Zombie apokalipsa: jak się przygotować i po co właściwie to robić?

Kiedyś wpadła mi w ręce książka Maxa Brooksa „The Zombie Survival Guide”, która opowiadała właśnie o tym, jak przygotować się na zombie apokalipsę. Tak! Tego Maxa Brooksa! Autora „World War Z” i syna Mela Brooksa. Ale po co właściwie przygotowywać się na apokalipsę zombie i jak to zrobić?

Zombie to haitański folklor, który za sprawą George`a Romero (Świętej Pamięci… odszedł kilka dni temu) przeszedł do kultury masowej. Twórcy SF pokochali zombie. Ilość filmów, książek i gier o zombie jest przytłaczająca, i chyba ciężko znaleźć kogoś, kto je wszystkie ogarnął.

Czy zombie istnieją naprawdę?

Nie. I raczej istnieje niezbyt duże prawdopodobieństwo, że zaistnieją, zakładając nawet wszystkie najczarniejsze wizje dotyczące super-bakterii i zmutowanych wirusów. Może zdarzyć się choroba, która będzie czymś w rodzaju wścieklizny, jak to miało miejsce w najbardziej chyba przerażającym filmie „28 dni później”. Tym, co rzeczywiście przeraża, jest fakt, że jakiekolwiek zagrożenie biologiczne, rzeczywiście może się bardzo szybko rozprzestrzenić na całym świecie, czego namiastkę mogliśmy obserwować w przypadku epidemii czy pandemii wirusów takich jak H1N1, H2N2, SARS czy nawet Eboli.

Terroryzm niestety stanowi istotny składnik tej diabelskiej układanki.

Apokalipsa zombie – czy jest sens się przygotowywać?

Zawsze uważałem, że tak 🙂 I nie chodzi bynajmniej o to, że spędziłem za dużo czasu przy „Left 4 Dead”. Choć spędziłem.

Warto, ponieważ nie ma zbyt dużej różnicy w tym, czy przygotowujemy się do apokalipsy zombie, do globalnego kryzysu, do blackoutu czy do wojny atomowej. Jeżeli wejdziemy w to na poważnie, w końcu trafimy na opinię, którą powtarzają wszyscy eksperci: najważniejsze są umiejętności. Sprzęt, zapasy, schron – to wszystko jest ważne, ale najistotniejsze jest to, co potrafimy.

Jeżeli potrafimy udzielić pierwszej pomocy, znaleźć wodę i pożywienie, zbudować schronienie, bądź przystosować do tego jakiś budynek, potrafimy rozpalić ogień i zapanować nad stresem, strachem, paniką i innymi, skrajnymi emocjami, to już i tak nasze szanse na przetrwanie jakiegokolwiek kryzysu są większe, niż w przypadku typowego millenialsa, który spożywa właśnie smoothie z jarmużu w miejscu, gdzie zaparkował rower.

Tego typu umiejętności jest bezcenne w świecie, w jakim przyszło nam żyć.

Jak się przygotować?

Kiedy jest się gotowym? Chyba nigdy. Pisząc swoją powieść postapo, często zastanawiałem się nad tym, jak ja bym się czuł w danej sytuacji np. opuszczając bezpieczną enklawę. Myślę, że gotowym nie jest się nigdy, jeżeli nie posiada się doświadczenia w boju. Jeżeli nie jesteś żołnierzem zawodowym, nie byłeś na wojnie, nad głową nie latały ci pociski, nigdy nie będziesz gotowy. Ale też nie chodzi o to, żebyś mógł powiedzieć „ok, jestem gotowy na zombie apokalipsę”. Chodzi o to, by w sytuacji kryzysowej, wiedzieć, co robić. Wiedza to istotny czynnik, wpływający na emocje. Istnieje duża różnica pomiędzy „o kurwa, co robić?” a „o kurwa, wiem, co robić”. W pierwszym wypadku musimy improwizować, w drugim, mamy do wykonania ciąg pewnych czynności.

Najlepiej przygotowywać się w każdy, możliwy sposób: czytając książki, oglądając filmy, uczestnicząc w grach i zabawach terenowych (paintball, mil-sim, ASG), uczestniczyć w kursach (np. pierwszej pomocy) i – przede wszystkim – uczyć się od ludzi z większym doświadczeniem.

Robić zapasy? Kupować srebro? Broń? Trudno przecenić którąkolwiek z tych opcji. Oczywiście wszystko, co możemy zrobić, by się przygotować lepiej, jest dobre. Natomiast nie wszystko jesteśmy w stanie zrealizować.

Kiedyś gromadziłem konserwy. Kupowałem przy okazji zakupów 2-3 puszki i chowałem do szuflady. W szczytowym okresie miałem ich kilkanaście, czyli jedzenia na jakieś 2-3 dni dla czteroosobowej rodziny. Ostatecznie daliśmy coś jakiemuś bezdomnemu, a w pozostałych zbliżał się koniec terminu i zjadłem. Do tego trzeba podejść z głową. Znaleźć odpowiednie konserwy (z długim terminem), odpowiednio je przechowywać. I trzeba do tego podejść systemowo, czyli np. założyć, że musimy mieć żywność na 7 dni. Policzyć, ile trzeba. Na samych konserwach będzie ciężko. Trzeba jeszcze ryż i wodę (sporo). Trzeba mieć na to miejsce i trzeba pilnować terminów ważności.

Nie tracić z oczu tego, co ważne

Prawda jest taka, że wielu fanów survivalu po prostu lubi kupować noże 🙂

Sam lubię noże. Mam jeden duży, myśliwski, jeden składany (Spyderco), scyzoryk Victorinox i multitool Leathermana. No i właśnie – nie chodzi o kupowanie noży. Ani latarek. Ani kompasów, zapałek szturmowych, składanych pił, saperek, spodni w ciapki i butów, jakie nosił Bear Grylls. Chodzi o konkretne rozwiązania. Jeżeli już czujemy potrzebę wydawania pieniędzy, zorganizujmy sobie Boba (BOB – Bug Out Bag – plecak ucieczkowy), w którym będzie trochę gotówki i parę najpotrzebniejszych rzeczy. Ale pamiętajmy, że nie zawsze możemy być w stanie go zabrać. A to, co mamy w głowie. O wiele przydatna, niż kolejny nóż, może okazać się gaśnica i koc pożarowy. To również warto rozważyć!

Ok… i tak od apokalipsy zombie dotarliśmy do troski o bezpieczeństwo swoje, swojej rodziny, swojego otoczenia i sąsiadów.

Warto się nad tym pochylić!

fot. PauloWolf, pixabay.com, CC0

Comments

comments

Tagged with: