Kobieta, która nie chciała spać spokojnie (opowiadanie z Podziemnego Wrocławia)

Płatki śniegu szalały niczym wirujący derwisze w pomarańczowym świetle lamp sodowych, oświetlających ulice Wrocławia. Lecz ich szaleńczy taniec nie trwał wiecznie. W końcu osiadały na dachach samochodów, trawnikach i ubraniach przechodniów, by wygasnąć, roztopić się, umrzeć, odejść w zapomnienie i stać się przysłowiowym, zeszłorocznym śniegiem.

Kobieta szła szybkim krokiem, wzdłuż ulicy Nożowniczej. Zdawała się nie zwracać uwagi na stukot butów, który rozlegał się za jej plecami. Jej śladem podążało dwóch mężczyzn ubranych w płaszcze i kapelusze. I choć wydawało się, że poruszają się znacznie wolniej, w jakiś niewytłumaczalny sposób skracali dystans do swojej ofiary.

Widząc to, Marek postanowił działać. Gdy kobieta minęła go, a prześladowcy znaleźli się na wysokości bramy, zatoczył się jak pijak, wpadając wprost na nich i przytrzymując się skrawka płaszcza, runął na chodnik. Właściciel płaszcza zaklął i zaczął wyszarpywać materiał z rąk Marka. Drugi, wciąż jeszcze zaskoczony, stał przez chwilę bezczynnie, jednak w końcu rzucił się na pomoc koledze.

– Puszczaj! – syknął ten od płaszcza. – Puszczaj, słyszysz?

– Przepraszam panowie – wymamrotał Marek. – Nie macie może poratować groszem? Do piwa mi zabrakło… cokolwiek.

Widząc, że kobieta oddala się, mężczyźni przestali być delikatni. Marek oberwał kopniaka na twarz i opadł na chodnik. Poczuł strugę krwi płynącą z dolnej wargi. We wgłębieniu pomiędzy kamieniami bruku szybko utworzyła się ciemna kałuża.

– Ejjj – jęknął.

Gdy uniósł głowę, tamtych już nie było. Odbiegli, a może tylko oddalili się szybkim krokiem, by nie zostać zauważonym przez przypadkowych świadków.

Marek wstał i wyjął z kieszeni paczkę chusteczek higienicznych. Ruszanie na pomoc obcym nie było w jego stylu. Chociaż tym razem chodziło o kobietę, w dodatku wyglądającą dość wytwornie. Wydobył z pamięci szczegóły, które od razu rzuciły mu się w oko: staromodny płaszcz i kapelusz. Nie widział twarzy, ale sądząc po takim ubiorze, mogła mieć lata młodości już za sobą. Z drugiej strony, krok miała sprężysty. Chyba ciut za bardzo, jak na seniorkę. Łydeczki i uda pracowały. Zawyrokował zatem, że musiała być w wieku średnim lub też, co wydawało mu się brzmieć bardziej intrygująco, osiągnęła pełną dojrzałość.

Co jeszcze? Miała torebkę. I to pewnie ta torebka przykuła uwagę zbirów. Chociaż nie. Nie wyglądali na dresów czy pijaczków. Też ubrani byli raczej dobrze i troszkę staromodnie. Ich twarze widział z bliska, ale nie byłby w stanie przytoczyć teraz żadnego opisu czy choćby najmniejszego detalu. Byli nijacy, idealnie neutralni. Gdyby miał wskazać jakieś cechy szczególne, musiałby powiedzieć, że obaj mieli oczy, nosy i usta.

– Cholera jasna… Dziwaczny wieczór – powiedział sam do siebie, trzymając chustkę przy nosie.

Wolnym krokiem ruszył w stronę Odrzańskiej. Nic nie stało na przeszkodzie, by kontynuować wcześniej przedsięwzięty plan. Stary, ale bardzo dobry plan, by udać się do baru, zamówić piwo i udając samotnego, załamanego, porzuconego mężczyznę, zwrócić na siebie uwagę jakiejś kobiety, która całkiem przypadkiem będzie również siedziała tam sama. A później… od słowa, do słowa, przejść do subtelnej ofensywy, zastawić sidła, przełamać wszelkie punkty oporu i przy odrobinie szczęścia zakończyć wieczór w cudzym łożu.

Rankiem musiałby lecieć do roboty. Nawet śniadania by razem nie zjedli, ale wymieniliby się numerami telefonów, a on obiecałby zadzwonić w przerwie na lunch. Godziny mijałyby spokojnie, a on by nie dzwonił. Nie zadzwoniłby wcale. Ona w końcu zorientowałaby się, że jej portfel został wyczyszczony, i że zniknęły kosztowności, które leżały gdzieś na wierzchu. Ale niewiele dałoby się zrobić, ponieważ okazałoby się, że on bardzo dokładnie uprzątnął po sobie wszelkie ślady, a twarz miał… zupełnie nijaką. Ot, zupełnie jak ci faceci właśnie.

Stary, dobry plan. A po co zmieniać coś, co jest dobre? Jedyne, co się zmieniało, to część miasta, dzień tygodnia oraz pora dnia. Rutyna gubi ludzi. Głupia myśl, że można pójść drugi raz w ciągu tygodnia do tego samego pubu i liczyć na szczęście, że nie spotka się żadnej znajomej, to zwykle ostatni głupi pomysł, który przychodzi do głowy łowcy, zanim wpadnie.

– Poproszę piwo – powiedział do barmanki, swoją drogą również niczego sobie.

