Podziemny Wrocław - Rozdział IV. i V.

Rozdział IV. i V.

Prokurator Karol Płotka zjadł obiad w swojej ulubionej restauracji, następnie udał się do fryzjera, gdzie doprowadzono do porządku jego włosy i wąsy, oraz do pralni, skąd odebrał ulubiony garnitur. Wstąpił na chwilę do domu, by ów garnitur założyć i zabrać przy okazji puzderko zawierające pierścionek z białego złota z ćwierć-karatowym diamentem. Wykosztowałby się na niego koszmarnie, gdyby rzeczywiście kupił go w sklepie. Szczęśliwie pierścionek taki znalazł w depozycie policyjnym, i jakimś cudem błyskotka „zaginęła” ze stanu magazynu. Odstawiony niczym amant, zszedł jeszcze do sklepiku osiedlowego, gdzie kupił butelkę Château du Prieur, a następnie wsiadł do taksówki, która czekała na niego od piętnastu minut.

– Dokąd sobie pan życzy? – zapytał taksówkarz z ukraińskim akcentem.

Płotka podał adres, po czym zagłębił się w rozmyślaniach na rozmaite tematy związane z życiem i śmiercią. Na miejsce dojechali w czasie krótszym, niż trzydzieści minut. Płotka uiścił opłatę, pożegnał się z taksówkarzem i ruszył w kierunku bramy dziesięciopiętrowca, którą otworzył sobie, wpisując kod do domofonu.

W windzie czuł już rosnącą ekscytację. Uśmiechnął się na widok koślawo wydrapanego akronimu A.C.A.B., pod którym zresztą sam chętnie by się podpisał. Na siódmym piętrze wyszedł z windy i zapukał do oklejonych na szaro antywłamaniowych drzwi. Zapukał w sposób, który dla niewprawnego ucha brzmiał dosyć normalnie. Jednak dla niego i dla osoby znajdującej się za drzwiami, był to szyfr tak wyrafinowany, że znaczącą rolę odgrywały w nim nawet dziesiąte części sekundy.

Drzwi otwarły się, a we wnętrzu mieszkania ukazała się kobieta, na oko pięćdziesięcioletnia, mocno umalowana i ubrana w jedwabny, lekko przejrzysty, różowy szlafrok.

– Wejdź – powiedziała niskim, zachrypniętym głosem.

Prokurator Karol Płotka wytarł swoje błyszczące buty w całkowicie normalną, niepozorną wycieraczkę i wkroczył do miejsca, w którym granica pomiędzy rozkoszą a cierpieniem była delikatna niczym ruch skrzydeł motyla.

– Frau Rita. – Ucałował jej dłoń i wręczył butelkę wina.

Kobieta ruszyła w stronę salonu, kołysząc harmonijnie biodrami. Płotka otaksował jej ciało, zaczynając od ramion, poprzez plecy, biodra, pośladki, aż do nóg i stóp uzbrojonych w buty na pięciocalowych szpilkach.

Prokurator poczuł, że w jego spodniach robi się ciasno.

– Chodź, choć – ponagliła go. – Siadaj.

Płotka włożył parasol w stojak na parasole i zdjął buty. Płaszcz i kapelusz odwiesił na wieszaku. Poprawił przed lustrem fryzurę i krawat, i ruszył w stronę salonu, gdzie na małym stoliczku stały już dwa duże kieliszki do czerwonego wina. Rita postawiła butelkę na stoliku i zniknęła na chwilę w kuchni. Gdy wróciła, wręczyła Płotce korkociąg.

– Otwórz.

Prokurator Karol Płotka posłusznie otworzył wino i nalał z dużą wprawą do obu kieliszków. Następnie otarł szyjkę butelki czarnym, frotowym ręczniczkiem i odstawił wszystko na stół. Rita sięgnęła po kieliszek, zamieszała wino, pociągnęła nosem, a następnie upiła mały łyczek, pozostawiając ślad szminki na szkle.

– Nie takie złe.

– Starałem się – odparł.

– Następnym razem postaraj się bardziej.

– Tak jest.

