Bartosz Adamiak

dystopie, postapo, survival i inne brednie

Ładunek (Cargo, 2017)

No dobrze…  no dobrze… Netflix wypuścił kolejny pełnometrażowy film. Tym razem postapo, więc musiałem obejrzeć. Już od pewnego czasu nosiłem się z zamiarem wykonania tego karkołomnego działania, aż tu nagle… BANG! Obejrzałem.

Część bez spojlerów

Niewiele o Cargo wiedziałem, zanim go obejrzałem. Miałem tylko wiele złych przeczuć wynikających z moich wcześniejszych doświadczeń, chociażby z filmem Anihilacja. Mówi się, że pełnometraże nie są mocną stronę Netflix. Ja sądzę, że nie ma reguły. Seriale też zdarzają się słabe (Zagubieni w kosmosie), ale z pełnometrażem jest tak, że siadamy, oglądamy i wyrabiamy sobie zdanie. A przez serial trzeba przebrnąć, często w wielu sesjach. I nasze zdanie na temat danego serialu może się zmieniać w trakcie oglądania, tak jak miałem ja, w przypadku The Rain.

No więc miałem sporo obaw. Zachęcała mnie obecność Martina Freemana oraz to, że na pierwszy rzut oka historia miała być nietypowa – ojciec i dziecko, trochę jak w The Road, ale dociskamy śrubę jeszcze bardziej, bo dziecko jest małe (na oko 10 miesięcy). No i jeszcze to, że film jest australijski, a Australia, to wiadomo – Mad Max – ojciec postapo.

Tyle wiedziałem. Tego, co się dowiedziałem po obejrzeniu, nie sposób opisać, bez spojlerów.

Teraz będą spojlery

Swoją drogą – skoro nie da się niczego opowiedzieć bez zbędnego spojlerowania, to dobrze, czy źle?

Mamy rodzinkę – Andy`ego (Martin Freeman), Kay oraz ich małe, na oko 10 miesięczne dziecko. Sielska atmosfera, płyną sobie rzeką na czymś, co przypomina dom na wodzie. Kobitka zajmuje się dzieckiem, ojciec steruje statkiem. Wszystko ok., ale w pewnym momencie Andy dostrzega balonik. Po chwili widzimy na brzegu drugą rodzinę – dzieci, matka, ojciec… No i mamy zgrzyt. Ojciec, który wygląda jako żywo jak Joel z The Last of Us, pokazuje z daleka, że ma broń. I Andy momentalnie traci zainteresowanie.

Ale po pewnym czasie docierają do uwięzionego na mieliźnie jachtu. Andy potajemnie płynie tam łódką, żeby zebrać loot. Znajduje m.in. wino, którym chce uczcić „rocznicę” (tok, jak udało im się pozostać przy życiu). Przy okazji okazuje się, że na jachcie coś jest, więc facet ucieka stamtąd czym prędzej. Później Andy pokazuje konserwy i zapewnia Kay, że ta wyprawa nie była ani trochę niebezpieczna. Kiedy Andy idzie spać, jego żona odkrywa wino z dedykacją i  postanawia udać się na jacht sama, po kryjomu – prawdopodobnie, żeby również zrobić jakąś niespodziankę mężowi. Choć przede wszystkim chodzi o maszynkę do golenia, żeby Andy mógł być gładki jak pupa niemowlęcia, kiedy wieczorem będzie seks.

Ale niestety.

Niestety!

Kay zostaje ugryziona przez coś, czego tak do końca nie widzimy, ale „miało palce”, jak miała później powiedzieć. Andy podejmuje decyzję – schodzimy na ląd. Nie można tracić czasu. Pojawia się bransoletka z czasomierzem, odliczająca 48 godzin. Na lądzie widzimy też pierwsze zombiaki, i już wiadomo, o co chodzi…

Another zombie movie

Ja nie mam nic przeciwko zombie – wręcz przeciwnie, uwielbiam filmy o zombie. 28 dni później to jeden z moich ulubionych filmów postapokaliptycznych EVER!

Aczkolwiek zawsze muszę się czegoś przyczepić. Zawsze problemem są sposoby zarażenia i okres inkubacji. Zawsze mam też problem z tym, co tak naprawdę stanowi treść filmu. Bo zwykle zombie to tylko pretekst do pokazania czegoś innego, najczęściej tego, że człowiek potrafi być bardzo zły. To zresztą temat bardzo wielu filmów postapo, bo mieliśmy tak chociażby w The Rain. Ambitniejsze dzieła, jak Droga właśnie, próbują pokazać coś głębszego – relacje między ludźmi, tam konkretnie między ojcem, a synem.