Ten krwotok z nosa bardzo mu pasował. Wyglądał jeszcze żałośniej, niż zwykle, i już na wejściu przykuł uwagę paru dziewcząt. Z niewiadomego powodu laski kochają zbite pieski. Niestety te wszystkie siedziały już z kimś, więc to nie ich szukał.

Na blacie przed nim pojawiło się kartonowe „ciasteczko”, a na nim wysoki kufel chłodnego piwa. Po szkle spływały powoli kropelki wody.

– Dziękuję – uśmiechnął się. – Tego mi było trzeba.

– Ciężki wieczór? – Barmanka wskazała zakrwawioną chusteczkę wystającą z nosa.

– Jakieś łobuzy próbowały napaść kobietę – odparł Marek bez namysłu. – Zainterweniowałem i przy okazji dostało się mnie.

– To straszne! Może trzeba zadzwonić na policję, pogotowie…

– Szkoda zachodu, nie byłbym nawet w stanie ich opisać. A to – wskazał nos – to nic. Zaraz przestanie lecieć.

Barmanka była niczego sobie i pewnie miała pieniądze, ale to było wbrew zasadom. Uwiedzenie barmanki równało się spaleniu lokalu. Dużo lepiej było celować w kogoś, kto kompletnie nie pasował do otoczenia. Najlepsze były zapracowane dziewczyny. Takie, po których razu widać, że wracają właśnie z pracy do domu i wstąpiły na drinka, bo mają wszystkiego dosyć. Szef nie pochwalił ich prezentacji albo kolega na tym samym stanowisku wykazał się kreatywnością. To były wymarzone ofiary. Stres, zapracowanie i ciągła walka z niską samooceną.

Marek uśmiechnął się do swoich brudnych myśli. Po raz ostatni zapuścił wzrok w dekolt barmanki, po czym zabrał swoje piwo i poszedł do jednego z wolnych stolików. Wieczór był jeszcze młody, a w powietrzu unosiła się woń przygody – tajemniczy zew, który kilka razy w miesiącu nakazywał mu opuścić nijakie, małe mieszkanie i swoją równie nijaką, bezbarwną tożsamość.

– Dobry wieczór – usłyszał niespodziewanie, a kiedy uniósł wzrok znad kufla, ujrzał kobietę z ulicy. – Chciałam panu podziękować.

Marek wskazał jej krzesło i odruchowo rozejrzał się po lokalu.

– Napije się pani czegoś? – zapytał, udając lekko speszonego.

– Chętnie. Może być piwo.

Była dokładnie taka, jak ją sobie wyobraził. Niemłoda, ale na pewno i nie stara. Dojrzała, bardzo elegancka i bardzo piękna. Egzotycznie piękna. Czarne włosy, duże ciemne oczy i oliwkowa karnacja.

– Piwo?

– Tak. Lubię piwo – uśmiechnęła się.

– W porządku. – Wstał, podszedł do baru i zamówił jeszcze jedno piwo.

Przy okazji barmanka posłała mu dwuznaczny uśmiech, którego pomimo całego swojego doświadczenia, jakoś nie potrafił zinterpretować.

– Kim byli ci faceci? – zapytał, kiedy zasiadł ponownie do stolika. – Nie wyglądali mi na zwykłych dresów.

Kobieta milczała przez chwilę, po czym uśmiechnąwszy się, wyciągnęła rękę.

– Elżbieta.

– No tak… przepraszam, Marcin. – Marek uścisnął jej rękę starając się, by jego uścisk łączył w sobie delikatność i siłę. – Sporo emocji, jak na jeden wieczór.

– Rzadko się dziś zdarza, by mężczyzna stanął w obronie kobiety. To było bardzo…

– Takie czasy – wszedł jej w słowo. – Nie jestem żadnym bohaterem. Po prostu zachowałem się, jak należy.

Zawsze uważał, że z bohaterstwem nie wolno przeginać. Potrzebne było raczej rozsądne wypośrodkowanie emocji, by uniknąć ewentualnej szopki. W skrajnych sytuacjach, niektóre kobiety gotowe były lecieć do gazet i portali internetowych, bo uznałyby, że sprawę należy nagłośnić. Tymczasem rozgłos był zły. A w szczególności złe było podawanie tożsamości, utrwalanie wizerunku na nośnikach stałych i cyfrowych oraz jego publikacja w sieci.

Marek wzdrygnął się.

– Zachowałem się jak należy. To wszystko. Każdy by tak zrobił.

– Oj, zdziwiłby się pan. Mimo wszystko wymagało to odwagi – powiedziała. – Nie wiem, kim byli tamci dwaj. Szli za mną od pewnego czasu. W pewnym momencie skręciłam zupełnie bez sensu w uliczkę, z której przyszłam. I kiedy oni poszli za mną, wiedziałam, że mam kłopoty.

– No cóż, mam nadzieję, że wybiłem im z głów wszelkie, głupie pomysły – odparł Marek i wypił kilka solidnych łyków piwa, by wywrzeć na swojej rozmówczyni presję czasu i skłonić do upicia własnego piwa. Alkohol był niezbędnym elementem całej układanki. – Daleko mieszkasz? Czuję, że powinienem cię odprowadzić. Nie darowałbym sobie, gdyby…

Z nią mogło nie pójść tak łatwo. To nie była córeczka nadzianych rodziców, która usiłowała udowodnić swoją wartość. Sprawiała wrażenie bardzo inteligentnej, chociaż mogła też być bardzo głupia. Na dwoje babka wróżyła, pomyślał Marek, po czym zauważył, że odkąd oberwał w papę, miał problem ze swoim szóstym zmysłem. Jego magiczna różdżka zdawała się być rozkalibrowana już wtedy, gdy rozmawiał z barmanką. Przy Elżbiecie czuł się jednak jeszcze bardziej skołowany.

