsze.

– Nie wiem nic więcej – dodał po chwili.

Inspektor wstał, odłożył pustą butelkę na stół i zbliżył się do okna. Na dworze zapadał już zmrok.

– Czy mógłbyś mnie umówić z tymi trzema jegomościami? Skoro nie powiedzieli nic tobie, może mi powiedzą?

– Nie wiem, czy to dobry pomysł – odparł doktor z przelęknieniem. – Ich tożsamość i miejsce zamieszkania oraz wszystko, co ci do tej pory powiedziałem, chronione jest naszą dżentelmeńską umową. Jeśli dowiedzą się, że ci powiedziałem, nabiją mnie na pal.

Kulicki obojętnie wzruszył ramionami.

– Jeśli mi nie powiesz, pewnego dnia o świcie odwiedzi cię oddział antyterrorystyczny i trafisz do miejsca, w którym niezbyt ci się spodoba. – Uśmiechnął się nieprzyjemnie. – A jak jeszcze koledzy spod celi dowiedzą się, że jesteś prawdziwym hitlerowcem, takim, co to w trzydziestym dziewiątym najechał na Polskę, to zrobią ci taki anschluss, że w zasadzie będzie ci wszystko jedno, czy nabijają cię na pal czy na grubą pytę Zdzicha.

Niemiec przełknął głośno ślinę.

***

Kolejne schody, kolejne drzwi i kolejny palant, który wyprowadzał się z bramy akurat wtedy, gdy Kulicki musiał dotrzeć siódme piętro. Dysząc ciężko, przeklinał w myślach wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek zmienili miejsce zamieszkania. Szczytem absurdu było myśleć, że jeśli zmieni się rozkład pomieszczeń w domu, albo metraż, widok z okna czy sąsiedztwo, to zmieni się od razu całe życie i człowiek nagle stanie się szczęśliwy.

Kulicki wyznawał zasadę, że szczęśliwym można być tylko po śmierci. A ponieważ jego światopogląd ukształtował się w trakcie lat służby w MO, nie był szczególnie wierzącym człowiekiem. Swój własny szczęśliwy kącik wyobrażał sobie jako ciasne, ciemne miejsce, w którym raczej się leży. Czyli trumnę.
Zapukał do drzwi. W sumie nie do końca wiedział, czego tak naprawdę ma się spodziewać. O wampirach słyszał sporo, ale tak po prawdzie, to nigdy w życiu żadnego nie widział, ani tym bardziej nigdy z żadnym nie rozmawiał.

Po dłuższej chwili zapukał jeszcze raz. Ponieważ jednak nie działo się nic, zapukał także i trzeci raz, po czym zaczął intensywnie wsłuchiwać się w ciszę dobiegającą z wnętrza mieszkania. Miał wrażenie, że nie do końca była to cisza. Słyszał jakieś odgłosy, stukanie, kroki. W końcu usłyszał dźwięk, który wydać mógł jedynie odsłaniany judasz. Ustawił twarz tak, by być dobrze widocznym i podniósł odznakę policyjną.

Drzwi otwarły się, a przed Wiesławem Kulickim pojawił się ciemny, głęboki, a w zasadzie bezdenny mrok. Przez chwilę wahał się. W końcu uznał, że co ma być, to będzie, przestąpił przez próg i zanurzył się w mrok.

– W czym mogę panu pomóc? – wyszeptał niemrawy, suchy głos, zanim jeszcze oczy inspektora zdążyły przywyknąć do ciemności. – Zapraszam dalej panie…

– Kulicki. Inspektor Wiesław Kulicki, Komenda Wojewódzka Policji.

– Zapraszam, panie inspektorze.

Przed nim, w przedpokoju, padała wąska struga światła z zaklejonej czarną taśmą lampy. I w tej strudze mignęła jakaś chybotliwa, groteskowa sylwetka. Łysa głowa, duże uszy. Typowy Nosferatu, pomyślał Kulcki.

Przeszedł kilka kroków, przytrzymując się prawą ręką ściany. W końcu ściana zniknęła, a w głębi pomieszczenia ukazał się stół, na którym stał mosiężny kandelabr ze świecami.

– Klimatycznie tu – powiedział niezbyt głośno. – Czy zechciałby się pan ukazać w świetle?

– Naturalnie, przepraszam. Nie przywykłem do przyjmowania gości.

Do świecznika zbliżył się osobnik, którego wygląd w zasadzie od razu zdradzał całą „wampirskość”. Zgarbiony, ponury, ale także stary i powykręcany reumatyzmem. Z trudem odsunął ciężkie, drewniane krzesło i usiadł na nim, po czym wskazał drugie krzesło Kulickiem.

– Zapraszam do stołu.

– Będziemy jeść? – zażartował inspektor.

– W sensie, do rozmowy.

– Ach tak.

Policjant usiadł. Czuł się bardzo nieswojo w tym mroku i odruchowo sięgnął po piersiówkę, lecz szybko przypomniał sobie, że ta była już całkowicie pusta i przeklął się w myślach za to, że nie zadbał o to po drodze.

– No cóż… ja się przedstawiłem – powiedział z rezygnacją.

– Proszę wybaczyć mi moje maniery. – Wampir skłonił się lekko. – Herman von Gutterstein, książę brandenburski.

– Dobrze. To w zasadzie mniej mnie interesuje – Kulicki postanowił przejść do sedna. – W mieście popełniono dwa morderstwa. Sposób ich dokonania nasuwa podejrzenia, iż mogły mieć z tym coś wspólnego osoby takie jak pan.