No więc skojarzenia z The Road w przypadku Cargo są częściowo słuszne, ale jednak dość szybko okazują się nie do końca adekwatne. Mała Rosie nie wchodzi w zbyt duże relacje z ojcem. Jest raczej właśnie tytułowym ładunkiem, niż postacią dramatu. Oczywiście drogocennym ładunkiem. Tak małe dziecko jest absolutnie niezdolne do przeżycia samodzielnie. Chłopiec z Drogi jeszcze mógłby dać radę, ale Rosie nie chodzi, nie mówi. Poza tym jest jeszcze coś – Andy został ugryziony przez swoją żonę, więc również ma 48 godzin, zanim przemieni się w zombiaka i zje Rosie.

Krótko mówiąc…

Wyścig z czasem

Tak. Cargo to film, któremu ideowo bliżej do „Speed” z Snadrą Bullock, niż do Drogi. Sytuacja wydaje się być dramatyczna – ojciec, który wie, że przemieni się w zombiaka, i dziecko, które jest totalnie niesamodzielne. Idealnie byłoby, gdyby ojciec znalazł drugą rodzinę i oddał im pod opiekę dziecko, ale w obliczu uciekającego czasu jego desperacja jest coraz większa.

Wraz z kolejnymi minutami (czy godzinami w życiu Andy`ego) poznajemy kolejnych napotkanych przez niego ludzi, którzy mogliby zostać ewentualnymi opiekunami Rosie. Najpierw jest to kobieta, która wydaje się być ciepła i dość zaradna. Pojawia się jednak pewne niedomówienie sugerujące, że jednak cierpi ona na chorobę nowotworową, więc Andy musi wyruszyć dalej. Spotyka kolejnych, potencjalnych, idealnych ludzi. Młoda kobieta (w tej roli znana ze Slow West Caren Pistorius) oraz jej mąż – zaradny facet chodzący wszędzie z karabinem. Niestety i tam na jaw wychodzi jakaś brzydka prawda, która każde Andy`emu szukać dalej…

Dobra… aż tak nie będę spojlerzył.

Odczucia, refleksje i wnioski

Ogólnie film bardzo trzyma w napięciu. Rzeczywiście jest to połączenie Speed oraz The Walking Dead. Cierpi na tym trochę klimat filmu. Pomimo bardzo pesymitycznej wymowy, film nie jest aż tak bardzo przygnębiający, a Freeman kojarzy się raczej z rolami komediowymi, lub przynajmniej lekkimi. Kreacja ojca w Cargo nie przypomina ani trochę kreacji Mortensena w The Road. Nie mówię, że ma przypominać, ale tam mieliśmy twardego mężczyznę, który mierzył się z sytuacją trudną, i nie było to wszystko takie bardzo jednoznaczne. Tymczasem Andy jest dość niefrasobliwy. Nie targają nim wielkie emocje. Jako aktor komediowy, bardzo szybko wziął się w garść i przez cały czas jest w 100% skupiony na realizacji celu. Jak Terminator.

Fakt, że akcja dzieje się w Australii sprawia także, że film jest bardzo słoneczny. Zaledwie kilka scen dzieje się w nocy, jednak przez większość czasu oglądamy ładne, słoneczne pejzarze, które średnio licują się ze straszliwą chorobą dziesiątkującą ludzkość. Chociaż z drugiej strony potrafię zrozumieć, że skoro to australijski film, to twórcy (i być może mecenasi) chcieli trochę podkreślić jego „australijskość”. Stąd bardzo dużo słońca i Aborygeni, którzy ostatecznie odgrywają w filmie istotną rolę.

Powiem tak… w Mad Maxie nie było to aż tak jaskrawe. Chociaż tam postapokaliptyczność miała zupełnie inne tło.

Krótko mówiąc – dużo w tym filmie fajnych rzeczy, ale także i sporo mniej fajnych. Jako ojciec dwójki dzieci, odczuwałem ten film jako wyjątkowo stresujący. Pamiętam, kiedy moje dzieci były w wieku Rosie. To trudny etap dla ojca, ponieważ dziecko w tym czasie głównie potrzebuje matki. Tata może ponosić, przewinąć, pobawić się, ale to matka zapewnia pokarm, bezpieczeństwo i ciepło. W filmie i tak ten wątek został potraktowany dość symbolicznie, a mała Rosie dość szybko zapomniała o mamie. W życiu dziecko pewnie by cały czas darło japę. Nie mówiąc o tym, że ani razu nie widać, żeby coś jadło. A taki mały szkrab je dość często.

Niemniej jednak z pewnością nie jest to film nieudany. Dałbym mu jakieś 4/6.

Photo by Ben White on Unsplash

1 Udostępnień

Comments

comments

Zobacz także