Płotka skosztował wina. Jak dla niego, było wyśmienite, czego jednak nie śmiał powiedzieć Frau Ricie. Wyjął z kieszeni marynarki puzderko, otworzył i postawił na stole.

– Co to ma być? – spytała.

– Pierścionek. Złoty. Z brylantem.

Rita wzięła puzderko do ręki i chwilę przyglądała mu się, obracając i pozwalając, by światło grało na fasetkach kamienia. Brylant wyglądał na prawdziwy.

– Najwyżej ćwierć karata – mruknęła. – Zimna biel, niewielkie inkluzje. Beznadziejny.

Płotka poczuł falę rozkoszy, która przebiegła mu wzdłuż kręgosłupa.

– Na podłogę! – warknęła.

Prokurator posłusznie położył się na plecach.

– Mówiłeś, że masz do mnie jakieś pytanie.

– Tak.

– Co „tak”?

– Tak proszę pani! – poprawił się Płotka.

– O co chodzi?

– Dwa trupy w ciągu dwóch tygodni. Oba noszące ślady… jakby… wgryzienia wampira. W ciałach brak krwi.

Frau Rita wstała i zaczęła przechadzać się powoli wokół leżącego mężczyzny.

– Zabójstwa popełnione w nocy.

– Tak, zgadza się!

– Oczywiście, że się zgadza. Tylko taki marny robak jak ty, mógłby pomyśleć, że to było pytanie.

Kobieta nachyliła się i jednym, płynnym ruchem zdjęła czarne, koronkowe majtki. Pomiędzy połami szlafroka błysnęły podwiązki, co nie umknęło uwadze Karola Płotki. Po chwili majtki wylądowały na jego twarzy. Pociągnął nosem w poszukiwaniu choćby śladu kobiecego zapachu, jednak nie odnalazł go tam. Była nieskazitelnie sterylna.

– Pewnie nie macie żadnego podejrzanego, co?

– Nie proszę pani.

– I nie przyszła wam do głowy rzecz najbardziej oczywista z oczywistych?

– To znaczy? – Mniej więcej do tego momentu Płotka przewidział przebieg rozmowy. Ostatnie pytanie zbiło go z tropu.

Rita kucnęła nad nim, ukazując w rozchylonym szlafroku zbyt wiele. Złapała za krawat i zaczęła zaciskać go powoli. Płotka poczuł, że jego twarz robi się purpurowa. Coraz ciężej było mu złapać oddech.

– Dziewczyny ulicy wiedzą wszystko. Moje doniosły mi, że prosektorium przy waszej komendzie, odwiedzał niejaki Lutz Frankenheimer – powiedziała powoli. – Niby doktor, a w sumie szarlatan i hochsztapler. W dodatku nazista.

– Ttaakk… – wychrypiał prokurator.

– Pozwoliliście mu uśmiercić ukąszonych, tak?

Płotka pokiwał głową. Nie miał już powietrza, by mówić. Zaczął klepać podłogę, co było umówionym znakiem ratunkowym. Frau Rita poluźniła krawat i podniosła się, zarzucając szlafrokiem tak, by ujrzał kształtne kule pośladków. Prokurator był bliski ekstazy.

– Powiedz mi w takim razie jedną rzecz. – Usiadła na kanapie i znów wzięła kieliszek z winem. – Dlaczego nie zapytaliście jego, kto zabił tych ludzi?

Płotka spojrzał na nią ze zdziwieniem.

– No co się tak gapisz? Czy ten twój bystrzak, inspektor bez wątroby wpadł na to, by zadać Frankenheimerowi jedno, proste pytanie: który z wrocławskich wampirów zagryzł te ofiary? Przecież stary nazista zna się z nimi wszystkimi. Piją razem każdego wieczora. Jeśli nawet za pierwszym razem nie wiedział, za drugim już powinien doskonale wiedzieć.

– Jebany… – mruknął Płotka.

– Jesteście bystrzy jak woda w kiblu. – Chlusnęła na niego winem. – I dywan do wywalenia. Zdejmuj gacie platfusie!

