Podziemny Wrocław: wizyta u Frankenheimera

Podziel się:

Kulicki nigdy nie był u Frankenheimera. Nie znał nawet jego adresu. Musiał więc zlecić któremuś z młodych wilczków zdobycie tej informacji, co kosztowało go pięć dych i sporo nerwów. Teraz jednak stał przed antywłamaniowymi drzwiami, dysząc po wspinaczce na piąte piętro. Jakiś bałwan zablokował windę na samej górze. Czubek wpadł chyba na pomysł, aby wsadzić do niej tapczan. Kulicki rozważał przez chwile, czy nie wejść tam i nie spuścić entuzjaście przeprowadzek solidnego lania. Ostatecznie jednak zadyszka, którą miał już teraz, była dla niego wystarczająco zniechęcająca.
Zapukał do drzwi i czekał.

– Kto tam? – usłyszał po chwili.

– Kulicki. Otwórz Lutz.

Przez chwilę panowała cisza, jakby ten w środku zastanawiał się, co zrobić. W końcu chyba jednak doszedł do wniosku, że nie może zrobić nic, bo odkręcił zamek i otworzył drzwi.

– Wchodź, tylko szybko. Jeszcze sąsiedzi zobaczą, że z psem trzymam.

Inspektor wtoczył się zwaliście do mieszkania i zaraz drzwi zamknęły się za jego plecami.

– Co się dzieje? Skąd ma pan mój adres? – Frankenheimer był wyraźnie zaniepokojony.

– Mniejsza o to, skąd mam adres. Daj mi jakąś szklankę wody, albo lepiej piwo.

– Mam tylko weissbier.

– Trudno. Może być.

Kulicki bez większych ceregieli wpakował się do salonu w butach i usiadł ciężko na starej kanapie, wywołując serię niepokojących dźwięków. Rozejrzał się ciekawie po pokoju, który urządzony był na modłę mieszkania jego dziadków. Na ścianie pełno obrazów, na środku pokoju duży, drewniany stół i komplet krzeseł, przeszklony kredens z miliardem pierdółek z porcelany, portret fuhrera…

– Zaraz… – Już miał wstać, ale doktor podszedł do obrazka i położył go na szafce. – Czy to…

– Proszę pokazać nakaz!

– To nie jest film Frankenheimer. Przyszedłem do ciebie pogadać jak kumpel z kumplem.

– Odkąd to jesteśmy kumplami? – Niemiec przysiadł przy stole. – Owszem, współpracujemy, od czasu do czasu urżniemy wspólnie łeb jakiemuś niespokojnemu nieboszczykowi, ale bruderszaftu raczej nie piliśmy…

– A propos, masz to piwo?

Lutz wstał i poszedł do kuchni. Po chwili pojawił się z dwoma butelkami schłodzonego przeniczniaka.

– Proszę.

– Przy okazji… mam dla ciebie brakującą kasę. – Kulicki przechylił się, aby wydobyć portfel z kieszeni spodni, jednak doktor powstrzymał go gestem ręki.

– Daj spokój. Nie będę ci wypominał każdej stówki, którą mi wisisz.

– Naprawdę mam pieniądze. Mogę ci oddać jak chcesz. – Inspektor zasapał się jeszcze bardziej i łyknął sobie piwa. – Dobre. Zimne.

– Skoro już usadowiłeś się wygodnie, może w końcu raczysz mi wyjaśnić, co cię tutaj sprowadza? – Frankenheimer wrócił do swojej standardowej, srogiej miny.

Kulicki opróżnił butelkę i odłożył ją na podłogę, obok swojego buta. Miał ochotę na jeszcze coś mocniejszego, ale nie chciał nadużywać gościnności swojego gospodarza, więc sięgnął po piersióweczkę.

– Pamiętasz tę dwójkę zagryzioną przez wampira?

– Alina Nowak, lat pięćdziesiąt dwa i Andrzej Zawadzki, lat trzydzieści osiem.

– Zgadza się. – Kuliński był pod wrażeniem niezawodnej pamięci doktora. – Pomogłeś mi ich unieszkodliwić i za to dzięki ci dobry człowieku. Ale dlaczego na Boga, nie powiedziałeś mi, kto ich tak załatwił?

