Kiyosaki, millenialsi i PRL

Jestem jednym z ostatnich ludzi na Ziemi, którzy byliby zdolni do wypowiedzenia słów: a może Robert Kiyosaki ma rację? Po prostu nie przeszłoby mi to przez gardło. Jest tylko jeden problem: on ma rację. Częściowo. Chyba. 

Przed kilkoma laty uciąłem sobie pogawędkę z moim ówczesnym szefem, Markiem Zmysłowskim, na temat książki „Bogaty ojciec, biedny ojciec”. Marek to bezczelny millenials, który już wtedy miał za sobą kilka startupów, a teraz jest szefem dużej firmy bookingowej w Nigerii. Rozmowa ta wyglądała mniej więcej tak, że ja się śmiałem z Kiyosakiego, a Marek mówił, że on wcale nie jest taki zły, i że warto przeczytać chociaż raz. Dodam jeszcze, że ja jej nie przeczytałem do dzisiaj.

Komiczność powyższej scenki nie wymaga chyba komentarza?

Strzelba, koniec historii i hochsztapler

Zawsze uważałem, że sukces Roberta Kiyosakiego opiera się na fakcie, że pewnego wieczora Kurt Cobain wyjął z szafy strzelbę, włożył lufę do ust i pociągnął za spust. Skończyła się pewna epoka. Bycie przegrywem przestało być modne (Sorry Lebowski! Obiboki przegrały! GET A REAL JOB!). Francis Fukuyama ogłosił właśnie, że nastąpił koniec historii, i że teraz wszyscy będziemy żyli długo i szczęśliwie. Nie było już do czego płakać. Ludzie poczuli, że sukces jest na wyciągnięcie ręki, i trochę głupio umierać biednym.

To był mniej więcej czas, kiedy my – pokolenie urodzone u schyłku PRLu – wchodziliśmy w etap konieczności wyboru ścieżki na resztę życia. Nie było wtedy internetu, jedynymi komputerami były Amigi, a millenialsi dopiero się rodzili. I był to także czas, kiedy Robert Kiyosaki zrobił oszałamiającą karierę, wydając swoją książkę.

Koniec złudzeń

W jednej kwestii skłonny byłbym przyznać mu rację – wynosimy z domu pewien wzorzec swojej postawy wobec pieniędzy, pracy i kariery. Nasi rodzice chodzili do zakładów pracy, a rodzice millenialsów, to ludzie, którzy na dzień dobry dostali „wolny rynek” (dam cudzysłów… a niech tam!) i zostawali „prywaciarzami” (pamięta ktoś jeszcze takie słowo?:) ).

W 2001 roku okazało się, że Francis Fukuyama nie miał racji. Świat został brutalnie otrząśnięty z haju, w którym się znalazł. Zobaczyliśmy walące się wieże WTC. Ponadto pękła bańka internetowa, której rozrost spowodował jednak (lub był spowodowany) intensywny rozwój Internetu. Powstali Millenialsi, którym Internet krąży w żyłach.

Po czym poznać millenialsa, oprócz tego, że nosi chujowe spodnie? Po tym, że gdy skończy studia, składa CV do jakiejś firmy i od razu żąda 4000 złotych „na rękę”, twierdząc, że jest ekspertem w jakiejś dziedzinie związanej z Internetem. Jego wzorce postawy wobec pieniędzy, pracy i kariery zaczerpnięte zostały od rodziców, którzy zaczynali po 89-tym, oraz z Internetu – od Billa Gatesa, Steve`a Jobsa i Jeffa Bezosa.

Ok. może nie ma sztywnej zasady. Znam wielu ludzi, którzy zrobili karierę i urodzili się w latach 70-tych czy 80-tych. Znam też paru millenialsów, z których nigdy nic nie będzie. Jednak mimo wszystko pewne cechy związane z datą urodzenia da się zaobserwować.

W kleszczach etatu

Podstawowa różnica pomiędzy millenialsami, a ludźmi, którzy wychowali się w latach 90-tych w Polsce (a więc wiedzę o świecie i życiu czerpali z Top Secret i Secret Service), jest taka, że my jesteśmy wdzięczni za możliwość przeżycia od pierwszego do pierwszego. Pół biedy, jeśli nie mamy rodziny, bo wtedy możemy tyrać po godzinach i zarobić na wyleasingowanie nowego, błyszczącego auta. Otrzymujemy jakiś ochłap, który pozwala nam uwierzyć, że to, co w życiu robimy, nosi znamiona sukcesu.

Millenialsi mają na to wyjebane, bo pracują dla dziesięciu firm, prowadzą dwa kanały na YouTube, nie chcą mieć dzieci i potrzebują kasy tylko na nowego ajfona, ciasne portki i latte. W pewnym sensie, stoją nieco wyżej na drabinie ewolucyjnej. Ale tylko pozornie! Przyszłość przyniesie im całkowite wymarcie (mam nadzieję!).

Zaś my – no właśnie – tkwimy w kleszczach etatu. To pułapka bez wyjścia, bo wygodnie nam z hajsem, ale nie ma go na tyle dużo, by próbować go w jakikolwiek sposób pomnożyć. O ile nie dostaniemy porządnie w łeb, i nie zostaniemy zmuszeni do ostateczności, będziemy tkwić w tych kleszczach, bo…  to jest bardzo wygodne. Tak robili nasi rodzice w PRL. Taki wzorzec wynieśliśmy z domu. Tak jest dobrze i prawilnie.

Co robić? Jak żyć? Czy da się dziś nie być niewolnikiem? Nie ma prostej odpowiedzi na te pytania. A jeśli już nawet jest, to nie taka, jaką chcielibyśmy usłyszeć. Wymyślmy sobie zatem najgorszą, najbardziej ohydną, odrażającą odpowiedź i uznajmy, że ona jest jedyną słuszną: trzeba przeczytać „Bogatego ojca, biednego ojca”.

Epilog

(napisane tydzień później)

Przeczytałem „Bogatego ojca, biednego ojca”.

Moje uczucia są mieszane. Zgodnie z tym, co podejrzewałem, książka jest dość nieaktualna (wydana w 1997 roku). Zawiera sporo rzeczy ogólnie wiadomych, podanych jako super tajna wiedza. Jest kilka motywów, które rzeczywiście dają do myślenia, ale jest także cała masa voodoo.

Ogólnie, kiedy zamknąłem ostatnią stronę i odłożyłem książkę, uważałem że warto ją było przeczytać, o ile potraktowalibyśmy ją z przymrużeniem oka. Ale ponieważ się nie znam, to zasięgnąłem opinii Internetu, który pełen jest ekspertów. I wiecie co się okazało? Podobno (nie są to informacje jakieś super-pewne) jedyny biznes, jaki wypalił Kiyosakiemu, to sprzedawanie książek.

Mówi się, że państwo Kiyosaki w życiu kupili jedną nieruchomość, na której zresztą nieszczególnie zarobili. Powtarzam – nie wiem, na ile są to sprawdzone informacje. Może to złośliwe plotki, rozsiewane przez zawistnych konkurentów. Ponadto w 2012 roku Kiyosaki miał zostać bankrutem. Oczywiście jego zwolennicy twierdzą, że to nieprawda.

Niestety. Nie ma łatwych, sprawdzonych metod, które są dobre dla każdego. Szczególnie, jeśli mamy taki rozstrzał mentalności wśród kolejnych pokoleń.

fot. Tebeajaichhalt, pixabay.com, CC0

Comments

comments

Tagged with: