Opowiadanie konkursowe: Ostatni zombie

Podziel się:

Poniżej moje zwycięskie opowiadanko, napisane na konkurs „Ostatni zombie” organizowany przez fanpage powieściologia.pl. Rzecz, z której szczególnie jestem dumny – z tytułem ma 10 000 znaków, czyli dokładnie tyle, ile wynosił limit 🙂 Wiecie dlaczego to takie ważne? Bo musiałem się mocno zastanowić nad tym, które słowa wywalić lub zastąpić jakimiś krótszymi/dłuższymi.


Na wrocławskim rynku było tłoczno jak zwykle. Inaczej jednak niż zwykle wyglądał osobliwy tłum, składający się przeważnie z jęczących, wlokących za sobą fragmenty ciał oraz jelit, chwiejnych postaci. Były to żywe trupy. Zombie, które opanowały całe miasto, kraj, a być może nawet i świat. I właściwie chyba mało kto był w stanie powiedzieć, jak to się wszystko zaczęło. Zaczęło się, a później szybko rozprzestrzeniło, pozostawiając w stanie normalnym jedynie garstkę ludzi, których geny okazały się być naturalnie odporne.

W takich oto okolicznościach, mniej więcej na środku rynku, jeden z zombie zatrzymał się nagle i zaczął jęczeć głośniej.

– Yyyeeeeeeeghhh!!!

W wolnym tłumaczeniu oznaczać to miało „Ludzie!”. Ponieważ jednak tłumaczenie każdej kwestii z osobna będzie trwało całą wieczność (zombie wszystko strasznie przeciągają), posłużmy się może wersją z dubbingiem.

– Luuudzie!!! Opanujcie się!!! – krzyczał zombie. – Pójdźcie po rozum do głowy!

– Nawet ja? – spytał jeden z przechodniów, któremu z głowy została tylko część twarzowa, ze zwisającym smętnie jednym uchem.

– Rafał przestań robić wiochę! O co ci znowu chodzi?

Zombie obrócił się w stronę, z której dobiegał głos. Głos należał do Moniki, dziewczyny Rafała.

– Jeżeli nie zrezygnujemy z żywca, nasze dni są policzone! – powiedział.

– O co ci znowu chodzi z tym żywcem?

– Dokonałem obliczeń! Żywca jest zbyt mało, musimy przejść na dietę wegańską!

Wokół rozległ się szyderczy śmiech tych, którzy przypadkiem wyłowili z hałasu ostatnie zdanie.

– Panie, weź pan się puknij – powiedział starszy pan bez ręki. – Z jakiej pan jest partii, co? Kto panu płaci za błaznowanie? Co to, jakiś komitet obrony żywca?

– Nikt mi nie płaci!

– Rafał chodź już do domu. Po co ci to? – Monika pociągnęła go za rękę, ale delikatnie, żeby nie urwać.

– Walczę o sprawę, w którą wierzę. Żywca jest za mało i nie powstaje nowy. Jeśli nie zmienimy swojego stylu życia, świat który znamy odejdzie… Wyginiemy wszyscy z głodu!

☠☠☠

O północy do drzwi rozległo się pukanie. Rafał nie spał, ponieważ zombie nie muszą spać. Leżał w letargu. Wstał i otworzył, a jego oku ukazało się trzech młodych ludzi.

– Jak mogę pomóc? – zapytał.

– Słyszeliśmy twoje wystąpienie na rynku. Uważamy, że masz rację i chcemy dołączyć – powiedział niski, bo pozbawiony nóg, chłopak. – Ja jestem Adam. To są Sztywny i Klocek.

Wszyscy oprócz Klocka podali sobie dłonie. Klocek nie miał dłoni. Dał do uściśnięcia zmartwiały, czarny kikut, z którego sączyła się ropa.

– Dlaczego mówią na ciebie Sztywny? – zapytał Rafał.

– Sam nie wiem… Jakoś tak się przyjęło na cmentarzu.

– W porządku, wejdźcie.

Uchylił drzwi i gestem ręki zaprosił ich do pokoju pełnego much. Tym, co przywabiało owady, nie był jednak przyjemny smrodek rozkładu, ale wiadra pełne krowiego łajna, stojące na środku pokoju.

– Cóż to takiego? – zapytał Klocek, wskazując wiadra kikutem.

– Nawóz. Chcę zasadzić rośliny jadalne i stworzyć pole uprawne – odparł Rafał.