Płotka posłusznie wykonał polecenie, opuszczając spodnie do kolan. Frau Rita rozchyliła butem jego nogi, a następnie zaczęła miażdżyć jego przyrodzenie obcasem.

– Odkupisz mi ten dywan parszywy kundlu!

Prokurator jęczał z bólu i rozkoszy.

– Wszystko przez twoją ignorancję! Macie odpowiedź pod samym nosem, a bawicie się w wielkie śledztwo. Dwa patałachy! Degeneraci! Skurwysyny!

Splunęła na niego i poszła w stronę łazienki.

– Przepraszam – jęknął Płotka masując obolałe krocze. – Wybacz mi!

– Muszę cię jakoś ukarać, ale jeszcze nie wiem jak – krzyknęła z przedpokoju. – Zajrzę do mojej magicznej szafy. Tam na pewno znajdę natchnienie.

Wróciła po chwili z dużym, metalowym lejkiem do oleju. Prokurator poczuł ekstatyczne dreszcze, kiedy nachyliła się nad nim i prowadziła mu wąż do przełyku. Chwyciła butelkę, w której w dalszym ciągu znajdowała się ponad połowa zawartości i zaczęła lać.

– Przepytajcie tego Frankenheimera. Tylko ani słowa o tym, skąd się dowiedzieliście, bo znajdę i wykastruję.

Płotka zadrżał, a jego wciąż obolała męskość, podniosła się ku górze. Nie musiał przełykać. Wszystko leciało bezpośrednio do przełyku, a potem żołądka. Pomyślał tylko, że z pewnością bardzo szybko się upije.

***

Wino nie było ostatnim płynem, jaki Rita wlała w niego przez lejek. Potem zrobiło się nieco bardziej osobliwie. Po dwóch godzinach obrzucania wyzwiskami, bicia, opluwania, kobieta kazała mu się wynosić. Płotka błagał, by pozwoliła mu zostać. Obiecywał, że zrobi wszystko, co ona mu rozkaże, jednak w dalszym ciągu gniewała się na niego i uznała, że najlepszą karą będzie wyrzucenie go za drzwi.

Pijany, poplamiony winem i innymi płynami, zjechał windą na dół i zadzwonił po taksówkę. Przez czterdzieści pięć minut stał na mrozie, aż w końcu pojawił się ten sam ukraiński kierowca, który go tu przywiózł.

– Do domu? – zapytał.

Prokurator spojrzał na swój zegarek. Była godzina szesnasta i istniała spora szansa, że zastanie Kulickiego w jego biurze.

– Chwileczkę.

Dla pewności postanowił zatelefonować. Ale nie na komórkę, bo ostatnimi czasy abonent coraz częściej był niedostępny. Zadzwonił na numer stacjonarny, przypisany bezpośrednio do aparatu znajdującego się na biurku inspektora. Po dwóch sygnałach usłyszał zachrypnięty, niewyraźny głos. Jakby osoby umierającej.

– Kulicki.

– Tu Płotka. Wiesiu, musimy się spotkać.

– O co chodzi?

Prokurator spojrzał na kierowcę.

– To nie jest rozmowa na telefon. Spotkajmy się za pół godziny w tym barze, w którym wyprawiałeś ostatnie urodziny.

– W porządku.

Karol Płotka rozłączył się, podał kierowcy adres, po czym zasnął z błogim uśmiechem człowieka, który osiągnął całkowite spełnienie.

Rozdział V.

Mogliński spędził kilka dni w swoim mieszkaniu, w iście spartańskich warunkach. Miał odcięty prąd, laptopa zasilał przez przewód nielegalnie wpięty w instalację sąsiada. Nie mógł także podłączyć grzejników olejowych, więc przez większość czasu siedział opatulony kocami. Jedynym pozytywnym akcentem było to, że mama regularnie doładowywała jego kartę, by mógł do niej dzwonić. Internet był wolny, ale dało się korzystać. Dzięki tym wszystkim zabiegom mieszkanie nadal wyglądało na opuszczone i nikt go nie niepokoił. A przed PRISM i tak nie potrafił się zabezpieczyć.

Czas spędzony w mieszkaniu starał się wykorzystać najlepiej, jak potrafił. Przejrzał komentarze na swoich blogach oraz najnowsze posty na tych obserwowanych. Napisał krótki tekst o GMO, który od razu puścił w sieć, a potem długo analizował film od Thorina.

Zidentyfikował miejsce kręcenia jako Mosty Trzebnickie. Trochę pogrzebał w Google w poszukiwaniu informacji o podobnych obserwacjach. Nic nie znalazł, więc zrobił zrzut kadru, na którym widać tajemniczą postać i wrzucił go na kilka forów ufologicznych, na których się udzielał. Przez dwa dni nie działo się nic. W końcu na forum „Znaki z kosmosu” odezwał się znany troll o pseudonimie MrNobody i zarzucił, że kadr to mistyfikacja, a Mogliński to oszust, który usiłuje wzbudzić zainteresowanie swoją osobą poprzez „lamerskie sztuczki”.

– Nie wierzę – mruknął Artur i łyknął gorącej herbaty.

Jego sytuacja stawała się coraz bardziej rozpaczliwa. Zjadł już wszystkie zapasy mrożone i kończył właśnie rzeczy sypkie. Z obydwoma typami żywności było mu cholernie trudno bez ognia. Wszystko przyrządzał z pomocą z grzałki, którą podłączał do przedłużacza w chwilach, gdy nie korzystał z laptopa. Musiał używać tych urządzeń zamiennie, ponieważ bateria w komputerze była martwa od jakichś dwóch lat, a przedłużacz miał tylko jedno gniazdko.

Wyłączył hotspot w telefonie i spojrzał w błękitne niebo ustawione na tapecie. To chyba był już ten moment, kiedy musiał zadzwonić do domu i poprosić, aby tato przyjechał i zabrał go do Kłodzka. Poczuł w ustach smak porażki i już miał wybrać numer, gdy nagle przypomniał mu się Neo.
Neo był kompletnym nerdem, udzielającym się na kilku grupach dyskusyjnych oraz żywo komentującym blogi Moglińskiego. Mieszkał we Wrocławiu i był specem od białego wywiadu. Wiele osób dostarczało mu zdjęcia, by na podstawie charakterystycznych elementów przyrody i architektury dokonał ich geolokalizacji.

Artur podłączył jeszcze raz internet i przesłał kilka screenów z filmu Thorina do Neo, bezpośrednio na maila. Nie musiał czekać dłużej, niż piętnaście minut, gdy otrzymał na czacie wiadomość: „zadzwoń”.

Szybko odnalazł Neo w swoim telefonie. Wpisany był jako „hydraulik”, na wypadek, gdyby ktoś przejął telefon Moglińskiego. Wcisnął połącz, a po zaledwie jednym sygnale usłyszał znajomy, chłopięcy głos (Neo miał piętnaście lat).

– Skąd to masz?

– To nie ważne. Ważne jest to, co tam widzisz. – Artur starał się, by jego głos brzmiał naturalnie i luzacko, pomimo piekielnego zimna, panującego w pokoju i drgawek wstrząsających całym jego ciałem.

– Mosty Trzebnickie i jakąś dziwną postać – odparł Neo. – Masz cały film?

– Mam.

– Kiedy mogę do ciebie wpaść?

– To może być trochę skomplikowane. Sąsiedzi mnie zalali i w mieszkaniu trwa remont. Kręci się tu mnóstwo postronnych osób – skłamał zręcznie. – Sam nawet nie mogłem dokładnie przyjrzeć się temu nagraniu. Wolałbym, żeby nikt niepowołany…

– Przyjeżdżaj do mnie natychmiast! – Neo wydawał się być bardzo podekscytowany. – Jeżeli to humanoidalna istota w okolicach Mostów Trzebnickich, to znaczy, że musimy przebadać tę sprawę z należytą dokładnością.

Mogliński policzył w myślach do dziesięciu, a potem starając się, by jego głos nie wypadł przesadnie radośnie powiedział:

– W porządku. Mam mnóstwo roboty, ale masz rację. Ten wątek wart jest, by poświęcić mu więcej uwagi i czasu. Będę u ciebie w ciągu godziny.

Szczęśliwie Neo chodził jeszcze do szkoły, co oznaczało, że tak naprawdę nie musiał tam chodzić. Jako bystrzak, radził sobie ze wszystkim świetnie, przygotowywał pierwszorzędne zwolnienia, a rodzice się nie czepiali, bo w ogóle byli dziwni i trzymali się od niego z daleka.

Mogliński spryskał się tylko zimną wodą pod pachami, żeby nie pachnieć zbyt męsko, odświeżył się dezodorantem i przebrał w nowe ciuchy, a właściwie w stare, które przez kilka tygodni wietrzył w kuchni. Podszedł do małego lusterka na szafce i przykleił sobie sztuczne wąsy. Nałożył też okulary zerówki, a głowę przykrył tym razem popielatym kaszkietem. Tak ucharakteryzowany opuścił swoje lokum i wyszedł na ulicę.

***

Neo naprawdę nazywał się Damian i cierpiał na zespół Aspergera. To znaczy twierdził, że cierpiał, bo żadnych papierów na to nie miał. Ale Mogliński wierzył mu. Dzieciak był wystarczająco pokręcony, żeby rzeczywiście na coś cierpieć. Wręcz byłoby dziwne, gdyby nie cierpiał.

– Szybko, do środka – powiedział Neo, gdy tylko otworzył drzwi. – Nie chcę, żeby sąsiedzi cię widzieli.

– Są twoi starzy?

– Nie ma. Wyjechali na kilka dni.

Wydało się to dziwne Moglińskiemu, ale nie chciał roztrząsać tematu. Nie było starych, to nie było. I nawet dobrze. Mogłoby to zrodzić serię niepotrzebnych i niezręcznych pytań, na które Artur nie miałby zapewne ochoty odpowiadać.

– Masz może jakieś żarcie? – zapytał. – Zaganiany jestem. Nie miałem okazji nic wrzucić na ruszt.

– Jasne, chodźmy do kuchni. Przeniosę tam lapka, to od razu zabierzemy się za film.

– Proszę – Mogliński podał Damianowi pendrive. – Tylko nie zgub. To może być jedyna kopia, poza tą na moim dysku.

– Powiesz mi, skąd go wziąłeś? – Neo zapalił taśmy led zawieszone pod szafkami kuchennymi. Powstał miły półmrok, który czynił obserwację z zewnątrz poprzez okno niemal niemożliwą.

– Kupiłem od anonimowego informatora. Za ciężkie pieniądze zresztą.

Wyraźnie zrobiło to wrażenie na chłopaku. Z namaszczeniem umieścił pendrive w porcie USB swojego laptopa (z działającą baterią) i po odczekaniu kilku sekund, otworzył katalog.

– Oni już tu są – przeczytał nazwę pliku. – Zrób sobie coś do żarcia, ja to obejrzę na spokojnie.

– W porządku.

Bloger musiał powstrzymywać się przed gwałtownym szturmem na lodówkę. Wziął dwie kromki chleba tostowego i posmarował je masłem orzechowym. To było najszybsze danie, jakie potrafił przygotować. Skleił od razu dwie połówki, żeby szybciej wchłonąć całość.

W tym czasie Neo odpalił filmik, dla odmiany z dźwiękiem, bo w przeciwieństwie do laptopa Moglińskiego, w tym głośniki działały.

– Co to jest? – zdziwił się Artur.

– Co?

– Ten fagas gada po rusku!

– Nie po rusku, a po ukraińsku – poprawił go Neo. – A miało być inaczej?

– Nie no… Zdziwiłem się, bo pierwszy raz widzę to z dźwiękiem.

Mogliński przeklął w duchu Thorina. Filmik nie był nakręcony przez informatyka, a przez kogoś innego. A to oznaczało, że ilość osób, które były w posiadaniu nagrania, była nieznana. Może nawet pieprzony rusek wrzucił je na YouTube, a Thorin tylko pobrał i zawołał sobie za to pięć stówek.

– Cholerny dupek – mruknął.

– Co?

– Nic, nic… Głośno myślę.

– Nie wygląda mi to na fejk – powiedział Damian, po czym zaczął cofać i stopować film. – Na pewno postać nie została wyrenderowana. Ruch jest bardzo naturalny. Większość mistyfikatorów, którzy wplatają elementy animacji trójwymiarowej, zwykle robi to bardzo kiepsko. Dla człowieka, który od dzieciństwa ogląda grafikę komputerową, jest to do rozróżnienia na pierwszy rzut oka.

– A przebranie? – spytał Artur z pełnymi ustami. – Może ktoś się przebrał?

– Tego faktycznie nie jesteśmy w stanie wykluczyć. Gdyby ktoś się przebrał, rzeczywiście można by było nakręcić taki film. Tylko zauważ, że on ma ten taki staw w miejscu, gdzie inni ludzie mają piszczel…

– Jak u konia…

– Tak, masz rację. To staw skokowy. – Neo otworzył przeglądarkę i wyszukał kilka zdjęć szkieletów ludzkich i końskich. – Jego nogi rzeczywiście przypominają nogi zwierząt poruszających się na czterech kończynach. Być może to coś również porusza się głównie na czterech kończynach, a tutaj zostało przypadkiem utrwalone w postaci stojącej… Surykatki tak robią, kiedy badają teren.

W oknie przeglądarki pojawiło się zdjęcie surykatki. Artur podszedł do blatu i zaczął przygotowywać sobie drugą kanapkę.

– No dobra. Jakieś teorie?

– Kilka – odparł Neo. – Ale każda jest na swój sposób słaba i mało prawdopodobna.

– Kosmita? Mutant?

– Ewentualnie jakaś kryptyda. Może coś, co mieszka w tunelach pod miastem i teraz w jakiś sposób wylazło na zewnątrz? W każdym razie wątpię, by był to przebrany człowiek. Zbyt duże różnice anatomiczne. Cholera jasna… dobrze by było pójść na miejsce i dokonać oględzin.

– W taką pogodę? – Mogliński wystraszył się nie na żarty. Pierwszy raz od tygodnia nie marzł. – Robi się ciemno. Może poczekamy chociaż do jutra?

– Ej Palacz, chyba nie wymiękasz? – roześmiał się Neo i szturchnął blogera w ramię. – Myślałem, że jesteś twardszy zawodnik. Mam dobre, mocne latarki.

– Dobra. – Artur odpuścił. – To wydrukuj tylko zrzut z kryptydą. Na wypadek, gdybyśmy spotkali jakiegoś wędkarza…

***

Latarki rzeczywiście były mocne. Neo i Mogliński wysiedli z tramwaju na Trzebnickiej i resztę drogi pokonali piechotą. Temperatura na szczęście była bliska zeru, więc nie marzli zanadto. Zrobiło się już całkowicie ciemno, i o ile ulice oświetlone były latarniami, o tyle wał i nabrzeże tkwiły w całkowitej ciemności. Zapalili latarki i zeszli z ulicy.

– To chyba było gdzieś tutaj – powiedział Neo. – W ciemności rzeczywiście śladów może nie znajdziemy, ale przynajmniej wstępnie się rozejrzymy.

– Sądzisz, że znajdziemy rozbity statek kosmiczny? – Artur parsknął pogardliwie. Był trochę zły na Damiana, że nie poczekali do rana. – Mogliśmy wziąć przynajmniej jakąś pałkę czy coś…

– Mam paralizator.

– Zapytajmy tamtego faceta – Mogliński wskazał człowieka siedzącego nad wodą. Pewnie nie był zbyt trzeźwy, ale zawsze można było spróbować zasięgnąć języka. – Proszę pana!

Mężczyzna odwrócił się i obrzucił ich pijackim spojrzeniem. Artur podszedł do niego ze zdjęciem, które oświetlił latarką.

– Widział pan może coś takiego? To zdjęcie zrobiono tutaj, na tym nabrzeżu.

