Bartosz Adamiak

dystopie, postapo, survival i inne brednie

Krzysztof Koziołek

Krzysztof Koziołek – wywiad

Bartosz Adamiak: Chcesz, aby po przeczytaniu, czytelnicy sami określali ile chcą zapłacić za e-booka „Bóg nie weźmie w tym udziału”. To nowatorskie podejście, ale i kontrowersyjne. Z jednej strony świetny eksperyment, który pokaże, ile Polacy chcieliby płacić za e-booka, z drugiej zaś może się okazać, że wolą za darmo. Jest też trzecia strona medalu – wiele osób na pewno go przeczyta z ciekawości. Jakiego rezultatu oczekujesz?

Krzysztof Koziołek: Greckiej wyspy na pewno sobie za to nie kupię (śmiech). Chociaż szczerze mówiąc, o ile liczyłem i dalej liczę na wpłaty nawet w wysokości przysłowiowej złotówki, o tyle nie spodziewałem się, że znajdą się czytelnicy, którzy będą płacić za mojego darmowego przecież ebooka 30 zł! To daje nadzieję, że mój eksperyment wypali, chociaż na ostateczne podsumowanie daję sobie czas minimum do końca roku. Wielu internautów gratuluje mi kreatywności i odwagi, jeszcze więcej obawia się, że umrę z głodu (śmiech). Ale uspokajam: zdawałem sobie sprawę z ryzyka, podejmując tak niebezpieczną grę. Tak na marginesie: gdybym był osobą zachowawczą, nie utrzymywałbym się z pisania od trzech lat, będąc przy tym selfpublisherem wydającym własne powieści w formie papierowej. Żeby skutecznie walczyć z rynkowymi Goliatami, trzeba w sobie pielęgnować spryt biblijnego Dawida i nie bać się iść na przebój. Nie bez powodu podtytuł mojego projektu to „kryminalny eksperyment cenowy”. Przy czym już teraz, niespełna trzy tygodnie po starcie, okazuje się, że będzie on miał kilka wymiarów, czego wcześniej nie przewidziałem. Ten najbardziej oczywisty to finansowy: stracę czy zarobię na darmowym udostępnieniu ebooka? Dalej jest czytelniczy: ile osób ściągnie mój thriller i go przeczyta? Internauci już mi podpowiedzieli, że projekt zahaczy też o, tak to nazwijmy, aspekt socjologiczny: ile osób z własnej i nieprzymuszonej woli zapłaci za coś, co już otrzymało? Ciekawie zapowiada się bitwa technologiczna: który format będzie miał największe wzięcie? O dziwo na razie zdecydowanie wygrywa PDF, mimo że fachowcy prognozowali zwycięstwo formatów ePub i mobi! Zdradzę też, że najbardziej zależy mi na uzyskaniu efektu literackiego: jak lektura powieści wpłynie na postrzeganie autora przez odbiorców? Mówiąc krótko: czy „Bóg nie weźmie w tym udziału” się spodoba?

BA: Dawid i Goliat to świetna analogia do tego, jak czuje się autor, który próbuje się wydać na polskim rynku. Czytelnictwo w ogóle ma się kiepsko. Z pisarstwa podobno nie da się wyżyć. A nie mając za sobą budżetu marketingowego wydawnictwa ciężko w ogóle cokolwiek sprzedać. Z drugiej strony pojawia się ktoś taki, jak Ty, kto zdaje się robić naprawdę kawał dobrej roboty na przekór wszystkiemu. Jak to się stało, że postanowiłeś być Dawidem i zacząłeś pisać i wydawać własne książki?

KK: Zupełnie przypadkiem napisałem pierwszą powieść sensacyjną, wydrukowałem na drukarce kilka egzemplarzy i rozdałem znajomym. Ponieważ recenzje były entuzjastyczne, oczami wyobraźni już widziałem czerwony dywan i lukratywny kontrakt.

BA: 🙂

KK: Wtedy moja twarz brutalnie zderzyła się z drzwiami pod tytułem „Jak trudno w Polsce wydać powieść bez wielkich pieniędzy albo jeszcze większych znajomości”. Jestem jednak z tych, co się nie poddają, zdobyłem sponsorów, wydrukowałem „Drogę bez powrotu”, a zarobione pieniądze zainwestowałem w kolejne książki. Tu dodam, że mocno pomógł mi Janusz Klimenko z Wydawnictwa Kropka, który sygnował pierwsze dwie powieści. Od trzeciej poszedłem już „na swoje” i teraz na koncie mam siedem wydanych książek. Sprzedały się mniej więcej w nakładzie 500-2.000 egzemplarzy, więc chyba jest się czym chwalić. Podkreślam, że mówimy o książkach papierowych, nie ebookach! Satysfakcję mam tym większą, że zrobiłem to praktycznie sam, bez posiedzeń na kanapach telewizji śniadaniowych, selfpublishera nie stać bowiem na lokowanie produktu w mediach, które kształtują gusta milionów potencjalnych klientów. Minus takiego stanu rzeczy to oczywiście trudność w dotarciu do Czytelników, a co za tym idzie, sprzedaż dramatycznie gorsza od wyników molochów wydawniczych. Z drugiej jednak strony taki autor jak ja ma pewność, że jego powieści podobają się Czytelnikom. Ten sąd opieram na prostym mechanizmie. Jeśli Czytelnicy kupują twoją drugą, czwartą, siódmą książkę, a wcześniej nie byłeś reklamowany w dużych mediach, to znaczy, że decyzję o zakupie podjęli świadomie, a nie w wyniku owczego pędu wygenerowanego przez speców od marketingu. Co nie zmienia faktu, że podobnie jak inni selfpublisherzy marzę o wspomnianej już kanapie śniadaniowej (śmiech). Inna rzecz, że gdybym pięć lat temu miał tę wiedzę, którą mam dzisiaj, chyba nie odważyłbym się na rzucenie dobrze płatnej pracy w redakcji pewnego tygodnika, nie założyłbym własnego wydawnictwa Manufaktura Tekstów i nie stał się pisarzem zawodowym. Sęk w tym, że wówczas nikt mi nie powiedział, że celu, który sobie postawiłem, w Polsce nie da się osiągnąć (śmiech).

BA: 500-2000 egzemplarzy to w sumie bardzo ładny wynik, jak na pisarza „indie”. Zwłaszcza, że autor książki wydanej przez wydawnictwo, ma od sprzedanego egzemplarza dość symboliczną kwotę (3-5 zł). Przy koszcie jednostkowym 10 zł i cenie książki 30-39 zł powinno się „spinać”? Ile kosztuje Cię wprowadzenie książki na rynek? Jak wygląda Twój marketing i biznesowa strona przedsięwzięcia? Czy możesz uchylić rąbka tajemnicy?

KK: Od 3 do 5 zł od egzemplarza? Są wydawnictwa, które tyle płacą, nie licząc celebrytów i gwiazd z pierwszych stron gazet? Poproszę o namiary (śmiech). Ja słyszałem o bardzo dobrych polskich pisarzach i pisarkach, takich z mocną pozycją na rynku, którzy dostają złotówkę od egzemplarza. Powtórzę: złotówkę! Pod tym kątem, jeśli policzy się koszty samego druku i cenę okładkową, to może się wydawać, że selfpublishing to żyła złota, bo self jest w stanie na książce zarobić dziesięć razy więcej. Problem w tym, że sprzeda 100 egzemplarzy, może 200, a nie, jak autor w tradycyjnym wydawnictwie, 10 tysięcy. Druga rzecz, jest jeszcze przygotowanie książki do druku, czyli redakcja, korekty, łamanie, adiustacja i projekt okładki, a to kosztuje tyle samo bez względu na nakład i pochłania kilka tysięcy złotych. Tak więc selfpublisher jednostkowo płaci o wiele więcej za przygotowanie książki do druku. Sam druk też jest dla niego droższy, bo mniej drukuje, a co za tym idzie, ma gorszą pozycję przetargową. Jednak największą zmorą rynku książki, ale i rynku w ogólności, są marże pośredników, czyli dystrybutorów, które sięgają nawet 60 procent! To jest tak, jak ze schabowym. Rolnik płacze, jak wyjeżdża ze skupu żywca, bo za kilogram dostaje 5 zł. A klient, kupując schabowego, jest wściekły, bo płaci 20 zł. Oczywiście selfpublisher może założyć własny sklep internetowy i uciec tym samym od horrendalnie wysokich kosztów dystrybucji. Pytanie: ile książek jest w stanie tak sprzedać? Przecież większość kupuje w księgarniach tradycyjnych, chce książkę dotknąć, przekartkować, poczuć fakturę okładki, znaleźć nosem ślad niewyschniętego jeszcze tuszu. Chociaż z drugiej strony coraz więcej Czytelników ma informacje o realiach branży, coraz więcej z nich nie godzi się z dyktatem wielkich dystrybutorów (którzy zalegają hurtowniom, wydawnictwom i autorom dziesiątki milionów złotych), coraz więcej z nich świadomie robi zakupy bezpośrednio u źródła. Mnie to cieszy, bo oznacza większy zarobek, a przede wszystkim pewność tego, że za sprzedaną książkę otrzymam pieniądze, inaczej niż w przypadku niektórych dystrybutorów i sieci księgarń. A Czytelnikom, wiem to od nich, taki układ też daje satysfakcję, bo mają świadomość, że wspierają autora. To rodzi więź dającą korzyści obu stronom, poza oczywiście dystrybutorami czy wielkimi wydawnictwami. Co zresztą odczuwam na własnej skórze, bo bywam celem ataków, podobnie jak przed laty muzycy, którzy, mając dość dyktatu firm fonograficznych, zaczęli sprzedawać płyty i piosenki w internecie. Nie ukrywam, że to branża muzyczna zainspirowała mnie do przeprowadzenia mojego literackiego eksperymentu, bo to ona pierwsza wprowadziła płacenie po ściągnięciu utworu, w moim przypadku ebooka.

