Bartosz Adamiak

dystopie, postapo, survival i inne brednie

Definicja szaleństwa a bezpieczeństwo

Ponoć Einstein jest autorem słów, że szaleństwem jest robienie czegoś w kółko, za każdym razem spodziewając się innych rezultatów. Jeśli się nad tym głębiej zastanowić, to można by powiedzieć, że skoro robimy coś nieustannie, a nie jesteśmy szaleni, powinniśmy się spodziewać dokładnie takich samych rezultatów…  NIE DZISIAJ!!!

Dziś we Wrocławiu, na ulicy Grabiszyńskiej, doszło do tragicznego wypadku. Jeżeli dobrze rozumiem, starsza kobieta próbowała przejść przez jezdnię. Wyjrzała z za autobusu, a tam tramwaj. Trudno powiedzieć, co tak dokładnie się wydarzyło, ale kobieta zahaczyła się o tramwaj, który prawdopodobnie wciągnął ją pod koła. Ponieważ motorniczy nie zauważył tego (był skupiony na wsiadających po drugiej stronie tramwaju), przejechał do kolejnego przystanku. Kobieta poniosła śmierć na miejscu, a jej szczątki zostały rozwleczone na trasie pomiędzy dwoma przystankami.

Nie tak dawno doszło we Wrocławiu do równie wstrząsającej tragedii – kierujący autokarem bez odpowiedniej kategorii prawa jazdy, zabił kobietę, która jechała na rowerze z dzieckiem (dziecko przeżyło, ale było w ciężkim stanie).

Oba te przypadki – jeszcze pewnie setki, albo i tysiące innych – łączy pewien wspólny mianownik: wiara w to, że coś będzie się działo według pewnych reguł, które rządzą światem od dawna tzn. jeżeli wyjrzysz zza autobusu, to zobaczysz czy coś jedzie czy nie, i przejdziesz przez ulicę; jeżeli jedziesz rowerem po ścieżce, a kierujący pojazdem będzie skręcał, to na pewno cię zobaczy i ustąpi pierwszeństwa.

Krótko mówiąc – jeżeli nie jesteś szaleńcem, i nie spodziewasz się, że może nastąpić jakaś anomalia, to do głowy ci nie przyjdzie, że za kilka godzin twoje ciało spocznie w worku, a twoi bliscy dostaną bardzo smutną informację.

Nie chciałbym wpadać w paranoję, ale śmierć czai się wszędzie, a pielęgnowanie w sobie poglądów w rodzaju „robiłem to setki razy i nic się nie stało”, to najprostsza droga do tego, by się z nią spotkać. I chociaż naturalnie nie możemy żyć w ciągłym strachu przed śmiercią, bo byłaby to sytuacja powodująca głęboko dysfunkcję społeczną, to jednak powinniśmy potrafić w swojej wyobraźni odróżnić od siebie sytuacje mało ryzykowne z sytuacjami bardziej ryzykownymi.

Na przykład: jeżeli jedziemy na autostradzie 140 km/h, to jest to niewątpliwie sytuacja bardziej ryzykowna. Może stać się wiele rzeczy. Możemy poczuć silną potrzebę zahamowania przed wyłaniającym się zza zakrętu wypadkiem, a tymczasem może się okazać, że hamulce nie działają wcale, lub nie aż tak dobrze, jak byśmy się tego spodziewali. W dodatku za nami może jechać bus pełen robotników ze wschodu, którzy w ogóle hamulców nie posiadają…

Aha…  wszystko, co piszę, jest brane z życia – ten bus, ta autostrada, wypadek… Albo z moich przeżyć, albo znajomych.

Tak, że można wykazać się odrobiną wyobraźni, i zadać sobie pytanie „ile szczęścia będę miał dzisiaj?”. Bo wiadomo, że na rzeczywistość wpływa wiele sił – my, inni ludzie, stan techniczny rzeczy, pogoda etc.

Moja żona uwielbia zostawiać kubek pełen herbaty na poręczy fotela, tuż nad przedłużaczem z prądem. Mówię jej, żeby tego nie robiła. A ona, że przecież jeszcze nigdy jej kubek nie spadł. No tak – na przedłużacz z prądem jeszcze nigdy nie spadł. Ale już na podłogę czy na klawiaturę komputera już tak.

Myślę, że anatomia KAŻDEGO wypadku, w pewnym momencie zahacza o przekonania ludzi, że pewne wydarzenia potoczą się tak, jak toczą się zawsze – przejdę na pasach i samochody się zatrzymają; wyląduje samolotem we mgle, przyrządy mnie naprowadzą etc.

Ja kilkukrotnie w ostatnim czasie przejeżdżałem rowerem po przejściu dla pieszych. Wiem, jest ono dla pieszych. Ale ulice Wrocławia to strefa śmierci dla rowerzystów. Gdzie mogę, unikam ulic. No więc gdy podjeżdżam do przejścia, obserwuję, co robią kierowcy. Tak samo, jak gdy podchodzę pieszo. Jak idę z dziećmi, to mam większe przekonania, że kierowca się zatrzyma (ale nigdy 100%). Ale gdy idę sam lub jadę rowerem, WOLE SIĘ ZATRZYMAĆ.

Bo ludzie to pierdoleni imbecyle. Tak samo sobie myślą – cholerny pieszy, przyspieszę, bo się strasznie guzdra. Albo zwalniają, i jak widzą, że ktoś się waha, jednak przyspieszają.

Miałem tak ostatnio, że zatrzymałem się przed pasami. Gościu zaczął zwalniać, ale w tej samej chwili, gdy ja ruszyłem, on dodał gazu i zahamował z piskiem. Mało brakowało, żeby wyskoczył i mnie zwyzywał. Dał mi na decyzję jakieś 1,5 sekundy. No brawo. Nie dziwię się, że dochodzi do tylu wypadków. A wszystko przez przekonanie, że ludzie i wszystko wokół zachowa się tak, jak zwykle, oraz przez pośpiech. Szkoda komuś 3 minut, żeby pójść do przejścia dla pieszych. Szkoda komuś minuty, żeby okazać kulturę – zatrzymać się przed przejściem dla pieszych i pokazać, że pieszy może przechodzić śmiało. No po prostu dżungla. Miejsca dżungla.

fot. pixabay.com, CC0

 

0 Udostępnień

Comments

comments

Zobacz także