– Ja?

– Wiem z pewnego źródła, że trzymasz się z wrocławskimi wampirami. Spotykacie się razem i gracie w brydża. Ich jest akurat trzech. Ty jesteś czwartym do kompletu i – co ciekawe – podajesz się za łowcę wampirów, upiorów, demonów, wilkołaków i innego tałatajstwa. Powiesz mi, o co w tym wszystkim chodzi? I najważniejsze – kto jest za to odpowiedzialny?

Po tak długiej przemowie inspektor musiał się napić, a w piersiówce nie było już nic.

– I podaj mi proszę jeszcze szklankę wody, albo lepiej drugie piwo.

Doktor wstał i wyszedł do kuchni. Kuliński sięgnął do kieszeni płaszcza, by sprawdzić, czy pistolet jest na swoim miejscu. Oczywiście był, jak zawsze. Było raczej mało prawdopodobne, że Frankenheimer spróbuje uciekać. Był stary i schorowany, więc ucieczka i pościg wyglądałyby żałośnie i odarłyby obu mężczyzn z resztek godności. Jednak inspektor chciał być gotowy na wszystko. Na szczęście niepotrzebnie. Niemiec wrócił z nową butelką piwa.

– No tak… – westchnął. – W dzisiejszych czasach trudno liczyć na jakąkolwiek dyskrecję. – Skąd o tym wszystkim wiesz?

– Po tylu latach współpracy mógłbyś sobie zapamiętać, że ja wiem o wszystkim, co dzieje się w tym mieście – odparł Kulicki i pociągnął piwa. – Oprócz tego, kto załatwił Nowakową i Zawadzkiego. Ale liczę, że za chwilę dowiem się tego od ciebie.

Frankenheimer opadł na krzesło, które zaskrzeczało żałośnie.

– No dobra. To nie jest tak, że ja i oni jesteśmy paczką przyjaciół. Owszem, wpadam do nich na brydża i mamy taki niepisany pakt, że nie polujemy na siebie nawzajem. Inaczej już dawno byłoby po ptakach. Te spotkania mają również charakter statusowo-kontrolny. Oni mówią mi, co u nich, ja mówię im, co słychać na mieście.

– No i?

– Jeżeli którykolwiek z nich zagryzł Nowakową i Zawadzkiego, to zataił to przede mną. Temat tych dwóch ofiar pojawił się na ostatnim spotkaniu, ale raczej przelotnie i bez większych szczegółów.

– Rozumiem.

Kulicki wyjął papierosa i zapalił, wypuszczając przy tym kłąb śmierdzącego dymu. Doktor patrzył na to z nieskrywanym oburzeniem, ale nic nie powiedział. Ostatecznie jego położenie było nie najlepsze.

– Nie wiem nic więcej – dodał po chwili.

Inspektor wstał, odłożył pustą butelkę na stół i zbliżył się do okna. Na dworze zapadał już zmrok.

– Czy mógłbyś mnie umówić z tymi trzema jegomościami? Skoro nie powiedzieli nic tobie, może mi powiedzą?

– Nie wiem, czy to dobry pomysł – odparł doktor z przelęknieniem. – Ich tożsamość i miejsce zamieszkania oraz wszystko, co ci do tej pory powiedziałem, chronione jest naszą dżentelmeńską umową. Jeśli dowiedzą się, że ci powiedziałem, nabiją mnie na pal.

Kulicki obojętnie wzruszył ramionami.

– Jeśli mi nie powiesz, pewnego dnia o świcie odwiedzi cię oddział antyterrorystyczny i trafisz do miejsca, w którym niezbyt ci się spodoba. – Uśmiechnął się nieprzyjemnie. – A jak jeszcze koledzy spod celi dowiedzą się, że jesteś prawdziwym hitlerowcem, takim, co to w trzydziestym dziewiątym najechał na Polskę, to zrobią ci taki anschluss, że w zasadzie będzie ci wszystko jedno, czy nabijają cię na pal czy na grubą pytę Zdzicha.

Niemiec przełknął głośno ślinę.

fot. Darinka Maja, flickr.comCC BY 2.0

Podziel się:

Comments

comments