Bartosz Adamiak

dystopie, postapo i inne brednie

Half Life

Half Life – 20 lat koszmaru

Dziś recenzja gry sprzed dwudziestu lat – Half Life. Zapewne zapytacie – po kiego grzyba recenzować grę sprzed dwudziestu lat? Przecież na pewno napisano o niej już tysiące recenzji i innych tekstów publicystycznych, poradników etc. etc. Tak. Z pewnością. Ale zawsze pozostaje jeden, niepodważalny argument: gimby nie znajo!

Zrozumcie: to nie była jakaś tam gra. Half Life był prawdziwą rewolucją, pod każdym względem. I choć dziś, gdyby ktoś zapytał mnie o moje ulubione gry, bez wahania odparłbym, że kocham Stalkera i Deus Ex. Ale jednak Half Life był pierwszy. I bez późnych wieczorów spędzonych na eksplorowaniu zdewastowanych laboratoriów w Black Mesa może nie byłoby mojego zamiłowania do science fiction, zakręconych klimatów i całego tego pisania

Świat przed Half Life

Założę się, że mało który gimbus zdaje sobie sprawę z tego, jak wyglądał świat przed Half Life. Albo z tego, że Half Life miał premierę światową w 1998 roku, a w Polsce dopiero w 1999. Dlaczego? Bo ogólnie rzecz biorąc, w latach 90-tych branża wirtualnej rozrywki wyglądała inaczej, niż dzisiaj.

Dziś wchodzisz na Steam i kupujesz dowolny tytuł w dniu premiery albo nawet w preorderze. Ja w 1999 roku najpierw tłukłem do porzygania demo (Uplink) z jakiejś gazety, a dopiero po pewnym czasie dane mi było zakosztować pełnej wersji.

Half Life wprowadzał bardzo dużo nowego. Half Life w stosunku do wcześniejszych gier był jak Super Mario w stosunku do Donkey Konga. No dobra… to niezbyt zrozumiała analogia – jak PUGB do do CSa. Po prostu wprowadzał całą masę świeżości. Rozgrywka w Doom czy Quake przypominała bieg z punktu A do punktu B przez chaotyczny układ korytarzy, a po drodze należało ubić jeszcze paru niezbyt rozgarniętych gości. Half Life był zupełnie inny…

Pierwsze doświadczenie

Tak… Half Life był doświadczeniem, przeżyciem, doznaniem. Trafialiśmy do świata – jak na ówczesne czasy i standardy – niemalże realnego. Nie eksplorowaliśmy już chaotycznych korytarzy. Nie przechodziliśmy z punktu A do punktu B. Gordon Freeman był człowiekiem z krwi i kości, zwyczajnym facetem, pracownikiem kompleksu Black Mesa usytuowanego gdzieś w Nowym Meksyku. Hiperrealizm uderza nas z każdej strony. Dosłownie z każdej. Pierwsze kilka minut gry jedziemy pociągiem przez gigantyczny kompleks. Jedziemy do roboty. Mamy przy sobie zapewne tylko pudełko na lunch…  Superrealistyczna grafika odwzorowuje świat w najdrobniejszych, fotorealistycznych detalach – w pociągu są siedzenia i klamki.

No dobra… jeśli ktoś odpali to dziś, to pewnie mu oczy wypłyną. Wczoraj odpaliłem sobie HL2 i mi wypłynęły. Ale uwierzcie mi – w 1999 roku to było naprawdę fotorealistyczne. Wcześniejszą generacją gier  był Quake 2, który wyglądał jak Minecraft.

Half Life miał FABUŁĘ!!!!

Ktoś może powiedzieć, że Donkey Kong też miał fabułę, ale prawda jest taka, że to był ten rodzaj fabuły, który ma również Tetris i Arkanoid – wymaga olbrzymiej ilości wyobraźni (niektórzy uważają to za duży plus). Half Life naprawdę wsadzał nas w środek historii:  ośrodek badawczy, naukowcy, wielki eksperyment, jakaś gigantyczna machina, wypadek…  Nagle błysk, świst i pierdut! Ciemność. Totalna ciemność. Budzimy się. Wszystko rozpierdolone. Wszędzie pełno krwi, trupy, rozczłonkowane ciała…   I te…  stwory. Równie popierdolone bestie można było później zobaczyć w Dead Space. To oczywiście luźne porównanie. Te w Dead Space były znacznie, znacznie bardziej przerażające. Ale w 1999 roku wrażenie było podobne!

Analogia do Dead Space nie jest też aż tak bardzo nietrafiona – w DS byliśmy górnikiem, który walczył z potworami za pomocą narzędzi górniczych. W Half Life jesteśmy zwyczajnym pracownikiem ośrodka badawczego, a zatem trudno tam szukać nie wiadomo jakiej broni. Z początku mamy łom czy pistolet od martwego ochroniarza. Poważniejsze spluwy pojawiają się, gdy zjawia się wojsko. Ale nie wiwatujcie. To nie kawaleria.

Hostile takeover!

Komandosi nie przybywają do Black Mesa, by kogokolwiek uratować. Oj nie. Przybywają, by posprzątać – zrównać z ziemią, zatrzeć wszelkie ślady, a przede wszystkim, nie zostawić żadnego świadka przy życiu. Aha…  no i jest jeszcze G-man, czyli koleś w garniturze. Naprawdę paskudny typ. Nie jest tak od razu jasne, co on właściwie robi i dlaczego znalazł się w Black Mesa. Ale prawie na pewno nie ma czystych intencji. Jest jak Palacz w Archiwum X, ale jest dużo, dużo większym skurwielem. I przekonamy się o tym kilkakrotnie.

Wracając do komandosów – są oni niejednokrotnie dużo bardziej przerażający, niż potwory. Chociaż nie… trudno orzec, kto jest bardziej przerażający. Potwory bywają śmieszne. A jeśli usłyszysz szum radiostacji, to możesz jedynie…   uciekać. Oj… bitki takie były z hełmofonami, że hej.

Czy Half Life znalazł kiedykolwiek godnego następcę?

Szczerze powiedziawszy wypadłem na kilka lat z „branży”. Kilka tytułów mnie ominęło (np. HL2). Jednak śmiem twierdzić, że nie było gry równie nowatorskiej i porywającej, jak Half Life. Do pewnego stopnia za spadkobiercę uznać można Stalkera. Pewnie coś z HL miał w sobie pierwszy Far Cry. No i oczywiście Dead Space. Ale gdybyśmy mieli podać jeden tytuł, który w takim stopniu rozwalił system, jak Half Life 20 lat temu…   hmm…  Ja nie mam żadnych propozycji.

fot. Sofía Ferrreira, flickr.comCC BY-SA 2.0

Comments

comments

Zobacz także