– Mieszkam niedaleko – odparła po dłuższej chwili milczenia. – Ale może faktycznie lepiej będzie, jeśli…

– To żaden problem.

– Nie sądzę, by mogli spróbować ponownie, ale…

– Nie ma, co kusić losu – zakończył.

☠☠☠

Seks, który mu dała, był niesamowicie żywy, ekspresyjny i energetyczny. Sama sprawiała wrażenie niewyczeralnego źródła energii. Brała i dawała więcej i więcej. Znacznie więcej, niż inne. A on, o dziwo, był w stanie temu wszystkiemu sprostać. Zupełnie, jakby ich ciała, stykając się, przekazywały sobie impulsy elektryczne, napędzające tę pracującą, dyszącą, zlaną potem maszynę.

To wszystko wyczerpało go tak, że nad ranem nie wyczuł wibracji budzika. Obudził się później, niż ona. Nie zdążył zrealizować drugiej fazy planu, na którą składał się szybki rekonesans, pakowanie fantów, sprzątanie i ucieczka. Nie popisał się profesjonalizmem w najmniejszym calu.

– Dzień dobry kochanie – powiedziała wchodząc rozpromieniona do pokoju.

Rozsunęła ciemne zasłony, wpuszczając do wnętrza promienie słońca. Nie była naga, ale szlafrok z delikatnego materiału był półprzeźroczysty, co pozwoliło Markowi dostrzec wszystko to, co pragnął dostrzec. Jej ciało obwieszone było złotą biżuterią, którą zresztą bawił się poprzedniego wieczora. Musiało tego być naprawdę sporo – złoty łańcuszek na szyi, na biodrach oraz bransoletki na rękach i na nogach, w kostkach. Niektóre z tych łańcuchów miały grubość solidnego rzemienia. Musiały kosztować fortunę.

– Dzień dobry – odparł po chwili milczenia.

W gruncie rzeczy nie wiedział, co ma mówić. Nigdy przedtem nie zdarzyło mu się obudzić później. A ponieważ nigdy nie sądził, że kiedykolwiek zostanie przyłapany rankiem, nie był kompletnie przygotowany na taką okoliczność. Po prostu leżał i patrzył na nią, a kołdra w strategicznym miejscu unosiła się, jakby ukryta była tam kobra czy inna czarna mamba.

Elżbieta dostrzegła to i uśmiechnęła się.

– Czyli śniadanie później?

– Zdecydowanie – odparł.

I wszystko zaczęło się od nowa, choć już może nie tak spektakularnie, jak poprzedniego wieczora. Ciało domagało się kalorii. Trzeba było skończyć, opatulić się prześcieradłem i wyruszyć do kuchni, w poszukiwaniu wysokoenergetycznych zdobyczy. Ograniczyli się do kilku kromek pieczywa tostowego, posmarowanego masłem orzechowym oraz pierwszorzędnego espresso, które postawiłoby na nogi nawet zmarłego.

☠☠☠

Wydostał się z jej macek wczesnym popołudniem. O tej porze roku był to już ten moment dnia, kiedy słońce chyliło się ku zachodowi, ale w powietrzu unosiła się orzeźwiająca i pełna nadziei lekkość. Niezrozumiała lekkość, która po pewnym czasie zaczęła napawać go niepokojem.

Wskoczył do tramwaju i zaczął swoim zwyczajem przyglądać się twarzom ludzi. Próbował odgadywać ich myśli. Z początku bardzo ogólnie, zaczynając od emocji. Później przechodził do szczegółów, czyli tego, co też mogło wywołać w nich taki stan. Próbował odgadnąć, jak sobie z nim radzą.

Jego uwagę przykuła drobna blondynka o twarzy, którą określiłby jaką indyczą. Miała jakiś taki wydatny nos o dużych dziurkach i wyłupiaste oczy. W ogólnym rozrachunku sprawiała wrażenie sympatycznej, ale zahukanej. W innych okolicznościach zapewne mógłby obrać ją na cel, szczególnie po uwzględnieniu pozostałej części osoby, na którą składało się wszystko od szyi w dół. Była drobna, ale nie wychudzona. Nie brakowało jej apetycznych krągłości, które z wyczuciem eksponowała. Marek pomyślał, że skoro się tak odstawiła, to albo była umówiona z chłopakiem, albo z koleżankami. Może nawet bardziej z koleżankami. Dziewczęta zdają sobie sprawę z tego, jak mało spostrzegawczy są faceci i jak bardzo nie doceniają ich starań, więc są w stanie bardziej sobie odpuścić, gdy idą na randkę. Ale kiedy chodzi o spotkanie z przyjaciółkami, nie ma przebacz.

A więc przyjaciółki. Kawa w modnej kawiarni. Albo jakiś deser. Nie musiała dbać o linię. Pewnie chodziła na fitnessy, ale raczej dla towarzystwa, bo na co dzień odżywiała się dobrze i miała niezłą przemianę materii. Pewnie miała przy tym jakieś irytujące nawyki, w rodzaju jedzenia jogurtu naturalnego z muesli. Wiele kobiet na to cierpi, nie zdając sobie z prawy z tego, jak bardzo niekorzystny jest dla nich jogurt, i jak bardzo wpływa na tworzenie się cellulitu.

Blondynka w końcu wysiadła, a on wrócił myślami do analizowania swojego niepokojącego stanu. Jego największą obawą zawsze była miłość. Wiedział, że z chemią i hormonami trudno wygrać, i że jeśli wpakuje się w coś takiego, to na pewno będzie miał kłopoty. W końcu musiałyby też paść pytania, czym dokładnie się zajmuje i jak zarabia na życie…

Marek pomyślał, że warto by było z góry uzbroić się w jakieś haki i od razu pomyślał o swoim kumplu Kotlecie, który był prawdziwym magikiem, jeśli chodziło o wydobywanie z komputera informacji, których nie dało się wydobyć z żadnego, innego źródła.

Wyjął telefon i wybrał numer.

– No siema stary – usłyszał w słuchawce znajomy głos.

– Jest sprawa.

– Panna?

– Jak ty mnie znasz. – Marek uśmiechnął się mimowolnie. – No więc tak, jest panna. I chyba się tego… zabujałem. Chciałbym, abyś mi ją dokładnie sprawdził. Wiesz, standardowe rzeczy, przebieg, pierwszy właściciel, czy była bita i tak dalej…

– Będę potrzebował paru informacji.

– Jasna sprawa…

– Jak się zowie owa panna?

Marek zamyślił się przez chwilę. Na pewno Elżbieta, ale co dalej?

– Słuchaj, pewnie będę u niej, to wychodząc zajrzę do skrzynki na listy.

– Nie znasz nazwiska? – Kotlet niemal zakrztusił się ze śmiechu. – To już szczyt wszystkiego. Jesteś podłym skurwysynem!

– Dobra, jak coś będę wiedział, odezwę się, ok?

– Jasne, wal jak w dym.

Marek rozłączył się, a po chwili zobaczył przychodzące połączenie od nowej dziewczyny. Tak, podał jej swój prawdziwy numer i tak, odebrał telefon.

– Ale przyjdziesz dziś wieczorem, prawda? – zapytała przeciągając każde słowo jak rozleniwiona kotka.

Po jego plecach przeszedł deszcz rozkoszy na wspomnienie szaleństw poprzedniej nocy. Poczuł to także w spodniach.

– Do ciebie będę wracał zawsze – odparł.

– Nie obiecuj tego, czego nie możesz dać.

Wyraźnie słyszał, że się uśmiecha. To były sidła. Matnia. Pułapka. Sauna rozkręcona na full, w której ktoś zablokował drzwi od zewnątrz. Musiał działać. Musiał działać natychmiast.

Wysiadł na najbliższym przystanku i przesiadł się do tramwaju jadącego w drugą stronę. Nie wiedział, czy Elżbieta gdzieś pracuje, ale musiał niezauważenie zakraść się do jej skrzynki na listy. To było pierwsze, podstawowe źródło wywiadowcze, które stosował, gdy potrzebował się czegoś o kimś dowiedzieć.

Gdy dojechał na miejsce, naszły go wątpliwości. Przystanek był doskonale widoczny z jej okien. Idealnie byłoby, gdyby w międzyczasie przebrał się w inne ciuchy, co uniemożliwiałoby jego identyfikację z większej odległości. Jednak życie ma to do siebie, że zazwyczaj nie daje zbyt wielu szans.

Ruszył w przeciwnym kierunku, aby obejść pole widzenia po jak najszerszym kącie, ukrywając się za samochodami, kioskami, budkami z kebabem i elementami natury. Po dobrych piętnastu minutach skradania się, był niemal cały mokry. Śnieg leżał jeszcze na ulicach, ale słońce waliło jak oszalałe. Śnieg, słońce i smog sprawiły, że w mieście, na asfalcie robiło się potwornie gorąco. Zwłaszcza dla ludzi okutanych w zimowe ciuchy. I jeszcze jak na złość wszędzie kręciła się policja. Gdzieś usłyszał, że zbiegł jakiś mafiozo, skorumpowany policjant, który był członkiem wrocławskiego gangu.

– Świat stanął na głowie – powiedział do siebie.

Domofon sforsował metodą „na listonosza”. Po prostu powiedział jakiejś staruszce, że idzie do niej z przesyłką. Babka pewnie zrobiła sobie nadzieję, że to emerytura, bo otworzyła, zanim skończył mówić. Gorzej było z samą skrzynką, bo nie był do końca pewien numeru drzwi. Aby nie popełnić gafy, poszedł na górę i sprawdził. Drzwi miały numer dwadzieścia i taką właśnie skrzynkę zaczął oglądać. W środku na pewno coś było, ale z zewnątrz nie mógł tego z całą pewnością stwierdzić. Niestety mogły to być gazetki reklamowe, druki bezadresowe czy cokolwiek równie bezwartościowego. Wyjął zatem scyzoryk szwajcarski, otworzył jedno z narzędzi i wsunął je w szparę.

Zamknięcia skrzynek na listy nie są szczególnie wyszukane. Można by je było otwierać palcem, gdyby nie wąska szpara. Otworzył szynkę i wyjął jej zawartość. W większości rzeczywście był to chłam, ale znalazło się także pismo dla kobiet, które najwyraźniej prenumerowała. Na foliowym opakowaniu widniała naklejka z adresem oraz nazwiskiem.

Zadowolony schował list do kieszeni, przymknął skrzynkę i wyszedł z bramy.

☠☠☠

Wszystkie dane podał Kotletowi esemesem, niespełna pół godziny po ich pozyskaniu. Przysiadł sobie w parku, gdzie zamierzał skonsumować zakupione wcześniej precle. Nim zdążył zjeść, jajogłowy przyjaciel oddzwonił.

