Incydent (opowiadanie ze świata Podziemnego Wrocławia)

– Nie strzelaj!

Inspektor Kulicki rozejrzał się po klatce schodowej. Było ciemno, ale nie aż tak, żeby nie dostrzegł, że jest tam całkowicie sam. Zresztą, głos dochodził jakby z wnętrza jego czaszki, niczym odległe echo. Mogło to oznaczać jedną z dwóch rzeczy – albo stan jego umysłu uległ znacznemu pogorszeniu, albo do jego mózgu próbował włamać się ktoś z zewnątrz.

Zatrzymał się na chwilę, by w absolutnej ciszy wyczekiwać głosu. Możliwe nawet, że uciął sobie krótką drzemkę. Jednak głos nie powrócił.

– Trudno. – Wzruszył ramionami i ruszył w kierunku schodów.

Na półpiętrze śmierdziało okropnie. Zemdliło go i przyśpieszył kroku, co nie było zadaniem łatwym w jego stanie. Wypił całe morze wódki i nagle dotarło do niego, że jest kompletnie pijany. Oddalił się od miejsca, w którym najwyraźniej zdefekował jakiś bezdomny i rozpoczął mozolną wspinaczkę na kolejne piętro. W międzyczasie przyjął pozycję bardziej opływową, by stawiać mniejszy opór powietrzu. Łączyło się to także z inną korzyścią – mógł do wspinaczki użyć kończyn przednich. Minusy? Mdłości. Zawsze nachodziły go wtedy, gdy próbował w takim stanie się czołgać. Jego błędnik zwariował i… nagle klatka schodowa zaczęła wirować – schody były wszędzie, barierki tak samo. W oddali majaczyło okienko, za którym widać było podświetlone łuną miasta chmury. I tylko ono stanowiło teraz jakikolwiek punkt odniesienia. Dla uproszczenia przyjął, że okienko to góra, a półpiętro to dół. Zaczął wspinać się. Świat szalał, jakby to była jakaś gigantyczna beczka staczająca się ze wzgórza, a nie klatka schodowa. Brnął jednak niezłomnie jak… jak… jak wielu niezłomnych ludzi w historii świata. Nie minęło piętnaście minut, a był już na pierwszym piętrze, u wycieraczki sąsiadki, do której czasem zaglądał, gdy go przypiliło. Właściwie to zaglądał dawnymi czasy, bo ostatnio ze zdrowiem mu się pogorszyło i już w człowieku nie było tej werwy, co dawniej. Zresztą i sąsiadkę nadgryzł ząb czasu.

– Starość nie radość – mruknął i spojrzał w górę.

Przed nim znajdowały się jeszcze jedne schody, jedno półpiętro, drugie schody i dom – ostoja spokoju. Choć wiedział, że na wiele nie może liczyć. Dom także będzie wirował jak oszalały. Jak spokojnie by nie było na dworze, dom zawsze zachowywał się jak okręt w czasie sztormu. Kulicki nie raz już rozbijał lustro lub głowę, gdy fala gwałtownie przechylała mieszkanie na jedną czy drugą burtę.

Dotarcie do drzwi mieszkania zabrało mu nie więcej, niż godzinę. A drzwi miały to do siebie, że po obu ich stronach stała solidna, mocna ściana. Taka ściana, że choćby nie wiem jak duży sztorm był w budynku, można się było o nią podeprzeć i wspiąć do pozycji godnej człowieka cywilizowanego. I to właśnie uczynił inspektor Wiesław Kulicki – przywarł do ściany i wspiął się po jej gładkiej powierzchni niczym gekon. A kiedy już zwyciężył bój o swe człowieczeństwo, zaczął szukać kluczy. Na tym się nie skończyło, bowiem kiedy już je wreszcie znalazł, zaistniał jeszcze odwieczny problem dziurki.

Dziurki od klucza to wyjątkowo przebiegłe byty, pomyślał Kulicki. On w lewo, to dziurka w prawo. On w prawo, to dziurka w lewo. I taka zabawa w kotka i myszkę może trwać kwadrans lub dwa. Czasem dłużej.

Ale Kulicki nie doszedł do stopnia inspektora wyłącznie dzięki mocnym plecom, zbieraniu haków na kolegów czy odwalaniu brudnej roboty. Opierając się lewym ramieniem o ścianę, wymacał lewą ręką dziurkę i przytrzymał ją. Następnie prawą rękę, w której dzierżył klucz, zbliżył do lewej, przytrzymującej niemalże idealnie licujący się z powierzchnią drzwi rant obudowy zamka, który wystawał może na pół centymetra. Ale dla inspektora był to wystarczający punkt zaczepienia. Palcami lewej ręki naprowadził klucz na dziurkę, a prawą wsunął do wnętrza metalowy artefakt stojący na straży spokoju domostwa. Klucz zgrzytnął, gdy wszystkie ząbki trafiły na swoje miejsce. Teraz wystarczyło przekręcić i…

Przed oczami Kulickiego rozpostarła się mroczna czeluść mieszkania, w której wyraźniej zarysowywały się jedynie oświetlone blaskiem latarni ulicznych otwory okien.

Niespodziewanie, w jednym z tych otworów, coś się poruszyło i Kulicki zamarł. Trwało to naprawdę krótko, ponieważ już po chwili jego prawa dłoń znalazła się w kieszeni płaszcza, gdzie spokojnie spoczywał służbowy pistolet.

Jako doświadczony policjant wiedział, że ostatnia rzecz, jaką powinien był zrobić, to zapalenie światła. Ruch ten kosztowałby go cenne sekundy, a w dodatku stałby się dla złoczyńcy doskonale widoczny.

Bezbłędnie zagrała pamięć mięśniowa. Momentalnie przyjął pozycję, wysuwając lekko lewą nogę do przodu i unosząc broń do linii wzroku. Celowanie w ciemności nie miało szczególnego sensu, ponieważ i tak nie widział żadnego z kluczowych punktów – broni ani przeciwnika.

– STAĆ POLICJA! – krzyknął i ściągnął spust kilkukrotnie.

Nie było to może zgodne z procedurą, ale nie zamierzał skończyć dnia w worku na trupy. Zresztą rozbłysk z lufy obnażył na ułamek sekundy widok przerażający – pokój pełen był demonicznych postaci, powykręcanych w dziwacznych spazmach. Były wszędzie, niemal przy każdej ścianie. A gdy strzelał, dodatkowo zaczęły wydawać wrzaski tak okropne, że Kulickiego zdjęła trwoga.

Wywalił cały magazynek ze swojego P–83, a gdy usłyszał suchy trzask iglicy, padł na ziemię, by uchronić się przed kontratakiem. Niemal natychmiast zaczął także szukać zapasowego magazynka.

– Kulicki kurwa!

Tym razem głos nie dobiegał z jego głowy, a z głębi pokoju.

– Ja pierdolę… niech ktoś zapali światło!

I nastała jasność.

Oczom inspektora ukazał się pokój przybrany w baloniki, wielka błyszcząca wstęga z napisem „Wszystkiego najlepszego z okazji 20. jubileuszu pracy w policji” oraz twarze… Twarze wszystkich znajomych.

Był tam nadinspektor Gałka i prokurator Płotka. Była Bożena Węgrzynowska – rzeczniczka prasowa. Były też wszystkie młode wilki, których nie potrafił nawet skojarzyć z nazwiskami, ani tym bardziej z imionami.

Ktoś zajęczał.

– Mamy rannego! – zawołał podkomisarz Bielski. – Bolo oberwał! Niech ktoś dzwoni na pogotowie!

Kulicki podniósł się z podłogi. Otrzeźwienie przyszło momentalnie wraz z wyrzutem adrenaliny do krwi.

To koniec, zaświtało mu w myślach. Takiego numeru jeszcze nie zdarzyło mu się wyciąć.

Ludzie zaczęli się krzątać koło starszego aspiranta. Krew utworzyła dużą plamę na białym swetrze, mniej więcej w okolicach pępka. Z ust też mu leciało. Chłopak z przerażeniem wpatrywał się w ranę, i trzęsącymi się rękoma usiłował zatamować krwotok.

– Zostaw! Nie łapami! – skarcił go Gałka. – Dawać tu jakiś ręcznik, gazę, cokolwiek!

Inspektor opadł na fotel i upuścił broń na podłogę. Przed oczyma latały mu mroczki. Ten głos, który usłyszał na klatce… Teraz skojarzył. Należał do jego byłego partnera, Andrieja Wiktorowicza Marczenki, jasnowidza i medium, z którym współpracował w latach osiemdziesiątych. Najwyraźniej Marczenko wysłał mu ostrzeżenie. Coś jednak poszło nie tak… Może sygnał za słaby? Może za dużo pyłów w powietrzu?

Sięgnął za pazuchę, gdzie bezpiecznie spoczywała piersiówka.

– To już koniec – mruknął. – Dwadzieścia lat kariery psu w dupę…

– Kulicki kurwa! – wrzasnął nadinspektor. – Chyba nie będziecie teraz pić wódki? Patrz, co narobiłeś! Rusz się!

– Zadzwonił ktoś na pogotowie? – padło pytanie.

– Żadnego pogotowia! – krzyknął Gałka.

Wszyscy spojrzeli ze zdziwieniem na komendanta. Kulicki także. Nie przypuszczał, że przełożony będzie próbował go kryć, zwłaszcza jeśli w grę wchodziło życie tego rannego.

– Nie wygłupiajcie się – mruknął. – Dzwońcie po pogotowie, póki jest jakakolwiek szansa…

– Nie! – Gałka był niewzruszony. – Załatwimy to jakoś. Pijany policjant, który rozwala swojego kolegę… Nie chcemy takiej historii, prawda Bożena?

Rzeczniczka wyraźnie się zmieszała. Też była mocno pijana i chyba miała nadzieję, że nikt nie odnotuje jej obecności.

– Tak czy nie? – Komendant ponowił pytanie.

– No… tak, tak… zdecydowanie – odparła niewyraźnie.

Gałka spojrzał na rannego.

– Dajcie mu ten cholerny ręcznik, bo naprawdę się wykrwawi!

Ktoś w końcu przyszedł z ręcznikiem. Jeden z młodszych policjantów przycisnął go do rany. Bolo zasyczał z bólu.

– Ciężko było znaleźć cokolwiek czystego w tym chlewie – zreferował policjant, który przyniósł ręcznik. – Może wódki mu damy? Tak przeciwbólowo.

– Żadnej wódki! Tamuj krwotok i szybko myślimy, po kogo zadzwonić! Jakieś pomysły? Dawać mi tu natychmiast pomysły!

Gałka był przerażony. I trudno się dziwić. Kulicki był jednym z najbardziej zasłużonych policjantów w komendzie wojewódzkiej. Z okrągłą rocznicą zbiegać się miał także awans i nagroda wyróżnienia za wzorową służbę, jaka by tam ona nie była. A tymczasem sytuacja nie rysowała się najlepiej. Mieszkanie w bloku, dwudziestu paru kompletnie pijanych policjantów i ciężko ranny facet, wykrwawiający się na dywan.

– To może do Mariana Warzęchy? – odezwał się w końcu prokurator Karol Płotka. – On łata bandziorów. Żyjemy z nim dobrze. Dostanie propozycję nie do odrzucenia, że jak piśnie słówko to mu się znajdzie jakieś paragrafy…

– Dzwoń! – Komendant drżącymi rękoma odpalił sobie papierosa, po czym z pogardą wyrwał filtr i rzucił na podłogę. – Dzwoń i powiedz, że jak przyjedzie w ciągu godziny, to mu jeszcze zapłacimy. Dawać tu wszyscy kasę na stół!

Policjanci posłusznie zaczęli wyciągać swoje portfele. Po chwili na blacie pojawiła się całkiem spora kupka banknotów oraz bilonu. Bielski usiadł na pufie i zaczął liczyć. Ktoś postawił przed nim puszkę z piwem dla poprawy koncentracji.

– Sto czterdzieści cztery – zawołał po chwili. – Sto pięćdziesiąt. Kwota może nie powala…

– Dzwoń Karol! – huknął Gałka. – Warzęcha to alkoholik, więc nie odmówi.

Płotka zniknął gdzieś ze swoją komórką, a w tym czasie Kulicki odrzucił pustą piersiówkę na podłogę i ruszył w stronę kuchni, gdzie według jego szacunków, powinna znajdować się jeszcze jedna, niepełna półlitrówka Huragana.

– A ty gdzie? – Komendant chwycił go za ramię.

– Spokojnie, nie ucieknę.

– Wiem Wiesiu, wiem… – Gałka poklepał go po ramieniu. – Ale przynieś też dla nas.

Kulicki wrócił z kuchni po piętnastu minutach i nie przyniósł nic. W tym czasie pojawił się także Płotka, który z rezygnacją, dramatycznym gestem roztrzaskał swój telefon o ścianę.

– Co jest? – spytał Gałka.

– Warzęcha powiedział, żebyśmy spierdalali!

– Życie mu niemiłe?

– Siedzi w pierdlu. Powiedział, że nic więcej nie jesteśmy w stanie mu zrobić. – Prokurator opadł na kanapę.

– No… – Bielski podniósł głowę znad rannego Bola. – Zawsze mógłby się powiesić w celi.

– Nie urodziłem się wczoraj. Dokładnie tego samego argumentu użyłem – odparł Płotka. – Powiedział, żebyśmy spierdalali, bo w końcu i tak sam się wyhuśta.

W pokoju zawrzało. Bolo był blady jak ściana i przestał jęczeć. Utracił sporo krwi, która przesączała się przez biały sweter i ręcznik, przeradzając się w rosnącą plamę na pstrokatym dywanie.

– Mój dywan… – mruknął Kulicki, osuwając się w fotelu.

– No dobra… plan B! Czy ktoś ma jakiś plan B?

Gałka coraz bardziej przypominał kłębek nerwów. Palił papierosa za papierosem i pił wszystko, co mu wpadało w ręce. W pewnym momencie na stole pojawiło się dużo nowego alkoholu, za to zniknęła zrzutkowa forsa, która stanowiła fundusz operacyjny całego przedsięwzięcia. Komendant wściekł się i przez chwilę nawet próbował szukać winnych, ale w końcu dał za wygraną, otworzył sobie piwo i zasiadł w fotelu, naprzeciwko na wpół drzemiącego Kulickiego.

– Cholera jasna, brachu – powiedział cicho. – Przepraszam cię za to wszystko. To moja wina. To przyjęcie to był głupi pomysł. Zrobię wszystko, żeby cię z tego wyciągnąć…

Kulicki wymamrotał coś niewyraźnie, potem ktoś wsunął mu do ręki małpkę Huragana, a ten przyssał się do niej jak dziecko do piersi matki.

– Ja mam plan B.

Przed nadinspektorem Gałką zmaterializował się jakiś młodzieniec, którego ten nie do końca kojarzył. Najpewniej ktoś nowy, bo komendant kompletnie nie potrafił powiązać twarzy z nazwiskiem.

– Zamieniam się w słuch.

– Jest taki jeden człowiek, który żyje w Lesie Strachocińskim…

– W lesie? – Gałka niemal zachłysnął się piwem. – Znaczy się bezdomny?

– Można tak powiedzieć – odparł młody. – Nazywają go Papa Legba i podobno jest w stanie zwrócić zmarłemu życie…

Nadinspektor milczał przez chwilę, wpatrując się w bliżej nieokreślony punkt w przestrzeni. Nagle jakby przebudził się i zaczął wyrzucać z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego.

– Co wy mi tu pierdolicie? Meldować się! Imię, nazwisko, stopień!

– Posterunkowy Adam Stępień! – Chłopak wyprężył się jak struna.

– Bolo żyje i nie zamierzam pozwolić na to, by opuścił ten padół w taki czy inny sposób, zrozumiano posterunkowy?

– Ttaak…

Uwaga wszystkich skupiła się teraz na Gałce, który aż kipiał ze złości. Długą i niezręczną ciszę przerwał Bielski.

– Czy mogę coś powiedzieć?

– Proszę mówić podkomisarzu! – Komendant nie odrywał wzroku od Stępnia.

– Bolo nie żyje.

Kulicki na chwilę oprzytomniał i zwymiotował na dywan. Bożena Węgrzynowska także poczuła mdłości. Wyszła do kuchni, by otworzyć okno i zaczerpnąć świeżego powietrza, jednak w drodze zrzuciła treść żołądka na pokrywające podłogę gumoleum. Prokurator Płotka otworzył nowe piwo.

– Jak to nie żyje? – zapytał Gałka. – Kto trzymał ręcznik?

– Melduję, że ja – odparł Bielski. – Ale… no kurwa… za przeproszeniem… nie było szans. Rana była zbyt obszerna. Ciekło z niego jak ze świni…

Nadinspektor Wacław Gałka opadł na fotel i zanurzył twarz w dłoniach, w geście pełnym rozpaczy.

– Czy ten Papa Lesba ma jakiś telefon?

– Papa Legba – poprawił go Stępień. – Nie… Melduję, że trzeba po niego pojechać. – posterunkowy znów wyprężył się jak struna i nawet strzelił obcasami, choć na nogach miał obecnie tylko góralskie kapcie Kulickiego. – Mogę pojechać z kimś, ale melduję, że sam nie mogę prowadzić.

– Kto jest najmniej pijany?

Zgłosił się starszy aspirant Łukasz Lenar, który z niezrozumiałych przyczyn zwykle pił piwo bezalkoholowe. Z tego powodu często stawał się ofiarą niewybrednych, czy wręcz homofobicznych żartów.

– Pojedziesz ze Stępniem i przywieziecie tę całą Papę – powiedział komendant. – Tylko migiem, zrozumiano?

☠☠☠

Papa Legba okazał się być człowiekiem mocno ekscentrycznym i równie mocno wonnym. Spowity w czerń, obwieszony talizmanami i amuletami, sprawiał wrażenie szaleńca, który całkowicie zatracił kontakt z rzeczywistością. Obserwując dziwne rytuały odprawiane nad zwłokami, Gałka przez chwilę obawiał się, że dojdzie do ekscesów, których efektem będzie aresztowanie bezdomnego. Jednak po pewnym czasie, Papa Legba zaprzestał wyczyniania wygibasów, pogasił kadzidełka i zbliżył się do komendanta.

– Czy mogę na słówko? – spytał.

Gałka niechętnie podniósł swe cielsko z fotela i ruszył w stronę kuchni. Przepędził stamtąd Bożenę Węgrzynowską z rozmytym makijażem, która najwyraźniej zalewała się łzami zamiast opracowywać komunikację kryzysową, a następnie zapalił papierosa i siadł na skrzypiącym taborecie.

– No słucham.

Papa Legba wpatrywał się przez chwilę w papierosa. W końcu komendant zlitował się i poczęstował go.

– Sprawy nie mają się dobrze – powiedział szaman.

– To jestem w stanie stwierdzić bez pańskiej pomocy – odparł Gałka. – Chciałbym wiedzieć, co pan, jako czarownik, czy co tam… proponuje?

Papa Legba przysiadł na blacie kuchennym i założył nogę na nogę.

– Aura pana Bola jest już bardzo słaba – rzekł po chwili. – Szczerze powiedziawszy jest tak słaba, że ledwie ją wyczuwam. Śmierć musiała nastąpić jakiś czas temu, prawda?

– Zaraz, momencik… Podobno jest pan w stanie zwrócić zmarłemu życie, czy tak?

Bezdomny zmieszał się.

– Tak, częściowo tak, ale nie w każdych okolicznościach…

– W takim razie w jakich?

– No wtedy, gdy mogę interweniować nie później, niż piętnaście minut po chwili, gdy dusza opuściła ciało, i znajduje się jeszcze w zasięgu mojego astrala…

– To kicha. – Gałka wstał. – Straszna kicha. To musi być naprawę gówniane uczucie, mieć dar, który jest gówno wart.

– Ale…

– Dziękuję panu. Naprawdę, dziękuję za fatygę. Zdaje się, że pana astral będzie tu bezużyteczny, więc jest pan wolny. Może pan iść ze swoją aurorą na ryby.

Papa Legba ostentacyjnie wrzucił niedopałek do zlewu i wyszedł z kuchni. Komendant podniósł się ciężko niczym zmęczony życiem waleń i ruszył do salonu, gdzie w ciszy i napięciu oczekiwali go jego ludzie. Bolo leżał na dywanie, wpatrując się martwymi oczami w upstrzony grzybem sufit.

– Na miłość Boską, niech go ktoś czymś zakryje – mruknął nadinspektor i usadził cielsko w fotelu. – Skończyły mi się papierosy, ma ktoś?
Bielski zaoferował się od razu. Bożena Węgrzynowska też, ale ona miała mentolowe slimy, którymi z reguły wszyscy gardzili. Gałka wziął od Bielskiego i od razu oderwał filtr.

– Pani Bożeno, proszę sobie wziąć jakiś kajecik i notować – powiedział w końcu, wypuszczając nosem burą chmurę dymu.

Węgrzynowskiej nie trzeba było dwa razy powtarzać. I tak była na skraju załamania nerwowego. Wyjęła z taniej torebki notesik, w którym robiła zwykle listę zakupów, i ogryzek ołówka ze sklepu z meblami.

Wszyscy zamilkli. Gałka odczekał chwilę, aż Płotka okryje zwłoki pożółkłym prześcieradłem z wyraźnymi śladami wielokrotnego moczenia. Przy okazji ktoś przypomniał sobie o Kulickim i ocucił go.

– Proszę mnie posłuchać bardzo uważnie. Dnia dwudziestego drugiego lipca dwutysięcznego roku, o godzinie dwudziestej drugiej piętnaście, dokonano próby zatrzymania starszego aspiranta Konrada Małeckiego, pseudonim Bolo, wobec którego istniało uzasadnione podejrzenie o udział w szajce złodziei samochodów – powiedział komendant na jednym oddechu, po czym zrobił krótką przerwę, by zaciągnąć się cuchnącym petem. – W toku działań operacyjnych doszło do wymiany ognia. Inspektor Wiesław Kulicki, który stał na czele grupy operacyjnej, otworzył ogień, bohatersko ratując życie… – wskazał na jednego z młodych. – Ty, jak się nazywasz?

– Aspirant Waldek Kaczmarek.

– …ratując życie aspirantowi Kaczmarkowi – kontynuował komendant. – Konrad M. zmarł w wyniku poniesionych obrażeń jeszcze przed przybyciem pogotowia.

Węgrzynowska skończyła pisać i ekspresyjnie przywaliła kropkę.

– Czy wszystko jest dla was jasne? – zapytał Gałka. – Jakieś pytania?

Zgłosił się Bielski.

– Dlaczego zatrzymanie odbywało się w mieszkaniu inspektora Kulickiego?

– Przeprowadziliśmy prowokację, której celem było zwabienie Konrada M. do mieszkania inspektora. Miało dojść do zakupu kontrolowanego… Popracujemy jeszcze nad tym.

– Nie wiem, czy to kupią – mruknął Bielski.

– Kupią czy nie, to w tej chwili nie jest tak do końca nasze zmartwienie. Stan dzisiejszy jest taki, że podejrzanego nie udało się zatrzymać, ponieważ wyciągnął broń i oddał trzy strzały w kierunku Kaczmarka. Panowie, sprawdźcie, czy Bolo ma broń.

Ktoś odsłonił ciało Małeckiego i sprawdził pod swetrem.

– Jest broń!

– Bielski, proszę strzelić trzy razy w stronę drzwi – zakomenderował Gałka.

– Ale…

– Proszę wykonać polecenie.

Podkomisarz wyjął pistolet trzymając go przez chusteczkę higieniczną, odbezpieczył i wystrzelił trzy razy w stronę drzwi.

– Ktoś w końcu wezwie policję – mruknął prokurator Płotka.

– No to co? Policja jest tu – odparł komendant. – Czeka nas jeszcze sporo roboty papierkowej. Każdy z obecnych tutaj napisze raport…

– Ja też? – zapytała rzeczniczka.

– Nie. Ciebie tu nie ma. – Gałka odpalił jednego papierosa od drugiego. – Nie było żadnej jubileuszowej niespodzianki, żadnego incydentu czy przypadkowego postrzału… To była tajna operacja, o której wiedziałem tylko ja i obecni tu funkcjonariusze. Mam nadzieję, że wszystko jasne. A teraz zabieramy się za sprzątanie tego bajzlu…

Wszyscy chyba odetchnęli z ulgą. Zaczęli się krzątać wokół, zbierać baloniki i butelki po alkoholu. Ktoś ściągnął wstęgę z napisem i zaczął ją zwijać. Ktoś inny przyniósł czarne worki na śmieci, aby do nich zebrać wszystkie niechciane dowody.

W pewnym momencie Karol Płotka potknął się o coś i upadł na ziemię. Obok niego leżały jeszcze jedne zwłoki, należące do młodego mężczyzny. Pocisk pechowo trafił go prosto w oko, przebijając czaszkę i uśmiercając na miejscu. Najbardziej zagadkowym był jednak fakt, że nikt nie potrafił powiedzieć, kim jest ów martwy człowiek. Ustalono zatem jednogłośnie, że był to wspólnik Bola.

fot. Dariusz Sankowski, pixabay.com, CC0

Comments

comments

Tagged with: