Rozdział II.

Artur Mogliński od kilku dni usiłował spotkać się ze swoim informatorem, który na forum i w mailu posługiwał się pseudonimem Thorin Dębowa Tarcza. I był to kolejny wieczór, kiedy informator się nie pojawił.

Mróz był siarczysty, więc Artur postawił kołnierz płaszcza i ruszył w stronę pobliskiej kawiarni, której duże okno wychodziło na przystanek autobusowy – umówione miejsce spotkania. Otwarte drzwi potrąciły mosiężny dzwoneczek, wywołując z zaplecza podstarzałą, budzącą odrazę kelnerkę. Kobieta była wyraźnie niezadowolona faktem, że pojawił się jakiś klient.

– Co podać?

Mogliński rzucił okiem na menu. Ceny były kosmiczne, ale podejrzewał, że kelnerka nie zgodzi się na to, by po prostu posiedział i się zagrzał.

– Kawę – powiedział niechętnie i wyjął portfel.

– Cztery pięćdziesiąt. – Kobieta rozlała się na kontuarze, jak jakaś ośmiornica, dając mu do zrozumienia, że nie ruszy się z miejsca, zanim nie otrzyma pieniędzy.

– Rozbój w biały dzień – mruknął Mogliński i rzucił wyliczone drobniaki obok grubego przedramienia kobiety.

Potem zajął miejsce przy oknie, by dobrze widzieć przystanek. Informator nie pojawiał się nadal. Po kolejnych dwudziestu minutach kelnerka przyniosła kawę zaparzoną w białej szklance, a telefon Moglińskiego zawibrował w kieszeni. Był to SMS od informatora.

– Niestety dziś nie mogę przyjść. Śledzą mnie.

Artur już od pewnego czasu podejrzewał, że Thorin Dębowa Tarcza to kompletny świr, pogrążony bez reszty w manii prześladowczej. Poświadczał o tym niemal każdy kontakt, jaki udało mu się nawiązać z informatorem. Każdy SMS wysłany był z zupełnie nowego numeru, zapewne prepaida zarejestrowanego na fałszywe dane lub kradzionego. Używał kilkunastu różnych skrzynek mailowych i umawiał się z Arturem wyłącznie w parkach, po zmroku.

Mogliński miał pewną hipotezę, która dość sensownie tłumaczyła zarówno manię prześladowczą, możliwość używania różnych numerów telefonu oraz pseudonim informatora. Thorin Dębowa Tarcza musiał być informatykiem, pracującym w którejś z firm telekomunikacyjnych.

Długo pił ohydną, szybko stygnącą kawę. Pił ją chyba tylko dlatego, że zapłacił za nią krocie, ale również dlatego, że nie za bardzo miał się gdzie podziać. Jego mieszkanie obserwowane było przez policję, komornika oraz kogoś jeszcze, kogo sam nie potrafił zidentyfikować. Od kilku dni pomieszkiwał u przyjaciół, ale ci coraz częściej odmawiali widząc, że nie jest to jedynie nagły wypadek, a coś bardziej przewlekłego.

Rozważał wyjazd do Kłodzka, do rodziców. Tam miałby wikt i opierunek za darmo, jednak dworce PKP i PKS roiły się od policji i służb porządkowych. Poza tym wszędzie były kamery. Wyjazd z miasta tą drogą nie umknąłby uwadze tych, których uwadze miałby umknąć. A jego samochód został unieruchomiony po tym, jak skończyła się w nim benzyna, pamiętnego lata dwutysięcznego trzynastego.

Pił zatem tę ohydną kawę tak długo, aż w końcu przy jego stoliku pojawiła się nieprzyjemna kelnerka i oświadczyła, że zamyka, używając przy tym języka znacznie mniej wyszukanego.

– Te, student. Wypierdalaj.

Mogliński nie był studentem. Nie wyglądał nawet na studenta. Miał na karku czterdziestkę i utrzymywał się z prac dorywczych, podejmowanych głównie na czarno. Starał się nie figurować w żadnych spisach, ewidencjach czy kartotekach. Gdzie mógł, posługiwał się tożsamością narzeczonej, która już od bardzo dawna nie była jego narzeczoną, ale zostawiła u niego swój dowód osobisty. Jego głównym zajęciem było obywatelskie dziennikarstwo śledcze, ukierunkowane na obnażanie spisków, ciemnych interesów władz oraz spraw tajemniczych i niewyjaśnionych. Prowadził też bloga. Oczywiście pod pseudonimem. Jednak pomimo wszystkich przedsięwziętych środków ostrożności, policja i inne służby, wiedziały o nim niepokojąco dużo.

– Dziękuję za kawę – powiedział i wstał od stolika. – Powinna pani popracować nad sobą. Zarówno nad swoimi manierami, jak i nad umiejętnościami baristy. Nie podałbym takiej lury nawet teściowej.

Wyszedł na mróz. Spojrzał na zegarek i na godziny otwarcia kawiarni wyklejone na drzwiach. Była dziewiętnasta pięćdziesiąt, a kawiarnia powinna była pracować do dwudziestej. Przez chwilę chciał wejść z powrotem, by dać prztyczka w nos tej nieprzyjemnej babie, jednak pohamował się, włożył ręce głęboko w kieszenie i ruszył w stronę rynku w nadziei, że uda mu się spotkać jakiegoś znajomego, który zaprosi go na piwo albo do domu.

***

Thorin Dębowa Tarcza odezwał się na krótko przed dwudziestą trzecią. Napisał SMSa, z nowego numeru, że mogą się spotkać za pół godziny przy pomniku Słowackiego. Mogliński odpisał, że jest zajęty, ale że postara się dotrzeć, po czym skręcił w Kurzy Targ i przyspieszył kroku. Wszystko miał już zmarznięte na kość. Szybko oszacował, że do godziny spotkania, będzie musiał obejść rynek jeszcze ze dwa razy szybkim krokiem.

Na miejsce dotarł na tyle spóźniony, by wypaść przy tym na człowieka zabieganego i rozchwytywanego, ale nie na tyle, żeby informatyk sobie poszedł.

– Miałem już iść – powiedział Thorin.

– Przepraszam, przedłużyło mi się spotkanie – skłamał Mogliński. – Mam mocny materiał, który lada dzień ujrzy światło dzienne na moim blogu.

Dębowa Tarcza rzeczywiście wyglądał na informatyka. Miał nadwagę, grube okulary i rumianą, pozbawioną zarostu twarz. Nie wyglądał na ogolonego. Po prostu nic mu tam nie rosło. Jak u dziecka.

Wyjął swoją komórkę i zaczął coś w niej szukać.

– Rzuć okiem na to – powiedział, rozglądając się na boki.

Na ekranie pojawił się film, kręcony prawdopodobnie tym samym telefonem. Film przedstawiał pijaną dziewczynę idącą po moście nocą. Dziewczyna coś mówiła, do osoby trzymającej telefon. W pewnym momencie zatrzymała się, wychyliła przez barierkę i zwymiotowała.

Mogliński popatrzył na swojego informatora, nieco zdezorientowany.

– Zaczekaj chwilę, zaraz będzie dobre – wyszeptał gorączkowo Thorin.

Ujęcie zmienia się lekko, pokazując strumień wymiotów spadających do Odry. W pewnym momencie obiektyw telefonu omiata wybrzeże. Potem następuje koniec ujęcia.

– Widziałeś to? – spytał w końcu.

Mogliński przytaknął niepewnie.

– Tak, świetne ujęcie – odparł, w myśli żałując, że jednak nie będzie mógł zapytać tego świra o nocleg.

– Przewinę kawałek i zrobię stop-klatkę – powiedział informator i jeszcze raz pokazał telefon.

Na zatrzymanej klatce wydać było wybrzeże i… jakąś postać. Mogliński zmrużył oczy i przybliżył się do ekranu. Postać była humanoidem, ale na pewno nie człowiekiem. Była całkowicie pozbawiona włosów, a jej skóra miała kolor, który na filmie najbardziej zbliżony był do koloru wody, czyli szarobury.

Im dłużej Artur wpatrywał się w to zdjęcie, tym więcej niepokojących detali dostrzegał.