– Co masz?

– Niewiele. Będę musiał posiedzieć głębiej, a może i sięgnąć po pomoc przyjaciół.

– Aż tak?

Kotlet posapał do słuchawki i pocmokał.

– Wiemy tyle, że to jedna z tych damulek, co gardzi mediami społecznościowymi. Albo ma profil utworzony anonimowo, z fikcyjnymi danymi lub anagramem nazwiska. Ludzie często tak robią, by chronić swoją prywatność. Utrzymują wprawdzie kontakty ze znajomymi, no ale my nie znamy jej znajomych.

– Nic z tego nie rozumiem, ale domyślam się, że jutro będziesz w stanie powiedzieć mi więcej? – Marek nie potrafił ukryć rozczarowania.

– Jasne. Mam nadzieję, że tak. Jak mówiłem, będzie trzeba zadzwonić po posiłki. Być może czeka mnie całonocna nasiadówa… Jesteś pewien, że jest tego warta?

Marek milczał przez chwilę. W końcu dotarły do niego słowa Kotleta.

– Ach… Och tak, rozumiem. Zapisz mi na kartce, czego ci trzeba. Jak tylko będę mógł, załatwię za pół darmo.

Znajomości popłacały. Zwłaszcza znajomości z dziwnymi typami, ludźmi spod ciemnej gwiazdy, domorosłymi gangsterami, Januszami biznesu, alfonsami, dilerami, policjantami i innymi takimi. A odbywający się pod stołem barter przysług był wspaniałym wynalazkiem, który pozwalał pominąć złodziejskie podatki.

– Dobra Rafał, umówmy się, że wpadniesz do mnie jutro w południe, o ile panna cię nie zatrzyma.

– W porządku Kotlet. Równy z ciebie gość.

Marek rozłączył się. Żywił głęboką nadzieję, że chłopakom uda się coś znaleźć. Kiedy tak siedział i chrupał precle, wpadł mu do głowy jeszcze jeden szalony i nieprawdopodobny pomysł, mianowicie taki, że Elżbieta może być aktorką wynajętą przez wszystkie kobiety, które w życiu wykorzystał i oszukał. I oczywiście miałoby to się dla niego skończyć bardzo, bardzo źle.

Wstał i ruszył w stronę przystanku tramwajowego. Nie miał żadnych, bliżej sprecyzowanych planów na spędzenie kolejnych kilku godzin. Pracować mu się nie chciało, szukać nowych ofiar też, bo Elżbieta wyssała z niego całą energię. Czuł za to przez cały czas dojmujący ból w dolnych partiach mięśni, z naciskiem na pośladki i uda, które najwięcej pracowały ubiegłej nocy. Podjął zatem decyzję, że przed wieczorną wizytą u nowej dziewczyny powinien wypocząć nieco, zregenerować się i uzupełnić kalorie. Skierował swe kroki do najbliższego fast fooda.

☠☠☠

Po kolejnej, ciężkiej nocy, udał się prosto do mieszkania Kotleta. Wprawdzie byli umówieni w samo południe, jednak po porannych igraszkach i śniadaniu, Marek zreflektował się, że jest jedenasta. Skłamał, że ma spotkanie biznesowe, ubrał się i wyszedł. Na dole w całodobowym kupił zgrzewkę piwa, którą miał nadzieję wysuszyć ze swoim kumplem, podczas studiowania obszernych akt, będących rezultatem śledztwa.

Kiedy dotarł na miejsce, jego szósty zmysł podpowiedział mu, że nie będzie czego studiować.

Drzwi do mieszkania Kotleta były otwarte na oścież. Marek wszedł bardzo powoli i bardzo cicho. Pozornie wszystko wyglądało normalnie. Wszystko stało na swoim miejscu i w zasadzie tylko jedna rzecz odbiegała od tego stanu – głowa Kotleta.

– O Boże – jęknął Marek.

Jego przyjaciel leżał na podłodze, tuż obok przewróconego wózka inwalidzkiego. Głowa leżała obok, odcięta szybko i gładko, najpewniej za pomocą jakiegoś miecza czy maczety. Wszędzie było jednak pełno krwi. Nie było śladów walki.

Przez chwilę rozważał zawiadomienie policji, jednak szybko porzucił tę myśl. Chata Kotleta pełna była kradzionego sprzętu, albo w najlepszym wypadku niewiadomego pochodzenia. Wybiegł z mieszkania, nie zabierając niczego ze sobą. Zrobiło mu się niedobrze i potrzebował jak najszybciej wydostać się na zewnątrz. A kiedy już to zrobił, ulżył swemu żołądkowi, wyrzucając częściowo przetrawione parówki na śnieg, ku uciesze gołębi.

– Kto to mógł zrobić? – wyszeptał. – Kto mógł zrobić coś takiego kalece?

Pierwsza myśl, która mu się nasunęła, związana była ze sprawą, o której czytał kilka tygodni wcześniej. We Wrocławiu grasował morderca ochrzczony przez media Jasiem Piłką, który właśnie odcinał głowy swoim ofiarom. Ale on miał wbijać także kołek w pierś, którego u Kotleta nie było. Poza tym, w gazetach trąbiono, że Jasio Piłka został aresztowany. Ponoć był to jakiś chłopaczek spod Wrocławia, który codziennie przyjeżdżał do miasta food truckiem i sprzedawał kanapki.

No tak, pomyślał Marek, sprzedawał kanapki dzień w dzień, siedem dni w tygodniu, dwanaście miesięcy w roku i w końcu nieszczęśnikowi odjebało.

Ale Kotleta musiał zabić ktoś inny. Może miał zatargi z jakimiś bandytami. Może wykonywał dla kogoś szemraną robotę i spartolił ją. Marek myślał szybko, analizując kolejne możliwości. W końcu zreflektował się, że klęczy na śniegu, przed kałużą wymiotów, w której radośnie tapla się ptactwo. Wstał i ruszył w poszukiwaniu jakiegokolwiek miejsca, w którym mógłby bezpiecznie napić się piwa i zastanowić.

Wybór padł na jego własne, bezpłciowe mieszkanie.

☠☠☠

Telefon dzwonił raz za razem. Bał się nawet spojrzeć na wyświetlacz, bo doskonale wiedział, kto dzwonił. Elżbieta pewnie zaczęła się zamartwiać, albo po prostu stęskniła się za porządnym palowankiem, myślał sobie.

– Palowanie czarownicy – powiedział, sam nie wiedząc dlaczego.

Wziął telefon do ręki, by wyłączyć dźwięk i przy okazji upewnić się, kto tak wydzwania. Część połączeń rzeczywiście było od Elżbiety, ale pozostałe pochodziły z trzech obcych numerów, co wzbudziło jego szczególny niepokój. Bał się, że to policja. Choć nikt nie widział go na miejscu zbrodni, ślady były dość łatwe do odnalezienia. Wystarczyło przejrzeć ostatnie połączenia w telefonie. Z pewnością wśród nich były połączenia z Markiem.

Raz kozie śmierć, pomyślał. Nie mógł uciekać w nieskończoność. Nie dało się. Odebranie telefonu zdało się nieuniknione, więc gdy tylko ekran wyświetlacza zapalił się, odebrał rozmowę.

– Halo?

– Nie znasz mnie.

Zamilkł. Nie takiego początku rozmowy się spodziewał.

– Skoro tak mówisz, to pewnie nie – powiedział całkowicie zbity z tropu.

– Ja też cię nie znam. Ale byłem tam przed tobą i zabrałem telefon Kotleta. Stąd mam twój numer.

– Skąd wiesz, że ja byłem tam po tobie? – spytał Marek.

Miał wrażenie, że jest to jeden z porąbanych kolesi Kotleta, a z takim lepiej było uważać.

– Znalazłem twój numer w sieci. Zostawiłeś go przy ogłoszeniu w serwisie aukcyjnym. Po nicku odnalazłem twój profil na portalu społecznościowym i zdjęcie. A ponieważ obserwowałem chatę Kotleta, widziałem cię tam.

Marek przełknął ślinę. Świr miał go. I co gorsza, miał go związanego, zakneblowanego, wypiętego i z zaaplikowanym środkiem rozluźniającym.

– No dobra… czego chcesz? – spytał.

– Tego, czego i ty. Dorwać skurwiela, który załatwił Kotleta.

– Skąd taki pomysł? Nie jestem żadnym cholernym Sherlockiem Holmesem.

Mężczyzna w słuchawce zaśmiał się enigmatycznie.

– Co?

– Rzeczywiście Sherlockiem nie jesteś – odparł. – Jednego dnia zlecasz Kotletowi szukanie informacji na temat jakiejś laski, drugiego ktoś odcina mu głowę, a ty dziwnym trafem ładujesz się prosto na miejsce zbrodni. Też nie jestem Sherlockiem Holmesem, ale jak dla mnie, to jesteś kolejnym na liście.

– Na jakiej liście?

– Boże… Nie jesteś nawet Watsonem. Spotkajmy się.

Marek nie miał nic przeciwko rozmowie telefonicznej. Zawsze mógł wyrzucić telefon do kibla, wybiec z domu i nie wracać do niego przez kilka tygodni. Jakoś by się to wszystko później ułożyło. Ale spotkanie oko w oko z psychopatą? Co do tego nie był przekonany.

– Gdzie i kiedy? – zapytał.

– Park Popowicki. Dziś wieczorem. O dwudziestej.

– Jak cię poznam?

Mężczyzna milczał przez chwilę, jakby się zastanawiał.

– Będę miał ciemną kurtkę puchową. W prawej ręce będę trzymał Hobbita na DVD.

– Hobbita na DVD?

– Pustkowie Smauga. Zapamiętasz?

– Tak.

Końcówka rozmowy zapaliła mu czerwoną lampkę w głowie. Był niemal całkowicie przekonany, że ma do czynienia z absolutnym szaleńcem, i że w żadnym wypadku nie powinien jechać na to spotkanie.

Z szuflady wygrzebał gaz pieprzowy. Choć bardziej odpowiednim określeniem byłoby pewnie „jakiś gaz pieprzowy”, ponieważ nie mógł powiedzieć o nim absolutnie nic więcej. Gaz pewnie ostał się po jakiejś lasce, którą próbował przelecieć. Pewnie dziewczyna uciekła, a gaz został. Może nawet częściowo na jego twarzy. Ale nie był w stanie powiedzieć nawet, kiedy to było.

Schował gaz do kieszeni kurtki, a potem uruchomił komputer i zaczął wpisywać w wyszukiwarce po kolei wszystkie numery, z których do niego dzwoniono.

– Cholera… Dlaczego dla wszystkich innych jest to takie proste? – Sięgnął po kolejne piwo.
Oczywiście nie znalazł nic. Później wpisał numer Elżbiety, co zakończyło się podobnym rezultatem. Na końcu wpisał swój własny numer i rzeczywiście po dziesięciu minutach dotarł do swoich danych.

– Jasna cholera…

☠☠☠

Człowieka z Pustkowiem Smauga wypatrzeć nie było trudno, ponieważ był jedyną osobą, która spacerowała po parku o tej porze. Ponadto był otyły i miał rzadką, mizerną brodę, którą każdy normalny facet zaorałby bez zawahania. Marek nie potrzebował DVD, żeby wiedzieć, że ma do czynienia z prawdziwym krasnoludem. Szybko zdiagnozował też, że facet mieszka z matką, pracuje z komputerami i najwięcej serca wkłada w autoerotyzm.

– Cześć, jestem Thorin Dębowa Tarcza – powiedział mężczyzna.

– Jarek – palnął z przyzwyczajenia.

– W telefonie Kotleta wpisane było Rafał.

– Rafał Jarek. Jak Marek Jurek. Albo Walery Sławek.

– Aha… ale z kolei w internecie stało Artur Skibniewski. Człowiek o wielu twarzach.

Marek skrzywił się. Robił się nieostrożny na starość. Thorinowi udało się zidentyfikować w pełni jedną z jego fikcyjnych tożsamości. Do tej pory się to nie zdarzało.

– Rafał Jarek Artur Skibniewski. Musimy wchodzić w aż takie szczegóły? – mruknął niechętnie. – Sam mówiłeś, że ktoś dybie na moje życie.

– Eeee… tak. Przejdźmy się może, co?

Weszli w głąb parku. Marek odszukał dłonią podłużny kształt pojemnika z gazem i trzymał go na podorędziu.

– Wiem o Elżbiecie Batorskiej, ponieważ to mnie Kotlet poprosił o pomoc. Jestem ekspertem w dziedzinie… pozyskiwania informacji.

– Doprawdy?

– Nim odkryłem, że Kotlet jest martwy, jak… kotlet… zdołałem spędzić kilka godzin przed kompem i dowiedzieć się paru rzeczy. – Zrobił znaczącą pauzę, by wypaść bardziej poważnie, ale było to niezwykle trudne, kiedy widziało się jego doczesną powłokę. – To bardzo dziwna kobieta.

– Co w niej dziwnego?

– Wszystko. Od numeru pesel począwszy, na historii kredytowej skończywszy.

– A mniej zagadkowo? – Marek tracił już cierpliwość i zaczynał rozważać spsikanie gazem swojego interlokutora.

– Ona nie ma żadnej historii kredytowej ani numeru pesel. Krótko mówiąc Elżbieta Batorska nie nazywa się Elżbieta Batorska. Albo nie istnieje.

Marek przystanął.

– No tak… To by się zgadzało. W takim razie kim jest?

Thorin wzruszył ramionami.

– Nie mam zielonego pojęcia. I powiem wprost – jeśli to ona załatwiła Kotleta, nie wiem czy najrozsądniejszym rozwiązaniem nie byłby wyjazd do Mołdawii na stałe.

– Ale?

– Co ale? – obruszył się Thorin.

– Ale chyba po coś się tu umówiliśmy, tak? Chcesz powiedzieć, że ściągnąłeś mnie do tego lasu, żeby powiedzieć, że trzeba uciekać?

Ręka z gazem była już na wierzchu. Marek ukrył pojemnik w rękawie.

– No dobra. – Mężczyzna przystanął na chwilę. – Chciałem wybadać, co z ciebie za zawodnik. Rzeczywiście mam pewien pomysł, ale wymaga on ogromnych jaj. Naprawdę będzie to niebezpieczne i trudne. Ale możemy rozwikłać sprawę śmierci Kotleta i być może posłać sukę za kraty…

– Brzmi nieźle – odparł Marek. – Wchodzę w to…

☠☠☠

– Jesteś już – powiedziała nieco ozięble. – Chyba coś jest nie tak z twoim telefonem.

– Przepraszam, miałem strasznie zabiegany dzień – skłamał i pocałował ją w policzek.

– Strasznie zabiegany?

Przyjrzał się jej badawczo. Nie wyglądała groźnie. Nadal była tą samą kobietą z klasą, którą poznał zaledwie dwa dni wcześniej. Czy mogła obciąć głowę kalece, zastanawiał się. Fizycznie była bardzo sprawna. Ale czy kryło się w niej zło? Kim była?

– Tak… Straszny zapierdol w firmie. Gadamy z chińczykami…

– No dobrze, już dobrze. Jesteś głodny? Zaplanowałam na wieczór kilka atrakcji, do których będziesz potrzebował mnóstwa energii – uśmiechnęła się drapieżnie.

– Ja też coś przygotowałem.

– O… co takiego?

– To niespodzianka. Najpierw żarcie.

Zdjął buty i rzucił w kąt ciężką, sportową torbę. Elżbieta zaczęła grzać jakieś jedzenie. W tym czasie on otworzył sobie piwo i rozwalił się na kanapie. Uznał, że kluczową kwestią dla powodzenia całego przedsięwzięcia był luz i dobra gra. Dużo luzu i dużo dobrej gry. W obu tych rzeczach był dobry, niemal doskonały. Ale być może miał przed sobą psychopatyczną morderczynię, a ona mogła być w te klocki jeszcze lepsza, niż on.

Po chwili na stoliku przed nim pojawił się talerz spaghetti z bardzo aromatycznym sosem pomidorowym, pachnącym bazylią i czosnkiem. Na wierzchu znajdował się starty parmezan.

– Pyszności. – Pociągnął pokazowo nosem i zabrał się do jedzenia. – Wygląda naprawdę rewelacyjnie.

– Starałam się.

– Masz talent!

Marek jadł spokojnie, przeżuwając z uwagą każdy kęs. Dyskretnie przyglądał się Elżbiecie, usiłując rozgryźć, co dzieje się w jej głowie. Czy spodziewała się tego, co miało nastąpić? A może sama przygotowała jakiś szatański plan. Spojrzał w talerz. Jedzenie nie mogło być zatrute. A przynajmniej bardzo mocno chciał w to wierzyć, bo – niestety musiał przyznać – nie pomyślał o tym wcześniej. Na wszelki wypadek opróżnił swoje piwo. Coś tam mu w głowie świtało, że piwo jest dobre na wszystko, bo ma alkohol i jest ze zboża. Chociaż pewnie przed dobrą trucizną by nie uchroniło…

Po piętnastu minutach, kiedy z ulgą stwierdził, że nie odczuwa żadnych symptomów otrucia, zaniósł talerz do kuchni i postanowił przejść do akcji.

Zaszedł Elżbietę od tyłu i złapał ją mocno za piersi. Kobieta jęknęła. Ugryzł ją w kark, a następnie rzucił na łóżko.

– Dziś zabawimy się na ostro – powiedział.

Nie oponowała, więc sięgnął po torbę, którą dał mu Thorin. Wyjął z niej kajdanki i inne łańcuchy. Kobieta uśmiechnęła się, a on zaczął ją krępować – każdą kończynę z osobna. A kiedy skończył, usiadł na łóżku i zapalił papierosa.

– No i? – zapytała. – Co teraz?

– Teraz sobie porozmawiamy.

– Co?

Wyjął z torby małą kamerkę cyfrową i włączył ją.

– Kim jesteś?

– O co ci chodzi? Co to wszystko ma znaczyć?

– Wiem, że na pewno nie jesteś Elżbietą Batorską. Taka osoba nie istnieje. Sprawdziłem cię.

– Szpiegowałeś mnie?

Nie szarpała się. Leżała spokojnie. A nawet sprawiała wrażenie rozluźnionej. Marek uznał, że należy ją trochę spiąć, więc ustawił kamerę na statywie, a następnie wydobył z kieszeni swojej kurtki skórzane rękawice, które nałożył na ręce. Skóra trzeszczała przy tym nieprzyjemnie. Następnie usiadł okrakiem na Elżbiecie.

– Możemy to zrobić na dwa sposoby: albo powiesz wszystko grzecznie sama, albo wytłukę to z ciebie. Mój przyjaciel stracił życie szukając informacji o tobie.

– Uderzysz kobietę?

– Bez wahania.

Roześmiała się.

– No dobrze, już dobrze. Powiem wszystko.

Przez chwilę nawet pożałował. Nigdy nie uderzył kobiety, a ta zaczęła mu już działać na nerwy.

– Powiem ci, choć prawda może być znacznie większa, niż wszystko, co będziesz w stanie ogarnąć.

– Słucham? – uniósł pięść do góry ciesząc się w duchu, że jeszcze nic straconego.

– Jestem demonem – powiedziała Elżbieta. – Za chwilę uwolnię się z tych łańcuchów i rozerwę cię na strzępy. Ale nie bój się. Będzie bolało tylko chwilę.

Kiedy to mówiła, spostrzegł, że gładzi jego twarz dłonią, która jeszcze przed chwilą była skuta kajdankami. Poczuł nagłe uderzenie gorąca. Zamachnął się, jednak dłoń trafiła w poduszkę. Kobieta jakby odsunęła się, nic sobie nie robiąc z łańcuchów i kajdan. Stała tuż obok łóżka.

– Jak to zrobiłaś?

– Demony tak potrafią – odparła, po czym wyszczerzyła ogromne, białe kły.

Marek rzucił się do ucieczki. Zaplątał się w łańcuchy i spadł z łóżka. Ogarnęła go panika, największa chyba, jaką kiedykolwiek odczuwał w życiu. Zaczął się rzucać jak ryba wyrzucona na brzeg, by choć trochę przemieścić się w stronę drzwi, jednak łańcuch jak na złość owinięty był wokół jego nogi. Spojrzał w górę, by zlokalizować, gdzie jest Elżbieta i wtedy ujrzał jej twarz tuż nad swoją. I jej rozczapierzone, ogromne szpony. Nie była już kobietą. Była czymś krwisto-bladym, patykowatym i rozczapierzonym na cały pokój. Jednak nie miał zbyt wiele czasu na strach. Długie ramię uniosło się ku górze, wynosząc kiść szponów długich jak banany, a następnie spadła na jego brzuch, rozbryzgując jelita po podłodze, jak rozsypane parówki.

Marek buchnął krwią z ust. Zaraz potem, kolejny cios spadł na jego ramię, odrywając je wraz z obojczykiem i łopatką. Po kilku sekundach był już tylko drgającym torsem, a jego świadomość tonęła w morzu niewyobrażalnego bólu.

Ostatnim, co widział, była jej twarz. Obca, ciemna, z dwiema czarnymi otchłaniami zamiast oczu. Zapadł się w te otchłanie. Spadał długo, nie czując już niczego. Ból wracał jeszcze w postaci pojedynczych impulsów, kiedy jego szczątki podrygiwały ostatkiem sił.

W końcu nastała ciemność.

fot. FotografieLink, pixabay.com, CC0

Comments

comments

Tagged with: