Przeżyłem horror zakupów w IKEA

Nie lubię zakupów. Szczególnie nie lubię zakupów w wielkich sklepach. Najbardziej nienawidzę zakupów w wielkich sklepach, w dużych centrach handlowych, w który roi się od ludzi, panuje okropny hałas, wszystkiego jest pełno i człowiek dostaje piździelca, a jeszcze dodatkowo trwa to wiele, wiele godzin…

Nie chodzi o to, że nie lubię Ikei. Wręcz przeciwnie – sądzę, że względnie niedrogie, proste, praktyczne, zunifikowane meble, to idealne rozwiązanie dla człowieka XXI wieku, który jest cyckanym przez państwo niewolnikiem swojego etatu. Prawie 40% zarobionych przeze mnie pieniędzy idzie na głupoty (ZUS, podatek dochodowy). Dlaczego miałbym jeszcze dać się cyckać producentom mebli? Czy producentom i sprzedawcom czegokolwiek. Przypominają mi się zasłyszane kiedyś – nie pamiętam już w jakich okolicznościach – słowa: „nie przyjmuję rad dotyczących mody od kogoś, kto ubiera się w Tesco”. A ja mam jedne gatki z Tesco. Są bardzo wygodne. Kupiłbym przy kolejnej okazji z 2-3 pary.

Problem w tym, że bardzo często dajemy się cyckać producentom i sprzedawcom. Sprzedaż to dziś dziedzina nauki. Można się w niej edukować, są profesurowie i autorytetowie, jak chociażby Robert Cialdini, autor książki „Wywieranie wpływu na ludzi. Teoria i praktyka” (a propos Robert Cialdini, Robert Kiyosaki… przypadek? NIE SĄDZĘ!).

Konsumpcjonizm

Według Wikipedii konsumpcjonizm to postawa polegająca na nieusprawiedliwionym (rzeczywistymi potrzebami oraz kosztami ekologicznymi, społecznymi czy indywidualnymi) zdobywaniu dóbr materialnych i usług[1], lub pogląd polegający na uznawaniu tej konsumpcji za wyznacznik jakości życia (lub za najważniejszą, względnie jedyną wartość) – hedonistyczny materializm.

Przykra sprawa, prawda? Konsumpcjonizm wynika z mylenia potrzeb z zachciankami, często zainspirowanymi przez speców od marketingu i reklamy. Bardzo ważna jest też druga część powyższej definicji – konsumpcja jako wyznacznik jakości życia. Czyli ten tekst o kupowaniu w Tesco, to było takie ewidentnie okazanie pogardy oraz przejaw postawy „stać mnie”.

Kupowanie rzeczy to w ogóle ciekawa sprawa, bo kupując, zasilamy firmy i państwo, poprzez podatek od wartości dodanej, czyli VAT. Podatek ten stanowi jedno z głównych źródeł finansowania państwa, więc postawę „pierdolę, nie kupuję” można określić jako wrogą ustrojowi i antysystemową. Zresztą firmy płacą też CIT, czyli podatek od dochodów przedsiębiorstw. A więc jeżeli wszyscy byśmy zaczęli sami wytwarzać żywność, to sklepy spożywcze by upadły, a państwo zbiedniałoby o CIT i VAT, z tej gałęzi. Konsumpcjonizm jest zatem państwu bardzo na rękę.

Źródła zadłużenia

Trzeba jednak w tym momencie powiedzieć wprost – przesadny konsumpcjonizm prowadzi do zadłużenia. Jeżeli nie mamy ograniczeń w spełnianiu wszystkich swoich zachcianek, pewnie w końcu zostajemy z pustym portfelem. Wtedy sięgamy po kartę kredytową.

Karta kredytowa jest bardzo sprytnym przedmiotem. Potrafi być bardzo użyteczna. I nie mam tu na myśli faktu, że możemy za nią kupować nawet wtedy, gdy nie mamy hajsu. Używając karty kredytowej w sposób rozsądny (pilnując wydatków i spłacając w terminie), możemy zjeść ciastko i mieć ciastko. Czyli możemy trzymać wypłatę na koncie oszczędnościowym, płacić za wszystko kredytówką, zbierać rozmaite punkty i profity, a zaraz po wypłacie spłacać dług.

Tymczasem dla większości śmiertelników, karta kredytowa służy właśnie do wydawania pieniędzy, których się nie mają. Bo jest wyprzedaż w butiku, bo wyszedł nowy model jakiegoś gadżetu, bo zrobiła się w spodniach dziura na dupie, a przecież nie kupimy ubrań w hipermarkecie.

Nie wspomnę nawet o tym, że musimy mieć samochód z salonu. Rozejrzyjcie się kiedyś, jakie fury jeżdżą po polskich ulicach. Sądzicie, że to wszystko zostało kupione za gotówkę? Większość to zapewne kredyty albo leasingi. Nowy, błyszczący samochód, prosto z salonu, to jeden z najbardziej skrajnych przypadków bezsensownego zadłużania. Chcemy prestiżu, więc się zadłużamy. Po 5 latach nowe auto traci ok. 60 % swej wartości. Za nowego Passata trzeba zapłacić ok. 90-100 tys. złotych. Jeżeli rozłożymy to sobie na 5 lat, płacimy 1666 złotych miesięcznie (zakładając, że kredyt nic nas nie kosztuje, ale to przecież nieprawda. Kredyt kosztuje). Gdy już spłacimy te 110 tysięcy, okazuje się, że auto jest warte 40 tysięcy. Pozostałe 70 to cena, jaką zapłaciliśmy za prestiż i przyjemność z jazdy JUŻ TERAZ.

Droga zachcianka.

Zapanować nad potworem

Czy zdarzyło Wam się kupić coś, co później okazywało się…  nie aż tak potrzebne, jak wydawało się na początku? Ma ktoś może parowar, który był używany przez pierwsze dwa miesiące, a później służył jako podstawka do… innych rzeczy? Ja mam!

Bardzo trudno walczyć ze szkodliwym nawykiem kupowania czegoś pod wpływem zachcianki czy marketingu. Ale warto pamiętać, o tym, że prawie 40% naszych ciężko zapracowanych pieniędzy, idzie na państwo. A gdy idziemy do sklepu, jeszcze 23% od większości zakupionych rzeczy, również trafia do państwa. Gdy kupujemy paliwo, alkohol, albo rzeczony samochód, państwo również zgarnia swoje, pod postacią akcyzy. Handlowcy też mają swoje za uszami. Metka na portkach kosztuje, a dziury na dupie nie zakryje. To jedno, wielkie cyckanie!

Warto pomyśleć o tym, gdy sięgamy po portfel.

fot. PIRO4D, pixabay.com, CC0

Comments

comments

Tagged with: