Rozdział I.

Znaleziono trupa. Konkretnie, to znaleziono tego trupa nad ranem, gdy nad ośnieżonymi trotuarami unosiła się mgła. Gliniarze mieli nie lada problem, gdyż na miejsce zbrodni musieli dostarczyć inspektora Wiesława Kulickiego (pseudonim Towarzysz). Aby jednak mogło się to udać, musieli go najpierw zlokalizować. I trwało dobre kilkadziesiąt minut, ponieważ koniecznym okazał się objazd po wszystkich, ulubionych barach Kulickiego. W końcu jeden z patroli natknął się na niego, gdy pijany przechodził na czerwonym świetle, wymachując bronią na trąbiące samochody. Gliniarze szybko zgarnęli inspektora na tylne siedzenie radiowozu i odjechali z piskiem opon.

Kiedy dotarli na miejsce zbrodni, był tam już prokurator Karol Płotka, którego stan również pozostawał wiele do życzenia – chwiał się nad ofiarą i wydychał kłęby pary o kwaśnym aromacie częściowo przetrawionego alkoholu.

– Jest już inspektor Kulicki – poinformował starszy aspirant Łukasz Lenar.

Płotka spojrzał na niego przepitymi oczkami i widać było, że rozszyfrowanie komunikatu sprawia mu problemy.

– Dawać go tu – odparł w końcu.

– Tak jest.

Lenar otworzył tylne drzwi Kii Ceed i do połowy zanurzył się w jej wnętrzu. Po dłuższej chwili światu ukazała się rozczochrana, siwa czupryna inspektora.

– Panie! Co jest? O co chodzi towarzyszu? – Kulicki bezskutecznie usiłował wyrwać się z mocnego uścisku.

– Panie inspektorze, mamy trupa. Prokurator Płotka już jest – wyjaśnił starszy aspirant.

– Trupa? Jasna cholera… – Inspektor oprzytomniał nagle i wstał. Zaczął grzebać po kieszeniach w poszukiwaniu papierosów. W końcu znalazł paczkę, wyjął jednego i zapalił roztrzęsionymi rękami. – Mówisz, że prokurator już tu jest?

– Tak, trochę czasu zajęło nam, zanim pana znaleźliśmy…

– Jasny gwint! Są jakieś dowody? – Złapał Lenara za ramię. – Powiedz mi szczerze chłopcze, czy są jakiekolwiek szanse, żebym się wywinął?

– Panie inspektorze, to nie jest pański trup, to… jakiś trup.

Kulicki przez moment wpatrywał się w starszego aspiranta, jakby słowa, które przed chwilą usłyszał, przecierały jakieś nowe połączenia pomiędzy synapsami w jego mózgu. W końcu jego usta rozszerzyły się w czymś, co posiadacz bardzo specyficznego poczucia humoru nazwałby uśmiechem.

– Nie mój? Jakiś trup?

– Chodź tu Wiesiu! – zawołał stojący nieopodal Płotka. – Zostawcie nas samych chłopaki.
Czterej policjanci, którzy do tej pory zabezpieczali miejsce zbrodni, oddalili się w stronę zaparkowanych nieopodal radiowozów, wyjęli papierosy i karty. Karol Płotka objął Towarzysza ramieniem.

– Słuchaj Wiesiu, sprawa jest bardzo delikatna. W pierwszej kolejności będziemy musieli wezwać tę waszą rzeczniczkę prasową. Wiesz, tę z fajną dupcią.

– Mamy tylko jedną z fajną dupcią… Bożenkę.

– Tak, Bożenkę. Trzeba po nią zadzwonić. Powiedz chłopakom, żeby dali jej znać. Niech pakuje dupeczkę w radiowóz i przyjeżdża – Płotka ściszył głos niemal do szeptu. – Wygląda mi to na robotę jednego z tych… no wiesz… n i e d o k o ń c a u m a r ł y c h. – Mrugnął porozumiewawczo jednym okiem. – Wiesz o kim mówię.

– Wampiry?

Prokurator syknął i rozejrzał się nerwowo by sprawdzić, czy aby przypadkiem nikt niczego nie usłyszał. Oprócz denatki, nie mógł usłyszeć nikt.

– Nie mówię, że tak, ale też nie przeczę – wycedził powoli Płotka. – Po co w ogóle brnąć w tego typu dywagacje? Lepiej, żeby pismaki nie interesowały się tematem. Nie wyglądałoby to dobrze, gdyby okazało się… Sam rozumiesz… Wampiry we Wrocławiu? – Zrobił teatralnie zdziwioną minę, po czym poklepał Kulickiego po ramieniu. – Podobne sprawy w przeszłości się po prostu wyciszało. Da się to zrobić elegancko i po cichu. Sam wiesz…

Kulicki potakiwał głową ze zrozumieniem. Zdarzało mu się już w trakcie kariery działać elegancko i po cichu. Choć ta sprawa wydawała mu się szczególna. Nigdy jeszcze osobiście nie miał styczności z wampirami, czy innym tego typu cholerstwem. Dlatego bez zbędnego przeciągania przychylił się do propozycji Płotki, by wezwać Kalicką. Babeczka była nie w ciemię bita i miała dużo dobrych kontaktów w mediach. A takie kontakty bywają przydatne zwłaszcza wtedy, gdy pojawi się jakiś niechciany przeciek i trzeba kogoś ośmieszyć, obnażyć głupotę czy rażącą niedorzeczność.

– Poradzimy sobie – powiedział w końcu. – Chociaż podejrzewam, że to nie będzie takie proste.

– Wiesiu ja wiem, że to nie będzie proste, nie urodziłem się wczoraj. – Prokurator poklepał go protekcjonalnie po zarośniętym policzku. – Wierzę, że zrobisz wszystko, co w twojej mocy. W razie czego zawsze możesz też przyjść po pomoc do mnie.

Ale to będzie sporo kosztowało, pomyślał inspektor Kulicki.

– Matejko! – ryknął po chili. – Dzwoń mi tu zaraz po rzeczniczkę. Niech no podjedzie. Daleko nie ma, a my musimy się z panem prokuratorem skonsultować w pewnych, niezwykle istotnych kwestiach.

– Tak jest.

Modest Matejko był chuderlawym gliniarzem o wyglądzie cherubinka psychopaty. Jego blond loczki mocno kontrastowały z rozbieganym, niespokojnym spojrzeniem. Przełożeni zwykle nie angażowali go w zbyt odpowiedzialne zajęcia, ponieważ zwyczajnie się go bali. Modest nie narzekał, bo zawsze znalazł sobie jakieś zajęcie.

Na przykład regularnie, nieproszony dokonywał oględzin zwłok w prosektorium.

***

Rzeczniczka pojawiła się po niespełna dwóch kwadransach. Ten czas wystarczył, by Kulicki i Płotka wyniuchali najbliższy sklep monopolowy i opróżnili po puszce odświeżającego piwa. Stali teraz pod jednym z drzew i palili papierosy, ponurzy jak zawsze.

Bożena Kalicka była kobietą po czterdziestce. Jej długie, farbowane na rudo włosy, wiły się niczym węże. Mocny makijaż nie do końca pasował do wykonywanego przez nią zawodu, jednak apele przełożonych puszczała mimo uszu. Miała się za kobietę niezależną, wpływową i pewną siebie. Pomimo posunięcia w latach, zdawała się wciąż zachowywać odrobinę powabu.

– Czego chcieliście gałgany – zapytała wyjmując paczkę mentolowych slimów.

– Nie będę owijał w bawełnę – zaczął Kulicki. – Ktoś zamordował kobietę. Z załączonych dokumentów wynika, że jest to pięćdziesięciodwuletnia Alina Nowak, zamieszkała we Wrocławiu.

– Takie rzeczy się zdarzają – mruknęła Kalicka i wskazała ich oskarżycielsko palcem. – Ale przecież nie wezwaliście mnie z takiego błahego powodu. O co chodzi? Mówić zaraz.

– Pani wnikliwość dorównuje jedynie pani urodzie – odezwał się prokurator, który do tej pory milczał onieśmielony. – Bardzo wstępne oględziny skłoniły nas do wniosków, że za zbrodnią tą stać może osoba nieumarła.

– Wampir? – Rzeczniczka wyraźnie ożywiła się.

– Wolimy używać terminu osoba nieumarła – poprawił ją Kulicki. – Sama pani rozumie, że sprawa może być bardzo poważna, a jej następstwa mogą zrodzić daleko idące konsekwencje…

– Na przykład niezdrowe zainteresowanie mediów – wbił się prokurator Płotka. – Do tej pory udawało się nam utrzymywać wampiry we Wrocławiu w sferze miejskich legend. Paru porąbanych blogerów napisało jakieś bzdury w mediach społecznościowych, ale nikt nigdy nie potraktował ich poważnie.

– Za wyjątkiem Moglińskiego – odparła rzeczniczka.

Zapadła chwila milczenia. Kłopotliwego milczenia.

– No tak… Mogliński – mruknął inspektor. – Ostatnio ma dobrą passę. Kilka poważnych tytułów kupiło jego treści. I to takich spoza świata ezoteryki i okultyzmu…

– W porządku – powiedziała po chwili milczenia Kalicka. – Artura Moglińskiego biorę na siebie. Posprzątajcie ten bajzel, a w południe zwołamy konferencję prasową. Sama nie mogę uwierzyć, że to mówię, ale jeśli to rzeczywiście wampir, mogą być kolejne ofiary. Spróbujemy uszyć z tego seryjnego mordercę, ale… – Spojrzała na nich karcącym wzrokiem. – Rozumiem, że sprawa zostanie załatwiona?

– Załatwiona? – Kulicki rzucił jej uważne spojrzenie. – A… tak, oczywiście. Dojdziemy do tego, kto zamordował i zajmiemy się nim.

Prokurator gorliwie przytaknął.

– Zorganizujemy mordercę zastępczego, a z wampirem się to jakoś załatwi.

Rzeczniczka rzuciła niedopałek na ziemię i rozgniotła go wysokim obcasem skórzanego buta. Widząc to, Płotka poczuł przypływ ekscytacji, który jednak szybko został schłodzony wiadrem zimnej wody.

– I postarajcie się, żeby ta – wskazała palcem zwłoki – nie ugryzła nikogo. Bo wyjdzie niezręcznie. Strasznie niezręcznie.

***

Kulicki znalazł się w swoim biurze około godziny dziesiątej. Musiał wykonać kilka rozmów telefonicznych, a na jego komórce od dawna nie było żadnych środków. Ponadto od dwóch dni bateria była znacznie bardziej martwa, niż poranna denatka. I chyba poprzedniego wieczora rozbił ekran podczas bójki z jakimiś starymi kumplami z milicji.

Była żona i komornik zabierali mu niemal wszystkie pieniądze.

– Kurwa…

Westchnął ciężko i wyjął z szuflady biurka butelkę wódki Huragan. Z braku lepszego naczynia chwycił szklankę w metalowym koszyczku, która stała na biurku od kilku dni. Wysypał fusy po herbacie do kosza i napełnił ją do połowy alkoholem, po czym wypił wszystko jednym haustem, nie krzywiąc się nawet specjalnie. Z kieszeni płaszcza wyjął broń służbową. Odetchnął z ulgą uzmysłowiwszy sobie, że nosząc pistolet w taki sposób, mógł go bardzo łatwo zgubić. Trzęsącymi się rękoma, wyjął w końcu papierosy i zapalił jednego, następnie chwycił za słuchawkę aparatu pamiętającego stare, dobre czasy i wykręcił numer, który wyczytał z notesu.

– Tak? – rozległ się głos w słuchawce.