Mężczyzna przez chwilę wpatrywał się w zdjęcie, po czym pokręcił głową.

– Kręcą się tu różni tacy, ale tego nie widziałem – wybełkotał. – Zapytajcie jego. – Pijaczek wskazał innego, zataczającego się tubylca. – On zna tu wszystkich.

Mogliński i Neo podeszli do drugiego, pijanego mężczyzny. Pomimo akrobatycznego chodu, wyglądał na nieco bardziej przytomnego, niż ten siedzący.

– Czy widział pan to już może? – Artur pokazał zdjęcie.

Mężczyzna wpatrywał się przez dłuższą chwilę, robiąc dziwaczne miny, wydymając usta i emitując różne odgłosy, w końcu odezwał się.

– Wygląda mi na Waldka Królika. – Podrapał się po czole. – Szkoda, że nie przyszliście pół godziny wcześniej. Był tutaj.

Neo i Artur popatrzyli po sobie.

– On był tutaj? – upewni się bloger.

– Tak, ale musiał już lecieć. Zrobiliśmy tylko flaszkę.

– Niech pan się dobrze przyjrzy – Neo oświetlił kartkę. – Widział pan dokładnie tę samą osobę, która jest na tym zdjęciu?

– No przecież mówię… Ciężko go pomylić z kimś innym. Sami widzicie, że jest nietwarzowy.

– Czy on cierpi na jakieś schorzenia? Deformacje? – zapytał Mogliński.

– Przepraszam panowie, ale ja też już muszę lecieć. – Żulik przedarł się przez nich i ruszył w stronę mostu.

– Gdzie go znajdziemy? – rzucił jeszcze Neo.

Mężczyzna nie odpowiedział. Przyspieszył tylko, jak to mają w zwyczaju ludzie pijani, kiedy starają się iść normalnie, i lada moment zniknął im z oczu. Chcieli jeszcze zamienić słowo z tym pierwszym, ale okazało się, że i on sobie poszedł.

– Co tu jest do cholery grane? – Artur spojrzał jeszcze raz na zdjęcie. – Przecież to nie może być człowiek. Humanoid owszem. Kryptyda? Może. Ale na pewno nie homo sapiens.

– Spokojnie – powiedział Damian. – Ten pijaczek nie był zbyt wiarygodnym źródłem informacji. Proponuję, abyś pokręcił się tutaj o różnych porach, w różne dni tygodnia i popytał jeszcze innych ludzi. Ja w tym czasie posiedzę na necie i zrobię listę chorób, które powodują deformacje i zmiany w wyglądzie. Być może ktoś już opisał podobny przypadek. Sam nie wiem, czy to dobry trop, ale póki co, nie mamy lepszego.

Bloger skrzywił się. Nie uśmiechało mu się odmrażanie tyłka na dworze w czasie, gdy jego – powiedzmy sobie szczerze – adept, będzie siedział sobie wygodnie w domowym ciepełku i surfował po sieci. W normalnych okolicznościach zaproponowałby, aby się zamienili i zapewne nie zaakceptowałby odmowy. Problemem był fakt, że w jego mieszkaniu nie było prądu, ogrzewania i internetu.

– Dobra – powiedział w końcu. – Mam jeszcze tylko jedną prośbę. Czy mógłbyś mi pożyczyć trochę kasy? Jakieś drobne. Gdzieś zapodziałem portfel, a chętnie napiłbym się herbaty czy coś.

– Jasne, nie ma problemu – odparł Neo i wyciągnął swój porfel. – Dwie stówy ci starczą?

Moglińskiemu oczy mało nie wypadły z orbit. Ale zdołał się pohamować. Wziął tylko pieniądze i schował do kieszeni.

– Spoko. Jutro ci oddam.

– Nie ma problemu. Może być nawet pojutrze. – Neo podał mu rękę i odszedł. – Narka. Jak byś coś odkrył, dzwoń.

– Jasna sprawa.

fot. Espressolia, pixabay.com, CC0

1 Udostępnień

Comments

comments