– Ma strasznie dziwną budowę…

– Zgadza się. Porusza się na palcach. A tutaj jest kolano… o… – informatyk dotknął palcem ekranu.

– Co to jest? – zapytał w końcu.

Thorin jeszcze raz rozejrzał się po okolicy i schował telefon.

– Nie mam zielonego pojęcia. Dostrzegłem to dopiero rano, kiedy dziewczyna chciała zadzwonić na policję i chciałem ją zaszantażować nagraniami. – Wyjął z kieszeni pendrive w kształcie Spidermana. – Jestem gotów odsprzedać to nagranie za… pięć stów.

Mogliński przełknął ślinę. Nie widział takiej ilości gotówki już od dawna, ale za to nagranie był skłonny zapłacić każdą cenę, nawet nie wiedząc, co tak dokładnie ono przedstawia. Na podstawie pierwszych oględzin nie byłby w stanie nawet powiedzieć, który to był most. A była to rzecz absolutnie kluczowa. Dokładna analiza nagrania i biały wywiad w oparciu o Google Street View pomogłyby mu ustalić z dość dużą precyzją miejsce kręcenia filmu. A później oczywiście oględziny…

– Czy moglibyśmy umówić się na płatność w późniejszym terminie? – zapytał w końcu.

Thorin Dębowa Tarcza schował pendrive`a do kieszeni i zamarkował ruch, jakby chciał się odwrócić i odejść. Widać było jednak, że zależało mu na tych pieniądzach.

– Zaczekaj. – Artur złapał go za ramię. – Umówmy się pojutrze. Spróbuję zorganizować gotówkę. Chcę kupić ten materiał. Myślę, że to jest naprawdę…. coś.

Thorin przez chwilę udawał, że się waha. W końcu wyjął telefon i wpisał sobie notatkę w kalendarzu. Mogliński kątem oka ujrzał słowo „złamas”.

– W porządku – powiedział informator. – Ale bez żadnych numerów. Spotykamy się, wymieniamy pendrive za kasę i każdy idzie w swoją stronę. Żadnego gadania, żadnej ściemy, targowania… Jasne?

– Jak słońce – odparł dziennikarz.

Jeszcze przez chwilę obserwował odchodzącego w mrok informatyka i przypomniał sobie, że miał się zapytać o nocleg. Noc była mroźna. Ostatecznie jednak miał teraz dużo większe zmartwienie, jakim było zorganizowanie w ciągu dwóch dni zawrotnej sumy pięciuset złotych. A ponieważ nie zamierzał tracić czasu, od razu przystąpił do przeglądania kontaktów w telefonie. Najpierw pod kątem pożyczenia kasy, a potem nawet ewentualnej pracy dorywczej.

W końcu zrezygnowany zadzwonił do swojej ciotki, aby zapytać o możliwość zanocowania. Kobieta była bardzo niezadowolona, szczególnie z powodu późnego telefonu, ale ostatecznie zaprosiła go do siebie, jak zwykle. Dobra, kochana ciocia.

***

Jedząc śniadanie, Artur przeglądał lokalny tygodnik, w którym natrafił na informację o tajemniczym morderstwie w centrum Wrocławia. Zwłoki pięćdziesięciodwuletniej kobiety znaleziono niedaleko gmachu Opery. Miała odciętą głowę i wbity w pierś drewniany kołek. W artykule znalazła się także obszerna relacja z konferencji prasowej. Nad artykułem znajdowało się zdjęcie Bożeny Kalickiej, rzeczniczki prasowej komendy, oraz nagłówek głoszący: „Dekapitator uderza”. Nieco niżej: „czy to początek serii?”.

Artur pociągnął łyk mocno posłodzonej kawy rozpuszczalnej z mlekiem. Gdy stanął przed nim talerz parówek, odłożył gazetę i zabrał się do jedzenia. Ciotka zadawała mu jakieś pytania, a on na nie odpowiadał, choć myślami był gdzieś indziej. W końcu doznał olśnienia.

Ubrał się i wybiegł szybko. Jeszcze zanim wsiadł do tramwaju, wykręcił numer Bożeny Kalickiej.