– Znaczy wampiry?

Von Gutterstein zabębnił nerwowo pazurami o blat stołu.

– No, tak jakby wampiry. Trupy miały na szyjach dziurki po zębach i nie było w nich ani kropli krwi.

Wampir wzdrygnął się na dźwięk ostatniego słowa.

– Hmm… To bardzo… nieprzyjemna sprawa – mruknął. – Obawiam się jednak, że nie będę potrafił panu pomóc.

– Czyżby?

– Tak, to żaden z naszej kamaryli. Pilnujemy się bardzo – odparł Herman von Gutterstein. – Proszę zajrzeć do lodówek. – Wskazał ręką rząd trzech lodówek, które inspektor zauważył dopiero teraz.

Kulicki z ciekawości wstał i zajrzał do pierwszej z nich. Wszystkie półki zajęte były workami z krwią. W drugiej leżało mnóstwo kaszanki. Spojrzał pytająco na wampira.

– Kupujemy ludzką krew na czarnym rynku. Jest koszmarnie droga, więc kupujemy także krew świńską i mieszamy pół na pół z ludzką.

– Świńską?

– Wiem… Niezbyt koszernie. Smakuje podle. Dlatego robimy z tego kaszankę, doprawiamy i jakoś da się wyżyć.

Kulicki zamknął lodówkę i wrócił do stołu z uczuciem głębokiego rozczarowania.

– No dobra… Ktoś mi szlachtuje ludzi na dzielnicy i wy nie macie z tym nic wspólnego. – podsumował. – Jak rozumiem, w mieście pojawił się jakiś obcy wampir. Może krewny czy ktoś, kogo nie znacie?

– Na to wygląda.

Inspektor westchnął ciężko i wstał.

– Czy mogę liczyć na waszą współpracę? Skoro na waszym terenie pojawił się inny wampir, to chyba stanowi dla was zagrożenie?

– W zasadzie to nie – odparł von Gutterstein. – I tak jesteśmy zbyt starzy i słabi, by polować.

– Ale robi wam zły pijar.

– Unikamy towarzystwa – powiedział wampir, lecz po chwili dodał. – Ale dobrze. Rozumiem, co czego pan zmierza. Będziemy mieli uszy i oczy otwarte.

Kulicki rozejrzał się po szczelnie zacienionym mieszkaniu, w którym nie było ani śladu współczesnych technologii, po czym machnął ręką z rezygnacją. Wampir obojętnie wzruszył ramionami.

– Próbuję pomóc.

– W każdym razie dziękuję za obywatelską postawę i przepraszam za najście.

– Nie ma problemu. Gdyby był pan w okolicy, proszę wpadać. Oprócz Frankenheimera, który zdradził panu nasz adres, nie widujemy śmiertelnych.

– Mam nadzieję, że nie będziecie go jakoś szczególnie z tego tytułu karać? On współpracuje z policją – podkreślił Kulicki, po czym nie czekając już na odpowiedź wyszedł na klatkę schodową, gdzie od razu poraziło go światło czterdziestowatowej żarówki.

Pokręceni faceci, pomyślał. Przez całą rozmowę z von Guttersteinem widział sylwetki dwóch pozostałych, zaczajonych w mroku. Obserwowali go, a może nawet byli przygotowani na atak w razie, gdyby zaistniała taka potrzeba. Niby ludzie na poziomie, a jednak bydło totalne dno. Kaszanka im do łbów uderzyła, złorzeczył w myślach.

Sprawdził czy miał broń w kieszeni. Była na swoim miejscu, więc zszedł na dół i zaczął rozglądać się za jakimś sklepem. W bloku wampirów znajdował się spożywczy, do którego wszedł bez namysłu. Zamierzał udać się prosto do kasy, za którą znajdowała się półka z alkoholami, jednak jego uwagę przykuł dział z produktami sypkimi, w tym z kaszą.

– Inspektor Wiesław Kulicki, Komenda Wojewódzka Policji. – Machnął odznaką przed oczami sprzedawcy. – Czy ktoś dokonuje tutaj w miarę regularnych zakupów większej ilości kaszy?

Ekspedient wystraszył się nie na żarty. Zawsze sprzedawał alkohol szczylom z osiedla i bał się, że pewnego dnia utraci koncesję na alkohol. Jednak zwykle interes wygrywał ze strachem.

– K…kaszy?

– Dokładnie tak. Kaszy gryczanej. Może jęczmiennej. Duże ilości.

– No jest taki jeden – wydukał sprzedawca. – Nie wiem, jak się nazywa, ale przychodzi raz w miesiącu i kupuje po kilka paczek. Strasznie źle wygląda. Chyba choruje.

– Duże ilości?

– No zawsze bierze z… dziesięć kilo?

– Dziesięć kilo… – mruknął Kulicki w zamyśleniu. – Na miesiąc, na trzech chłopa…

– Nie wiem na ilu…

– Dobra, daj pan półlitrówkę Huragana. I dziękuję za obywatelską postawę.

Sprzedawca drżącymi rękami zdjął z półki flaszkę i postawił na ladzie.

– Trzynaście pięćdziesiąt. Zawinąć w papier?

– Nie trzeba – odparł inspektor licząc drobniaki. – Poradzę sobie. Złotóweczkę będę krewny…

– Nie ma problemu. Dziękuję.

Kulicki wziął butelkę i wyszedł ze sklepu.

fot. Netcolon, pixabay.com, CC0

Comments

comments

Powiązane posty