– Doktorze Frankenheimer, z tej strony inspektor Kulicki. Mamy poważny problem.

W słuchawce zapadła cisza.

– Czy ten… problem, wymaga mojej… szczególnej interwencji? – zapytał głos z wyraźnie niemieckim akcentem.

– Zgadza się. Potrzebuję pana w prosektorium. Dobrze by było to załatwić jak najszybciej. Może nawet jeszcze przed okazaniem zwłok.

– Przed okazaniem? – upewnił się Frankenheimer.

– Kiedy mógłbym się pana spodziewać?

Znów chwila ciszy, przerywana jedynie ciężkim, powolnym sapaniem, charczeniem i chrobotem.

– Jeśli przyśle pan po mnie kogoś, mogę być gotów za… pół godziny.

– W porządku. Zatem do zobaczenia. – Inspektor odłożył słuchawkę.

Jedna sprawa załatwiona, pomyślał patrząc do swojego notesu i na zegarek. Czasu na działanie było niewiele, a sytuacja była szczególna. Wypił jeszcze pół szklanki wódki i schował butelkę z powrotem do szuflady, gdzie leżała ramka ze zdjęciem żony i syna.

Znów podniósł słuchawkę, ale tym razem wykręcił numer wewnętrzny.

– Jest tam gdzieś na dole Lenar? Niech podejdzie do mnie. To pilne.

***

Ciało Aliny Nowak spoczywało w kostnicy tak, jak je przywieziono. Na specjalne zalecenie prokuratora, nikt nie podejmował żadnych działań. Kręcił się tam tylko Modest Matejko, ale gdy tylko Kulicki zjawił się z Frankenheimerem, aspirant wyszedł.

– To jest ten problem? – zapytał doktor i bez ogródek odsłonił twarz denatki.

Ciężką torbę lekarską postawił na podłodze. Inspektor skinął głową.

– Proszę się nie krępować. Leży tak, jak ją przywieziono.

Frankenheimer ściągnął całkowicie białe prześcieradło i rozpoczął oględziny zwłok. Na szyi ofiary, w okolicach tętnicy, odnalazł bez trudu dwie rany oddalone od siebie o kilka centymetrów. Następnie założył lateksowe rękawiczki i rozpoczął obmacywanie rozmaitych rejonów Nowak. Policjant zaczął się niepokoić i przez chwilę rozważał, czy przypadkiem nie odbywa się tu coś nielegalnego, ale w końcu Frankenheimer wyprostował się.

– Ale się opił – mruknął. – Musiał wydoić na raz pięć litrów… no, może cztery. Ciężko jest w taki sposób ściągnąć całą krew z organizmu.

– A więc jednak?

Kulicki odkręcił piersiówkę, którą wyjął zza pazuchy i przyssał się do niej jak niemowlak do piersi matki.

– Nie mam w tej kwestii najmniejszych wątpliwości. Mamy tu do czynienia z przypadkiem śmierci wampirycznej. – Doktor otworzył swoją torbę i wyjął z niej metalową piłkę, młot i drewniany kołek. – Ta kobieta przebudzi się już niebawem i może stać się przyczyną licznych problemów. Jeśli pan rozumie, co mam na myśli – Frankenheimer podrapał się brudnym paznokciem po podbródku.

– Doskonale rozumiem – odparł Kulicki. – Właśnie dlatego pana wezwałem.

– Czyli mogę?

– Oczywiście. Czyńcie swoją powinność towarzyszu.

Doktor chwycił w jedną dłoń zaostrzony palik, w drugą młot. Kołek przyłożył do piersi kobiety, mniej więcej tam, gdzie powinno znajdować się serce, następnie uderzył weń młotem. Uderzał tak kilka razy, czemu towarzyszyły dość osobliwe i nieprzyjemne odgłosy. Kulicki wzdrygał się przy każdym takim uderzeniu, pociągając przy tym z piersiówki. Z każdym uderzeniem palik zanurzał się coraz głębiej i głębiej, aż w końcu przybrał postać drewnianego krążka wystającego nieco tylko ponad ciało.

– Nigdy bym nie uwierzył w takie rzeczy, gdybym sam nie zobaczył – powiedział inspektor. – To się w głowie nie mieści…

– A właśnie, głowa! – Frankenheimer otarł pot z czoła, odłożył młot i chwycił za piłę. – Zechce pan mi pomóc?

Kulicki schował piersiówkę. Włożył rękę pod folię, na której leżały zwłoki i dopiero przez tę folię chwycił głowę Aliny Nowak. Frankenheimer przyłożył piłę do gardła i zaczął ciąć. Dźwięk był nieprzyjemny, świszcząco-mięsisty. Ale jeszcze bardziej nieprzyjemny stał się, gdy brzeszczot piły dotarł do części twardych. Teraz doktor musiał włożyć w to naprawdę dużo siły. Inspektor dziękował Bogu, że w ciele nie było krwi. Prawdopodobnie odcięcie głowy, nawet zwłokom, ale nieopróżnionym, byłoby dużo bardziej drastycznym widowiskiem, którego jego schorowany żołądek mógłby nie wytrzymać.

W końcu brzeszczot znalazł się po drugiej stronie szyi, a trzymana przez Kulickiego głowa odsunęła się od korpusu, który teraz kończył się dziwacznym przekrojem.

– Czy oni to kupią?

Frankenheimer oddychając ciężko, usiadł na zielonym krześle stojącym nieopodal.

– To już nie moje zmartwienie. Miałem tylko przyjechać i wykonać swoją robotę. To pan chciał, bym to zrobił przed okazaniem.

Wstał i zaczął przecierać swoje narzędzia jednorazowymi ściereczkami nasączonymi spirytusem.

– A jak niby mieliśmy to załatwić inaczej? Chyba lepsze to, niż panika z powodu wampra? Powiemy, że to po prostu jakiś świr, zamknie się jakiegoś bezdomnego…

– Jak pan sobie chce – przerwał mu Frankenheimer, chowając narzędzia do torby. – A zatem…

– Zatem?

– Tego…

Kulicki zreflektował się i wyjął z wewnętrznej kieszeni płaszcza kopertę z pieniędzmi podjętymi z depozytu policyjnego. Pieniądze były dowodem w sprawie narkotykowej, ale przy odrobinie dobrych chęci, powinno się to udać jakoś załatwić.

– Muszę liczyć? – zapytał doktor.

– Tylko wówczas, jeśli pan mi nie ufa. – Inspektor zaśmiał się nerwowo i zaczął szukać piersiówki po kieszeniach.

Frankenheimer szybko przeliczył.

– Tu jest tylko siedemset. Brakuje trzystu złotych.

– Umówmy się, że drugą ratę dostarczę w ciągu tygodnia.

– Nie było mowy o żadnych ratach panie Wiesławie.

Kulicki westchnął ciężko. Wyjął portfel i szybko przeliczył jego zawartość.

– Tu jest osiemdziesiąt siedem złotych i pięćdziesiąt groszy…

– Dobra, daruj sobie pan te drobniaki. – Frankenheimer wziął pomięte banknoty i starannie włożył do koperty z pozostałymi pieniędzmi. – Niech pan sobie kupi coś do jedzenia. Wygląda pan jak kupa gnoju.

Inspektor uzmysłowił sobie, że od rana wypił piwo, trochę wódki, wypalił paczkę papierosów i w zasadzie nie miał w ustach ani kęsa czegoś normalnego. I w tej samej sekundzie jego żołądek zawył przeciągle.

Gdy tylko rozstał się z Frankenheimerem, skierował swoje kroki do bufetu, gdzie zamówił setkę i kanapkę z szynką. Setkę wypił od razu, a kanapkę schował do kieszeni marynarki na później, gdy tylko przypomniał sobie o konferencji prasowej, którą miała zwołać Kalicka.

***

Przed aulą stało kilkoro dziennikarzy, którzy nie zmieścili się w środku. Przyszło ich znacznie więcej, niż się spodziewał. Nie chcąc przeciskać się przez tłum, Kulicki wyjął odznakę i zaczął wymachiwać nią na lewo i prawo. Wreszcie wcisnął się do ciasnego wnętrza auli, przepełnionego smrodem potu i skarpet, które już dawno powinny były trafić do kosza na brudy, ale najwyraźniej ktoś postanowił dać im drugą szansę.

Kalicka akurat odpowiadała na pytanie któregoś dziennikarzyny z lokalnego szmatławca.

– To pierwsze tak drastyczne morderstwo w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. Nie ma żadnych przesłanek, że może to być zapowiedź serii, choć oczywiście nie wykluczamy z góry takiej możliwości. Do sprawy zostaną przydzieleni najlepsi ludzie. Zrobimy wszystko, by wyjaśnić ten przypadek.

Po chwili rękę podniósł jakiś ulizany hipster.

– Szymon Antczak, portal zbrodnia24. W jaki sposób głowa została oddzielona od ciała?

– Niestety nie mogę udzielić takiej informacji – odparła Kalicka. – Ciało zostanie poddane sekcji zwłok i dokładniejszej ekspertyzie dziś wieczorem.

– A wstępne oględziny? Chyba można na pierwszy rzut oka rozróżnić, czy ktoś posłużył się piłą czy siekierą?

– Nie chcielibyśmy wpuszczać do obiegu informacji niesprawdzonych. Sami państwo rozumiecie, taka informacja zaczyna żyć własnym życie, jest bezmyślnie powielana, deformowana, zniekształcana i bardzo trudno to potem powstrzymać. Proszę uzbroić się w cierpliwość i zaczekać na wyniki rzetelnej ekspertyzy.

Kulicki poczuł, że za chwilę zwymiotuje. Bynajmniej nie dlatego, że rozmawiano o dekapitacji. Osobiście kilkadziesiąt minut wcześniej asystował przy tej czynności. Niedobrze mu było, bo w dalszym ciągu niczego nie zjadł, i zaczęły odzywać się wszelkie defekty jego ciała, o których przez lata wolał nie myśleć, i zwykle po prostu udawał, że ich nie było. Zrobiło mu się duszno, a na czoło wystąpiły krople potu. Wstał i chwiejnym krokiem udał się w stronę wyjścia, pozostawiając Bożenę Kalicką na pastwę wygłodniałych sępów.

***

Do domu dotarł bardzo późnym wieczorem. Właściwie to nawet bardzo wczesnym rankiem. Opadł bezwładnie na fotel, nie zdejmując nawet płaszcza i butów. Na stoliku w dalszym ciągu stała butelka wódki, otwarta dwa dni wcześniej. Obok położył jeszcze kanapkę z bufetu, która w końcu miała się doczekać konsumpcji.

Jego lokum wyglądało, delikatnie mówiąc, jakby mieszkał w nim niezbyt porządny kawaler. Była to kawalerka, do której wprowadził się zaraz po tym, jak żona wypędziła go z domu i od trzech lat nie zdarzyło mu się posprzątać jej ani razu. Ubrania prał w zlewie kuchennym, bo stara frania rwała wszystko na strzępy. Naczyń starał się nie używać. Zwykle kupował gotowe dania, które znajdowały się w jakimś pojemniku i miały załączone jednorazowe sztućce. Na bardziej wyszukane jedzenie szedł do firmowego bufetu lub baru mlecznego. Okien nie odsłaniał, więc nie odczuwał dyskomfortu związanego z faktem, że nic przez nie nie widać.

Ostatecznie nie ruszył nawet tej kanapki. Wypił resztkę wódki, włożył pistolet do ust i zasnął.

Chcesz mieć informację o kolejnych rozdziałach? Polub na FB

Jeśli ci się podobało - udostępnij!