– Tak Arturze? – odezwał się zimny jak lód głos w słuchawce.

Kobieta traktowała go protekcjonalnie, ale czuł, że w gruncie rzeczy liczyła się z nim, i z jego możliwościami.

– Wiem coś, czego nie chcielibyście upublicznić – powiedział.

– Spotkajmy się u mnie za godzinę. Co ty na to?

– Jestem w drodze.

To był oczywisty blef. Jednak przeglądając gazetę, Mogliński uświadomił sobie, że już raz zastosował taki manewr z powodzeniem i wyłudził od policji całkiem niezłą sumę pieniędzy, w zamian za milczenie. Od tego momentu stał się wprawdzie obiektem obserwacji, ale przecież ciągle ktoś go obserwował i śledził. Pod okiem policji czuł się nawet nieco bezpieczniej.

Jedynym słabym punktem planu było to, że powołując się na dobro śledztwa, mogliby wezwać go na świadka, a wówczas musiałby się przyznać, że gówno wie. Tyle, że ta Kalicka była strasznie głupia i zadufana w sobie. Wyobrażała sobie, że toczy jakieś gry rodem z amerykańskich seriali, i że rozsiewa subtelne macki wpływów. Tymczasem jedynym, co rozsiewała, była opryszczka. Bo nie było żadną tajemnicą, że wiele spraw załatwiała przez łóżko.

Na komisariacie nie witano go miło. Gdy ktoś go nie znał, próbował go zatrzymywać. Ci, którzy znali, obrzucali go nieprzyjemnymi spojrzeniami, a czasem obelgami. Dał się poznać kilka razy, przy okazji publikacji, które jakimś cudem sprzedał gazetom. W większości były to brednie o samowolce i pijaństwie wśród policjantów. Upublicznił kiedyś na blogu zdjęcie inspektora Wiesława Kulickiego, wymachującego bronią na rynku. Normalny glina za coś takiego dostałby wilczy bilet, ale nie Towarzysz Wiesław. Jego wpływy sięgały zbyt głęboko. I choć zdawał się być tylko zrujnowanym pijaczyną, trząsł połową miasta.

– Mogliński, siadaj – powiedziała rzeczniczka, gdy już Artur znalazł się w gabinecie. – Napijesz się czegoś?

– Czystej, jeśli można.

Kalicka wyjęła spod biurka opróżnioną do połowy butelkę wódki i dwie literatki z grubo ciosanego kryształu. Postawiła to na blacie i podeszła do okna, aby Mogliński mógł polać.

– Co cię do nas sprowadza Arturze? – spytała w końcu.

– Sprawa Aliny N. – odparł, nalewając wódkę. – Tej z odciętą głową. Temat jest ci dobrze znany, ponieważ przedwczoraj zwołałaś konferencję prasową, na której niestety nie mogłem się pojawić, gdyż zbierałem materiały, akurat w innej sprawie.

Podszedł do niej i podał jej wódkę, po czym oboje wypili duszkiem do dna. Mogliński skrzywił się nieznacznie. Kalicka nawet nie drgnęła. Wyjęła tylko paczkę mentolowch slimów i zapaliła jednego.

– Chcesz?

Nienawidził mentolowych, ale nie miał papierosa w ustach od dwóch dni. Wziął dwa, jednego schował do kieszeni flanelowej koszuli, drugiego przystawił do zapalonej zapalniczki i zaciągnął się głęboko, czując jak rozkosz rozpływa się po całym jego ciele.

– Rzecz w tym – zaczął, wypuszczając kłąb miętowego dymu – że z pewnością wolelibyście, aby pewne informacje nie przeciekły do prasy. A tak się jakoś złożyło, że mam już zamówiony materiał, i aby zachować rzetelność, powinienem…

– Więc, co cię powstrzymuje? – uśmiechnęła się fałszywie.

– Sympatia. – Mogliński rozsiadł się w fotelu. – Lubię cię Bożena. Nawet czasem wspominam sobie z rozrzewnieniem tamtą noc, kiedy mi dałaś.