BA: Faktycznie. Wiedziałem, że pomysł jest mi skądś znany 🙂 Swoją drogą nie ma jeszcze w Polsce serwisu self-publishingowego (ja częściej myślę o e-bookach), który w sposób systemowy umożliwiałby takie rozwiązanie tzn. czytelnik ściąga, czyta, a potem płaci. Gdyby jeszcze pokazać przy książkach statystki (przeczytało 100 osób, zapłacili łącznie 300 zł), może pobudziłoby to rynek self-publishingu w Polsce?

KK: Pomysł świetny w założeniach jak każda utopia. To są tak zwane dane wrażliwe i mało kto się nimi podzieli, bo to przecież pożywka dla konkurencji. Ale to jest jeszcze do przejścia, natomiast jest inna przeszkoda, moim skromnym zdaniem nie do pokonania. Otóż tak, jak mamy literaturę i literaturę, tak mamy „samowydawanie” i „samowydawanie”. Mówiąc skrótowo: zbyt wielu autorów i wydawnictw publikujących na tej zasadzie wrzuca w ebooka „surówkę”, czyli tekst bez redakcji i korekty, łamanie robi we własnym zakresie, o adiustacji nie słyszało, zaś okładkę tworzy w Wordzie. Jak wygląda efekt takiego „przygotowania” do druku, wiedzą chyba wszyscy, którzy mieli okazję czytać dzieła selfpublisherów. W nawale takich potworków giną książki naprawdę świetnie napisane i dobrze wydane, zaś sam nurt „samowydawania” jest bezlitośnie atakowany przez Wielkich Wydawców i Ważnych Redaktorów. Co do systemu Płacenia Po Lekturze, być może to przyszłość. Mnie już pytają, czy kolejne powieści udostępnię w ten sposób. Odpowiadam szczerze: nie wiem, to zależy od tego, jak potoczą się losy mojego obecnego projektu. Trzeba bowiem mieć na uwadze, że udostępnienie darmowego ebooka oznacza praktycznie „śmierć” takiej książki, oczywiście w kontekście tradycyjnej formy sprzedaży.

BA: Wracając jeszcze na chwilę do promocji. Dużo jeździsz po kraju 🙂

KK: Jestem jak skoczek narciarski: w sezonie gościem we własnym domu! W zeszłym roku miałem ponad 90 wykładów o kryminałach i warsztatów dziennikarskich w bibliotekach w całej Polsce. To gigantyczna praca, ale i wielka przyjemność, móc spotykać się z Czytelnikami i przyjmować komplementy (śmiech). Ma to też przełożenie na sprzedaż…

BA: Czy oprócz spotkań z czytelnikami i – jak rozumiem – bezpośrednią sprzedażą, podejmujesz inne działania promocyjne? Jak wygląda dystrybucja? Wspomniałeś o wysokich marżach pośredników.

KK: Udzielam sporo wywiadów prasie, bywam w różnych rozgłośniach radiowych, czasami zdarzają się zaproszenia od telewizji. Co więcej? Praca wydawcy i pisarza pochłania kilkanaście godzin dziennie, na więcej nie ma już miejsca, mimo że moja doba ma 26 godzin, bo dwie niemal codziennie kradnę ze snu (śmiech). Co do dystrybucji, to takie są realia rynku i albo się im podporządkujemy, albo trzeba się zająć czymś innym. Tu nie ma się co obrażać, tylko trzeba próbować różnych rozwiązań. Jakich konkretnie, wybacz, ale to pozostanie już moją słodką tajemnicą, zbyt wiele pracy i sił mnie to kosztowało, a konkurencja nie śpi. Mogę zdradzić tylko tyle, że trzeba posiadać niezwykle silną motywację, mieć poczucie własnej wartości i być niesamowicie kreatywnym. Nie do przecenienia jest pomoc innych ludzi, często zupełnie bezinteresowna.

BA: Czy nie myślałeś o tym, żeby spróbować podbić zachód? Przetłumaczenie e-booka na angielski to byłby koszt zbliżony do wydania książki papierowej, a rynek jest znacznie większy i znacznie bardziej rozwinięty.

KK: Myślę od dawna, bo trzeba sobie stawiać wysokie cele do osiągnięcia. Szczególnie mocno mnie korci od pewnego spotkania autorskiego, kiedy już po jego zakończeniu podszedł do mnie pan w średnim wieku, który czytał wszystkie moje powieści. Stwierdził coś takiego: „Dwadzieścia lat mieszkałem w Stanach Zjednoczonych. Tam po drugiej, trzeciej książce miałby pan profesjonalnego agenta, kontrakt na ładnych kilka lat do przodu i umowy na ekranizacje kilku książek. Bo w USA autora, który wydaje sam siebie i utrzymuje się z tego, traktuje się jak człowieka sukcesu”. Sęk w tym, że takie podejście do biznesu jest za oceanem. A trudno znaleźć wydawcę w innym kraju, jeśli nie osiągnęło się sukcesu w ojczystym języku. Mówimy o sukcesie sprzedażowym, czyli minimum 10 tysięcy sprzedanych egzemplarzy jednego tytułu. Krótka piłka.

BA: Ostatnio sporo zdarza mi się dyskutować i pisaniu z różnymi ludźmi i z tego wszystkiego nasuwa się wniosek, że aby odnieść sukces, trzeba choćby w minimalnym stopniu odpowiedzieć na potrzeby rynku. Świetnie sprzedający się pisarze nie piszą „dzieł literatury”, tylko tworzą seryjnie coś, co czytelnicy łykają jak makaron (w pozytywnym znaczeniu) np. Tom Clancy czy John Grisham. Mój znajomy twierdzi, że zamierza pisać romanse pod pseudonimem kobiecym. Czy pisanie kryminałów jest Twoim świadomym wyborem wynikającym trochę z wsłuchania się w głos rynku, czy to tylko i wyłącznie pasja?

KK: Wiem, że mi nie uwierzysz, ale nigdy nie siadam do pisania powieści ze słuchawkami na uszach, z których płynie muzyka pod tytułem „Tu mówi rynek”. Uważam to za oszustwo wobec Czytelnika, czyli wobec tego, który mnie utrzymuje. Oczywiście nie da się tworzyć jakości, której rynek nie wchłonie, tu się zgodzę, że trzeba mieć szczęście, aby trafić w aktualne zapotrzebowanie. To jak z trafieniem szóstki w totolotka. Inna rzecz, że nie jestem fanem cykli, a i od wielu Czytelników słyszałem, że przy czwartej, szóstej czy ósmej książce z tym samym głównym bohaterem zaczyna się „mielenie tego samego”. To strzał w stopę dla autora, bo kisi się we własnym sosie. Problem w tym, że wielkie wydawnictwa, a konkretnie pracujący tam „badacze rynku” wymuszają utrzymywanie przy życiu bohaterów czy konwencji, które już się raz sprzedały, a autorów traktują jak kury-nioski, wyciskają z nich wszystko, co możliwe, a potem do utylizacji… W moim przypadku „płodozmian bohaterów” wyszedł niechcący (z siedmiu książek tylko w trzech jest ten sam główny bohater: Andrzej Sokół), ale okazało się, że zrobiłem dobrze, bo Czytelnik się nie nudzi. A romanse? One sprzedają się jeszcze lepiej od kryminałów! Z punktu widzenia portfela powinienem więc zająć się tworzeniem powieści obyczajowych. Zdecydowanie preferuję jednak lekturę powieści sensacyjnych, thrillerów oraz kryminałów i jak na razie tego się będę trzymać. Bo staram się tak pisać, jak lubię czytać: akcja, akcja i jeszcze raz akcja…

BA: No tak, to chyba kwestia złotego środka. Cały czas szukam w Twojej osobie potwierdzenia mojej tezy, że aby dać sobie radę na rynku self-publishingowym, trzeba być trochę twórcą, a trochę biznesmenem. Widzę jednak, że mimo sukcesów, Twoje podejście jest jednak dość tradycyjne.

KK: Tradycyjne? Pokaż mi w Polsce przedsiębiorcę, który jeden ze swoich najlepszych towarów odda klientom za darmo, licząc na to, że zechcą za niego zapłacić! Słowa „tradycyjne” użyłbym do określenia mojego podejścia do biznesu, bo uważam, że klienta należy szanować, a on odpłaci nam tym samym. Wiem, w Polsce mamy drapieżny kapitalizm i takie podejście trąci myszką, ale ja już wielokrotnie się przekonałem, że warto tak postępować. Robię tak z przekonania, wymiar finansowy stawiam na drugim miejscu. Co nie zmienia faktu, że choćby przy okazji mojego aktualnego projektu wielu Czytelników pisze w mejlach, że bardzo podoba im się moje podejście: nie kupują kota w worku, pobierają książkę, a dopiero jak im się spodoba, płacą. To chyba najbardziej uczciwy sposób sprzedaży, o jakim słyszał świat. Co do bycia biznesmenem, to akurat nie jestem tradycyjny. Przeciętny polski przedsiębiorca w pierwszym roku działalności chciałby wybudować willę z basenem, kupić drogie auto i objechać świat. A że nie ma nic za darmo, to robi to kosztem pracowników lub klientów. Ja mam inne podejście, krok po kroku, powoli, spokojnie inwestować. To jak z chodzeniem po górach: trzeba umieć rozłożyć siły, a wtedy zdobycie wyznaczonego celu jest dużo bardziej prawdopodobne. I już na koniec: jeśli ktoś chce być selfpublisherem i się z tego utrzymywać, to nie może być albo tylko twórcą, albo tylko biznesmenem, musi pełnić jednocześnie obie te funkcje. No i jeszcze musi mieć wyrozumiałą rodzinę, a najlepiej taką, która dobrze zarabia…

BA: To mniej więcej chciałem usłyszeć 😉 Gdyby jutro przyszedł do Ciebie facet z jakiegoś dużego (lub fajnego) wydawnictwa i powiedział, że ok, Twoje książki się sprzedają i oni chętnie trochę w Ciebie zainwestują?

KK: Ale ja od dawna szukam prężnego wydawcy, który chciałby wykorzystać mój potencjał! Na dłuższą metę nie da się rozciągać doby do 26 godzin, prowadzić wydawnictwa, jeździć na setkę spotkań autorskich rocznie i jeszcze pisać przy tym książki. Sęk w tym, że z reguły piszę powieści, w których akcja pędzi, jak to określił kiedyś jeden z ludzi z branży, jak Pendolino. Nie lubuję się w długaśnych opisach ani też w walce wewnętrznej bohaterów. Nie rozwijam akcji przez dwieście pierwszych stron, tylko od razu staram się wciągnąć czytelnika w trzęsienie ziemi, a potem jeszcze budować napięcie, jak czynił reżyser Alfred Hitchcock. Od kilku poważnych wydawców usłyszałem, że na takie powieści w Polsce nie ma zapotrzebowania. W Stanach Zjednoczonych wydawca po otrzymaniu takiej powieści, stworzyłby nowy trend, w Polsce wydawcy wolą mielić zużyte scenariusze.

BA: Dzięki za pouczającą i inspirującą rozmowę. Osobiście uważam Cię za herosa i uważam, że wędrowni trubadurzy powinni pisać pieśni o Krzysztofie Koziołku. Gdyby czytał nas teraz ktoś z pisarskimi aspiracjami, i mógłbyś mu dać tylko jedną radę. Jak by ona brzmiała?

KK: Żeby się poważnie zastanowił nad tym, co chce zrobić (śmiech). A już śmiertelnie poważnie… Jeśli pisanie sprawia mu przyjemność, niech zrobi wszystko, żeby móc to robić codziennie i zarabiać tym na życie. Jeżeli zaś jest dla niego procesem twórczym okupionym wielkim zmęczeniem i ogromnym cierpieniem, niech się lepiej zajmie sadzeniem ziemniaków.

Bóg nie weźmie w tym udziału

http://krzysztofkoziolek.pl/index.php/ebooki

Ściągasz e-booka. Czytasz e-booka. Dopiero po lekturze płacisz i to tylko tyle, ile chcesz!

Photo by Redd Angelo on Unsplash

Comments

comments

Zobacz także