Bartosz Adamiak

dystopie, postapo i inne brednie

Krzysztof Piersa

Krzysztof Piersa. Tym razem to ja zadaję pytania :)

Los bywa przewrotny i zaskakujący. Co dziś postaram się udowodnić. Dziennikarz, który zainteresował się Erą Mroku, dziś udziela wywiadu mi, albowiem napisał książkę, która niebawem ujrzy światło dzienne. Nie jako self publishing. Znalazł wydawcę.

Bartosz Adamiak (BA): Krzysztofie, do tej pory rozmawiałeś ze mną już trzy razy o Erze Mroku (dwa razy dla kulturaonline.pl i raz w czasie ODF na spotkaniu autorskim). Tym razem role się odwracają. Napisałeś książkę i znalazłeś na nią wydawcę. Zapewne jeszcze nie możesz za dużo powiedzieć, czy może jednak?

Krzysztof Piersa (KP): Coś tam mogę napomnieć, spalony na stosie za to na pewno nie zostanę, choć o samej tematyce wolałbym na razie milczeć. Wiesz jak to jest, szpiedzy są wszędzie, jeszcze ktoś wyda książkę w identycznym temacie. Nie mogę ryzykować 😉

BA: Jaką drogę musiałeś przebyć od momentu zakończenia książki, do chwili, gdy otrzymałeś pozytywną odpowiedź z wydawnictwa?

KP: Chciałbym powiedzieć „wziąłem, napisałem i jest”. Samo pisanie książki do momentu wysłanie jej do wydawnictw trwało jakieś… pół roku, może trochę więcej. Czymś innym jest nabywanie pisarskich umiejętności, jeśli mogę tak to nazwać. To nie jest tak, że postanowisz napisać książkę i BACH! Strasznie dużo czasu poświęciłem, żeby nauczyć się pisać. Mam na kompie jakieś 12 Gigabajtów różnorakich tekstów. Scenariusze, plany ramowe, skończone opowiadania o różnorakiej tematyce. Kiedyś napisałem nawet fanfik o Gwiezdnych Wojnach na 120 tysięcy znaków. Słowem – pisanie nie wzięło się u mnie z niczego.

BA: A później? Wiem, że nie wysyłałeś ot tak fragmentu tekstu. Do atakowania wydawnictw przygotowywałeś się jakoś specjalnie, prawda?

KP: Miałem pewien zamysł w głowie, a po skonsultowaniu się z Łukaszem Kotkowskim (wspaniałym powieściopisarzem) i moją partnerką życiową, miałem gotowy plan działania. Sporządziłem CV autora, które, wydaje mi się powinien przygotować każdy debiutujący pisarz wysyłający rękopis. Poza tekstem książki wysłałem w sumie jeszcze cztery dodatkowe teksty. Pierwszy to spis tego, co pisałem do tej pory, bez względu czy to felieton czy opowiadanie oraz informacje o tym, jak długo zajmuję się pisaniem hobbystycznie i zawodowo, gdzie publikowałem swoje teksty poza szufladą. Pozwala to ocenić wydawcy, czy potencjalny pisarz wie cokolwiek o stawianiu literek, czy jest też napalonym leszczem, któremu jeszcze dużo brakuje.

Kolejny krótki tekst „dlaczego warto wydać moją książkę” określał czy znam się na swojej tematyce, ile jest podobnych pozycji na rynku i czy wzbudzi ona kontrowersje.

Reklama i opinie – w tym dokumencie zawarłem wszystkie możliwości współpracy jakie jestem gotowy podjąć: czy będę jeździł na spotkania, czy będę sam je organizował, jeśli tak to na jaką skalę. Zawarłem też opinie serwisów do których udało mi się dotrzeć. Znalazło się tam jedna, dwie negatywne i sporo pozytywnych. Ma to na celu uzmysłowienie wydawcy, co sądzą o tej książce grupy docelowe lub środki promocji.

Na koniec streszczenie książki. Ludzie mogą nie mieć ochoty przeczytać 200 stron. Trzeba dać dwustronicowe streszczenie fabularne. Jakie są rozdziały, jaka konkluzja końcowa, kto wygrał, a kto zabił. To też jest znak dla wydawcy, że pojmujesz znaczenie tekstu. Jeżeli nie potrafisz w dwóch zdaniach określić świata przedstawionego, nie potrafisz pisać.

Tak przygotowany mail możemy dopiero wysyłać. Musimy pokazać wydawcy, że jesteśmy coś warci, że nam zależy i jesteśmy świadomymi pisarzami, a nie natchnionymi podlotkami. Debiutanci mają znacznie grubsze sito. Ci z kilkoma gotowymi książkami po prostu wpiszą „wygoogluj moje nazwisko” albo „napisałem tamten bestseller”. Wydawca przeczyta wszystko dookoła zanim w ogóle złapie za książkę. Musi być dobrze umotywowany, żeby w ogóle otworzyć kopię i zacząć ją czytać.

BA: Publikowałeś coś wcześniej np. na forach czy grupach dyskusyjnych?

KP: Całe mnóstwo. Jak miałem piętnaście lat publikowałem fanfik w świecie Fallouta na stronie Enklawa Magii (chyba coś takiego jeszcze istnieje) Dostałem tam srogie baty i dużo konstruktywnej krytyki, za co im bardzo dziękuję. Potem pisałem na Nową Fantastykę, gdzie doczekałem się tylko hejtu. To nie jest dobry portal dla początkujących. Każdy chce być najmądrzejszy i czepia się innych, rozpaczliwie poszukując uznania. Tam dowiesz się, że opowiadanie o smokach jest złe, bo są w nim smoki. Miałem też epizod z Poltergaistem. To była moja pierwsza praca z redaktorem, z którym długo poprawialiśmy moje opowiadanie „Dziesięć Minut”. Jarałem się tym jak córka Stanisa. Czułem się taki ą ę. Inna sprawa, że wysyłałem też do nich „pierwszy rozdział, planowanego siedmioksięgu o aniołach inspirowany japońskimi animacjami” odpowiedź była „nie pisz siedmioksięgu”.

Publikowałem sporo tekstów na konkursy literackie. Nie miało dla mnie znaczenia, czy wygram czy też nie. Sama praca nad tekstem pozwalała mi rozwinąć umiejętności. Wiedziałem w jakiej tematyce czuję się lepiej, opisy jakich scen są dla mnie kłopotliwe i jakich zabiegów fabularnych nie stosować. Dużo dawałem do czytania swojemu rodzeństwu i dziewczynie, która (biedaczka) nie znosiła fantastyki poza Władcą Pierścieni, ale strasznie chciała mi pomóc. Dawanie jej moich tekstów było drugą najlepszą decyzją, zaraz po związaniu się z nią. Umieszczałem też teksty na Facebooku, na zasadzie „hej zobaczcie co napisałem”. Czasami ktoś poświęcił tą godzinkę, żeby przebrnąć przez moje bazgroły.

BA: A polecałbyś jakieś szczególne miejsce? Albo sposób na to, by uzyskać jakąś opinię o swoich tekstach? Ja niedawno wrzucałem na grupę na FB, która była mi rekomendowana jako bardzo dobra. Otrzymałem kilka powielających się opinii i nikt nie chciał rozwinąć swojej myśli ani uzasadnić opinii. To było bardzo powierzchowne. Trudno oczekiwać od obcych ludzi bezinteresownej, dogłębnej analizy i porad na poziomie redakcyjnym.

KP: Szczególne miejsca do polecenia? Trudno mi powiedzieć. Sam rozbijałem się głównie po wysypiskach internetowych, czyli forach i blogach. Myślę, że najlepszą metodą jest dać w miarę krótki tekst, znajomemu lub komuś z rodziny. Chodzi o osoby którym zależy na nas. One nas nie oleją pod warunkiem, że nie będziemy nadużywać ich dobroczynności. Każda opinia w tym momencie jest dobra. Nawet jeżeli wyślemy 200-stronicowy tekst, a kumpel ze studiów wysiądzie po 2 stronie – to znaczy, że wydawca też by wysiadł.

Sam często czytam projekty młodocianych autorów zamieszczając ich wypociny na portalu. Nie zawsze jednak z czystym sumieniem mogę polecić tekst i wtedy odmawiam publikacji. To najtrudniejsza część mojej pracy, bo dobrze pamiętam, jak to jest być świeżakiem. Do Licha! Nadal nim jestem!

Najlepszym recenzentem jesteśmy my sami. Kiedy piszesz opowiadanie na konkurs, patrzysz na siebie bardzo sceptycznie, przynajmniej ja tak mam. Nie myślę „ależ ze mnie Mickiewicz” a raczej „ciekawe czy sędzia będzie wiedział o co mi chodziło”. Jeżeli po przeczytaniu całości masz to miłe ukłucie radości, to znaczy, że zrobiłeś krok naprzód. Jeśli nie – wracamy do poprawiania tekstu. Na tym etapie nie ma nawet znaczenia, czy wygramy w konkursie, czy też nie. Liczy się sam fakt, że napisaliśmy nowy tekst i doszlifowaliśmy go poprawiając poprzednie błędy.

BA: Ile czasu pracowałeś nad książką, dla której obecnie masz już wydawcę?

KP: Około…. Pół roku, może trochę więcej. Pisało mi się ją bardzo szybko, w 3-4 miesiące miałem wszystko, ale potem zaczęły się długie poprawki, dopisywania, skreślenia i tym podobne.

BA: Myślałeś o self publishingu?

KP: Kiedyś się nad tym zastanawiałem, ale bardzo szybko odpuściłem temat. W moim odczuciu Selfpublisher to osoba tak kumająca rynek książki i posiadająca tak duże zainteresowanie, że zwyczajnie nie opłaca jej się współpraca z wydawnictwem. Takim dobrymi przykładami są Tomek Tomczyk, autor „Bloger” czy Krzysztof Gonciarz ze swoim „Webshows”. Selfpublishing wymaga też dużej… samoświadomości? Musimy nie tylko wierzyć w swoją książkę, ale być pewnym jej wartości. Jej mocnych i słabych stron. Patrzeć na nią z punktu widzenia sprzedawcy, a nie autora. To bardzo trudna sprawa wcielić się w obie te role jednocześnie.

BA: No właśnie. To ciekawe, bo self publishing często promowany jest właśnie jako taka droga na skróty. Poszczególne grupy interesów mówią „nie potrzebujesz utrzymywać darmozjadów, sukces jest w twoim zasięgu, wystarczy, że zamówisz u nas skład i druk”. Uważasz, że dla początkującego pisarza wydawnictwo to najlepsza droga?

KP: Wydawnictwa nie odrzucają dobrych książek. Coś takiego po prostu nie istnieje i nigdy w to nie uwierzę. Jeśli nie dostałeś odpowiedzi – wybacz. Czym innym jest być kiepskim pisarzem, a nie być gotowym. Wydawanie książek to pierwsza liga, a nikt od pierwszej ligi nie zaczyna. 6 lat temu Poltergaist nie chciał mnie nawet publikować. Nie dlatego, że się uwzięli. Po prostu byłem za słaby. To duży problem początkujących pisarzy – przyznać przed samym sobą, że nie posiadamy jeszcze wystarczających umiejętności władania polszczyzną. Zresztą nie tylko o język chodzi. Musimy wymyślić NAPRAWDĘ dobrą fabułę, taką która pochłonie nas samym napisem wstępnym, samym prologiem.

Selfpublishing jest dobry, przynajmniej dla mnie w założeniu, gdy jest się dodatkowo biznesmenem. Zależy też jakie mamy wewnętrzne założenia, bo może po prostu nie chcemy rozgłosu i chcemy wydać raptem kilka kopii dla rodziny. Tak też można.

Selfpublisherzy bardzo często poszukują opinii o książce. Chcieliby, żeby ktoś się nad nią pochylił i wypowiedział o niej, choćby negatywnie. Jeżeli mają taką potrzebę, recenzji własnej twórczości, warto wydrukować kilka egzemplarzy i rozdać na konwencie, albo zamieścić na stronie takiej jak Spisek Pisarzy. Wysłać tekst do kogoś, kto czyta dużo książek i pochyli się nad naszym tekstem.

Wszystko zależy od tego czy jesteśmy selfami, bo uważamy, że tak będzie lepiej, czy dlatego, że nikt nie chciał wydać naszej książki.

BA: Jakie korzyści – w Twoim mniemaniu – są najistotniejsze w wydawaniu książki w sposób tradycyjny?

KP: Darmowe egzemplarze dla znajomych. A tak serio, to według mnie wydawanie tradycyjne wiąże się nadal z pewnym prestiżem, zwłaszcza jeśli trafimy pod skrzydła ogólnopolskiej oficyny. Nie wiemy jak, ale udało mi się przebrnąć przez to sito i to w zupełności wystarczy. Poza tym wydawnictwo tradycyjne ma emblemat „pracujemy z profesjonalistami”. Nie chodzi o pisarzy, lecz o całą resztę. Reklama, redakcja, grafika, dystrybucja. Wszystkim zajmują się ludzie siedzący w tym fachu od wielu lat.

Z tego też powodu jest takie sito. Wydawnictwa po prostu nie będą tracić czasu na ludzi którzy nie wiedzą czego chcą. Spójrz np. na Gołkowskiego z Fabryki Słów. To istny Szoł-man! On dokładnie wie o co mu chodzi, a do tego pisze w zawrotnym tempie. Widziałem na Pyrkonie całą masę zamkniętych w sobie introwertyków szepczących „bo ja bym chciał wydać książkę”. To nie o to chodzi. Każdy z nich powinien spojrzeć na Michała G. i zwyczajnie w świecie czerpać wzorce.

Od razu też muszę sprostować to legendarne wydawnicze sito. Wydawnictwa straszą, że dostają dziennie 100 tekstów. To daje nam… 3200 rękopisów i unikatowych dzieł miesięcznie. Weźmy pod uwagę samą fantastykę. Odejmij gimbazę piszącą fanfiki i próbujące opchnąć to jako oryginał. Odejmij książki rozkręcające się na 50-tej stronie. Wytnij te z łamaną polszczyzną. Zostanie ci raptem setka tekstów. Naprawdę! Nie więcej! A teraz zrób przesiew fabularny. Kto wymyślił coś naprawdę ciekawego, co nie trąci Sapkiem, Tolkienem i Martinem. Zostaje nam 20 tytułów. Teraz spójrz na teksty jako biznesmen. Czy któryś porwie dzieciaki, rozśmieszy starszych albo zaskoczy wszystkich razem? Dodajmy do tego umiejętności miękkie autora i jego chęć pójścia na ugodę w zmianach recenzenckich. Zostaną ci dwie, trzy książki. Akurat tyle ile większość wydawnictw jest w stanie wydać.

BA: Jaki jest Twój plan? Chciałbyś zostać pełnoetatowym pisarzem czy to tylko dodatek do czegoś innego? W Polsce niewielu pisarzy stać na nowego Mercedesa CL500 AMG, jak Roberta J. Szmidta 🙂 Jako dziennikarz kulturalny znasz wielu pisarzy i wiesz, jak to wygląda.

KP: Beletrystyka w Polsce jak każdy inny zawód potrzebuje czasu. Kiedy postanawiamy zająć się pisaniem zawodowo, to tak jakbyśmy powiedzieli „chcę być fryzjerem” albo „zacznę robić zdjęcia za pieniądze” na początku w żadnym biznesie nie jest kolorowo, trzeba się przygotować na liczne koszta, zanim zaczną się zyski. Czemu w pisarstwie miałoby być inaczej? Młodzi są przygotowani na BUM w stylu Kinga.

Wszystko zależy od poświęcania czasu. Jeżeli książka okaże się ciekawa, możemy zacząć jeździć na spotkania autorskie, podbijające sprzedaż i wspierając portfel (bo za spotkania z dobrymi autorami biblioteki płacą). Możemy też wypowiadać się w różnych czasopismach i programach publicystycznych za co też dostaniemy swoje. Obawiam się jednak, że wtedy cały czas balansuje się nad przepaścią, bo jeżeli kolejna książka będzie kiepska, dostaniemy baty i popadniemy w depresję, nie mówiąc już o pustym portfelu. Pisanie na pełen etat to w sumie jak z gwiazdą estradową. Trzeba niemałej odwagi, a i tak przy bliższym poznaniu fachu nie jest wcale tak kolorowo.

Sam widzę pisanie jako dodatek do mojej stałej pracy. Wolę jednak mieć to zabezpieczenie w postaci comiesięcznej pensji. No chyba, że mój debiut sprzeda się w jakimś kolosalnym nakładzie, to wtedy będę myślał nad czymś innym. Pożyjemy, zobaczymy.

Pisarze mieszkają w średnich domach lub mieszkaniach, jeżdżą Volkswagenami, lub komunikacją miejską i kupują ciuchy w sieciówkach. Żadnych Ferrari, basenów i drogich garniaków. Jeżeli policzymy sobie złotówkę lub półtorej za każdy egzemplarz, dowiemy się ile zarabia pisarz na samej książce. To tak jak z piosenkarzami, którzy zarabiają na koncertach, a nie sprzedanych płytach. Problem w tym, że pisarze, nie rozbierają się dla playboya i nie porywają takich tłumów. Są rodzajem intelektualnych celebrytów i wybrańcami introwertyków, a nie szoł-menami i skandalistkami. No chyba, że wydamy coś populistycznego w stylu 50 twarzy Greya.
W ogóle trzeba na początku odpowiedzieć sobie na pytanie czy chcemy napisać książkę, czy chcemy wydać książkę.

Słowo podsumowania: Nie jest trudno w moim odczuciu wydać książkę, ani napisać książkę. Bardzo trudno jest napisać DOBRĄ książkę i przekonać jeszcze wydawcę do jej publikacji. Nie jest to jednak niewykonalne. Sam widzę w sobie bardziej szczęściarza, ale nie w tym rzecz. Trzeba próbować. Wydawcy stale narzekają na brak dobrych pomysłów, dobrych książek i ciekawych autorów. To nie jest krótka droga. To piekielnie długi szlak, pełen pokrzyw i cierni (jakiż ja jestem poematyczny!) ale nie jest to szlak nie do przejścia. Jeżeli napiszesz dobrą książkę, którą będzie się dobrze czytało, odniesiesz sukces, bez względu na to czy jesteś selfem, czy startujesz do wydawnictw. Nastąpi to jednak dopiero gdy osiągniesz ten magiczny poziom bycia wystarczająco dobrym.

Ufff…. Rzekłem 😀

BA: Ufff… dzięki 🙂 Kupa cennej wiedzy.

Photo by Milos Tonchevski on Unsplash5

Comments

comments

Zobacz także