– Widzę, że prawdziwy z ciebie preppers – zaśmiał się Adam. – Podoba nam się to. Właśnie o to chodzi. Indywidualny system żywienia, oparty o roślinność hodowaną we własnym zakresie…

– Pięknie powiedziane Adamie – poparł go Klocek. – Przejdźmy do meritum. Dysponujemy pięknym kawałkiem ziemi pod Wrocławiem. Dawna ferma żywca, ale… sam wiesz…

– Mięso wyszło, jak to mówią – roześmiał się Adam, kończąc zdanie za kolegę.

– No dobrze. – Rafał usiadł na przegniłej kanapie. – Ale czego oczekujecie w zamian? Nie mam za dużo kasy…

– Ale masz to – Klocek wskazał kikutem wiadra gnoju – know how.

☠☠☠

Trzy miesiące później…

Wszystko zaczynało się układać. No, może poza tym, że Monika rzuciła Rafała. Twierdziła, że nie miał jaj. Z klinicznego punktu widzenia posiadał jednak całkiem spory fragment lewego jądra. No, ale któż zrozumie kobiety?

Uprawy rosły w oczach. Mieli ziemniaki, rośliny strączkowe, pomidory, ogórki, marchew i kukurydzę. Całość ogrodzili trzywarstwowym systemem umocnień, składającym się z palisady zewnętrznej, płotu z drutem kolczastym oraz palisady wewnętrznej, skierowanej na zewnątrz. Obawiali się, że inni, przejrzawszy na oczy, zechcą dobrać się do ich upraw. Tymczasem najwięcej szkód narobiły dziki i inne, drobniejsze szkodniki. Wkrótce zaczęli wystawiać regularne, całodobowe patrole. Nie było to szczególnie uciążliwe, bo jak już wcześniej wspomniałem – zombie nie śpią.

– Czy nasz apel został wysłuchany? Czy niedowiarkowie przejrzeli na oczy? – spytał Adam ujrzawszy Rafała, wracającego z miasta. – Jak poszło wodzu?

– Poszło tak, że nie chcieli w ogóle mnie słuchać. – Zombie usiadł na ławeczce przy bramie i westchnął głęboko, wypluwając przy okazji całkiem sporo ropy, limfy i nadgniłej tkanki. – Są zbyt zaaferowani kryzysem. Żywność drożeje w zastraszającym tempie.

– No tak, przewidziałeś to. Mówiłeś im już wcześniej, ale…

– Nie słuchają. Tak samo, jak nie słuchali wtedy.

Adam chciał poklepać przyjaciela po plecach, ale ponieważ nie miał nóg, nie dosięgał.

– Pewnego dnia zrozumieją, ale będzie za późno – powiedział tylko i wrócił do pilnowania upraw.
Z oddalonych o kilkanaście metrów grządek, przyjacielsko pomachał im kikutem Klocek.

☠☠☠

Kolejne trzy miesiące później…

Był wieczór. Nad Wrocławiem unosiła się ognista łuna zapowiadająca najgorsze. Wzrost cen żywca wywołał zamieszki na iście apokaliptyczną skalę. Zombie rozbijały szyby wystaw sklepowych i podpalały samochody. We wszystkich kanałach telewizyjnych pokazywano głównego ekonomistę, który powtarzał jak mantrę, że nie ma powodów do paniki, i że nagły wzrost cen żywca ma charakter spekulacyjny, całkowicie nie związany z rzekomą „dziurą żywnościową”.

– Oho, zaczyna się – mruknął Sztywny, tuląc się do swojej strzelby w fotelu bujanym na ganku.

– Taaaaak… Wkrótce zwali się tu pół miasta. – Rafał nigdy nie był przesadnym optymistą i teraz także nie zamierzał nim być. – Przygotujmy się na najgorsze. To nie będzie jak zeszłotygodniowy atak królika. To będzie coś dużo, dużo gorszego…

– Apokalipsa zombie – uzupełnił Kloc, próbując wydłubać kikutem z nosa martwą tkankę. Rozerwał tylko jakiś torbiel, z którego wylała się cuchnąca, żółta ropa z krwawymi skrzepami.

Rafał zszedł z ganku i stanął do nich przodem.

– Towarzysze! Niebawem przyjdą odebrać nam nasze plony, owoce naszej ciężkiej pracy! Ale nie oddamy ich tak łatwo! Mamy broń i będziemy się bronić!

– Mamy też bronę, gdyby to cokolwiek zmieniało – szepnął Kloc, oblizując kikut z ropy.

– Fuj, jesteś obrzydliwy! – jęknął Adam, widząc to. – Wziąłbyś chociaż chusteczkę!

Z oddali dało się słyszeć narastający wrzask. Nikt nie miał wątpliwości, co do jego źródła. Był to wrzask tysięcy głodnych, przegniłych, martwych gardeł. I już po chwili ujrzeli wynurzające się z mroku, rozczapierzone dłonie jak szpony, pokryte strupami i sine niczym u topielca.
Pierwsza fala zombie zatrzymała się na palisadzie. Zaostrzone żerdzie wnikały w nich jak w masło. Dziurawiły, rozrywały, przeszywały i szarpały. Ciała drgały, groteskowo zawieszone na palikach. Sam atak nastąpił tak szybko i niespodziewanie, że obrońcy farmy nadal stali na ganku, obserwując to drastyczne, krwawe widowisko.

Rafał ocknął się jako pierwszy. Podbiegł do drewnianej wajchy połączonej z kołem wprawiającym w ruch mechanizm opuszczania beczki. Zwykle w beczce była woda, która wlana do kanalików irygacyjnych, nawadniała całe pole. Tym razem nalali tam oliwy, zaś znicze rozstawione w kanalikach, wzdłuż ogrodzenia, miały zapewnić zapłon. Tak też się stało.

Druga fala zmieniła się w wielkiego, pełzającego, płonącego węża, próbującego staranować palisadę razem z płotem. Wrzask płonących pełen był bólu i rozpaczy, choć zdawać by się mogło, że zombie nie czują ani bólu, ani tym bardziej rozpaczy.

W końcu przedarli się i pojedyncze, płonące ciała, przeczołgiwały się pomiędzy belkami drugiej palisady. Stopiona skóra spływała z nich całymi płatami obnażając nagie, poczerniałe kości, ale zombie wciąż pełzły i pełzły, szczerząc swe pozbawione warg i policzków szczęki.

– Do boju! – ryknął krótko Rafał, ściskając w dłoni toporek strażacki. Nie zostało bowiem nic innego, jak tylko bezpośrednia walka z przytłaczającymi siłami wroga.

Pierwszy padł Adam, który pozbawiony nóg, stanowił najłatwiejszy cel. Zombiaki oderwały mu ręce i rozszarpały zębami gardło. Adam żył jeszcze. Prosił, by ktoś mu pomógł. Zapewniał, że nic mu nie jest, jednak w zgiełku bitewnym zniknął gdzieś pod stosami trupów, kończyn i kości.
Później poległ Klocek, któremu sztywny rzucił strzelbę. Ta jednak odbiła się od kikutów i spadła prosto pod nogi zombie.

– Co ty…

Nie dokończył, bo strasznie grube babsko usiadło na nim, gniotąc, miażdżąc i łamiąc chyba wszystkie kości. Zresztą pozbawiony broni Sztywny, padł zaraz po nim.

☠☠☠

Nad ranem pobojowisko wyglądało okropnie. Wszędzie walały się ciała w większym lub mniejszym stopniu zmasakrowane. Część z nich była spalona. Wiele nosiło ślady obrażeń od toporka czy postrzałów ze strzelby. Inne wyglądały jak stratowane przez tłum. Jednej kobiecie z rozwartej gardzieli makabrycznie sterczała kość piszczelowa, zupełnie jakby ktoś wdepnął jej w twarz, a następnie odszedł, zostawiając strzaskaną kończynę.

Gdzieś nad tym wszystkim, na dachu domu, siedział Rafał, któremu chyba tylko cudem udało się przeżyć oblężenie. Cały pokryty był gnijącą krwią, ropą i ekskrementami, które obficie chlapały po ciosach zadawanych toporem w brzuchy. Smród zgnilizny był tak duży, że już wkrótce zaroiło się od bezdomnych psów, jeszcze kilka dni wcześniej ukrywających się, jakby przeczuwały, że mogą przeistoczyć się w smalec i tuszonkę. Teraz wyszły z ukrycia na żer.

Świat należał dawniej do dinozaurów. Potem do ludzi, i w końcu do zombie. Wszystko wskazywało na to, że teraz świat miał należeć do bezdomnych psów – pomyślał sobie Rafał.

Chciał zejść, by dokonać inwentaryzacji swoich warzyw, jednak kiedy podnosił się, zahaczył resztą lewego jądra o łebek papiaka wystającego z dachu i… oderwał je. To był definitywny koniec. Nawet jeśli przeżyła jakaś kobieta, nie miał już najmniejszych szans, na przedłużenie gatunku…

fot. David Simmonds, flickr.comCC BY-SA 2.0

Podziel się:

Comments

comments