Rzeczniczka zacisnęła pięść, aż knykcie jej zbielały. Wyraźnie ubodło ją wyłowione z odmętów przeszłości wspomnienie, bo rzeczywiście doszło kiedyś między nimi do takiego zdarzenia.

– Ciesz się tym wspomnieniem – powiedziała w końcu. – Za szybko się to nie powtórzy.

– Niemniej jednak, jestem skłonny cofnąć szkodliwą dla was publikację, przez wzgląd na te stare, dobre czasy. A wiadomo, stara miłość nie rdzewieje.

Zaśmiał się, a Kalicka zgasiła połowę papierosa, podeszła do biurka i nalała drugą kolejkę. Swoją wódkę wypiła od razu.

– Ile?

– Pięć stów – powiedział tryumfując w duchu. – Nie próbuję was naciągać. Chcę tylko zrekompensować sobie stratę za ten artykuł.

Ku zaskoczeniu Moglińskiego, rzeczniczka wyjęła portfel z wiszącego na wieszaku płaszcza. Odliczyła pięć zielonych banknotów i położyła przed nim na biurku.

– Mam coś pokwitować? – zapytał niepewnym głosem.

– Nie. Ale posłuchaj gnojku. Jeśli cokolwiek na ten temat ukarze się w jakiejkolwiek gazecie, podpisane twoim nazwiskiem, znajdę cię i wbiję ci buciorem ten drewniany kołek do gardła. Rozumiesz?

Artur rozumiał. Zgasił papierosa i włożył niedopałek do kieszeni. Następnie zwinął banknoty w rulon i je również schował. Nie odzywając się, jakby w obawie, że rzeczniczka zmieni zdanie, wycofał się do drzwi i wyszedł.

To było łatwiejsze niż myślał. Dużo łatwiejsze. Właściwie Kalicka sama wsunęła mu kasę w garść, w dodatku bez żadnych dowodów, podpisów czy weksli. Byłby skłonny odnotować sobie na przyszłość, że rzeczniczka może być źródłem łatwych pieniędzy, ale nie chciał przesadzać. Domyślał się, że gdzieś tam, za ciężkimi, drewnianymi drzwiami, siedział ktoś, kto to wszystko trzymał w garści. I ten ktoś mógł kiedyś, w jakiś sposób dotrzeć do tego, że płacono sobie pod stołem, w zamian za różne przysługi. A wiadomo, że każdy, kto idzie na dno, stara się pociągnąć za sobą jak najwięcej osób postronnych. Źle się tonie w samotności.

***

Jeszcze tego samego dnia napisał maila do Thorina Dębowej Tarczy. Informatyk swoim zwyczajem odpowiedział SMSem, wysłanym z nieznanego numeru. Zaproponował żeby spotkali się o dwudziestej, na starym cmentarzu żydowskim. Podkreślił także, jak bardzo liczy na to, że Artur jednak przyniesie pieniądze, i że w kolejce czeka już dwóch innych kupców, którzy pieniądze mają. Mogliński odpisał tylko, że pieniądze ma, i że będzie w umówionym miejscu o umówionym czasie.

Wieczorem, już po wymianie, po raz pierwszy od dłuższego czasu wrócił do swojego domu, ponieważ potrzebował skorzystać z komputera. Postarał się przy tym o zachowanie wszelkich środków ostrożności. Przykleił sobie sztuczne wąsy i założył starą fedorę, którą trzymał w bagażniku zaparkowanego dwie przecznice dalej auta. Swój stary, sfatygowany płaszcz zamienił na jeszcze starszy i jeszcze bardziej sfatygowany, który spoczywał na wszelki wypadek w bagażniku pojazdu.

W mieszkaniu nie zapalał świateł. Laptopa odpalił pod kołdrą, by blask ekranu nie odbijał się w oknach. Drżącymi z emocji rękami włożył pendrive`a do portu USB. Po chwili, gdy komputer wykrył pamięć, wszedł do katalogu, w którym znajdował się plik. Jego nazwa brzmiała: oni_juz_tu_sa.avi.

Chcesz mieć informację o kolejnych rozdziałach? Polub na FB

Jeśli ci się podobało - udostępnij!