manifest self publishing

Manifest

Każdy do czegoś dąży. Dla jednych ważne są pieniądze, dom i samochód. Dla innych rodzina. A jeszcze dla innych pasja, samorealizacja, lub wręcz przeciwnie – imprezowanie. Sądzę, że większość ludzi obraca się wśród tych wartości, utrzymując różne proporcje pomiędzy poszczególnymi składnikami. 

Często słyszę pytania w rodzaju – dlaczego nie zrobię tak, śmak albo srak? Albo rady – powinieneś zrobić tak, śmak albo srak. Albo jeszcze coś innego. Nie winię ludzi, że starają się być życzliwi. Ale prawa jest taka, że z pewnymi rzeczami każdy powinien zmierzyć się w życiu sam. A bardzo często jest wręcz niemożliwe, by poradzić sobie z nimi w inny sposób. Np. umieranie. Nic z tym nie zrobimy, i trzeba przejść przez to właściwie samemu. Reszta tak czy siak pozostanie tutaj.

Czytaj także: Czy w życiu chodzi tylko o pieniądze?

Self publishing – droga samuraja

O self publishingu po raz pierwszy usłyszałem z podcastu Michała Szafrańskiego – tego samego, który później został papieżem self publishingu. Czy go wielbię, czy hołubię? Czy zamierzam iść w jego ślady? Na pewno go szanuję, ale on robi coś zupełnie innego, niż ja. Jeżeli więc chodzi o self publishing, nasze drogi rozeszły się mniej więcej w chwili, gdy wysłuchałem podcastu do końca.

Nie wierzę w recepty. Sztuka to nie nauka. I choć dziś wszyscy jak mantrę powtarzają, że pisanie to praca, a pisarz to zawód, to dla mnie nie jest oczywiste, że KAŻDY pisarz musi traktować pisanie jako pracę. I oczywiście większość z nich mówi, że to nie jest praca. Bo co to za praca, skoro sprawia przyjemność? Ale to eufemizm. Jeśli przestaną się bawić w pisanie, będą musieli wdziać garnitur i zacząć chodzić na rozmowy kwalifikacyjne. Choć w wielu przypadkach ich marka osobista stawia ich na wysokiej pozycji. Mogliby bez problemu pisać hasełka reklamowe dla banksterów, żeby stać ich było wreszcie na wymarzone auto. To nie jest żaden zarzut. Powiedziałem właśnie, że dobry pisarz zawsze sobie poradzi.

Ja natomiast uznałem, że nie muszę robić wszystkich tych rzeczy, które robią inni, by sprzedać swoje książki. Nie muszę ich drukować na papierze, ani nadrukowywać na nich ceny. Nie muszę też odpowiadać na pytania, dlaczego tego nie robię. Nie muszę i już.

Sukces już osiągnąłem

Do momentu, kiedy nie natrafiłem na artykuł Marcina Podlewskiego w portalu Kawerna, dość mocno miotałem się ze swoim pisarstwem. Najpierw chciałem tak, potem srak. Wsłuchiwałem się w rady, czytałem poradniki. Chciałem być selfem, potem chciałem pisać coś na poważnie i wysyłać do wydawnictw, ale ostatecznie totalnie wyluzowałem. I chyba moment, w którym wyluzowałem i odpuściłem, był tym, w którym osiągnąłem także stan pisarskiej nirwany – zrozumiałem, że nie ma co się spinać. Pisanie nigdy nie uczyni mnie bogatym, bo w pisaniu nie ma pieniędzy. Zresztą pieniądze czerpię z innego zajęcia, a pisanie jest dla mnie pasją i zabawą. Po co psuć ją pieniędzmi i dopasowywaniem się do potrzeb rynku i oczekiwań wydawcy.

Mam swoją grupę odbiorców. Niewielką, rzec można ELITARNĄ. Pisanie dla nich jest dla mnie w pełni satysfakcjonujące. I nie potraktujcie moich słów jako „no dobra… tyle udało się ugrać, to niech będzie”. Sądzę, że każdy czytelnik jest tak samo ważny, więc to, czy mamy 10 czytelników, czy 1000, nie ma aż tak wielkiego znaczenia, jeżeli nie chcemy za wszelką cenę przeliczać ich  na banknoty. A chcemy? Bo ja nie. Dla mnie to nie banknoty tylko ludzie.

Ostateczny wniosek, do którego doszedłem po latach błądzenia jest taki – skoro chce mi się napisać kolejną książkę i wydać w postaci darmowego ebooka, sukces już osiągnąłem. 

Czytaj także: Robienie czegoś za darmo nie musi być bezcelowe

(Szach mat hochsztaplerzy od vanity press i self publishingu!)

Photo by Hannah Jacobson on Unsplash

8 Udostępnień